Uwaga!

sobota, 27 sierpnia 2016

Od Cordian'a




- Już wychodzę. - powiedziałem, dopinając guziki koszuli i otwierając drzwi. W ręku trzymałem kilka sukien.
- Dziwny jesteś. - prychnęła dziewczyna, wpatrując się w trzymane przezemnie stroje.
- Sam zdaję sobie z tego sprawę. - westchnąłem. Opuściłem przebieralnię i udałem się, żeby odwiesić stroje. - Może zacząłbym i projektować ubrania. No wiesz, jak to jest gdy nic ci nie pasuje i dlatego wolisz samemu to zrobić.
- I ciekawe jakbyś ją nazwał? Pomyślmy… kolekcja sukni dla facetów pod hasłem ‘It’s okay to be gay’. Pasuje? - Louisa najwyraźniej nie była w humorze. Odwróciłem się w jej stronę, gestem nakazując jej spokój.
- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to dzisiejsze wariactwo dopiero się zaczyna. Ja już mam stan przed zawałowy… - mówiłem, gestykulując. - ...na myśl o tym w jakie kolejne miejsce pojedziemy, a spanikowany chłopak i wnerwiona dziewczyna wcale im nie pomogą. - dokończyłem, wskazując ruchem głowy szczęśliwą parę, czekającą na zewnątrz.- Dobra. - prychnęła. - Tylko… ja się uspokoję, więc ty też i no… nie będziesz robić nic głupiego?
- Przynajmniej spróbuję. - odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie. Udaliśmy się w stronę wyjścia.
- Lou! Co tyle czasu? - zaśmiała się Jenny.
- Jak widać miałam problem z tym tutaj, adoratorem sukien. - dokończyła, a ja jedynie rzuciłem jej spojrzenie typu ‘no co ty nie powiesz’.
- Dużo mamy jeszcze w planie? - zapytałem, z nadzieją, że odpowiedzią będzie nie. Niestety już kiedyś pomagałem w przygotowaniach do ślubu i zapowiadało się na sporo roboty. A nadzieja na to, że zrobili wszystko wcześniej była nikła.
- Em… właściwie to sala weselna bo kościół już tak no i… - zająknęła się blondynka.
- Już wszystko załatwiliście? - zapytałem, zaskoczony.
- Nie… po prostu nie wiemy co. Dlatego myślałam, że Louisa nam pomoże… - odwróciłem się, ale mina brunetki nie zdradzała, żeby wiedziała coś więcej na ten temat niż pozostałą dwójka.
- Garnitur, zaproszenia, podarunki, samochód, lista piosenek, karata dań, karta trunków, posiłki i napoje dla niepełnoletnich… - zacząłem wyliczać, czerpiąc przyjemność z ich zaskoczonych oraz przerażonych ilością pracy min. - ...zakup obrączek, emm… tort weselny, ewentualnie miejsca noclegowe dla gości przyjeżdżających z daleka, fotograf lub kamerzysta… i wiele innych. Prawdę mówiąc pół roku to mało czasu, ale jeśli się pośpieszycie… - dokończyłem, już nie wpatrując się w nich, lecz w niebo i podpierając brodę dłonią. Zająłem miejsce w samochodzie, zostawiając ich z samych z oczami wielkimi jak spodki.
- Pogubiłem się już po pierwszych 10… - powiedział Jasper, na co na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- On nas wkręca, prawda Lou? - spytała z nadzieją dziewczyna. Byłem prawie pewien, że brunetka pokręciła głową.
- Z tego co wiem, to może to być prawdą. Ale… bierzecie ślub! Nie przyszło wam do głowy by sprawdzić wszystko w internecie? - zawołała, lekko zdenerwowanym głosem.
- Nooo ale byliśmy tacy szczęśliwi, że chcieliśmy po prostu załatwić i no… myśleliśmy, że pół roku wystarczy. - westchnęła i wsiadła do samochodu.
- Nie martw się. Będzie to trudne, aby się wyrobić, ale nie niemożliwe. - powiedziałem, pocieszając ją. - Musisz zrobić listę wszystkiego i zacząć od tego, co nie może czekać.
- Czyli? - wypaliła od razu w moją stronę dziewczyna, zupełnie jakby sama nie mogła czegoś wymyślić.
- Objechać sale weselne i wybrać jedną bo z tego co wiem, to często brakuje miejsc, kupić zaproszenia i wykonać listę gości. - powiedziałem, zapinając pasy i opierając głowę o szybę.
- Zdążyliśmy już wybrać kilka sal, więc może od tego zaczniemy. - mruknął Jasper, siadając za kierownicą. Nagle coś mnie tknęło.
- Hej, Louisa. Gdzie twój samochód? - zapytałem. Niestety odpowiedzią na to pytanie był jedynie krzyk dziewczyny.
- Mniejsza o samochód, gdzie Pointa?! - zawołała, wyskakując z już jadącego pojazdu. Mężczyzna zahamował ostro, a cała pozostała w środku załoga poleciała do przodu.
- Uważajcie, ranny tu jedzie. - warknąłem, podnosząc się.
- Sorki, sorki. - mruknął Jasper, wysiadając. Chwilę potem zrobiła to też Jenny. Ja zdecydowałem się poczekać w środku.
- Lou! Nie powinnaś tak wyskakiwać! - blondynka podbiegła do stojącej na parkingu i nawołującej swojego pupila przyjaciółki.
- Pointa! Pointa! Kurczę. Rozdzieliłyśmy się w momencie, kiedy wybiegliśmy ze sklepu. Jaka ja byłam głupia, że tego nie zauważyłam. - lamentowała, stukając się dłonią w czoło. - Co jeśli ten strażnik ją złapał?!
- Przecież miała obrożę. - powiedziałem, w końcu opuszczając samochód i podchodząc do nich. - Pewnie ktoś ją znajdzie i odprowadzi do domu. - zbliżyłem się i położyłem dłoń na ramieniu dziewczyny. Ta jednak natychmiast ją strąciła, odwracając się w moją stronę.
- Aaaa… co jeśli… ktoś ją przejechał… lub… - mówiła, a ja wiedziałem, że w jej głowie pojawiają się straszne scenariusze.
- Dobra. Załoga do mnie. - powiedziałem, gestem pokazując, żeby Jasper do nas podszedł. - Będziemy przeszukiwać miasto. Louisa w pobliżu marketu, Jenny przy sklepie z sukniami, a Jasper całą okolicę. Jesteś facetem, więc możesz się nalatać. - dodałem i odwróciłem się, kierując w stronę samochodu.
- A pan gdzie się wybiera? - zapytał mężczyzna.
- Em… do samochodu. Na wszelki wypadek jakby wróciła… czy coś. - Jasper już chciał coś powiedzieć, jednak brunetka go powstrzymała.
- Idziesz ze mną. Nie mogę zostawić cię samego. Pamiętasz co powiedział lekarz? - podeszła do mnie.
- Przeklęta służba zdrowia. - warknąłem i zamknąłem drzwi, z przyzwyczajenia wiedząc, że tak dziewczyna łatwo nie ustąpi. Rozdzieliliśmy się, zaczynając poszukiwania.
              Dwie godziny później staliśmy z powrotem koło samochodu, patrząc się na wesoło merdający, złoty stożek futra. I Louise, targającą go za uszami. Jak się okazało nasza psia koleżanka bardzo zaprzyjaźniła się ze strażnikiem stojącym przed marketem i spędziła kilka godzin, radośnie aportując jego plakietkę.
- Myślałem, że mnie zabije. - wzdrygnąłem się na myśl o morderczym spojrzeniu, którym cały czas darzył mnie ochroniarz, podczas gdy dziewczyna dziękowała mu za opiekę nad jej pupilem.
- Oh.. Pointusiu… tęskniłaś, co? - Louisa najwyraźniej starała się wynagrodzić pieszczotami psu te wszystkie samotne godziny. Ciekawe jak bardzo musiałaby mnie pieścić, żeby wynagrodzić te nerwy i stres, który przeżyłem w ciągu tych kilku godziny. I to nie był jeszcze koniec.
- Jest 16. Teoretycznie możemy coś jeszcze załatwić. Bo po 19 to nie ma szans. - mruknąłem, spoglądając na czarny, elegancki zegarek, który nosiłem na ręce.
- W takim razie musimy się pośpieszyć. Chodź Lou, wytarmosisz psa po drodze. - powiedział Jasper, wsiadając do samochodu. Niedługo potem wszyscy zrobili to samo i w końcu ruszyliśmy.
                18:47 i już ciemno. Westchnąłem, gdy usiedliśmy przy stoliku, stojącym koło balustrady. Co prawda okazało się, że jedynym co dzisiaj załatwiliśmy była suknia, jednak mała nagroda dla wszystkich się należała. Poszliśmy więc do lodziarni znajdującej się na 20 piętrze najwyższego wieżowca w mieście. Usiedliśmy na tarasie i zamówiliśmy nasze desery, mimo że był to dopiero koniec maja.
- Ale jestem wycieńczona. - westchnęła Jenny i opadłą na krzesło, opierając się głową o swojego partnera. Razem wyglądali wręcz uroczo.
- Nooo ale przynajmniej już wiecie co i jak. - powiedziałem, sprawdzając, czy nie dostałem nowych wiadomości z pracy. Niby, kiedy powiedziałem, że uległem wypadkowi to powiedzieli, że postarają się wybrać jakąś robotę odpowiednią do czasu, aż będę w pełni sił, ale nadal nic nie dostałem. Schowałem urządzenie z powrotem.
- I mówi to pan, który zemdlał w momencie, gdy weszliśmy na tą zatłoczoną ulicę. - mruknęła gniewnie Louisa. - Nie strasz mnie tak człowieku, okej?
- To jest silniejsze odemnie.
- Odludek. - zaśmiała się Jenny.
- Kosmita, dziwoląg, szaleniec… - zaczęła wyliczać po raz drugi dzisiaj dziewczyna. Uniosłem dłoń i zasłoniłem jej usta.
- Taaak… tak… normalny nie jestem. - skróciłem jej wypowiedź. Prawdę mówiąc, do ból głowy znowu mi doskwierał i nie miałem ochoty wysłuchiwać tej całej gadaniny.
- O, zobaczcie, już są. - powiedział Jasper, kiedy kelnerka postawiła przed nami cztery pokaźne pucharki z nami. Następnie pochyliła się i ustawiła miskę z wodą koło Pointy.
- Jak miło, że przynoszą wodę dla psów. - uśmiechnęła się Jenny, patrząc jak czworonóg gasi pragnienie.
- Przecież nie weszłabym do restauracji, w której nie dawaliby. - prychnęła brunetka.
- Sama prawda… - westchnąłem, przyciągając do siebie pucharek z czekoladowymi i cytrynowymi lodami.
- Swoją drogą, osobliwe połączenie. - zaśmiał się Jasper, wskazując łyżeczką na moje lody.
- Ale dobre. Zupełnie ja szpinakowo-jabłkowy. - mruknąłem, zlizując słodycz z łyżeczki.
- Wierzę ci, ale wolę nie próbować. - skomentowała siedząca koło mnie dziewczyna.
- Yhym. A tak powracając do przygotowań, to musicie przybrać trochę szybsze tępo niż teraz, jeśli ma się udać. - wszyscy nagle spoważnieli.
- No właśnie. Może da się jeszcze przełożyć? - zapytała Louisa.
- Nie da się. - para odpowiedziała jednocześnie.
- Z tego co wiem, to wystarczy jedynie przesunąć datę w kościele, bo reszta jest nie ustalona. Myślę, że rok więcej wystarczy.
- Ale… my nie możemy czekać. - powiedziała niepewnym głosem Jenny.
- Tak wiem, że zawsze wszyscy się palą do tego ślubu i tak dalej, ale mówię wam, że podejście do tego na spokojnie i bez pośpiechu będzie lepszym wyjściem…
- Ale to nie o to chodzi. - zawołała blondynka, przerywając mi. I chyba jedynym co zarejestrowałem w następnej chwili były powiększające się oczy Louisy. - Nie możemy czekać, bo jestem w ciąży!

środa, 24 sierpnia 2016

od Lou

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i powtórzyła dobitną wypowiedź Jaspera.
- O cholera. - pomyślała w tej chwili, że chłopak wygląda... okropnie i.. znów zastanawiała się czy to jest chłopak.
- Stary. Myślę, że powinieneś założyć inną. Ta nie podkreśla Twojego naturalnego piękna. - spokojnie oświadczył przyszły mąż Jenny. Razem z Louisą wyczuwającą ironię, zaśmiali się głośno.
- Co myślicie o TEJ? - zapytała Jenny, a w tym czasie Clark zmierzyła Cordiana krytycznym wzrokiem od góry do dołu, chcąc mu przekazać tylko jedną myśl; Przebierz się... - i już mniej pewnie. -  idioto.
- Wow. Jest świetna. - Lou wykonała jakiś nieokreślony ruch ręką w kierunku sukni princessy.
- No nie wiem.. -
 zawahała się. - Resteez powiedział, że takie mi nie pasują...
- Żartujesz?! Przymierzaj! - wykrzyknął jej narzeczony, więc z piskiem udała się do przymierzalni.
Po kilku minutach wyszła z szerokim uśmiechem na twarzy. Właścicielka sklepu skierowała ją na tyłu, gdzie miała wejść na podest a z trzech stron stały wysokie od stóp do głowy lustra, tworząc jedną, zakrzywioną ścianę.
Suknia była śnieżno biała, bez ramiączek. Góra była cała w naszyciach kwiatowych, jednak bardzo subtelna i delikatnie koronkowa. Pomiędzy nią, a dolną, puszczoną częścią znalazł się srebrny, wymyślny paseczek.  Dolna część była równie piękna. Z delikatnego materiału, niezbyt pufiasta, ale też nie oklapnięta. U dołu znów pojawiały się koronkowe kwiaty lekko pnące się ku górze.
- Musisz ją wziąć. - Lou popatrzyła na nią poważnie.
- Dalej już nie szukaj. Jest perfekcyjna. Jak ty. - Jasper lekko się uśmiechnął.
- Ale mam proste włosy. - westchnęła. - Ree powiedział..
- To jest ślub jego czy Twój? - wypaliła Clark podchodząc do panny młodej. Nawet nie wiedzieli gdzie on teraz jest. Jego sąsiadka spodziewała się tylko, że przymierza dziesiątą z kolei kieckę. Może na swój ślub taką ubierze? - Daj mu.. czekoladki na dzień fotografa, ale ślub jest i wyłącznie wasz. I w ten dzień masz prawo wyglądać i mieć na sobie to, czego na prawdę pragniesz. - położyła jej rękę na ramieniu.
- Przecież i tak chciałaś mieć na głowie misternego koka. - mówiąc to, chłopak zaczął kręcić rękoma. - I włosy miałaś mieć zakręcone, więc jaki problem?
Przez chwilę westchnęła. Oboje widzieli jak dziewczyna patrzy na sukienkę. To nie był zwyczajny wzrok. Ona na prawdę ją chciała.
- Proszę Pani! - krzyknął nawołując sprzedawczynię. - Decydujemy się. - z uśmiechem przytaknął widząc szczęśliwą minę właścicielki sklepu.
- Rocznik 2014. Wspaniała. Zaraz przyniosę szampana. - pobiegła na swoich korkach do białego kredensu i wyciągnęła nieznaną Lou markę. Dziewczyna zwróciła uwagę na jej buty. Jednak oprócz niej są babki, które umieją biegać na korkach. Nie ważne, jakie ona ubierze, ale od czterech centymetrów, w górę, umie tylko biegać, a nie chodzić. O ironio.
- Suknia będzie gotowa w piątek. - zapewniła na końcu kobietka podciągając wyżej cienko oprawione okulary zawieszone na złotym sznureczku.
Louisa nawet nie zwróciła uwagi na ilość banknotów położonych na stoliku za jedną sukienkę,  ale za to zaczęła szukać Resteeza.
Dopiero teraz do niej dotarło... A jeśli mu się coś stało? Przecież nie może go zostawić.. Zapomniała. Ona i jej odpowiedzialność.
- Vinci.. - zapukała we framugę jednej z budek.
- Ta? -odpowiedział jej znajomy głos.
- Wszystko w porządku? Już wychodzimy..
- Tak. Jest okay.
- No to cho.. - chciała odsłonić czerwony materiał, ale szybko powstrzymała ją jego ręka.
- Co ty robisz?
- Y.. Chcę wejść? - uniosła jedną brew. - Resteez, co ty tam wyprawiasz?
- Nic!
- Resteez.. Liczę do trzech i wchodzę. Nie ważne w jakim stanie tam jesteś... Raz.. Dwa.. Trzy!

Od Cordian'a



             Takie zbiorowisko ludzi wręcz mnie przerażało. Wszyscy rozmawiali, a ich głosy tonęły w ogólnym gwarze. Dodatkowo przechodzili obok ciebie, ignorując cię, jakbyś nie istniał. Czy to jest ten poziom logiki, który wyewoluował u ludzi? Żyję w mieście. Ja żyję, i nie obchodzi mnie, że mieszka tu ktoś jeszcze. Prychnąłem kpiąco, wyjmując z plecaka, który miałem przy sobie duże, białe słuchawki. Już miałem założyć je na głowę, kiedy czyjaś ręka mnie powstrzymała.
- Zachowuj się. Chyba nie zamierzasz tu w tym chodzić? - zganiła mnie Lou. Z niechęcią i lekko drżącymi rękami schowałem przedmiot. Szliśmy dalej sklepowymi alejkami, omijając przypadkowych ludzi, a ja po każdym wsadzonym do koszyka przedmiocie pytałem z nadzieją czy to wszystko i możemy iść. Doprawdy, wszystkie zakupy robiłem przez internet, więc moje odwiedziny w takich miejscach było ograniczone do 0.
           Nagle czyjaś ręka złapała mnie za ramię.
- Dzień dobry, czy zechciałaby pani wypróbować promocyjnych próbek nowego jogurtu dietetycznego? - zapytała, szczerząc się kobieta z długiej, czerwone sukience.
- Ja nieee… jaaa… to znaczy.. przepraszam… - zacząłem panikować i wycofywać się do tyłu.
- Hej, Resteez! Spokojnie! - zawołała Louisa, łapiąc mnie za rękę. To nie zadziałało jednak uspokajająco.
- Ja wychodzę. - szepnąłem wręcz piskliwym głosem i cały napięty zacząłem biec w stronę wyjścia.   Nagle z przeciwległej alejki wyjechał wózek z zakupami. Nie zdążyłem wyhamować i zderzyłem się z nim, wywracając go. - Cholera! - prawie krzyknąłem. - To znaczy przepraszam, znaczyyy…. - podniosłem się i zacząłem uciekać. Zauważyłem drzwi wyjściowe, które były jak światełko na końcu czarnego tunelu. Rzuciłem się w ich stronę. Już prawie uwolniłem się z tego miejsca, kiedy ktoś złapał mnie za ramiona.
- Hej! A ty dokąd? - spytał ogromny strażnik, który stał za mną.
- Proszę mnie puścić, ja muszę wyjść! - jęknąłem.
- Ta, jasne. Co ukradłeś? - zapytał głębokim i poważnym głosem. Ja rozejrzałem się nerwowo po sklepie i z lekką ulgą zauważyłem, że w moją stronę idzie ‘niewidoma’ dziewczyna ze złotym psem przewodnikiem.
- Lou! - zawołałem, i gdy tylko strażnik odwrócił się w jej stronę, kopnąłem go mocno w brzuch. Podczas, gdy tamten zwijał się z bólu, ja wybiegłem na zewnątrz, uciekając jak najdalej. Jak najdalej od miasta.
- VINCI! - usłyszałem wściekły głos gdzieś za mną i szczekanie psa. Nie chciałem się jednak zatrzymywać, więc pognałem dalej. I pewnie biegłbym tak jeszcze przez długi czas, gdyby nie coś, a właściwie ktoś stanął mi na drodze. Odbiłem się od czyjegoś ciała i upadłem na chodnik.
- Oh, Jasper! Wszystko w porządku? - usłyszałem kobiecy głos, który nie należał do Louisy. Choć ją też usłyszałem.
- RESTEEZ TY IDIOTO! - wydarła się Lou, podbiegając do mnie. Musiałem wyglądać ciekawie, leżąc rozciągnięty na chodniku z zamkniętymi oczami, ale właśnie przeszedłem za duży zawał żeby wstać. - HEJ! Żyjesz głupku?
- Lou? Nie umawiałyśmy się czasem w tej kawiarni przy ulicy *******? - spytał mężczyzna.
- O, to wy, Jasper, Jenny! Rany, przepraszam za niego. Resteez to taki wariat. - warknęła, na moment przerywając potrząsanie mną.
- Nic się nie stał- - powiedział Jasper, gdy nagle przerwał mu głośny pisk.
- Czy ty właśnie powiedziałaś Resteez?! - zawołała Jenny.
- A. Tak. To twój wielki fotograf i malarz, a również szaleniec, i panikara. - wyjaśniła Louisa i byłem pewny, że się uśmiechała.
- Dziękuję, za to szczegółowe przedstawienie, ale wolałbym to zrobić sam. - mruknąłem, podnosząc się z jękiem.
- Ty draniu… - warknęła siedząca obok mnie Lou. - Udawałeś!
- Nie. Po prostu wszystko mnie boli i nie mam siły wstać. - powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Dobra, nieważne. Skoro już jesteśmy w kupie to ładujcie swoje tyłki do samochodu. - powiedział Jasper, wskazując duży, czarny samochód zaparkowany nieopodal.
- Mam do ciebie tyle pytań. Kiedy się w ogóle zdecydowaliście na ślub? - brązowowłosa dziewczyna już dopadła do blondynki i zaczęła zasypywać ją pytaniami.
- Z wzajemnością. Skąd ty w ogóle wytrzasnęłaś tego długowłosego fotografa? - rewanżowała się pytaniami Jenny.
- Jakim cudem one się w tym wszystkim połapują? - powiedziałem, niby do siebie.
- Sam nie wiem, stary. - mruknął Jasper, stając obok mnie.
- Mam dopiero 21 lat. - prychnąłem. - No, chodź, dziewczyny czekają.
- A gdzie ci tak śpieszno? - zaśmiał się mężczyzna.
- Byle jak najdalej od tego miasta. - odpowiedziałem cicho i ruszyłem w stronę czekających na nas kobiet.
- No ile mamy czekać? - zapytała Jenny. Oprałem się ręką o drzwi i lekko pochylając, ‘zawisając’. Spojrzałem na nie zmęczonym wzrokiem.
- Zamęczycie mnie dzisiaj… - jęknąłem i załadowałem się do środka. - A i następnym razem do jakiegokolwiek sklepu z duża ilością ludzi wchodzisz sama, zawyrokowałem patrząc na Louise.
             Po długiej jeździe samochodem, spędzonej w korkach dotarliśmy do sklepu z sukniami ślubnymi. Jedyną osobą, znajdującą się w nim była pani ekspedientka. Zakupy więc zaczęły wyglądać dziwnie, gdyż ja razem z Jenny zacząłem przeglądać projekty, poprawiać je i oceniać, podczas gdy Jasper z Louisą siedzieli przy stoliku koło wystawy i grali w karty. Zaśmiałem się, widząc jak wiele, oprócz włosów mam w pewnym stopniu wspólnego z dziewczynami.
- Hej, Reee! A co myślisz o tej? - zawołała blondynka, prowadząc mnie do manekinu z wielką, bufiastą sukienką.
- Jakaś taka… bezowata. Do twoich długich, prostych włosów doskonale by pasowała taka, również prosta w budowie, ale bogato zdobiona. - powiedziałem, podpierając dłonią policzek.
- Dużo o tym wiesz. - powiedziała, gdy oglądaliśmy kolejne projekty.
- Fotografowałem najsłynniejszych projektantów, więc pojęcie o modzie i doborze ubrań jakie takie mam. - mruknąłem. Nagle moim oczom ukazała się niesamowita sukienka. Góra przypominała trochę golf na ramiączka. Był on jednak cienki, a kołnierzyk pięknie ozdobiony. Od pasa w dół natomiast ciągnęły się aż do ziemi tiulowe falbany. Najbardziej oszałamiającą częścią sukienki były jednak kwieciste ornamenty, naszyte pozłacaną nicią na górną część. Bez zastanowienia porwałem sukienkę ze stojaka i udałem się w stronę przebieralni.
- Hej! Co robisz?! - zawołała zaskoczona Jenny. Ja jedynie uniosłem palec do ust, nakazując jej cisze i zamknąłem drzwi.
Dziesięć minut później otworzyłem je, wychodząc i omiatając podłogę długimi falbanami. Szybko odnalazłem alejkę, w której stała dziewczyna i obróciłem się dookoła, prezentując strój.
- I jak?
- Wow. Wyglądasz zajebiście! - powiedziała Jenny, patrząc na mnie wytrzeszczonymi oczami. - Normalnie nie uwierzyłabym, że jesteś facetem. - zaśmiałem się, słysząc jej komentarz.
- Resteez? - usłyszałem głos Louisy i odwróciłem się, żeby zobaczyć jej zaskoczoną minę.
- I jak? - odwróciłem się i delikatnie uśmiechnąłem.
- O cholera. - Jęknął Jasper.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Lou

Kwadrans po dziewiątej następnego dnia Dakota wyjechała za bramę.
- Musimy jechać do miasta? - jęknął Rezteez myśląc, że w jakiś sposób jeszcze zmieni decyzję dziewczyny.
- Mam się Tobą opiekować. Nie zostanę w domu, a więc Ty musisz jechać ze mną. - oznajmiła.
Gdy do chłopaka dotarły jej słowa, zdał sobie sprawę z tego jak bardzo jest uparta.
Na tylnich siedzeniach naturalnie leżała Pointa.
- Musisz brać psa? W mieście będą z nim problemy. - westchnął.
- Od zawsze jeździ ze mną do miasta! - w słowach Lou słychać było oburzenie. Jak on śmiał w ogóle zakwestionować udział jej psa w wycieczce! - Zwłaszcza, że uwielbia Jaspera i na jego widok szaleje.
- Kto to jest Jasper? - widocznie się zaciekawił.
- Mój chłopak. - uśmiechnęła się. Poczuła na sobie wzrok Cordiana. - Żartowałam. - dodała po chwili . - To przyszły mąż mojej przyjaciółki. Wielki psiarz i wolontariusz schroniska. Cudowny człowiek. Cieszę się, że biorą ślub. Są dla siebie stworzeni. - opowiadała cały czas mając szeroki uśmiech wymalowany na twarzy.
- Jak ma na imię twoja kumpela?
-  Jenny. To ta, która uwielbia Twoje prace. Dziwne, bo poza tymi, które mi pokazywała, nie widziałam żadnych innych. Gdyby nie ona, to w ogóle bym Cię nie kojarzyła.
- Więc są ludzie, którzy o mnie nie słyszeli..
- Aleś ty skromny. Cały świat ma znać Twoje nazwisko?
- ... Dobrze by było. - wzruszył ramionami po chwili ciszy.
Clark podgłośniła radio. W głośnikach zabrzmiali Beatlesi. A Day In The Life.
- Pointusiu! Twoja piosenka! - krzyknęła patrząc w tylnie lusterko.
Cordian tylko się skrzywił lekko. Zapewne pomyślał, czy ktoś w ogóle tego jeszcze słucha.
Suczka zaczęła wariować na swoim siedzeniu. Cieszyła się jak szczeniak.
- Dlaczego właściwie ona ją lubi? - zapytał, gdy dziwna muzyka dobiegła końca. Dziewczyna ściszyła lecącą teraz I see fire.
- Wybacz, Sheeran. - uśmiechnęła się. - Ta piosenka ma w sobie dźwięki niesłyszalne dla ludzi. Są one tylko dla psów. Dlatego tak się cieszy.
- Przecież to rąbanina jakich mało. Niekiedy jak z horroru.
- Jeśli ona ją lubi, to ja też polubiłam. - przełączyła bieg wjeżdżając na parking marketu.
- Idziesz po zakupy? - zapytał lekko zmieszany i wystraszony, chociaż nie dał tego po sobie poznać.
- Poprawka. IdzieMY. - zaśmiała się wyciągając ze schowka okulary przeciwsłoneczne i rozkładany kijek.. niewidomego?
Zabrała torebkę, okulary i laskę i otworzyła tylnie drzwi auta. Goldenka natychmiast wyskoczyła ze środka, a Lou zapięła jej szelki.
- Co ty wyprawiasz? - Rezteez zmrużył oczy.
- Nie zostawię jej w samochodzie. Jest zbyt ciepło. To nieodpowiedzialne.
- I co zamierzasz? - Clark nie odezwała się do niego ani słowem. Nałożyła na nos okulary i zaczęła stukać laską o podłoże. W drugiej ręce trzymała czerwoną smycz.
Chłopak dopiero przy wejściu do marketu zrozumiał o co chodzi. Zakaz wprowadzania psów... z wyjątkiem przewodników. Ochroniarz stojący przed drzwiami nic nie powiedział. Nie zatrzymał ich. Parę kroków za drzwiami dziewczyna złożyła laskę i okulary podciągnęła do góry tak że znalazły się na jej włosach.
- Potrzebujemy jakieś jedzenie na wieczór. - oznajmiła nie widząc niekomfortowego wzroku długowłosego chłopaka, któremu spieszno było do wyjścia.


Od Cordian'a

- To, twoja matka? - zapytałem, wskazując kobietę stojącą na zdjęciu. Louisa, opierająca się o framugę jedynie pokiwała głową. Coś mi tu nie pasowało. Skądś znałem to nazwisko… Clark… Nagle, niczym postrzelony piorunem ruszyłem biegiem do tymczasowo mojego pokoju. Dopadłem do mojego komputera. Otworzyłem go i włączyłem. Po kilku minutach moim oczom ukazał się zawalony ikonkami programów graficznych pulpit, na którym było umieszczone zdjęcie Rivago. Ja jednak zacząłem wbijać pewnego rodzaju hasło. Zaintrygowana dziewczyna podeszła i uklękła koło mnie.
- Hej, co się stało? Czemu piszesz coś na klawiaturze? To jest pulpi- - ucięła, gdy nagle ekran zmienił się w morze cyfer: 0 1 0 1 0 1. Wiele osób pomyślałoby, że to błąd. Ja jednak wiedziałem czego szukałem. Danych, które zakodowałem na tym komputerze. Nie były one nielegalne, jednak był to dobry sposób aby uchronić się przed kradzieżą danych lub prac. Gdy wśród morza tych liczb odnalazłem to co chciałem, wpisałem kolejny dziwny kod, i ekran powrócił do normalności. Właśnie wyświetlało się na nim wnętrze pewnego folderu. Było wypełnione plikami z word’a, podpisanymi poszczególnymi datami. Wskazałem na ostatni z nich.
- Czy to jest data śmierci twojej matki? - zapytałem poważnym głosem. Dziewczyna jedynie pokiwała głową, próbując ogarnąć to co się przed chwilą stało.
- O co chodzi z moją matką, co to za pliki? - zapytała, lekko drżącym głosem.
- To… nieważne. - powiedziałem cicho, zamykając okno jednym kliknięciem. Dobrze pamiętam jak kiedyś szukałem jakiejkolwiek wzmianki o moich rodzicach i trafiłem na kilka interesujących materiałów. - Hej, słuchaj… czy twoja matka dokonała czegoś niezwykłego? - zapytałem, siadając naprzeciwko niej.
- Miała ogromną stadninę pełną championów. Ale co ci do tego…
- Aha. Nie, tak tylko… dużo czytałem o niej i zawsze mnie fascynowało jej podejście do koni… - skłamałem. Wiedziałem, że nie powinienem dalej drążyć tego tematu. Podniosłem się i spojrzałem na duży telewizor wiszący na ścianie. Nie byłem zwolennikiem tego urządzenia ale no cóż… - Chcesz obejrzeć jakiś film? - zaproponowałem.
- Jaki? - zapytała, przeciągają się.
- Heh, nie wiem. Nie oglądam żadnych. Prawdę mówiąc jest to w pewnym sensie strata czasu, ale skoro nie chcesz mnie puścić do lasu…
- Powinnam pomóc tacie w sprzątaniu. Tylko jeden okej? - uśmiechnęła się. Wiedziałem jednak, że tak szybko nie zapomniała o naszej wcześniejszej rozmowie.
- Ja pójdę zrobić jakąś przekąskę. Chyba, że boisz się zostawiać mnie samego w kuchni.
- Nie, idź. Tylko jak zemdlejesz to krzycz, dobra? - wyszczerzyłem się w odpowiedzi i pobiegłem schodami na dół, prosto do kuchni.
             Po pół godzinie byłem z powrotem na górze. Louisa leżała rozciągnięta na łóżku i wpatrywała się w sufit. Nie, nie wpatrywała. Miała zamknięte oczy. Czyżby drzemała? Uśmiechnąłem się i cicho podszedłem do łóżka. Wspiąłem się na nie i położyłem obok dziewczyny. Złapałem kosmyk swoich włosów i zacząłem delikatnie przesuwać nim po jej szyi. Dziewczyna zaczęła coś mamrotać, aż w końcu otworzyła swoje wielkie oczy. Spojrzałem na nią swoim zwyczajnym, przymrożonym i rozmarzonym spojrzeniem. Światło przedostające się przez żółte zasłony sprawiało, że pokój stawał się bardziej przytulny i cieplejszy. Uśmiechnąłem się delikatnie i podniosłem. Schyliłem rękę, aby podnieść stojącą na ziemi tacę.
- Może być? - spytałem, podstawiając jej pod nos te wszystkie pyszności.
- Mój tata i tak gotuje lepiej. - prychnęła, po czym wzięła jedną z małych kanapek, posmarowanych pastą.
- Wybrałaś coś? - spytałem, siadając naprzeciwko odbiornika i kładąc sobie pod plecami poduszki.
- Yhym. Miałam drobny problem bo jesteś facetem, ale jakiś film akcji może być, nie? - spytała, chwytając za pilota.
- Smoki. - powiedziałem cicho, biorąc do ust kawałek czekolady.
- Co powiedziałeś?
- Lubię smoki. I fantastykę. - mruknąłem cicho, jakby do siebie i złapałem ją za rękę, w której trzymała pilota. Odnalazłem na urządzeniu przycisk play i kliknąłem go. W pokoju rozbrzmiała muzyka, świadcząca o początku filmu.
Seans filmowy z jednego przedłużył się na 8 filmów i gdy kończyliśmy zegar wskazywał godzinę 21.
- Waaah. - jęknąłem, opadając na łóżko. Przyłożyłem poduszkę do mojej twarzy. - Oczy bolą mnie tak samo, jak gdy siedziałem przy tablecie i rysowałem projekt przez 6 godzin.
- Chyba czytanie książek i chodzenie po lesie lepsze. Ale czasem też fajnie się polenić.
- Taaa… lenić na dworze… - mruknąłem, a mój głos został stłumiony przez materiał.
- Jesteś fanatykiem lasu i natury co? - zaśmiała się, nachylając w moją stronę.
- W pewnym sensie. Lubie robić tam zdjęcia. Takie uzależnienie… - uśmiechnąłem się, odsłaniając połowę mojej twarzy. Pewnie z włosami rozrzuconymi na wszystkie strony wyglądałem jak jakiś potwór z mitologi. Nagle usłyszeliśmy jakiś dźwięk.
- Mój telefon! - zawołała i zeskoczyła z łóżka, podnosząc urządzenie z szafki. Chwile poklikała w ekran, a potem zaczęła coś czytać. Najwyraźniej była to dość radosna wiadomość, bo uśmiech na jej ustach zaczął się poszerzać. - Nie uwierzysz! Moja przyjaciółka bierze ślub!
- No nie uwierzę, bo jej nie znam. - powiedziałem, przekręcając się na bok.
- I to za niecałe pół roku! Rany, nie wierzę! I chce, abym pomogła jej w przygotowaniach i to jak najszybciej!
- Fakt. Podobno sale na wesela są zajęte na trzy lata do przodu. - mruknąłem.
- A skąd ty niby to wiesz?
- Kiedyś… moja znajoma brała ślub i załatwiałem jej to wszystko. - powiedziałem, tym razem zmieniając pozycję na plecy.
- Oooo! To możesz nam się przydać skoro wszystko wiesz. Napiszę jej, że jutro pojedziemy do miasta i zaczniemy wszystko załatwiać. - uśmiechnęła się i już zaczęła wystukiwać tekst.
- Chwila! Ale czemu ja? - zapytałem, jednak po chwili zrozumiałem coś jeszcze. - DO MIASTA?! - wydarłem się jak spanikowana nastolatka. Dziewczyna przerwała pisanie i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- Tak. Coś źle? - spytała. Nooo… wiesz… panicznie boje się grup ludzi większych niż 5… No niby jakim cudem miałem jej coś takiego powiedzieć.
- Emm… nie, ale co tak się śpieszyć? - zaśmiałem się nerwowo.
- Przecież sam mówiłeś, że im później tym gorzej. - powiedziała i opuściła pokój, cały czas wpatrzona w urządzenie.
- Jak chcesz się rano wykąpać to lepiej wstań o 5! - zawołała z korytarza. - I nie siedź za długo, bo zapowiada się męczący dzień!

Od Lou

- Coooo? - niemal pisnęła przeczesując swoje włosy. Nerwowo się zaśmiała.
- Nie żartuj! - zaśmiał się. Jego koń zrobił krok w jej stronę, a ona natychmiast wykonała dwa w tył.
- Panicznie. - przyznała.
- Nie rozumiem. Dlaczego? Przecież macie tak ogromną stajnię...
- Już Ci mówiłam, że Ci nie powiem. Kiedyś nawet miałam własnego kuca, ale było to bardzo dawno temu, gdy jeszcze żyła moja matka. - ucięła i zwróciła się do podchodzącego rumaka. - Przestań.. krówko. - Chłopaka rozbawił sposób w jaki nieumiejętnie próbowała nawiązać jakikolwiek kontakt z koniem. Znów się cofnęła. Widząc okazję, dał ogierowi w łydki, na co on zaczął do niej podchodzić zdecydowanie szybciej.
- Boże, VINCI! Zabierz go ode mnie! - krzyknęła uciekając w tył. Usiadła dopiero na rurach od ogrodzenia.
- Ty nawet nie wiesz jakim wyzwaniem dla mnie było pójście za tym krówskiem na łąkę! Jeśli bym tego nie zrobiła, to teraz już byś nie żył, ale nie wiem, na prawdę nie mam pojęcia co mnie skłoniło do pójścia za nim. - na samo wspomnienie tamtego wydarzenia przeszły ją ciarki. Koń po raz kolejny do niej podszedł, więc nieznacznie się cofnęła odchylając w tył.
- Weź go ode mnie. - rozkazała poważnym głosem. - Bo Cię odeślę do domu.
- A więc to tak?
- Jak? - syknęła cały czas patrząc na wierzchowca.
- Nie zrobiłabyś tego.
- Eh. Masz mnie. - wzruszyła ramionami po chwili ciszy.
Z domu wybiegła Pointa. Z radością jednym susem przeskoczyła pomiędzy rurkami i znalazła się na padoku. W chwilę przemierzyła trawiasty teren i podbiegła do swojej pani.
- Same z Tobą problemy. - zwrócił się do niej fotograf.
- Nie mów tak, bo zrobi jej się na prawdę przykro. Zwłaszcza, że nie sprawia więcej kłopotów, niż Ty. - zmierzyła go wzrokiem, na co on tylko parsknął śmiechem. Miała ochotę dodać jeszcze: I jest o wiele ładniejsza, ale się powstrzymała. Nie będzie wredna. Nie dla chorej osoby.
Robi się ciemno, trzeba by odprowadzić go do stajni. - westchnęła patrząc na wschodzący księżyc.
- Okay. Zrób to. - zeskoczył z konia i poszedł kilka kroków przed siebie.
- Chyba zwariowałeś?! - krzyknęła przerażona. - Trzymaj go! On mi coś zrobi. - zeskoczyła za barierkę.
Cordian tylko na nią spojrzał, jak na wariatkę i przywołał konia. Ten posłusznie przyszedł.
- Zaczynam widzieć podobieństwo między Twoim koniem, a psem. - burknęła i poszła razem z goldenką za nimi.
Weszli do stajni, gdzie Clark wskazała im boks konia.
- Fajna ta stajnia. - rozejrzał się z podziwem.
- Całe szczęście bez mieszkańców.
- O już nie przesadzaj. - przewrócił oczyma. Dostrzegł na każdych drzwiach od boksów tabliczki z imionami i rozetami. - Woah. - Zaczął je przeglądać.
- Cortez, Quatro, Aramina.. - czytał z wielkim zaangażowaniem. Zatrzymał się przy imieniu Vanillia. Jedyną rozetą przypiętą do tabliczki była mała, różowa z napisem konkurs piękności kucyków. Idąc dalej spostrzegł imię RIPOSTA, a wokół niego kilkanaście wstążek. Dużo niebieskich.
- Chodź już. Zaraz się ściemni całkowicie.
- Idę.

Nie minęła godzina dziesiąta rano, jak Louisa zeszła na dół do kuchni.
- Sąsiada jeszcze nie ma? - zapytała ze zdziwieniem ojca. Już miała iść do jego pokoju zobaczyć czy żyje, ale z odpowiedzią nadszedł Adam
- Właśnie poszedł do konia. - bez zaangażowania mruknął i wskazał stajnię. Jakby Lou nie wiedziała, gdzie się znajduje.. - Nie zjesz śniadania? - krzyknął próbując zatrzymać wychodzącą córkę.
- Nie, dzięki! - zamknęła drzwi. Szybszym krokiem weszła do stajni i zobaczyła, jak kilka metrów dalej, były otwarte drzwi do biura. Przyspieszając kroku doszła do pomieszczenia i zauważyła jak Vinci zapoznawał się z zawartością biurka. Czytał właśnie skrawek gazety, oprawionej w ramkę, w której mieścił się artykuł o tragicznej śmierci Rozalii Clark i jej klaczy, Riposty.
- Pracujesz u Nas w biurze? - zapytała stojąc w drzwiach.
Przestraszył się.
- Ja przepraszam... Chciałem tylko..
- Nic nie szkodzi. Teraz już wiesz..

Od Cordian'a



                 Czułem się potwornie i gdy tylko przyłożyłem, głowę do poduszki, zasnąłem. Nie pamiętałem, żeby śniło mi się cokolwiek, jednak ulga w bólu była naprawdę przyjemna.
- Pobudka. - usłyszałem czyiś głos. Byłem jednak zbyt zaspany, żeby zdefiniować do kogo należy.
- Póóóóóźniej… - ziewnąłem, wyciągając się i zagrzebując w kołdrę.
- Hah, nasz pan ranny czuje się już lepiej? - usłyszałem nad sobą śmiech. Walcząc ze snem, przewróciłem się na plecy i przetarłem dłonią oczy. Kształt postaci stojącej nade mną zaczął się wyostrzać. Długie brązowe włosy i dziewczęca twarz…
- Louisa? - zapytałem, podpierając się na łokciach i siadając na łóżku.
- Jak się spało? A i tak swoją drogą, nie wiem jak ty śpisz, ale my się raczej przebieramy w piżamę przed snem. - powiedziała, a ja spojrzałem na bluzę, którą cały czas miałem na sobie. Prawdę mówiąc to rzadko obchodziło mnie coś takiego jak przebieranie, ponieważ zmęczony pracą zasypiałem przy sztaludze lub w kuchni, na podłodze i ciepłe ubrania się wtedy przydawały.
- Długo spałem? - zapytałem, ciągle zaspanym głosem.
- Z dwa dni. Naprawdę musiałeś stracić dużo krwi, skoro jesteś tak wycieńczony.
- Cholera! Rivago! - krzyknąłem, praktycznie zrywając się z łóżka i rzucając do drzwi.
- Spokojnie. Mój tata już się nim zajął. - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Ufff.. - odetchnąłem z ulgą. Sama myśl o tym jak Riv umiera z głodu w stajni przyprawiała mnie o dreszcze. Znaczy, teoretycznie to potrafił on przeskakiwać przez ogrodzenia, więc mógł znaleźć sobie coś w lesie do jedzenia, ale co jeśli byłaby to trująca roślina. Chcąc odgonić się od tych myśli, przeczesałem dłonią włosy. - Emmm… skoro już wstałem to mógłbym się wykąpać? Moje włosy są z deczka… no sama masz długie to pewnie wiesz o co mi chodzi.
- Jasne. Zaraz ci pokaże, gdzie jest łazienka. Możesz użyć szamponu taty, bo nie przywiozłam jeszcze twoich rzeczy. - w odpowiedzi pokiwałem głową i wyszliśmy z pokoju. Łazienka znajdowała się naprzeciwko pokoju gościnnego. Była nowoczesna i wygodna. W środku stał zarówno prysznic i wanna. Louisa pokazała mi gdzie szukać ręczników oraz innych kosmetyków. Gdy powiedziała już chyba wszystko, opuściła pomieszczenie.
- Dzięki.
- Tylko mi tam nie mdlej bo jak będę musiała cię ratować i wtedy mnie tata znajdzie to będzie kicha. - mruknęła w odpowiedzi i zamknęła drzwi.
           Pół godziny później opuściłem łazienkę. Miałem na sobie czarną podkoszulkę, biała luźną bluzę i czarne, również workowate jeansy. Na głowie natomiast ręcznik, dzięki któremu wyglądałem jak jakiś turek. Wytarłem włosy i odwiesiłem ręczniki na stojącą na korytarzu suszarkę. Zrezygnowałem z korzystania z suszarki, której właściwie i tak nigdy nie używałem. Zszedłem na dół. Skierowałem się w stronę dochodzących odgłosów zamieszania. W miarę, jak zbliżałem się do kuchni, zacząłem rozumieć i słowa.
- … znowu spaliłeś naleśniki! - ten lekko gniewny jak i rozbawiony głos poznałem bardzo dobrze.
- Wybacz Lou! Ah, czemu to muszą być akurat naleśniki? - jęknął drugi głos, który prawdopodobnie należał do ojca Louisy.
- Powiedział, że lubi słodkie to myślałam, że naleśniki z nutellą będą mu smakowały. - słysząc jej słowa zaśmiałem się w duchu. Popchnąłem drzwi, wchodząc do kuchni.
- Witam. - powiedziałem, spoglądając na dwójkę domowników oraz stos ciemno brązowych, a niektórych wręcz czarnych naleśników.
- Nie znalazłeś suszarki? - spytała Lou, przyglądając się moim włosom.
- Znalazłem, ale nie lubię ich traktować tym ciepłem. Mam nadzieje, że to nie przeszkadza. Zaraz pewnie wyschną.
- Spokojnie, Lou też lubi latać z mokrymi włosami. - zaśmiał się ojciec dziewczyny, na co ta popatrzyła na niego przez chwilę wściekłym wzrokiem.
- Nooo dobra, ale pokażcie co tu macie. - powiedziałem, podchodząc do naleśników.
- Miały być naleśniki. - powiedziała Louisa.
- Hm… nic nie jest stracone. Mogę, że tak powiem pogrzebać w szafkach i sprawdzić co macie? - zapytałem.
- Jak nie narobisz bałaganu. - powiedział mężczyzna, niepewnie na mnie patrząc.
- I jak będzie to zjadliwe. - dodała dziewczyna, po czym oboje zajęli miejsca przy stole. Ja natomiast wczułem się w rolę i zacząłem przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegokolwiek co mógłbym użyć.
               Po kilku minutach na blacie stały rozstawione: mleko, śmietana, tabliczka czekolady, paczka pianek, wafelki, jabłko, marchewka i bakalie. Najpierw wziąłem nóż i pokroiłem naleśniki (niektóre z nich kruszyły się w palcach). Następnie roztopiłem pianki w garnku, uprzednio zalewając je trochę mlekiem, dorzuciłem starte wiórki czekolady, bakalie i pokrojoną marchewkę z jabłkiem. Doprawiłem to wszystko sokiem z cytryny. Na sam koniec wrzuciłem do masy pokruszone naleśniki. Rozłożyłem na stole wafle, w międzyczasie roztapiając czekoladę w drugim garnku. Naładowałem na każdy wafel masy i przykryłem drugim tworząc coś na kształt kanapki. Następnie polałem każdą porcję czekoladą, na każdej tworząc inny, abstrakcyjny wzorek. Na koniec całość posypałem resztą bakali. Gdy tylko odwróciłem się, aby podać jedzenie, ujrzałem ich wytrzeszczone oczy.
- Em… jesteś pewien, że się nie zasłodzimy? - zapytała niepewnie dziewczyna, jednak ja widziałem jak pożera swoją porcję wzrokiem.
- Nie. Spalone naleśniki jak i marchewka zniwelują słodki smak. A pianki słodkie zniwelują gorzkie naleśniki. Spróbuj. Najlepsze jest płynne, na ciepło. - uśmiechnąłem się, krojąc ‘kanapkę’ i wkładając sobie do ust. Dziewczyna zrobiła podobnie.
- Waah. Dobre! Nie czuć ani gorzkich naleśników, ani nie jest potwornie słodkie! Gdzie mogę znaleźć na to przepis? No i w ogóle niesamowite, że mieliśmy akurat wszystko w domu! - zaśmiała się Louisa, krojąc kolejny kawałek.
- Heh, prawdę mówiąc to sam wymyśliłem przepis, starając się coś dobrać z tych składników, które masz w kuchni.
- Jesteś niesamowitym kucharzem Resteez. Ktoś z rodziny u ciebie gotuje? - zaczął się dopytywać Adam.
- Moi rodzice nie żyją. - uciąłem krótko. - Ale nie wszystko idzie mi tak dobrze. Po prostu bardzo lubię słodycze i tak jakoś wiem co połączyć, żeby było dobre. - szybko dodałem. Spojrzałem na dziewczynę, która z apetytem pochłonęła całą porcję i patrzyła tęsknie na talerz. Uśmiechnąłem się i przełożyłem swoją kanapkę na jej. Następnie wstałem i odniosłem naczynie do zlewu.
- Ale to…
- Ja nie mam apetytu. Idę się zobaczyć z moim koniem. - powiedziałem i wstałem, wychodząc za drzwi.
           Gdy tylko zauważyłem stojącego w ogrodzie Rivago, gwizdnąłem. Ogier podniósł głowę i podbiegł do mnie. Wyciągnąłem rękę i zacząłem tarmosić jego grzywę.
- Dobrze o ciebie dbali? - spytałem. Koń w odpowiedzi parsknął i dotknął pyskiem mojego czoła. - Już w porządku. Goi się. - powiedziałem spokojnym głosem i wtuliłem się w miękką sierść konia. Riv lekko się schylił, dając mi tym samym pozwolenie. Złapałem go za grzbiet i wciągnąłem na górę, kładąc się na brzuchu. Wyglądałem trochę jak wygrzewający się w słońcu kot. Nogi rozłożone, jedna ręka zwisająca w dół, a druga pod głową. Zamruczałem przeciągle i zamknąłem oczy. Po kilkunastu minutach usłyszałem czyjeś kroki. Otworzyłem jedno oko i ujrzałem dziewczynę, niepewnie stojącą jakiś metr od konia. Ziewnąłem, podnosząc się do siadu. Przeczesałem ręką już suche włosy i spojrzałem na nią.
- Czemu nie chcesz podejść bliżej? Boisz się koni?

Od Lou

Louisa próbowała natychmiast wstać, a zamiast tego nieudolnie upadła na chłopaka. Jej ojciec stanął w drzwiach i ze zmrużonymi oczyma spojrzał na córkę wzrokiem, który rozkazywał natychmiast wytłumaczyć co u niej w łóżku robi chłopak Z DŁUGIMI WŁOSAMI i torsem na wierzchu i co ona robi leżąc na NIM.
- Yyyy. - tylko taki dźwięk była w stanie z siebie wydobyć. - Yyy..uuuummmm..
Wziął głęboki oddech, żeby coś jej powiedzieć ale Clark natychmiast go powstrzymała.
- Tato, to nie tak jak myślisz. To jest..
- Resteez Vinci. - przerwał jej chłopak wysyłając lekki uśmiech w stronę jej ojca. Chciał się podnieść, ale Lou natychmiast go powstrzymała, kładąc mu rękę na piersi i przyciskając do łóżka.
- Nie wstawaj. - rozkazała.
- Adam. - przedstawił się jej tata. Nadal nie zmienił mimiki.
- Tato,..Resteez... - dziwnie jej było to wymówić. Przecież inaczej się przedstawiał. Nie chciał niepotrzebnego rozgłosu? - Rezteez to Nasz sąsiad. Wczoraj gdy byłam na spacerze, on cwałował na koniu, a Pointa do niego podbiegła i zaczęła szczekać. Koń się spłoszył i on ratując mnie nabawił się wstrząsu mózgu. Wczoraj zawiozłam go do szpitala i musi być pod dwutygodniową opieką. Chyba rozumiesz.. Nie mogłam go pozostawić losowi...
W głowie weterynarza roiło się od pytań. Między innymi dlaczego akurat jego córka musi się nim zajmować? Nie ma rodziny? Ale nic nie powiedział. Był zbyt kulturalny.
- Pokój na tyłach jest wolny. Myślę, że będzie dla Ciebie dobry. - uśmiechnął się. Louisa zawsze podziwiała jego wyrozumiałość.
- Dziękuję Panu. - podziękował Vinci.
- To niewielka cena, jaką mogę dać za uratowanie mojej córki przed.. tym czymś, co stoi na podwórku i obżera jabłoń. Lou, mogłabyś sprawdzić, czy w tamtym pokoju wszystko jest? Oprócz akwarium, nie wchodziłem tam od dłuższego czasu po nic.
- Jasne. - westchnęła wstając z łózka. Wiedziała, że zlecenie sprawdzenia pomieszczenia było zbędne i posłane w jej kierunku tylko po to, żeby nie siedziała sam na sam z sąsiadem.

W pokoju gościnnym włączyła radio, odsłoniła okiennice pozwalając by do środka wpadło światło i zapaliła świeczkę. Uwielbiała świeczki. W radiu znów leciały jakieś rapy.. Przełączyła program a do jej uszu dobiegła melodia starego, ale wciąż jej bliskiego utworu. Bryan Adams - Everything I do, I do it for you. Czyszcząc komodę z kurzu, zobaczyła przez okno, jak Adam zakłada krowie kantar i prowadzi do stajni. Nieświadomie na jej twarzy pojawił się uśmiech. Oddałaby wszystko, żeby znów było tak jak dawniej.
Gdy już wszystko 'wysprzątała' , zeszła do salonu. Zanim zauważyła swojego tatę, siedzącego do niej tyłem, usłyszała jego rozmowę przez telefon.
- Tak. Jedna bela słomy, jedna siana i 100 kilogramów owsa. Dzisiaj będę po słomę. Resztę proszę mi dowieść. Dziękuję. Do widzenia. - usłyszała, po czym aż wstrzymała oddech ze szczęścia. Jej ojciec zupełnie omijający budynek stajni właśnie zamówił miesięczną wyprawkę dla konia.
- Dziękuję. - podeszłam do niego i przytuliłam. - Jesteś najlepszym ojcem na świecie.
- Nie podniecaj się. Musimy zadbać o jego konia. Nie może zdechnąć z głodu. Zwłaszcza, że i tak jakbym tego nie zrobił, przeskoczyłby ogrodzenie i urzędował w Naszym sadzie.
- I tak Cię kocham.
- Ja myślę. Ufam Ci, Lou.
- Co? Hahah. Nie bój się. - zaśmiała się w głos. Gdyby chociaż lubiła to chłopczęcie. Zajmuje się nim tylko dla dobra sprawy.
Mimo to z entuzjazmem pobiegła przedstawić chłopakowi dobrą nowinę.

Od Cordian'a

- Zapraszam. - powiedziała, otwierając drzwi. Już chciałem przejść przez próg, gdy koło moich nóg przebiegł pies z wcześniej, mało mnie nie przewracając.
- Waah! - zawołałem, łapiąc się framugi, aby nie upaść.
- Hej! Pointa! Uważaj! - zawołała gniewnie właścicielka psa.
- Pointa? Czyli tak się nazywa ten nieostrożny pies?
- Jedyna nieostrożna osoba tutaj nazywa się Resteez. - uśmiechnęła się delikatnie i przeszła przez drzwi, zostawiając mnie na zewnątrz. Zaśmiałem się cicho i podążyłem za nią. Wnętrze było przyjemnie urządzone. Mimo, że meble były raczej w stylu nowoczesnym i nie stały na nich te niepotrzebne bibeloty jak u mnie, to właśnie drewniane ściany dodawały klimatu temu miejscu.
- Przytulnie tutaj. - powiedziałem, siadając na kanapie.
- Dziękuję. Strasznie jestem głodna. Chodź, odgrzeję nam trochę zupy. Mój tata robi świetną, wiesz?
- Domyślam się. Prowadź. - z niechęcią podniosłem się z miękkiego mebla. Boląca głowa ciągle dawała się we znaki.
 Kuchnia była urządzona równie przyjemnie jak salon. Nowoczesne meble i sprzęty kuchenne. To był chyba jeden z problemów nowoczesności. Potrzebowałem tych technologicznych udogodnień do gotowania, mimo że tak bardzo ich nie lubiłem. No, może oprócz blendera. To fajny przedmiot. Dziewczyna otworzyła drzwi od lodówki i wyciągnęła z niej ogromny garnek, który przeniosła na palnik. Podczas, gdy ona zmagała się z zupą, ja oparłem się na łokciach o stół i obserwowałem jej poczynania.
- Domyślam się, że ty nie gotujesz? - zapytałem spokojnym głosem. Słysząc mój głos, dziewczyna lekko podskoczyła. W ręku trzymała łyżkę z wywarem, którym ochlapała ścianę.
- Co tak nagle się odzywasz? - zapytała, wycierając plany z białych kafelków.
- Ust mi na szczęście nie zszyli.
- Fakt. I gotuję, ale rzadko. To co zrobi mój tata jest najlepsze. - mówiąc to przez chwilę wyglądała jakby się rozmarzyła.
- Heh. Wierzę ci. Sam też gotuję i wiem jaka to mordęga. Choć ja właściwie preferuję desery.
- Umiesz piec ciasta? - zapytała zainteresowana. W odpowiedzi pokiwałem głową.
- Uwielbiam słodycze. Choć co prawda według mnie kiepskie są te wszystkie cukierki i ciastka to kremowe lub biszkoptowe ciasta z dodatkiem owoców lub warzyw są po prostu przepyszne… - teraz to ja odpłynąłem w krainę marzeń.
- Kto głupi dodaje warzywa do ciasta? - prychnęła dziewczyna, mimo wszystko zainteresowana moimi wypiekami.
- A żebyś wiedziała jakie to dobre. Masz coś do picia? - zapytałem, zmieniając temat.
- Em… sok może być?
- Nie.
- Woda?
- Nie.
- ….Herbata?
- Nie.
- …. To może chociaż kawa…. Człowieku! Co ty pijesz? - zapytała wręcz błagalnym głosem.
- Czekoladę. - powiedziałem cicho, bawiąc się znalezioną na stole łyżką.
- Coś oprócz tego?
- Mleko z orzechami… - powiedziałem i nie chodziło mi o mleko orzechowe, lecz o napój do którego zostały wrzucone orzechy (najlepiej migdały) w całości.
- Dziwny jesteś. - prychnęła, przeszukując szafki.
- Wszyscy artyści są. - zaśmiałem się cicho. Chwilę później, dziewczyna postawiła przed moim nosem kubek z ciemnym i słodko pachnącym napojem.
- Mam nadzieje, że księciu będzie smakowała taka z proszku. - powiedziała i wyjęła miskę, do której nalazła zupy. Odsunęła stojące przy stole krzesło i usiadła na nim, naprzeciwko mnie. Patrzyłem się na nią cały czas, z przerwami na napicie się słodkiego napoju. Dziewczyna była interesująca. Nie zareagowała jak jakaś głupia fanka, gdy dowiedziała się kim jestem, a chęć pomocy przeważyła nawet to jak bardzo mnie nie lubiła. Hah, że też nie wiedziałem jakich mam ciekawych sąsiadów. Gdy się tutaj wprowadzałem, miałem wrażenie, że w promieniu kilkunastu kilometrów nikt nie mieszka, a tu…
- Um… Czy mógłbym potem pojechać do domu po mój komputer i inne rzeczy? Mam trochę pracy do zrobienia. - powiedziałem. Dziewczyna podniosła wzrok znad prawie zjedzonej zupy. Odłożyła łyżkę i odniosła naczynie do zlewu.
- Myślisz, że pozwolę ci w takim stanie biegać po lesie? - powiedziała, patrząc na mnie jak na idiotę.
- Heh. Moja praca nie ogranicza się tylko do latania i robienia zdjęć temu co popadnie. Oprócz tego obrabiam również zdjęcia wielu fotografów modeli. Przecież niemożliwe jest, żeby człowiek naprawdę wyglądał tak pięknie, jak w tych wszystkich gazetach. - zaśmiałem się cicho.
- Czyli chcesz swój laptop. Co jeszcze ci przywieźć? - zapytała, zrywając jedną kartkę z wiszącego na lodówce notatnika.
- Tablet graficzny i rysik. Wolałbym jednak sam tam pojechać bo po 1. Nie trafisz do mnie do domu, po 2. jeśli trafisz to w środku od razu się zgubisz, 3. jeśli w środku się nie zgubisz to i tak za chiny niczego nie znajdziesz. - mówiłem, robiąc nieokreślone ruchy łyżeczką.
- Hah! Mieszkam tu od małego, z pewnością ten dom znajdę. A co do reszty to nie martw się, czasami w pokoju też mam straszny burdelownik. - mruknęła.
- Tylko, że wystój mojego domu jest dość… charakterystyczny… - powiedziałem, mocno akcentując to słowo. - Dobra, nie ważne. Jutro pojadę tam z tobą okej? Masz może jakieś leki na ból głowy? - jęknąłem.
- O nie. Lekarz zabronił ci brać jakichkolwiek leków. Twój organizm musi zacząć sam się leczyć. - zakomenderowała poważnym głosem.
- Cholerna opieka zdrowotna. - zakląłem pod nosem. - To mogę się chociaż położyć bo łeb mi pęka?
- Yhym. Chodź. Położę cię na razie u siebie, a jak tata wróci to zdecydujemy gdzie cię ulokować. - to mówiąc opuściła kuchnię, a ja udałem się za nią.
                  Weszliśmy po schodach na górę, a następnie przekroczyliśmy drzwi po lewej. Wystrój pokoju nie różnił się bardzo od całego domu. Wyłożone drewnem ściany, meble w ciepłym kolorze i duże, proste łóżko. Zbliżyłem się do niego i opadłem z jękiem na poduszki. Spojrzałem w sufit. Zdecydowanie byłem przyzwyczajony do mojego łoża z baldachimem, na którym został wyszyty obraz przedstawiający walkę lazurowego smoka z rycerzem.
- Masz fajny pokój. Jest taki… prosty, ale ciekawy na swój sposób. - oceniłem.
- Ah, dziękuję. - zakpiła dziewczyna. Uśmiechnąłem się delikatnie, przypominając sobie te wszystko obrazy i pluszowe zwierzęta rozstawione w moim pokoju.
- Louisa. Dlaczego właściwie mi pomogłaś? - zapytałem. Dziewczyna podeszła do łóżka i usiadła obok mnie.
- Po prostu nie mogę.. przejść obojętnie obok kogoś kto miał wypadek z koniem… - powiedziała cicho, a jej słowa były przepełnione żalem i smutkiem. Postanowiłem dalej nie drążyć tego tematu.
- Wybacz. Strasznie tu duszno, mogłabyś otworzyć okno? - dziewczyna pokiwała głową i zbliżyła się do okna, podczas gdy ja rozpiąłem koszulę, pozwalając by odsłoniła mój brzuch i zacząłem wachlować się ręką. Czułem się okropnie i najchętniej to bym cofnął czas i uniknął tego uderzenia. Choć w sumie… wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Lou wróciła i usiadła, mierząc mnie wzrokiem.
- Musisz się tak rozbierać?
- Cholernie gorąco tu jest. Przeszkadza ci to?
- Troszkę, ale, leż. Wiedz jednak, że toleruję to tylko z powodu twojej głowy. - powiedziała, dokładnie w tym samym momencie, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły.
- Lou, dlaczego w naszym ogrodzie stoi jakiś wielki koń…? - oboje usłyszeliśmy miły, męski głos i zobaczyliśmy zaskoczoną minę wchodzącego do pokoju mężczyzny.

Od Lou

- Mi.. chyba coś.. umyka. - z zażenowaniem patrzyła na drzwi jakby próbując siłą umysłu przekonać lekarza, żeby wrócił. Po chwili zwróciła się do fotografa. - Ale ja Cię nie znam.
- Ja Ciebie też nie. - uniósł brew.
Zdjęła czepek, pod którym chowała się dotychczas gęsta kitka i zaczęła skubać swoje dżinsowe rurki.
- To niemożliwe. Zwłaszcza, że mieszkam z ojcem. Jeśli on zobaczy, że przyjechałam do domu z chłopakiem i to na dodatek w długich włosach, który ma u nas mieszkać, dostanie zawału. - wzruszyła ramionami.
- Mogłabyś właściwie mieszkać u mnie. - mruknął jakby sam do siebie, jednak Clark to usłyszała.
- Jeszcze bardziej by mnie wyklął jeśli nagle wyprowadziłabym się z domu.
- Zaczynam dostrzegać problemy Twojego ojca. Nie chce się Tobą dzielić. - dygnął lekko głową patrząc w ścianę.
- Martwi się o mnie.
- A matka?
- Nie żyje. Nie.. Nie chcę o tym mówić, okay?
- No nic. Zatrudnię jakąś pielęgniarkę na kontrakt dwutygodniowy. - patrzył jak kobieta w średnim wieku, która przed chwilą w milczeniu weszła do sali, odłączała go od aparatury i wszystkich tych brzęczydeł.
Louisa jeszcze chwilę przetrawiała tą wiadomość.
- Mogłabyś odwieźć mnie do domu? - spojrzał na nią.
- Pewnie. Raczej Cię tu nie zostawię.
Wyszli ze szpitala około godziny 12, w południe.
- Jaki dzisiaj dzień? - zapytał otwierając drzwi wiśniowej dodge dakoty.
- Poniedziałek. - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Świetnie. - odpowiedział nieco ironicznie. - Kocham poniedziałki.
- Tja. Lepiej wsiądź, zanim znów upadniesz.
Gdy wyjeżdżali ze szpitalnego parkingu, Vinci zadał pytanie, które już trochę go męczyło.
- Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
- Słucham? - Lou myślała, że się przesłyszała.
- Powiedziałaś lekarzowi, że jesteśmy sąsiadami. Skąd wiesz?
- Nie wiem. Improwizowałam. - wzruszyła ramionami stając na czerwonym świetle.
- Więc nie wiesz, gdzie mnie zawieźć?
- Nie mam zielonego pojęcia. - zaśmiała się przełączając bieg na dwójkę.
Po piętnastu minutach skręcili w drogę prowadzącą do lasu. Na tak zwane zadupie. Chłopak zaczął ją kierować.
- Teraz w lewo. - mruknął bawiąc się kosmykiem swoich włosów.
Jednak ona skręciła w prawo. Z tej strony droga była bardziej.. polna.
- To drugie lewo. Nie ma objazdu  więc lepiej zawróć.
Cały czas milczała, przez co fotograf zaczął się trochę denerwować. Cały czas zadawał pytania w stylu: Gdzie jedziemy? Pomyliło Ci się! Już wiem! Jesteś płatną zabójczynią i jesteś tu, żeby mnie zabić! Zdajesz sobie sprawę, że jeśli to zrobisz, zginiesz w więzieniu.
Ostatnie zdanie wypowiedział, gdy podjeżdżała pod bramę drewnianego domu.
- Daj spokój. Twoje życie nie jest takie cenne. - przewróciła oczyma.  By the way, jesteśmy pod moim domem. Musiałam to przemyśleć, ale ostatecznie chyba nie masz wyboru. Będziesz mieszkał u mnie.
- Ale.. - zaczął lecz szybko przerwał mu trzask drzwi kierowcy. Louisa otworzyła bramę i wjechała pod schody.
- Masz konie! - krzyknął mierząc wzrokiem stajnię.
- Jest pusta. - Clark rzuciła jej przelotne spojrzenie i pomogła chłopakowi wyjść z auta.
- Ale dlaczego? - widocznie wciągnął go ten temat. - A tamta zagroda? - pytał z pasją w oczach.
- Też pusta.
- Ale.. dlaczego? - jęknął.
- Tak już jest i tyle. Wejdźmy do środka.
- Nawet jakbyś chciała, to i tak mi nie powiesz, co?
- E e.

Od Cordian'a

   Nagle poczułem jak do mojego ciała zaczynały wracać wszystkie zmysły. Było to trochę jak budzenie się ze snu. Ale nie takiego przyjemnego, kiedy wstajesz w środku zimy, a w kominku przyjemnie płonie ogień. Nie. To była jak sen po imprezie, kiedy budzisz się z potwornym kacem. Dodatkowo nawet po otwarciu oczu masz przywidzenia. Wydaje ci się, że nad tobą pochyla się brązowowłosa dziewczyna. Huh? Wydaje?
- Moja głowa… - jęknąłem, przykładając dłoń do czoła. Pod palcami poczułem coś chropowatego… jakby tkaninę.
- Nie ruszaj się tak gwałtownie, nie wiemy czy nie dostałeś wstrząsu. - powiedziała dziewczyna. Cały czas oglądała się z siebie nerwowo, patrząc na Rivago. Przeczesałem dłonią włosy, z niesmakiem stwierdzając, że są całe w zasychającej już krwi.
- Muszę wrócić do domu… - powiedziałem, starając się powoli podnieść. Nim to jednak zrobiłem, poczułem uścisk czyjejś ręki na moim nadgarstku.
- Nigdzie nie idziesz. Muszę zabrać cię do szpitala. - odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Przecież każdy wie, że jazda bez siodła grozi upadkiem. - dodała, niby pod nosem.
- Ja nie spadłem. Oberwałem kiedy cię odepchnąłem.- powiedziałem, rozcierając skroń.
- To nie zmienia faktu, że powinieneś być bardziej ostrożny. A teraz chodź, muszę cię zabrać do szpitala, bo będziesz mi chodził na sumieniu. - powiedziała, podnosząc się.
- Ohoho… dopiero się znamy a już masz mnie w głowie? - powiedziałem delikatnym głosem, opadając jej na plecy i delikatnie się uśmiechając. - Ratujesz mnie ponieważ liczysz na jakieś punkty? - kontynuowałem i byłem pewien, że chyba rzeczywiście coś mi się w mózgu przestawiło.
- Nigdy nie zainteresowałbym się takim dzieciakiem. - prychnęła.
- Kto tu niby jest dzieckiem… - zaśmiałem się cicho, opierając się na niej i pozwalając by prowadziła mnie drogą.
- Mam 20 lat. Szlag. Żałuję, że zostawiła telefon w domu. - powiedziała, przeszukując plecak.
- A ja 21. I kto tu jest młodszy? - chciałem się zaśmiać, jednak na powrót zaczęło kręcić mi się w głowie. Poczułem jak robi mi się niedobrze. Wyrwałem się z jej uścisku i opadłem na drogę, pozbywając się dzisiejszego obiadu.
- Wszystko w porządku? - zawołała. Jakby nie wiedziała, że nie. Klęczałem tak przez kilkanaście sekund, aż w końcu, pozbawiony sił upadłem na ziemię, tracąc przytomność. Jedyną rzeczą, która słyszałem były urywki krzyków dziewczyny.
                    Obudziły mnie dziwne, regularne odgłosy. Otworzyłem oczy, widząc biały sufit i długą, podłużną lampę. Taką samą jest te w szkołach lub… szpitalach. Spróbowałem się podnieść, jednak powstrzymała mnie czyjaś ręka.
- Leż. - usłyszałem głos dziewczyny z wcześniej. Jakie to dziwne, że już zacząłem go rozpoznawać. Odwróciłem głowę, aby ujrzeć jej twarz. Jej włosy były spięte i schowane w szpitalnym czepku, przez co wyglądała nieco… dziwnie.
- Gdzie jestem? - zapytałem. I ważniejsze: co ona tu robi?
- W szpitalu. Dostałeś wstrząsu mózgu, ciołku. - ucięła krótko.
- A przypomnisz, czyja to wina? - zapytałem, lekko się uśmiechając i przypominając sobie moment, kiedy musiałem ją wypychać spod kopyt konia.
- Twój. Trzeba było spokojniej jeździć. - ucięła krótko. Patrzyłem na nią przez chwilę. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Zacząłem się lekko śmiać.
- Au au auuu… - jęknąłem i wyciągnąłem rękę, aby dotknąć cały czas bolącej głowy. Pod palcami poczułem coś dziwnego. - Co ja mam na głowie?
- Szwy. Miałeś rozciętą połowę czaszki. - powiedziała, na co ja jedynie pokiwałem głową. - Doktor powiedział, że miałeś w cholerę szczęścia i jedynymi pozostałościami po tym wypadku będzie ból głowy i nudności przez następne dwa tygodnie, nawet blizna nie powinna zostać.
- Kurde. Riv to potrafi przywalić. - zaśmiałem się cicho. Spojrzałem na dziewczynę, siedząca na stołku, obok mojego łóżka. Gdyby nie ona, prawdopodobnie już bym się tam wykrwawił na śmierć. Gdy tylko odwróciła się w moją stronę, zobaczyłem na jej ustach szeroki uśmiech.
- Louisa. Lousia Clark. - powiedziała.
- Resteez Vinci. - na moich ustach pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyłem jej wielkie oczy.
- Ten Resteez? - zapytała z niedowierzaniem.
- Heh. Tak. Nie sądziłem, że ktoś tutaj mnie zna. Prawdę mówiąc nie chciałbym żeby tak było.
- Ja nie znam. Nie interesuję się tymi wszystkimi gazetami. Moja przyjaciółka jednak ma obsesję na twoim punkcie. Jak jej powiem, komu uratowałam życie to mi chyba nie uwierzy.
- Pewnie tak. Tylko… nie chciałbym żebyś rozpowiadała na lewo i prawo kim jestem, okej? - zapytałem, dość poważnym tonem. Dziewczyna jedynie w milczeniu pokiwała głową. W tej samej chwili do sali wszedł doktor.
- Jak się czujesz? - zapytał stając przy łóżku.
- Boli mnie lekko głowa. - powiedziałem zgodnie z prawdą. Lekarz zanotował coś w swoim notatniku i sprawdził stojącą obok maszynerię.
- Dobrze. Wygląda na to, że możemy cię wypisać. - powiedział ze spokojem. Słysząc jego słowa, dziewczyna natychmiast poderwała się z krzesła.
- Chcecie go wypuścić z taką raną?! - zawołała, a mężczyzna jedynie nakazał jej gestem ciszę.
- Proszę się uspokoić. Jest młodym człowiekiem, ta rana bez problemu się zagoi, a my mamy wielu pacjentów któzy potrzebują natychmiastowej opieki, lecz nie ma już miejsc.
- Ale…
- Chciałbym się tylko najpierw spytać. Kim pani jest? Jego siostrą, żoną, czy dziewczyną?
- Sąsiadką. - powiedziała szybko, a ja zacząłem się zastanawiać, skąd wie, gdzie mieszkam.
- A wie może pani, czy mieszka on z rodziną?
- Sam. - odpowiedziałem za nią.
- A kontakt do kogoś z rodziny?
- Nie żyją. - skłamałem, nie chcąc mu relacjonować całej historii mojego życia. O rodzicach i tak nic nie wiedziałem, a wzywanie pijanej ciotki, która może naprawdę już nie żyła było bezsensowne.
- Tak więc… - doktor zwrócił się na powrót do Louisy. - Skoro mieszka sam, to będzie potrzebował pani opieki i kontroli. I nie chodzi tu o sprawdzenie dwa raz w ciągu dnia jak się czuje i podanie jedzenia. Proponuję, aby na najbliższe dwa tygodnie zamieszkał u pani w domu. Po tym czasie należy wrócić z tym skierowaniem… - przerwał, aby podać jej kartkę wydartą z notatnika, w którym coś pisał. - … na zdjęcie szwów. A teraz muszę już iść, przygotować się do operacji. Pielęgniarka pomoże panu z odłączeniem całej aparatury. - powiedział, wchodząc z pomieszczenia i zostawiając nas samych, patrzących się na siebie oczami wielkimi jak spodki. Nie słuchaliśmy dalszych słów doktora, gdyż w naszych głowach kołatało ,, na najbliższe dwa tygodnie zamieszkał u pani w domu’’….



Od Lou

Dziewczyna, która była wychowana przez swoich rodziców na idealnie ułożoną pannę, zaczęła przeklinać pod nosem.
- Cholerny idiota, wiesz, Pointa? Nie wiedziałam, że takie dupki w ogóle jeszcze żyją na Ziemi.
Pies podszedł do niej opierając na jej nodze swój wielki, kudłaty łeb.
- Mam się uspokoić? - zaśmiała się bawiąc jej uchem.  - Chodźmy do domu. Już dość spaceru na dzisiaj. Może.. pojedziemy do miasta? - w jej głowie pojawił się kuszący pomysł.
- Zadzwonimy do Jenny i może odwiedzimy ją i Jaspera. - przemawiała do swojego psa jak do człowieka, który w każdej chwili może jej odpowiedzieć. Suczka na dźwięk słowa Jasper od razu zaczęła wariować. Wiedziała kim on był. Jej drugi ulubiony człowiek. Narzeczony przyjaciółki jej pani. Ogromnie się dogadywali.
Louisa nawróciła się na drodze i zaczęła iść w stronę, w której ostatnio widziała konia i jego jeźdźca.
- Obym nie spotkała tego palanta. - mruknęła pod nosem wracając w kierunku domu.
Jednak na drodze nie było nikogo. Jak zazwyczaj. Clark lekko uchyliła skrzypiącą furtkę i wkroczyła na posesję. Jej suczka od razu zaczęła biegać w tą i z powrotem.
- Skąd ty bierzesz na to wszystko energię? - z niedowierzaniem pokręciła głową. - Jesteś niemożliwa. - dodała wchodząc na ganek. Nacisnęła klamkę, ale drzwi nie otworzyły się.
- Puk, puk, tato! - krzyknęła pukając w drewno. Zajrzała do okna i w salonie zobaczyła śpiącego w fotelu mężczyznę.
Przekręciła głową i w plecaku zaczęła szukać kluczy. W tym momencie Pointa zaczęła szczekać. Clark odwróciła się, a na jej podwórko wbiegł koń.
- Boże. - ucięła otwierając szerzej oczy i jeszcze szybciej, gorączkowo zaczęła poszukiwać kluczyków. Gdy już miała w ręce breloczek, do głowy wpadła jej myśl.
Koń jest. A jeździec?  Przeklęła pod nosem sprawdzając czy jej ojciec nadal śpi. Założyła torbę z powrotem na plecy i wstała. Przełknęła.
- Pointa, nie. - rozkazała. Łaciaty ogier zaczął grzebać kopytem w ziemi.
Westchnęła. Koń prawdopodobnie musiał przeskoczyć nad bramą, żeby się tu dostać,bo wszystko było zamknięte.
- Pointusia, idź, otwórz furtkę! - rozkazała. Popatrzyła na nią nie rozumiejąc. Wskazała cel i powtórzyła rozkaz. Goldenka machając ogonem podbiegła do furtki i nosem nacisnęła klamkę.
- Dobry pies! Chodź do mnie! - dziewczyna ucieszyła się jakby jej pies zdobył złoty medal.
- Em.. Idź, koniu. - cofnęła się. Nie miała pojęcia jak się z nimi obchodzić. Nie wiedziała już o nich nic z wyjątkiem tego, że się ich boi. - No... idź sobie. - mruknęła machając rękoma. Po chwili już wiedziała, że to nie zadziała. Z trudem podeszła do furtki. Koń zrobił kilka kroków w jej stronę.
- Ej ej! Odejdź ode mnie, krówko!
Kolejny dziwny pomysł wkradł się do jej głowy.
- Jestem szalona. - westchnęła wyciągając z garażu rower górski. Wyjechała za bramę, a za nią wybiegł pies i koń. Koń pokłusował przed siebie.
- Gdzie on mnie prowadzi? - zmrużyła niepewnie oczy. Pojechała w ślad za ogierem. W pewnym momencie wyprowadził ją na łąkę, którą dobrze znała. Była zbyt zarośnięta, aby jechać dalej, więc jednoślad oparła przy drzewie. Pies rwał się do drogi.
- Zobaczysz. Wyjdziemy stąd z kleszczami.
W pewnym momencie koń stanął dęba, a Lou zauważyła jakieś ciało leżące nad przepaścią.
- O Boże, Pointa! Tu ktoś leży! - zaczęła biec. Gdy podbiegła, ujrzała zbuntowanego nastolatka, którego spotkała przed dwoma godzinami. Pod nim znajdowała się mała kałuża krwi.
- Ej! Żyjesz?! - krzyknęła do chłopaka. Sprawdziła jego oddech i bicie serca. Żył. Całe szczęście. Nie wytrzymałaby widoku trupa. Zdjęła plecak i zaczęła w nim grzebać w poszukiwaniu apteczki. Ojciec zawsze przestrzegał ją, aby była ona nieodłącznym elementem jej wypraw. Wreszcie się przydała. Clark wyjęła z niej bandaż i owinęła nim głowę dzie.. chłopaka, którą położyła sobie na kolanach. Zastanawiała się, co powie Adam widząc jej brudne od krwi spodnie.
- Masz za swoje. - burknęła pod nosem, chociaż zazwyczaj nie miała skłonności do życzenia komuś źle, lub cieszenia się z czyjegoś nieszczęścia.
- Zostaw mnie, koniu. Idź sobie! - krzyknęła w stronę wielkiego ssaka , który do niej podszedł.
Najważniejsze było zatamowanie krwawienia. Chłopak zaczął się budzić.

Od Cordian'a

Z wściekłością zatrzasnąłem laptopa. Ostatkiem spokoju powstrzymałem się przed rzuceniem nim w podłogę. Nie miałem najmniejszego zamiaru jechać na tę durną konferencję do stolicy, tylko dlatego, że ci idioci spartolili kolejną robotę. Odłożyłem bez zbędnej delikatności urządzenie i opuściłem budynek, trzaskając wszystkimi możliwymi drzwiami.
Z impetem otworzyłem stajnię, rzucając przelotne ‘hej’ do Rivago. Pogłaskałem go chwilę po pysku, co lekko złagodziło moje nerwy. Czułem jak mięśnie konia napinają się i jest ona tak samo chętny na wyładowanie swojej energii, jak ja. Nie troszcząc się o zakładanie uprzęży, wyprowadziłem go z boksu. Przebiegliśmy przez ogród, a gdy zaczęliśmy zbliżać się do wysokiej, czarnej bramy, skoczyłem w kierunku konia. Złapałem go lekko za grzywę, podciągając się do góry. Co prawda wsiadanie w momencie gdy koń galopuje jest niebezpieczne, w tamtej chwili myślałem tylko o jednym. Ponagliłem ogiera, lekko uderzając piętami w jego boki. Przed nami wyłonił się ogromny, metalowy płot. Pochyliłem się do przodu, praktycznie przylegając do jego grzbietu. W odpowiednim momencie pociągnąłem za grzywę Rivago. Po tym znaku ogier automatycznie wybił się w górę, wręcz przelatując nad ostrymi sztachetami. Uczucie towarzyszące skokom na takim koniu było niesamowite. Siedzisz na tym półtonowym zwierzęciu, czując się jakbyś siedział na niedźwiedziu grizzly, długa grzywa smaga cię po twarzy, a obrośnięte długimi włosami pęciny unoszą się kilka metrów nad ziemią. Choć najlepsze są lądowania. Venner horse, to nie kościsty arab, gdzie przy lądowaniu boisz się o pewną część swojego ciała, tylko porządny i miękki koń. Uczucie jest wtedy podobne do tego gdy skaczesz na wyjątkowo miękkie łóżko.
Gdy tylko przeskoczyliśmy chyba najtrudniejszą przeszkodzę, ponagliłem konia do jeszcze szybszego biegu. Nie chciałem się na nim wyżywać, jednak byłem pewien, że chłodny, wiosenny wiatr wystarczająco mnie ostudzi. Gnaliśmy jedną z leśnych dróg, które ktoś kiedyś wyłożył asfaltem. Samochody jednak były w tym miejscu rzadkością, gdyż zdarzały się z częstotliwością jeden, może dwa na tydzień. Droga była jednak bardzo przydatna, gdyż można było na niej rozwijać duże prędkości, bez obawy o uderzenie w drzewo, albo jeździć na rolkach i desce.
W momencie, kiedy zacząłem się uspokajać, nagle prosto przed mojego konia wyskoczył pies o żółto-złotej sierści. Momentalnie mój koń stanął dęba, wymachując swoimi ogromnymi kopytami, zdolnymi zmiażdżyć czaszkę człowieka. Po chwili, jakby na potwierdzenie moich słów, na drodze pojawiła się dziewczyna o brązowych włosach, która praktycznie władowała się pod ciągle stojącego dęba konia.
- Zwariowałaś?! - krzyknąłem, zeskakując i spychając ją na bok. Sam zdążyłem uchylić się w ostatniej chwili, jednak poczułem delikatne uderzenie. Zbliżyłem się do ogiera i pogładziłem go po pysku, uporczywie wpatrując się w jego wielkie i wystraszone oczy. Mój ogier nie był strachliwym koniem, jednak gdy coś by wyskoczyło wprost przed ciebie, gdy biegniesz z prędkością 80 km/h to zadowolony byś raczej nie był. - Shhhh… Już dobrze… Jestem tu… I nie tylko ja. - ostatnią część wręcz wysyczałam.
- Przepr- - dziewczyna przestała pochylać się nad psem i odwróciła w moją stronę.
- Jesteś idiotką?! Nie masz pojęcia że to... – krzyczałem, pełen furii, wskazując na jedno z czterech ogromnych kopyt. - ...mogło cię zabić?! A ja nie mam zamiaru siedzieć w więzieniu za zabicie jakiejś nieodpowiedzialnej nastolatki!
- Ale…
- I wytresuj tego cholernego psa, żeby nie ganiał za przypadkowymi zwierzętami! - wciąż krzyczałem.
- To ty powinieneś jeździć wolniej?! Co to, droga leśna, czy tor wyścigowy?! - najwidoczniej dziewczyna nie chciała bezczynnie wysłuchiwać moich nerwów.
- I tak nic tu nie jeździ!
- Ale ja tu byłam! I nie mam zamiaru słuchać jakiegoś głupiego dzieciaka, który potrzebuje adrenaliny. Jedź do miasta i tam się baw. Chodź Pointa. - powiedziała już spokojniejszym głosem, delikatnie głaszcząc psa i udając się dalej drogą. Ja natomiast, jeszcze bardziej wnerwiony niż poprzednio, postanowiłem nie wracać do domu. Tam bym jedynie coś rozwalił lub zdemolował. Dodatkowo strasznie bolała mnie głowa. Wsiadłem na konia i delikatnie zachęciłem go, aby wjechał w las. Postanowiłem udać się na moją ulubioną polanę. Była to nieduża łąka, położona na szczycie klifu. Przez łąkę płynął górski potoczek, wręcz idealny do letnich kąpieli, który zamieniał się w wysoki na kilkanaście metrów wodospad.
Kiedy tylko dotarliśmy na łąkę, zeskoczyłem z grzbietu konia. Zdjąłem buty i ruszyłem w stronę krawędzi klifu, czując przyjemną, wiosenną trawę pod stopami. Usiadłem na końcu stały, spuszczając nogi w dół. Gdy przyszedłem tu pierwszy raz bałem się zbliżyć do krawędzi, lecz teraz spoglądanie w dół i obserwowanie tej przepaści było czymś naturalnymi. Wyciągnąłem z kieszeni w kurtce kawałek pożółkłego papieru, który uwielbiałem używać i ołówek. Spojrzałem w stronę zachodzącego na pomarańczowo słońca i otaczających go chmur, oceniając proporcje. Przeszkadzał mi jednak w tym ból głowy.
Szkicowałem przez jeszcze kilka minut, aż nagle na moją kartkę spadła kropla czegoś czerwonego. Wkurzony, widząc zepsuty rysunek, wyrzuciłem kartkę przed siebie, patrząc jak spada na dół. Wtedy coś mnie tknęło. Uniosłem dłoń i przyłożyłem do swojego czoła.
- Cholera. - zakląłem, gdy zobaczyłem czerwone ślady na swojej dłoni. Podniosłem się z zamiarem powrotu do domu i opatrzenia rany. Jednak kiedy stanąłem na nogach zaczęło mi się kręcić w głowie. Opadłem na ziemię. Spojrzałem w niebo. Zaczynało się robić ciemno, a wiosenne noce były zimne. Próbowałem podnieść się jeszcze kilka razy, jednak z podobnym efektem. Zrezygnowany wyciągnąłem do góry rękę. Jakby na zawołanie Rivago podszedł do mnie. - Riv… idź… po pomoc… - powiedziałem i czując ogromne zmęczenie, zamknąłem oczy. Ostatnim co widziałem był czarno-biały koń, wbiegający do lasu.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Lou

Louisa już 3 godziny spacerowała po lesie. Odłączyła się od drogi wyjeżdżonej przez samochód jej ojca i powędrowała wzdłuż wierzb. Obok jej nogi tradycyjnie już od dwóch lat truchtała lekkim krokiem Pointa.
- Ty to zawsze masz w sobie mnóstwo energii, co? - Clark ze śmiechem zwróciła się do swojej podopiecznej. Odpowiedziało jej tylko głośne dyszenie. - Masz, napij się wody. - usiadła na chwilę na pniu drzewa, a z jej pleców zsunęła się torba w kolorach moro, bądź khaki. Przejechała ręką po białej przypince z czarnym odciskiem psiej łapy w środku i wyciągnęła z plecaka plastikową butelkę schowaną w miseczce o tym samym kształcie. Postawiła ją na ziemi i nalała do niej trochę cieczy, po czym sama upiła trochę z butelki. Spojrzała w dół na swoje zniszczone już trochę czerwone trampki i westchnęła. Nie myślała raczej jednak o ich wyglądzie. Bardzo je lubiła. Westchnęła raczej z zadowolenia, że kolejny dzień wykorzystuje w dobry sposób. Że nie siedzi w domu przed telewizorem, ale przeczesuje znany jej od urodzenia las.
- Idziemy? -zapytała suczkę. Jakby tylko potrafiła mówić.. Niczego więcej do szczęścia nie było już jej trzeba. Retrieverka natychmiast wstała i wachlując ogonem zrobiła kilka kroków przed siebie.
- W takim razie idziemy. - kiwnęła z uznaniem wstając. Po kilku krokach usłyszała trzask gałęzi.
- Pointa! - szepnęła zatrzymując tym samym psa.
Odwróciła się do tyłu, w stronę z której dobiegł trzask. Około cztery metry od niej stał jeleń. Sam w sobie. Z wypartą do przodu piersią i wielkim porożem. Patrzyła na niego z zachwytem. Wcale się go nie bała. Nie pierwszy raz, kiedy staje oko w oko z takim zwierzęciem. Uśmiechnęła się do niego szeroko. Wiedziała, że za nią czeka Pointa, która czeka tylko na jeden ruch jej ręki pozwalający zaatakować. Zwierze jednak nie było zbyt chętne do integracji. Nie interesowała go ani Lou, ani złota suka. Kilkoma zwinnymi skokami zniknął zza drzewami.
- Widziałaś?! - odwróciła się do psa. Cały czas merdała puszystym ogonem. - W drogę. - Dziewczyna pokazała jej kierunek, na co ona posłusznie podreptała kilka kroków przed nią. W którymś momencie jednak usłyszała znajomy dźwięk. Na samą myśl o tym, jakie zwierze biegnie drogą, zadrżała. Do ich uszu dobiegł tętent końskich kopyt. Zaraz na drodze miało pojawić się zwierzę, które zginęło razem z jej mamą. Całe szczęście, że stała obok w rowie. Zza zakrętu galopem wybiegł łaciaty koń. Był piękny i.. niebezpieczny. Samo zło. Jechała na nim jakaś dziewczyna. Nie. Nie dziewczyna. Chłopak. Chłopak..? - przez chwilę zastanawiała się, czy aby wzrok nie płata jej figli. Nie zjadła w lesie jakichś trujących jeżyn? Zobaczyła tylko jak jeździec przejeżdżając pod jej nosem patrzy na jej twarz i jego wzrok szybko zjeżdża w dół i z powrotem w górę. Zmierzył ją wzrokiem. Co za tupet. Jednak było co mierzyć. Zniszczone, obłocone czerwone trampki, czarne leginsy na wpół przemoczone, miejscami zielone od trawy i mchu i gdzieniegdzie pokryte jasną, psią sierścią, szara, bardzo luźna bluza z czerwonym logiem jakiejś marki, a na głowie czarna czapka, smerfetka z wymownym LOL naszytym na zawinięciu. No co?! Najwygodniejszy strój na wyprawę do dziczy. Nie wspominając o kawałku gałązki zaplątanym w rozpuszczonych włosach. Pointa nie widząc żadnego znaku ze strony swojej pani, a czując jej strach, po prostu wystartowała za intruzem i w mig dogoniła konia, którego dziewczyna się boi. Zaczęła szczekać potężnym głosem na wielkiego ogiera a ten stanął dęba. W tej chwili Clark zdążyła wyjąć z ciemnych włosów kawałek drewna i pobiec za psem. Chłopak, jak się okazało po głosie, zeskoczył z konia próbując go opanować.
- Zwariowałaś?! - krzyknął z pretensjami w kierunku dziewczyny.