Uwaga!
piątek, 30 września 2016
Od Cordian'a
Kiedy ujrzałem wchodzącą do pomieszczenia postać, moja twarz przybrała poważny wyraz. Na przeciwko mnie stanął wysoki i krępy mężczyzna. Miał krótko przystrzyżone czarne, lekko siwiejące włosy i od kilku dni niegolony zarost. Nosił mundur koloru brudno-ciemnozielonego, który zdecydowanie nie był ubiorem do ćwiczeń. Ledwo powstrzymałem gwizd na widok tych wszystkich odznak wiszących na jego piersi. Z jego twarzy był spokój i powaga.
Wstałem z krzesła i zbliżyłem się do gościa.
- Dobry. - rzuciłem, stając i zaczepiając palcami o pas od spodni. Mężczyznę najwidoczniej mało obchodziła moja postawa, więc przerzucił wzrok na śpiącą dziewczynę.
- Kim jesteście? - powiedział praktycznie bez emocjonalnym głosem. - Obawiam się, że nie macie prawa tu przebywać.
- Chyba jej nie wyrzucisz do lasu? - zaśmiałem się lekko, nie dbając o zwroty grzecznościowe.
- Przewieziemy was do szpitala. Najpierw jednak potrzebuje wasze dane osobowe i dlaczego znaleźliście się w tym miejscu.
- Już opowiadałem. - jęknąłem.
- Każdy może sobie wymyślić taką bajeczkę. - kontynuował nadal nieugięty żołnierz. Zrezygnowany udałem się w stronę mojej kurtki leżącej koło łóżka Lou. Przeszukiwałem kieszenie, wręcz błagając w myślach, aby była tam ta jedna rzeczy. Z ulgą wyciągnąłem coś na kształt małego, oprawionego w skórę zeszytu. Otworzyłem go i zacząłem przerzucać miękki i twarde kartki. Gdy odnalazłem tą konkretną, wyciągnąłem i podstawiłem mężczyźnie pod nos. Ten skrzywił się lekko, ale wziął papier i zaczął czytać.
- Ufam, że nie będą wam potrzebne nasze tłumaczenie i informacje. - odezwałem się, delikatnie wyciągając ‘dokumencik’ z ręki zaskoczonego człowieka. Schowałem go z powrotem do zeszytu, a następnie do kurtki, mają nadzieje, że nikt tego nie znajdzie. Doprawdy, nie lubiłem używać tego wszystkiego, ale były momenty kiedy się przydawało. To wręcz śmieszne, że udało mi się osiągnąć w mojej drugiej pracy aż tyle, kryjąc to pod hobby malarza i fotografa.
- Owszem. Będziemy zaszczycenie jeśli tu zostaniesz i oczywiście pomożesz. - powiedział mężczyzna, lekko się uśmiechając. Zabawne, jak jeden głupi zwitek papieru mógł aż tak bardzo zmienić człowieka.
- Z chęcią czymś się zajmę. - skłamałem, odwracając się do lekarza. Ten jedynie pokiwał głową, jako potwierdzenie, że wezwie mnie w razie jakiegokolwiek wypadku.
- Ekhem! Ja tu żyję! - zawołała leżąca Louisa, przerywając cisza. Ciekawe jak wiele zauważyła z tego co robiłem…
- Oj, nie bądź niemiła. - zaśmiałem się. - Idę się przewietrzyć, a ty odpoczywaj. - powiedziałem, opuszczając szpital. Na zewnątrz dołączył do mnie żołnierz. Odpiął kieszeń i wyciągnął z niej paczkę papierosów.
- Nie waż się palić przy mnie tego gówna. - prychnąłem. Nienawidziłem smrodu papierosów. Człowiek najwyraźniej uznał, że opór jest bezcelowy, więc schował używki z powrotem do kurtki.
- Jestem nadzorcą krajowego zgrupowania obrony, Daniel Fiaro. - przedstawił się mężczyzna.
- Po co mi podajesz swoje nazwisko? Jakbym go potrzebował, już dawno znałbym je, a czy będziemy na ty nie ma znaczenia.
- Hah. Jak zwykle podchodzisz poważnie do swojej roboty. Niesamowite, że ktoś w tak młodym wieku może tyle osiągnąć. - skomplementował mnie mężczyzna, z wyraźnym podziwem w głosie.
- A niektórzy nawet w tak starym jak ty nic nie osiągną. - prychnąłem, rezygnując z uprzejmości. Ruszyłem przed siebie, a Fiaro wyprzedził mnie niedługo potem, wskazując drogę.
Nie minęło dużo czasu, aż znaleźliśmy się w nadzwyczaj nowoczesnym jak na leśne warunki biurze. Daniel stanął koło biurka i wskazał ręką leżący na nim laptop.
- Masz przejrzeć dokładnie ostatnie dane wojskowe. Ostatnio ginie tam dużo pieniędzy. - rozkazał. Posłusznie usiadłem na krześle, nie otworzyłem jednak sprzętu.
- Nie obawiasz się, że mogę zobaczyć tajne dane? - zapytałem, opierając się na łokciu.
- Jakbyś chciał, to dostałbyś się do nich pewnie w inny sposób.
- Raczej. - brawo! Wreszcie zacząłeś myśleć gościu, dodałem w myślach.
Po godzinie pracy podsunąłem mężczyźnie wydrukowaną kartkę pod nos.
- Tyle ginie, gdzie, kiedy, ten bierze, ten daje… - mówiłem, opisując grupki cyferek znajdujących się na niej.
- Interesujące. Swoją drogą Cordian… - Fiaro spojrzał na wydruk, jednocześnie drapiąc się po podbródku.
- Tsh. Resteez. - przerwałem mu. Nie chciałem, żeby ktokolwiek mówił do mnie moim imieniem. No, może Lou. Choć w sumie to nie moja wina, że nie dało się wyrobić dokumentów na pseudonim.
- Resteez. Niedługo i tu się nie ukryjesz. - powiedział, odkładając kartkę.
- Co?
- Uciekłeś do lasu, fotografie. Myślisz, że tu cię nie znajdą? Oni są bardzo wytrwali w eliminowaniu zagrożeń.
- A jakim niby ja jestem zagrożeniem? - zaśmiałem się, odwracając na krześle i siadając okrakiem wokół oparcia.
- Nie musisz udawać. Słyszałem kim jesteś naprawdę, oprócz marnego artysty. Potwierdza to nawet to co przed chwilą zrobiłeś. Mógłbyś obalić cały rząd jeśli byś chciał…
- I dlatego właśnie nic mi nie zrobią. Bo wiedzą, że mam ich w garści. - zakończyłem. - Ale prawdę mówiąc to nie uciekam od prawa… od przeszłości jeśli już.
- Przeholowałeś, co? - zaśmiał się Daniel, opierając się o ścianę i unosząc do ust filiżankę z herbatą.
- Nie mam zamiaru drążyć tego tematu. Zrobiłem wszystko co miałem, reszta leży w twoim interesie. A teraz pójdę już do przyjaciół. - powiedziałem, wstając i kierując się do drzwi.
- Nie myśl, że po prostu od tego uciekniesz. - usłyszałem, wychodząc z domku. Przyśpieszyłem kroku, jakbym chciał jak najszybciej zostawić tamto miejsce i rozmowę za sobą. Włożyłem ręce do kieszeni i zacząłem poszukiwać jakiegokolwiek ołówka lub kartki. Warknąłem, gdy nie znalazłem nic podobnego. Zawsze moje nerwy puszczały, gdy nie mogłem wyładować ich podczas szkicowania. Rozejrzałem się dookoła, szukając substytutu rozrywki. Po chwili dostrzegłem leżące pod drewnianą szopą pistolety. Zbliżyłem się i podniosłem jeden z nich. Broń była zimna i ciężka, a magazynek naładowany. Uniosłem ja zdrową ręką i wycelowałem w jedno z drzew. Pociągnąłem za spust i usłyszałem huk oraz poczułem jak uderza we mnie fala powietrza. Spojrzałem przed siebie, na mały otwór wydrążony w drewnie. Zagwizdałem cicho, widząc że moc tego sprzętu mogła przebić drzewo. Uniosłem broń ponownie i wystrzeliłem, tym razem w kierunku innego drzewa. Powtórzyłem czynność kilkukrotnie, z każdym razem z powodzeniem, aż koło mnie pojawił się jeden z tych półgłówków.
- Pogięło cię?! Co robisz? - burknął, wyrywając mi broń z ręki.
- Bawię się. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, unosząc ręce w geście obronnym.
- Tsh. Nie rozumiem dlaczego mamy tu trzymać takiego bezmyślnego dzieciaka. Nie dotykaj broni, tym można się zranić. - zagroził, zbierając resztę pistoletów do plecaka.
- Ciekawe, czy o tym myślałeś, kiedy przestrzelałeś mi ramię. - mruknąłem w jego stronę, po czym odszedłem, słysząc z tyłu potok przekleństw.
Gdy dotarłem do szpitala odetchnąłem z ulgą, widząc śpiącą Lou. Nie miałem ochoty na tłumaczenie się z; dlaczego mnie tyle nie było i co robiłem. Kiwnąłem głową w stronę lekarza i usiadłem na krześle. Spojrzałem za okno, wpatrując się w monotonną mieszankę liści i igieł różnych drzew. Było lato, a po lecie nastanie jesień. Kolorowa jesień. Jesień przynosząca natchnienie do malowania. Ciekawe co jeszcze przyniesie…
Nagle do pomieszczenia wszedł Fiaro.
- Resteez, wybuch samochodu i cała wasza akcja zdążyła się już rozprzestrzenić. Jesteście wezwani do sądu pod zarzutem piractwa drogowego i wkroczenia na strefy zakazane. Z góry mówię, że to nie ja to zgłosiłem. - powiedział, sugestywnie machając rękami.
- Wiem. - westchnąłem. - Urgh… wiedziałem, że tak łatwo to się nie skończy.
- Co się nie skończy? - usłyszeliśmy zaspany głos Louisy.
niedziela, 25 września 2016
Od Lou
Znów miała pięć lat. Widziała młodego tatę śmiejącego się z jej nieudolnych prób pierwszych skoków na czarnym jak smoła kucyku.
- Tatusiu, popatrz! Teraz skoczę! - machnęła ręką w jego kierunku.
- No! Zobaczymy! Pamiętaj! Trzymaj się mocno i pochyl do przodu! - pan Clark był w niesamowitym humorze. Widocznie na kogoś czekał.
Kładka była zawieszona jakieś 10 cm nad ziemią, jednak dla małej Lou był to co najmniej metr.
- Dalej, Vanillio! Uda nam się! - mrużyła duże oczy i ponagliła kuca do biegu. Klacz dosłownie przeszła przez przeszkodę, a malutka Clark pisnęła ze szczęścia.
- Brawo Lou! A zobacz, kto jedzie! - wskazał palcem na wysokiego wierzchowca dumnie podążającego w ich kierunku. Na jego grzbiecie siedziała znajoma Lousie osoba, która aż promieniała ze szczęścia.
- Mamusiu! - krzyknęła dziewczynka kłusując na kucyku w jej stronę.
- Witaj Lou. Widziałam twój skok. - uśmiechnęła się schodząc na chwilę z konia i głaszcząc malutką po policzku.
- Podobało się?
- Oczywiście. Kiedyś będziesz ze mną jeździła na zawody i startowała obok mnie.
- Na Vanilli?
- Oczywiście. - skłamała. Vanilla przecież już nie miała urosnąć. Miała zaledwie 100cm w kłębie. - Ścigamy się do tamtego stogu? - uniosła jedną brew.
- Lou kochała swoją mamę ponad wszystko. Była dla niej ideałem piękna i uważała, że Rozie musiała być kiedyś księżniczką. Nieodłącznym elementem ich zabaw był wyścig po zielonym padoku. Oczywiście mama dawała małej ogromne fory. W końcu jej koń był wyścigowcem, a kucyk.. kucykiem. Gdy klacz sportowa na wyścigach osiągała ponad 60 km/h, kucyk z małą Lou na grzbiecie - góra 10.
- Adam, możesz ją podać? - zaśmiała się kobieta wyciągając ręce w kierunku córki. Mała usiadła przed nią w siodle i w ten sposób, prowadziła dużego konia. Przynajmniej rękoma.
Po skończonej jeździe, obie czyściły swoje wierzchowce. Przechodząc przez stajnię dało się słyszeć wszechobecne konie.
- Zobacz, to jest Quatra. Kiedyś będziesz na niej jeździć. - kobieta pogłaskała konia po policzkach.
- Ale mamo.. Ja chcę jeździć na Vanilli.
-Vanillia zawsze będzie kucykiem, a ty będziesz rosła. Kiedyś będziesz na nią za duża i ona nadal będzie Twoim kucykiem, ale jeździć będziesz na Quatrze.
- Ale mamo... Ona jest strasznym osiołkiem i w ogóle nie biega, a mój kucyk biega.
- Hahahahah.. Zobaczysz. Quatra jest dobrym koniem i bardzo Cię lubi. Chcesz na niej pojeździć?
W pewnym momencie mama pocałowała Lou w główkę i razem z kasztanką, zaczęła się oddalać.
- Mamo? Mamo, nie odchodź! Mamusiu! - Lou nawoływała ją, ale ta nawet się nie odwróciła. - Mamo... Mamo.. Nie idź. Nie zostawiaj mnie. Mamo..
Było zimno. Lou pomału otworzyła ciężkie powieki. Czuła się.. okropnie. Jak śmieć. Każdy oddech sprawiał jej ból, chociaż była pewna, że dostała środki przeciwbólowe. Próbowała chociażby podnieść głowę, ale szybko zrezygnowała.
- Hej, wnioskuję, że miałaś ciekawy sen. - usłyszała znajomy, ciepły głos.
- Cordian... - westchnęła podnosząc rękę i przecierając nią oczy jednocześnie po raz kolejny wypuszczając ciężko powietrze. - Dlaczego?
- Cały czas wołałaś mamę. - mruknął cały czas bawiąc się jej włosami.
- Mój tata nie wie, gdzie jestem. Pewnie się martwi...
- Znasz jego numer?
- ...
- Znasz?
- Tak.
- Super. Tam w rogu jest telefon. Jeśli podasz mi numer, to zadzwonię.
- Sama mogę zadzwonić.
- Proszę bardzo. Tylko spróbuj tam podejść. - w jego głosie było słychać ironię.
- Masz rację. - zrezygnowana zamknęła oczy podając cyfry.
Do ucha chłopaka dotarła seria piszczącego, urywanego dźwięku.
- Dzień dobry! Tutaj Resteez. Dzwonię, z budki telefonicznej, bo z Lou, Jenny i Jasperem jesteśmy w mieście i Lou chciała zadzwonić, że zostajemy tutaj na kilka dni, ale nie dała rady, bo weszli właśnie do knajpy. Podała mi numer, żebym zadzwonił, bo i tak jeszcze nie wchodzę do środka.. - zdawało się, że przez chwilę serce dziewczyny podskoczyło do gardła, gdy głos przejął jej ojciec.
- Jasne! Jakby co, to będziemy w kontakcie. Tak Jasper, już idę! Jasper mnie woła. Przepraszam, muszę już wejść. Swoją drogą, jak pan ocenia restaurację na ulicy xxxxxx? Tak? Okay. Bo właśnie tam jesteśmy. Muszę iść coś zamówić, do widzenia!
- Umiesz kłamać. - uśmiechnęła się słabo.
- Uczę się od najlepszych. - wskazał na nią.
- No cóż.. Nie zaprzeczam. Dobrze, że nie powiedziałeś mu prawdy.
- Tak? Myślałem, że mnie zganisz.
- Dobrze, że nie wie co się stało. Nie znasz mojego ojca. Zaraz by tu był i zrobiłby rewolucję francuską. Okropnie się o mnie boi. Dostałby zawału.
W tym momencie do środka wszedł ktoś ważny. Widać to było po jego postawie i mundurze z wieloma odznaczeniami. Z jego oczu bił spokój.
- Dzień dobry! Tutaj Resteez. Dzwonię, z budki telefonicznej, bo z Lou, Jenny i Jasperem jesteśmy w mieście i Lou chciała zadzwonić, że zostajemy tutaj na kilka dni, ale nie dała rady, bo weszli właśnie do knajpy. Podała mi numer, żebym zadzwonił, bo i tak jeszcze nie wchodzę do środka.. - zdawało się, że przez chwilę serce dziewczyny podskoczyło do gardła, gdy głos przejął jej ojciec.
- Jasne! Jakby co, to będziemy w kontakcie. Tak Jasper, już idę! Jasper mnie woła. Przepraszam, muszę już wejść. Swoją drogą, jak pan ocenia restaurację na ulicy xxxxxx? Tak? Okay. Bo właśnie tam jesteśmy. Muszę iść coś zamówić, do widzenia!
- Umiesz kłamać. - uśmiechnęła się słabo.
- Uczę się od najlepszych. - wskazał na nią.
- No cóż.. Nie zaprzeczam. Dobrze, że nie powiedziałeś mu prawdy.
- Tak? Myślałem, że mnie zganisz.
- Dobrze, że nie wie co się stało. Nie znasz mojego ojca. Zaraz by tu był i zrobiłby rewolucję francuską. Okropnie się o mnie boi. Dostałby zawału.
W tym momencie do środka wszedł ktoś ważny. Widać to było po jego postawie i mundurze z wieloma odznaczeniami. Z jego oczu bił spokój.
sobota, 24 września 2016
Od Cordian'a
- Kurw… - warknąłem widząc pobitą szybkę urządzenia, które najwyraźniej zdecydowało się odmówić posługi. Rzuciłem nie zdatną do użytku maszynę i ułożyłem delikatnie dziewczynę na ziemi. Przy każdym ruchu na jej twarzy było widać grymas bólu. Najdziwniejsze było to, że w porównaniu do obrażeń dwójki pozostałych pasażerów, mi nic się nie stało. Przynajmniej zewnętrznie.
Podszedłem do najbliższego drzewa, w tym przypadku sosny i usiadłem na miękkim mchu, opierając się o pień. Uniosłem głowę żeby spojrzeć na błękitne niebo poprzez rozłożyste gałęzie. Mój widok zaczął przesłaniać dym. Istniała nadzieja, że ktoś go zauważy i przyjdzie z pomocą. Wróciłem wzrokiem do dwóch leżących sylwetek, tonących w szarej mgle. To wszystko zaczynało przypominać kiepski film akcji. Taki bez happy-endu.
- Lou? - zapytałem słabym głosem. Kiedyś słyszałem, że z rannymi najlepiej utrzymywać jest kontakt.
- Cordian?
- Szybko się przyzwyczaiłaś do tego imienia, co? - powiedziałem, delikatnie się uśmiechając. - To było głupie…
- Zachowaliśmy się jak jakieś naćpane dzieciaki.
- Chcieliśmy uratować czyjeś życie.
- A wyszło przeciwnie. - Huh? Przeciwnie? W jednej chwili poderwałem się i podbiegłem do leżącego mężczyzny. Schyliłem się nad nim i sprawdziłem oddech. Żył. Co prawda był gorący niczym kaloryfer w zimę, ale żył.
- Masz pojęcie, gdzie jesteśmy? - zapytałem, wstając.
- Khy, khy – zakaszlała. - Nie przypominam sobie takiego urwiska.
- No pięknie. Wiem, że niby zawsze może być gorzej, ale w tym wypadku to… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ nagle usłyszeliśmy huk. A ja dodatkowo poczułem ból. Upadłem na kolana, łapiąc się za przedramię, w którym poczułem nagły, ostry i piekący ból. Chwilę później moja dłoń pokryła się czerwonym płynem. - Co jest? - warknąłem.
- Cordian?! - zawołała Louisa, próbując się podnieść. Kątem oka zauważyłem jednak, że uniemożliwił jej to ból i z sykiem opadła na ziemię. Huk, rana, myśl, myśl Resteez! Strzał! To musiała być jakaś broń palna. A skoro broń palna, to i człowiek!
- Halo! Pomocy! - krzyknąłem. W odpowiedzi usłyszałem kolejny huk i poczułem jak coś przecięło powietrze kilka metrów ode mnie. Obejrzałem się w stronę, z której został wystrzelony pocisk. - Nie jesteśmy uzbrojeni! Mieliśmy wypadek i potrzebujemy pomocy!
Nagle dało się słyszeć szelest i z krzaków wyszło 7 mężczyzn ubranych w kombinezony moro, hełmy i trzymających karabiny.
- To… jakiś żart?! - zawołałem zaskoczony, mocno ściskając krwawiącą rękę.
- Co tu robisz? - burknął jeden z żołnierzy. - To jest ściśle tajny teren specjalnych ćwiczeń wojskowych. Obce osoby nie mogą tutaj wchodzić.
- Huuh?! - z deszczu pod rynnę? Chociaż służba wojskowa musiała mieć własny szpital. - Proszę, pomóżcie im! - powiedziałem, prawie błagalnym głosem, zdrową ręką wskazując na dwie leżące osoby. Proszenie na kolanach (czyli w pozycji, w której się właśnie znajdowałem) było zdecydowanie wbrew moim zwyczajom, ale to była wyjątkowa sytuacja.
- Pytam co się stało, i co to był za wybuch. - warknął gardłowym głosem jeden z żołnierzy, a ja poczułem zimno stalowej lufy na moim gardle.
- Jesteście wojskiem, czyż nie? - spytałem z wrednym uśmiechem na twarzy. - Nie powinniście pomagać obywatelom, zamiast w nich celować? - dokończyłem, co jeszcze bardziej spotęgowało jego gniew.
- Zabrać ich wszystkich do medyka. Potem jeszcze dowiemy się więcej. - żołnierz skinął na swoich towarzyszy, którzy już zaczęli robić prowizoryczne nosze z gałęzi. Gestem pokazałem im, że nie potrzebuję pomocy i obwiązałem krwawiącą rękę kawałkiem materiału oderwanym od koszulki. Zbliżyłem się do leżącej na noszach Louisy.
- I co? - zapytałem, delikatnie się uśmiechając.
- Masz szczęście. - prychnęła dziewczyna.
- Hej, wiem, że martwisz się o swoją dziewczynę, ale czy mógłbyś odejść na bok? Utrudniasz. - zawołał twardym głosem jeden z żołnierzy.
- Nie jestem jej chłopakiem, tylko bratem. - skłamałem, wiedząc, że później to małe kłamstwo mi się przyda.
- Cokolwiek. Jak tak palisz się do pomocy to pomóż innym przy tym drugim.
- Chyba spasuję. - uśmiechnąłem się delikatnie, dotykając opaski uciskowej na moim ramieniu.
Po pół godzinie przedzierania się przez las dotarliśmy do polowego szpitala-baraku, w którym panowały nadzwyczaj sterylne warunki. Dwie pielęgniarki zajęły się Louisą i mężczyzną, podczas gdy do mnie podszedł lekarz w białym fraku. W duchu dziękowałem, że przynajmniej ta grupa naburmuszonych dryblasów została na zewnątrz. Choć w sumie nie przeszkadzała mi ich ilość. Może dlatego, że przez te ich mięśnie, IQ całej grupy łącznie było równe IQ przeciętnego człowieka.
- Co się stało chłopcze? - zapytał już lekko siwiejący facet.
- Wypadek.
- Nie wyglądasz jakbyś był pod wpływem narkotyków, albo alkoholu. - stwierdził, dokładnie mnie oglądając.
- Haaah. To trochę inna historia. - syknąłem, kiedy doktor zabrał się za odwijanie rękawa od mojej bluzy, aby dostać się do rany.
- Z chęcią bym jej wysłuchał.
- Tooo tamten facet to mój szef. - powiedziałem, krzywiąc się w bólu, podczas gdy lekarz starał się wydobyć pocisk z rany. - I zrobił coś, czego nie powinien, więc moja siostra uderzyła go deską w głowę. I upadł w błoto. I dostał zakażenia. I chcieliśmy go zabrać do lekarza. I jechaliśmy bardzo szybko, bo był w złym stanie. I goniła nas policja. I wjechaliśmy do lasu. A potem spadliśmy z urwiska, a mnie postrzelili. Koniec! - zawołałem i uniosłem obie ręce, czego pożałowałem. Opuściłem rękę, sycząc z bólu. Całe szczęście, że była to prawa, a ja byłem leworęczny.
- Spokojnie. I tak się już pogubiłem. - zaśmiał się lekarz, rzucając mi karcące spojrzenie. Stwierdziłem, że nie wiercenie się również będzie dobrym wyjściem dla mnie.
- Wszystko z nimi w porządku? - zapytałem, odwracając głowę do dwóch krzątających się pielęgniarek.
- Dziewczyna ma połamane 4 żebra i w dwóch miejsca lewą nogę. - odpowiedziała jedna z dziewczyn tak, jakby było to czymś zupełnie normalnym i codziennym.
- Auć. A mężczyzna?
- Zakażenie. Wystarczy podać mu kilka zastrzyków. Oprócz tego nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.
- A ty jak się trzymasz? - zagadnął lekarz, ciepło się uśmiechając i kończąc zawiązywać bandaż.
- Noo… lekki strach jest. - zaśmiałem się, sprawdzając opatrunek. - Trzeba mieć szczęście, żeby najpierw spaść z klifu pośrodku zadupia, a potem wpaść na szpital polowy.
- To jest życie. Wszystko się wyrównuje. - powiedział mężczyzna, podchodząc do stojącej w rogu szafki i wyjmując z niej kilka kubków. - Zrobię i herbaty na uspokojenie i odzyskanie sił.
- Dziękuję. - odpowiedziałem i wstałem, żeby usiąść koło łóżka, na którym leżała już nieprzytomna Louisa. Oparłem się plecami o ścianę, zdrową ręką łapiąc kosmyk włosów dziewczyny i przyglądając się poczynaniom pielęgniarek. Nawet nie zauważyłem kiedy moje powieki zaczęły robić się ciężkie, a ja odpłynąłem w głęboki sen.
Od Lou
Lou jeszcze nie do końca kontaktowała co się dzieje. Z jej płuc ciężko wyleciało powietrze. Ulżyło jej, że żyją, chociaż rwanie w okolicach krzyża, nie ustępowało.
Po chwili starań, w końcu uspokoiła się i oparła głowę o oparcie.
- Tak, Cordian. Też się cieszę, że żyjemy. - westchnęła mając zamknięte oczy. Nadal była do niego przytulona. W pewnym momencie dotarła do niej jedna, zasadnicza myśl. Natychmiast obróciła się do tyłu patrząc na przypiętego trzema pasami bezpieczeństwa, leżącego właściciela samochodu. Z trudem wyciągnęła rękę i po chwili wyczuła puls. W tym monecie ucieszyła się, że jednak nie zabrała Pointy. Dla niej wypadek okazałby się tragiczny.
- Co teraz? - fotograf zadał pytanie, na które żadne z nich nie znało odpowiedzi.
- Zawsze do lasu zabieram plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś teraz nie zabrałam. Nie wiadomo czemu. - w jej głosie dało się wyczuć sarkazm.
- Ciekawe. - zaśmiał się próbując podtrzymać atmosferę. Z zewnątrz wyglądałoby to dziwnie. Właśnie spadlli z urwiska, samochód może lada chwila wybuchnąć, są połamani, z tyłu leży ciężko ranny facet, nad nimi wisi chmura śmierci, a w środku słychać śmiech. Psychopaci?
Dziewczyna dotknęła tyłu swojej głowy. Jej włosy były mokre od krwi. W pewnym momencie najechała na ranę i aż syknęła z bólu. Spojrzała na szefa Cordiana.
- Karma wraca. - mruknęła w jego kierunku uśmiechając się.
- Lou, trzeba jak najszybciej wyjść z tego auta.
- Masz rację. Ale nie wiem, czy dam radę..
- Dasz. Raczej Cię nie zostawię. - Vinci otworzył pogięte drzwi i z trudem zaczął się czołgać na zewnątrz. Dziewczyna próbowała wyjść, ale już pierwszą przeszkodą były zmiażdżone drzwi niechcące się otworzyć w żaden sposób.
Chłopak, na tyle, ile pozwoliło mu poobijane ciało, dobiegł do drzwi kierowcy.
- Wycieka ropa! - krzyknął próbując otworzyć drzwi.
- Drzwi wbiły się w ziemię. Nie dasz rady. Uciekaj. - zamknęła oczy niewiarygodnie łatwo zgadzając się ze swoim losem.
- Żartujesz?! Nie zostawię Cię! - krzyknął kopiąc w ziemi.
- Cordian, ten samochód zaraz wybuchnie, uciekaj. - jęknęła. - przytrzasnęło mi nogi. I tak nie wyjdę. - wyznała zgodnie z prawdą.
- Do cholery, przestań narzekać! Nie ucieknę stąd bez Ciebie, idiotko! - jego ton głosu ewidentnie wskazywał na jego wściekłość i zawziętość. Podbiegł od strony pasażera i próbował z tamtej strony wyciągnąć Lou. Ledwo ją ruszył, a ona już krzyknęła z bólu.
- Teraz musisz się trzymać. Nie masz wyboru. - przekręcił głową starając się zrobić cokolwiek.Walczył z czasem, bo wszędzie czuć było wszechobecną benzynę. Działań nie umilał okropny grymas na twarzy Clark, która, wydawało się, że niedługo umrze z bólu.
- Cordian.. - wtedy Lou wypowiedziała słowa, w które sama nie wierzyła. - Jeśli przeżyjemy, to obiecuję, że zacznę jeździć konno.
Resteez odpiął jej pasy i na siłę wyciągał z czarnego samochodu. Gdy już to zrobił, zemdlała. Wahał się czy wrócić po szefa, ale najpierw zaciągnął nieprzytomną Lou za ogromną skałę obok. Wyglądało na to, że najmniej obrażeń podczas wypadku odniósł właśnie on.. Zdążył wrócić po faceta i bez problemu go odpiąć.Właściciel auta nadal się nie budził, a Lou wreszcie otworzyła pełne bólu oczy. Wszystko ją bolało. Właśnie wtedy czarne auto z ogromnym hukiem wyleciało w powietrze.
- Lou, nie umieraj. Powiedz co mam zrobić. - zwrócił się do swojej sąsiadki.
- W kieszeni mam telefon. Zobacz, czy działa i zadzwoń po pomoc.
Po chwili starań, w końcu uspokoiła się i oparła głowę o oparcie.
- Tak, Cordian. Też się cieszę, że żyjemy. - westchnęła mając zamknięte oczy. Nadal była do niego przytulona. W pewnym momencie dotarła do niej jedna, zasadnicza myśl. Natychmiast obróciła się do tyłu patrząc na przypiętego trzema pasami bezpieczeństwa, leżącego właściciela samochodu. Z trudem wyciągnęła rękę i po chwili wyczuła puls. W tym monecie ucieszyła się, że jednak nie zabrała Pointy. Dla niej wypadek okazałby się tragiczny.
- Co teraz? - fotograf zadał pytanie, na które żadne z nich nie znało odpowiedzi.
- Zawsze do lasu zabieram plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś teraz nie zabrałam. Nie wiadomo czemu. - w jej głosie dało się wyczuć sarkazm.
- Ciekawe. - zaśmiał się próbując podtrzymać atmosferę. Z zewnątrz wyglądałoby to dziwnie. Właśnie spadlli z urwiska, samochód może lada chwila wybuchnąć, są połamani, z tyłu leży ciężko ranny facet, nad nimi wisi chmura śmierci, a w środku słychać śmiech. Psychopaci?
Dziewczyna dotknęła tyłu swojej głowy. Jej włosy były mokre od krwi. W pewnym momencie najechała na ranę i aż syknęła z bólu. Spojrzała na szefa Cordiana.
- Karma wraca. - mruknęła w jego kierunku uśmiechając się.
- Lou, trzeba jak najszybciej wyjść z tego auta.
- Masz rację. Ale nie wiem, czy dam radę..
- Dasz. Raczej Cię nie zostawię. - Vinci otworzył pogięte drzwi i z trudem zaczął się czołgać na zewnątrz. Dziewczyna próbowała wyjść, ale już pierwszą przeszkodą były zmiażdżone drzwi niechcące się otworzyć w żaden sposób.
Chłopak, na tyle, ile pozwoliło mu poobijane ciało, dobiegł do drzwi kierowcy.
- Wycieka ropa! - krzyknął próbując otworzyć drzwi.
- Drzwi wbiły się w ziemię. Nie dasz rady. Uciekaj. - zamknęła oczy niewiarygodnie łatwo zgadzając się ze swoim losem.
- Żartujesz?! Nie zostawię Cię! - krzyknął kopiąc w ziemi.
- Cordian, ten samochód zaraz wybuchnie, uciekaj. - jęknęła. - przytrzasnęło mi nogi. I tak nie wyjdę. - wyznała zgodnie z prawdą.
- Do cholery, przestań narzekać! Nie ucieknę stąd bez Ciebie, idiotko! - jego ton głosu ewidentnie wskazywał na jego wściekłość i zawziętość. Podbiegł od strony pasażera i próbował z tamtej strony wyciągnąć Lou. Ledwo ją ruszył, a ona już krzyknęła z bólu.
- Teraz musisz się trzymać. Nie masz wyboru. - przekręcił głową starając się zrobić cokolwiek.Walczył z czasem, bo wszędzie czuć było wszechobecną benzynę. Działań nie umilał okropny grymas na twarzy Clark, która, wydawało się, że niedługo umrze z bólu.
- Cordian.. - wtedy Lou wypowiedziała słowa, w które sama nie wierzyła. - Jeśli przeżyjemy, to obiecuję, że zacznę jeździć konno.
Resteez odpiął jej pasy i na siłę wyciągał z czarnego samochodu. Gdy już to zrobił, zemdlała. Wahał się czy wrócić po szefa, ale najpierw zaciągnął nieprzytomną Lou za ogromną skałę obok. Wyglądało na to, że najmniej obrażeń podczas wypadku odniósł właśnie on.. Zdążył wrócić po faceta i bez problemu go odpiąć.Właściciel auta nadal się nie budził, a Lou wreszcie otworzyła pełne bólu oczy. Wszystko ją bolało. Właśnie wtedy czarne auto z ogromnym hukiem wyleciało w powietrze.
- Lou, nie umieraj. Powiedz co mam zrobić. - zwrócił się do swojej sąsiadki.
- W kieszeni mam telefon. Zobacz, czy działa i zadzwoń po pomoc.
piątek, 23 września 2016
Od Cordian'a
- Co ty odpierdalasz? - z oszołomienia wyrwał mnie dobrze mi znany głos. Uniosłem dłoń i wytarłem nią ślinę z ust.
- Sam bym chciał to wiedzieć.- odpowiedziałem sennym głosem. Zawsze ostre pocałunki wprawiał mnie w stan otępienia na kilka minut. Zbliżyłem się do bezwładnie leżącego na ziemi mężczyzny. Dotknąłem delikatnie jego pleców, oczekując na ruch. Przejechałem wzrokiem na jego czaszkę, z której sączył się strumyk krwi. - Czym mu przywaliłaś?
- Eeee tym? - zapytał niby siebie dziewczyna i wyciągnęła w moją stronę kawałek deski. - Potknęłam się o jedną z twoich sztalug i to się oderwało i…
- Dobra nie tłumacz. I daj mi to bo jeszcze komuś krzywdę zrobisz. - warknąłem. Niestety dziewczyna również nie pozostałą bierna.
- Tak w ogóle to co to miało być?! Ja jestem u ciebie w gościnie a ty sobie tu stoisz i całujesz tego, tfu, gościa?! - krzyknęła, wymachując rękami a ja ucieszyłem się, że zdążyła mi oddać kawałek deski.
- Ale to nie powód, żeby niszczyć moją sztalugę! - prychnąłem. - To z kosodrzewiny! Szybko takiej nie znajdziesz!
- A idź do lasu to zaraz w te krzaki wleziesz! I czekam na wyjaśnienia! Kto to niby jest?! - dziewczyna wciąż się wydzierała, przez co mój opór okazał się bezcelowy.
- Mój szef. - powiedziałem spokojnie.
- Aha. A wiesz, że myślałam, że pracujesz w firmie fotograficznej, a nie w burdelu? - prychnęła, a ja posłałem jej karcące spojrzenie.
- To moja praca.
- Ahhaaaa! Szkoda, że wszystkie twoje fanki nie wiedzą jak ciężko pracujesz… - nadal żartowała dziewczyna. Miałem dosyć jej gadania. Miałem dosyć wszystkiego. Tego, że miała rację, jak i tego, że to był pierwszy raz kiedy… próbowałem go odepchnąć? Zrezygnowany, opadłem na ziemię i wtuliłem twarz w trawę.
- Mam już dosyć… - jęknąłem. - Wcześniej wszyscy mnie wykorzystywali i zgadzałem się na to, jeśli miałem z tego korzyści. Czemu więc teraz mam obiekcje?
- Hej Ree… - najwyraźniej już spokojniejsza Louisa usiadła obok mnie i położyła mi dłoń na plecach.
- Nie Rezteez.
- Uh?
- Cordian.
- Co?
- Cordian. Moje imię. - powiedziałem, przewracając się na plecy i patrząc w górę. Nade mną widziałem liście i gałęzie drzew, przez które prześwitywało słońce oraz błękitne niebo. Zacząłem żałować, że nie miałem przy sobie aparatu. Każda chwila w życiu była niesamowita. Nawet kiedy wszystko zaczynało się walić był obraz na który mogłeś spojrzeć i odzyskać spokój.
- Ale czemu?
- Nie lubię gdy inni mnie tak nazywają. Mam przez to wrażenie jakbym odsłaniał to, co mam w środku. Ale prawdę mówiąc, to właśnie toczy się tam taka bitwa, że jeżeli tego nie zrobię to wybuchnę. - wytłumaczyłem, ciepło się uśmiechając.
- Tylko mi tu nie wybuchaj. Miałeś mi podać przepis na te kremówki.
- Haahaah. To mój sekret. Ale może w testamencie ci zapiszę. - zaśmiałem się. - Hej, możemy tak chwilę zostać?
- Jeśli lubisz leżeć w błocie, koło krwawiącego, nieprzytomnego człowieka to spoko. - wzruszyła ramionami.
- Cholera. - poderwałem się na nogi i spojrzałem na szefa. Nie oberwał mocno, jednak jego stan idealny też nie był. - Em… dzwonić po karetkę?
- I tak żadna tu nie dojedzie. Musimy go zabrać do szpitala.
- Niby jak? Na koniu? - zaśmiałem się, na co Louisa zbliżyła się do mnie i pacnęła mnie w głowę.
- Tym. - powiedziała, wskazując stojący niedaleko czarny, sportowy samochód.
- Jesteś pewna? - zapytałem, przypominając sobie jej mały powóz.
- Chyba prawo jazdy jakoś zdałam. Dobra ja zrobię mu prowizoryczny opatrunek, a ty poszukaj kluczyków. - mówiąc to, rzuciła w moją stronę granatową marynarkę. Od razu zabrałem się za przeszukiwanie kieszeni. Przy okazji znalazłem w nich kilka przedmiotów, które najwyraźniej mężczyzna przygotował na moment, w którym byłbym przychylny do jego oferty. Po kilku chwilach odnalazłem kluczyki z przyczepionym do nich breloczkiem w kształcie smoka, w myślach dziękując, że to ja przeszukiwałem tą marynarkę, a nie ona.
- Ciekawe. Często zdarza ci się kogoś przywalić deską a potem opatrywać? - zapytałem, przyglądając się jej działaniom.
- Nie, a co, chcesz być następny? - rzuciła, nie odrywając się od pracy.
Gdy wszystko, włącznie z pacjentem było już gotowe zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy. Najwidoczniej mężczyzna zbyt długo leżał w błocie, ponieważ do rany musiała wdać się infekcja, która wywołała gorączkę.
- Cholera Lou. W co my się wpakowaliśmy? - jęczałem. - Daleko jeszcze? Nie da się szybciej?!
- Po pierwsze to twój szef nie mój, po drugie to mieszkamy na zadupiu więc wszędzie jest daleko, a po trzecie to nawet to cacko więcej niż 200 km/h na tej drodze nie wyciągnie.
- Zwariowałaś?! Jedziesz 200 na godzinę?! - wykrzyknąłem, i jakby na potwierdzenie moich słów zaraz za nami usłyszeliśmy dźwięk syreny. - To karetka, prawda?
- Chciałbyś. - prychnęła dziewczyna. Oboje spojrzeliśmy w lusterko, mając nadzieje, że ten wóz policyjny jest jedynie halucynacją.
- Nie możemy się zatrzymać! Z nim jest serio źle. - warknąłem, widząc jak tamci zaczynają nas doganiać.
- Na tej autostradzie nigdy ich nie zgubimy. To jest terenowy samochód, tak? No to trzymaj się! - krzyknęła, gwałtownie skręcając i zjeżdżając z drogi prosto do lasu. To był chyba jeden z nielicznych przypadków w moi życiu kiedy wydarłem się jak kobieta i z przerażeniem zacząłem wymachiwać rękami w poszukiwaniu cykor-łapki.
- Kur*a Louisa, nie zabij nas! - było jedynym co udało mi się wydukać, kiedy skakaliśmy po górkach i wymijaliśmy drzewa. Musiałem przyznać, że jak na trudny teren i presję sytuacji dziewczyna dobrze jeździła. Ciekawe, gdzie robiła prawko?
Za nami już nie słyszeliśmy odgłosu syreny zdecydowanie nie terenowego policyjnego auta, a las zaczął się przerzedzać. Coś zaczynało być nie tak. Spojrzałem na dziewczynę i zobaczyłem, że nie tylko ja mam złe przeczucia. Mimo to, ona nadal dociskała pedał gazu, pędząc do przodu. Myślałem, że wystarczy mi adrenaliny na następne kilka lat. Najwidoczniej się pomyliłem, ponieważ po chwili odkryliśmy powód przerzedzania się drzew. A mianowicie urwisko.
- Cholera! - krzyknęła dziewczyna. Ostro hamując. Niestety prędkość pojazdu była zbyt wielka i wyjechał on ‘w powietrze’. To był ten moment, kiedy czujesz się jak ci bohaterowie z kreskówek co wybiegają nad urwisko i biegają w powietrzu, żeby po chwili spaść. Z tą różnicą, że ty od razu spadasz. To był też moment, w którym odkryłem, że zwykłe pasy samochodowe nie sprawdziły by się jako uprząż trzymająca astronautów na miejscach.
- Jak to przeżyjemy to cię zabiję! - pisnąłem, chwilę przed uderzeniem głową w sufit. Moje włosy oblepiły mi cała twarzy i oczy, przez co następnym co poczułem było mocne uderzenie. Uderzenie, wywołujące uczucie miażdżenia kręgosłupa. - Aaaaargh! - krzyknąłem.
Jedynie co mi odpowiedziało, to cisza. Uniosłem rękę, z jakże wielką ulgą czując, że nic nie złamałem. Odgarnąłem włosy z czoła, żeby ujrzeć jakże katastroficzny widok. Samochód leżał na dachu, najwyraźniej wśród skał, porośniętych krzewami, bo przez przednią, całkowicie zbitą szybę wystawała mała sosna. Przód był kompletnie zniszczony, a cudem było to że nie wybuchł. Rozejrzałem się dookoła i pobite szyby oraz pognieciona we wszystkich miejscach blacha utwierdziła mnie w przekonaniu, że samochód był w stanie do kasacji. Wtedy nagle coś mnie tknęło. Spojrzałem na siedzenie kierowcy. Louisa siedziała bez ruchu, tonąc w poduszce powietrznej. Przynajmniej tyle dobrze, że się otworzyła. Oderwałem materiał i odrzuciłem go na bok. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem nią policzka dziewczyny.
- Hej, Loou… żyjesz? - zaśmiałem, się chociaż nie było mi do śmiechu. Sądząc po wysokości wzgórza i rodzaju podłoża ujście z życiem z takiego wypadku było wielkim wyczynem. Ku mojej ogromnej uldze, dziewczyna otworzyła oczy.
- Brzuch mnie boli… - jęknęła.
- Lou… - zdążyłem jedynie powiedzieć, zanim oplotłem ją ramionami, przytulając się do niej. Niby była tylko moją sąsiadką, ale nie mogłem sobie wyobrazić tego, że nie otworzyłaby już tych oczu. - Co myśmy cholera zrobili...
sobota, 17 września 2016
Od Lou
- Zostań tu, dobrze? - z tymi słowami chłopak pożegnał Lou, która właśnie przełykała kremówkę.
- Okay. - zdążyła odpowiedzieć, chociaż nie była pewna czy usłyszał. Zastanawiało ją to, czym przejął się nagle aż tak.
Z natury jest okropnie ciekawska i zdążyła tylko dojeść resztę, gdy poddenerwowana pokonała bieg z przeszkodami do drzwi potykając się międzyczasie o puszkę z farbą. Spojrzała przez judasza na zewnątrz. Jej oczom ukazał się rozmawiający z Resteezem nieznajomy mężczyzna. Ledwo go zobaczyła, a już od razu coś jej w nim nie pasowało. Jej pierwsze skojarzenia to ' ale dupek'. W tym momencie żałowała, że nie zabrała Pointy.
Uśmiechnęła się sama do siebie i już chciała wyjść gdy zobaczyła coś... dziwnego, to mało powiedziane. Okropnego, jak dla niej. Boże. W jej umyśle pojawił się coś mniej więcej takiego:
W końcu jednak w miarę się opanowała i dostrzegła to, że Resteez próbuje się wyrwać. W każdym bądź razie zanotowała w głowie tylko ten fakt. Z emocji krzyknęła RESTEEZ?! chociaż wcale tego nie chciała. Szybko zamknęła ręką usta i pobiegła do tylnich drzwi przewracając się po drodze o sztalugę. Zdążyła jeszcze przeklnąć, ponieważ gruba drewniana noga od niej uległa zniszczeniu i oderwała się. Clark natychmiast chwyciła ją w ręce i wybiegła. Okrążyła dom za ogrodzeniem przebiegając obok konia i chwilę potem znalazła się za samochodem bruneta. Po raz kolejny straciła panowanie nad sobą gdy zobaczyła co się działo teraz. Wyszła zza pleców nieznajomego. Sąsiad zauważył ją, jednak nie przerywał ani nie próbował wyszarpnąć się ponowie z uścisku. To, w jaki sposób obcy dotykał Resteeza było chore. Zamknęła oczy skradając się najciszej jak potrafiła. Sama nie wiedziała, że to zrobiła. Długowłosy blondyn widząc jej ruch zdążył się ostatecznie i szybko odsunąć. Zdezorientowany brunet zdążył tylko obejrzeć się w stronę Lou, gdy kawał drewna przywalił z impetem w jego zakuty dość porządnie łeb.
Dziewczyna stała jeszcze chwilę w dość, pochylonej dziwnej pozie patrząc szeroko otwartymi oczyma to na jednego to na drugiego mężczyznę i to na narzędzie zbrodni.
Nie potrafiła określić miny fotografa.
Złość, zdziwienie, może nutka ulgi? Chyba nie był świadomy tego, że dziewczyna potrafi kogoś zwalić z nóg.. Dosłownie. Wystarczy porządna belka.
Przez dłuższą chwilę obydwoje stali w bezruchu i milczeniu, a obok nich leżał na ziemi nieprzytomny właściciel samochodu. Gdy Clark przestała ciężko oddychać, jej szeroko otworzone, błękitne oczy nagle mocno się zmrużyły szukając wyjaśnienia u swojego sąsiada. Nie poruszyła się ani trochę. Oprócz oddechu i jeszcze mocniej zaciśniętej w rękach belki. Po chwili ciągłej ciszy, zniecierpliwiła się i ponagliła chłopaka do wyjaśnień:
- Co ty odpierdalasz?
- Okay. - zdążyła odpowiedzieć, chociaż nie była pewna czy usłyszał. Zastanawiało ją to, czym przejął się nagle aż tak.
Z natury jest okropnie ciekawska i zdążyła tylko dojeść resztę, gdy poddenerwowana pokonała bieg z przeszkodami do drzwi potykając się międzyczasie o puszkę z farbą. Spojrzała przez judasza na zewnątrz. Jej oczom ukazał się rozmawiający z Resteezem nieznajomy mężczyzna. Ledwo go zobaczyła, a już od razu coś jej w nim nie pasowało. Jej pierwsze skojarzenia to ' ale dupek'. W tym momencie żałowała, że nie zabrała Pointy.
Uśmiechnęła się sama do siebie i już chciała wyjść gdy zobaczyła coś... dziwnego, to mało powiedziane. Okropnego, jak dla niej. Boże. W jej umyśle pojawił się coś mniej więcej takiego:
Cholera, co oni robią?! Co On robi?! Kto to w ogóle jest? To jest dobre czy złe? Ja. nie wiem. Nie mam pojęcia co robić. Chcę zapaść się pod ziemię. Uciekam. Idę po kobyłę, wsiadam i jadę przed siebie. Może ich staranuję? Oby. Nie, jednak nie. Przecież boję się koni.. Ale to co. Idę. Co to w ogóle jest?! Czy Resteez chce go pocałować? Boże, cholera. Nie chcę. Zjadłabym jeszcze tą przepyszną kremówkę... Chryste, Louiso ogarnij się! Nie będziesz teraz żreć! Ale przecież on chce się wyrwać! Debil! Za kogo uważa się w ogóle ten żywy Ken?... Nie lubię go. Nie. Nienawidzę. Co on sobie w ogóle myśli?! Czy Resteez ma gdzieś tu pistolet? A jak nie trafię i zabiję jego? A jak w ogóle nie trafię, zaraz tu wejdą i zabiją mnie żeby nie było świadków.. W co ja się wpakowałam. Czego ja jeszcze nie wiem o tym niezrównoważonym pajacu... TATO. CO JA TU ROBIĘ.
W końcu jednak w miarę się opanowała i dostrzegła to, że Resteez próbuje się wyrwać. W każdym bądź razie zanotowała w głowie tylko ten fakt. Z emocji krzyknęła RESTEEZ?! chociaż wcale tego nie chciała. Szybko zamknęła ręką usta i pobiegła do tylnich drzwi przewracając się po drodze o sztalugę. Zdążyła jeszcze przeklnąć, ponieważ gruba drewniana noga od niej uległa zniszczeniu i oderwała się. Clark natychmiast chwyciła ją w ręce i wybiegła. Okrążyła dom za ogrodzeniem przebiegając obok konia i chwilę potem znalazła się za samochodem bruneta. Po raz kolejny straciła panowanie nad sobą gdy zobaczyła co się działo teraz. Wyszła zza pleców nieznajomego. Sąsiad zauważył ją, jednak nie przerywał ani nie próbował wyszarpnąć się ponowie z uścisku. To, w jaki sposób obcy dotykał Resteeza było chore. Zamknęła oczy skradając się najciszej jak potrafiła. Sama nie wiedziała, że to zrobiła. Długowłosy blondyn widząc jej ruch zdążył się ostatecznie i szybko odsunąć. Zdezorientowany brunet zdążył tylko obejrzeć się w stronę Lou, gdy kawał drewna przywalił z impetem w jego zakuty dość porządnie łeb.
Dziewczyna stała jeszcze chwilę w dość, pochylonej dziwnej pozie patrząc szeroko otwartymi oczyma to na jednego to na drugiego mężczyznę i to na narzędzie zbrodni.
Nie potrafiła określić miny fotografa.
Złość, zdziwienie, może nutka ulgi? Chyba nie był świadomy tego, że dziewczyna potrafi kogoś zwalić z nóg.. Dosłownie. Wystarczy porządna belka.
Przez dłuższą chwilę obydwoje stali w bezruchu i milczeniu, a obok nich leżał na ziemi nieprzytomny właściciel samochodu. Gdy Clark przestała ciężko oddychać, jej szeroko otworzone, błękitne oczy nagle mocno się zmrużyły szukając wyjaśnienia u swojego sąsiada. Nie poruszyła się ani trochę. Oprócz oddechu i jeszcze mocniej zaciśniętej w rękach belki. Po chwili ciągłej ciszy, zniecierpliwiła się i ponagliła chłopaka do wyjaśnień:
- Co ty odpierdalasz?
Od Cordian'a
- Nie strasz. - powiedziała dziewczyna po chwili ciszy.
- Uh?
- Myślałam, że coś ci się stało, jak zadzwoniłeś.
- Aż tak się do mnie przywiązałaś przez ten krótki czas? - zaśmiałem się, przewracając na bok i podpierając głowę na łokciu. W ten sposób miałem dobry widok na jej wpatrzoną w niebo twarz.
- Coś ty. Ale jakbyś umarł to ja bym miała najwięcej problemów. - powiedziała, tym razem pozbawionym emocji głosem.
- A ja za to mam lekkie Deja vu. - zaśmiałem się. Byłem wręcz pewny, że ta rozmowa miała już raz miejsce. - Jak tam w domu?
- Co? A tak. Znaczy dobrze. Tata po twoim pokazie kulinarnym zaczął czytać książki kucharskie. Chyba tak łatwo się nie podda. A Pointa, jak zwykle. Ciągle dokazuje. A czemu do mnie zadzwoniłeś?
- Haaah… - jęknąłem, z powrotem kładąc się na trawie. Co miałem jej powiedzieć? Że jest wystarczająco wkurzająca, aby spowodować u mnie jakieś wyrzuty sumienia? - Moje życie jest popierdolone.
- Widać. Em… mógłbyś powiedzieć swojej krowie, żeby się odsunęła. Jest trochę niebezpiecznie blisko mojej głowy.
- Riiv! - zawołałem lekko śpiewającym głosem. Wbrew oczekiwaniom dziewczyny koń nie odszedł, a zbliżył się do nas. Wyciągnąłem rękę i nadal nie wstając pogłaskałem go po opuszczonej głowie. Spojrzałem na dziewczynę. Ta leżała cała spięta, a w jej oczach widać było zarówno strach jak i złość. W pewnym momencie po prostu poderwała się na nogi i odbiegła kawałek dalej.
- Ja tak nie mogę. - zaprotestowała. Z westchnieniem również podniosłem się do pozycji stojącej i ruszyłem w jej stronę.
- Jak wolisz. Chodź do środka. Wczoraj wieczorem dużo piekłem, więc możemy zjeść coś słodkiego. - powiedziałem, gestem zapraszając ją do domu. Louisa niechętnie pokiwała głową i udała się za mną.
- Niedługo muszę wrócić do domu. Jeszcze dużo roboty czeka.
- Jasne, jasne. A i… - przed samymi drzwiami obróciłem się, unosząc dłoń do góry. - … em… nie zwracaj uwagi na ten… ‘artystyczny nieład’. - zakończyłem i z wrednym uśmieszkiem otworzyłem szeroko moje ‘wrota’. Doprawdy, mina dziewczyny, wywołana podłogą zawaloną… lub też lepiej powiedzieć ledwo widoczną podłogą spod stosu książek, artykułów malarskich, ubrań, tkanin i innych takich był bezcenny. Jeszcze tylko kamera by się przydała.
- Mówiłeś że co mam robić? - zapytała lekko zakłopotanym głosem.
- Heh… takie tam… rozłożenie rzeczy… - mówiłem, lekko się uśmiechając.
- Co proszę? - zapytała dość niebezpiecznym, lub też ostrzegawczym głosem.
- No bo jak są powpychane do szuflad to nie mogę nic znaleźć a na biurkach i takich tam skończyło mi się już miejsce. - kontynuowałem, wykonując nieokreślone ruchy rękami.
- Skończyło ci się już miejsce? Resteez spod tych gratów to podłogi nie widać! Jak na mam niby przejść do kuchni?! Przecież na środku tego korytarza stoi naturalna brama warowna zbudowana ze sztalug! A przed nią leży fosa bluz! - wykrzykiwała lekko wkurzona dziewczyna. Pffft… lekko… Bardzo.
- Po tym. - odpowiedziałem cicho, wskazując na zwisającą z haka koło żyrandola linę. Aby zademonstrować, wziąłem rozbieg i skoczyłem, łapiąc zwisający sznur. Podciągnąłem wysoko nogi, przeskakując nad poustawianymi ramami i innymi przedmiotami. Gdy bezpiecznie wylądowałem na specjalnie przygotowanym do tego celu kawałku wolnej podłogi usłyszałem kpiący głos dziewczyny.
- Jesteś chyba jedynym człowiekiem na świecie, który przez własny przedpokój musi ‘przelatywać’ na linie, bo nie ma jak przejść.
- Jasne, jasne. To idziesz? - zawołałem w jej stronę.
- Zwariowałeś?! Umiem huśtać się na linach ale nie mam zamiaru zderzyć się z ścianą lub z tą barykadą.
- Jak wolisz. Poczekaj na ganku. Przyniosę jakieś ciasto. - pomachałem jej i zniknąłem w kolejnym pokoju. Podążałem kolejnymi, mniej lub bardziej zawalonymi korytarzami, aż w końcu dotarłem do kuchni, jedynego posprzątanego pomieszczenia. O ile posprzątanym można nazywać wszędzie rozwalone naczynia i garki. Były one jednak czyste. Ogólnie w całej kuchni było czysto. Mimo tego, że w moim domu panował wieczny bałagan to zawsze utrzymywałem go w czystości. Co prawda odkurzanie podłogi przy tych porozwalanych gratach było trudne, ale jak widać możliwe.
Po około 15 minutach dotarłem z powrotem na taras. Przeniesienie tych kilku talerzy na linie nie było łatwym zadaniem. Ja jednak miałem już pewnego rodzaju wprawę. Usiadłem koło dziewczyny, podając jej talerzyk i nakładając na niego sporych rozmiarów kremówkę. Louisa dokładnie obejrzała porcelanę, a następnie ciastko.
- Masz ciekawe naczynia. - mruknęła, biorąc ode mnie widelczyk. Sam spojrzałem na swój talerz. Biały, z pokrytymi złotą farbą brzegami, układającymi się w roślinne wzroki. Właściwie była to jednak z niższej rangi zastawy, ale niech myśli co tam chce. Podparłem brodę na łokciu, patrząc jak dziewczyna pochłania ciasto.
- Smakuje? - zaśmiałem się lekko, gdy obróciła się w moją stronę z pełną ciasta buzią.
- Jak zawsze. - odpowiedziała i widać było, że jej humor się poprawił. Będę musiał sobie zanotować, że uspokajają ją słodycze.
- Prawdę mówiąc, to nie mogę wyobrazić sobie dalszego życia bez twojego ględzenia. Jesteś jednym z nielicznych ludzi, którzy mi nie przeszkadzają.
- Mam się czuć zaszczycona?
- Moż… - uciąłem, ponieważ nagle usłyszeliśmy odgłos silnika samochodowego. Odgłos, który dobierał od strony furtki. Wstałem i gestem nakazałem Louis’ie, żeby została na tarasie. Sam udałem się w stronę dźwięku. I miałem złe przeczucia.
Pierwszym co zobaczyłem po otwarciu drzwiczek była gęba. I to akurat ta gęba, której najbardziej nie chciałem oglądać.
- Zaskoczony, Re-e? - dobiegł mnie męski głos. Tylko jedna osoba mnie tak nazywała. Ta osoba miała około dwóch metrów, krótkie ciemne włosy, 30 na karku i dobrze zbudowane ciało.
- Czym zawdzięczam wizytę? - warknąłem, opierając się od furtkę i nie mając najmniejszego zamiaru wpuścić nieproszonego gościa do środka.
- Wiedziałem, że do miasta nigdy nie przyjedziesz, więc sam się tu wybrałem. - mężczyzna zamknął drzwi od samochodu i zaczął iść w moją stronę.
- Po co?
- Musimy porozmawiać na temat pewnych rzeczy.
- Jakich? - gdy znalazł się na wyciągnięcie ręki odsunąłem się do tyłu. Trochę przeszkodziła mi w tym brama.
- Twoje projekty. Możesz z nim zdziałać bardzo dużo. Możesz dostać się na rynek między narodowy. Mógłbyś opuścić ten kraj, kupić swoją własną wyspę i tam zamieszkać. Bez nikogo. - kontynuował, jedną ręka dotykając moich włosów, a drugą delikatnie mnie do siebie przyciągając. Nie obrzydzało mnie to, ani też nie było mi jakoś szczególnie przyjemnie. - Ty jednak musisz spełnić część swojej umowy…
- Znajdź sobie jakąś prostytutkę. - prychnąłem, odtrącając jego rękę.
- Huh? Przecież nigdy nie miałeś z tym problemów. Poza tym, dobrze wiesz, że jesteś lepszy.
- Koniec. Mogę osiągnąć to co chcę, jak chcę. A chcę zostać tu i robić to co teraz. Nie zamierzam zostawiać tego co mam tutaj i osób które zn… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ mężczyzna przyciągnął mnie do siebie, mocno całując. Położyłem ręce, aby go odepchnąć, jednak jego uścisk było dużo silniejszy. Walczyłem jeszcze przez chwilę, lecz poddałem się gdy tylko jego język wdarł się do wnętrza moich ust. Czemu stawiałem mu opór? Co miałem zyskać przez walkę? Jeśli mogę robić to co kocham, czyli zajmować się fotografią i sztuką, to nie obchodzi mnie co będzie z całą resztą. Dlaczego więc czuję się, jakbym został pokonany?
Z zamyślenia i pocałunku wyrwał mnie zaskoczony, kobiecy głos.
- Resteez?!
czwartek, 15 września 2016
Od Lou
Dziewczyna słysząc przerwanie połączenia, odłożyła Samsunga na salonową ławę. Przez chwilę myślała nad tym co się właśnie wydarzyło. Popatrzyła na śpiącego u jej nóg psa i ponownie na telefon. Zbadała jeszcze nerwowo godzinę. Za piętnaście minut ósma. Chwilę ciszy przerwał odgłos szybkiego wstawania. Nie dokończyła nawet kawy orkiszowej i wiedziała, że ojciec na pewno zwróci jej uwagę za zostawiony kubek. Podeszła szybkim krokiem do drzwi, chwyciła w dłoń szarą bluzę i otworzyła zamek. W ostatnim momencie zauważyła wachlujący ogon. Wypuściła go na zewnątrz i razem z nim podeszła do samochodu. ie odpalił, więc weszła do otwartego boksu i wyprowadziła z niego rower. Zwróciła uwagę na boks, w którym jeszcze jakiś czas temu gościła krowa fotografa. Od czasu gdy wyjechali, jej tata znów nic nie wspominał o koniach. Szkoda, bo czuła, że opieka nad tamtym osobnikiem w jakiś sposób dawała mu radość. Wróciła na wysypaną kamyczkami ścieżkę i dotarła do furtki. Już chciała wyjeżdżać, gdy do jej uszu dotarło głośne dyszenie. Znowu nie zwróciła większej uwagi na obecność przyjaciółki.
- Nie Pointusiu. Zaczekaj tutaj. Niedługo przyjadę, a nie chcę Cię brać ze sobą. Dzisiaj będzie gorąco, więc lepiej, żebyś została i weszła do stajni odpocząć. - przemawiała do niej, jak do człowieka.
Z resztą miała odwiedzić Resteez'a. A nie wiedziała w jakim stanie jest teraz jego dom i czy goldenka czegoś nie stłucze jednym ruchem ogona, czy źle postawioną łapą.
W mgnieniu oka dojechała do rozwidlenia dróg wybierając prawą drogę. Teoretycznie była odrobinę dłuższa, ale gatunkowo lepsza w przeciwieństwie do drugiej, pełnej błota i dziur. Momentami licznik przyczepiony do kierownicy wskazywał 50 kilometrów na godzinę. Ostro zahamowała dopiero przed bramą sąsiada. Jechała przez piętnaście minut. Nie tak źle. Zadzwoniła na domofon, jednak nikt nie odpowiadał. Nie bardzo wiedziała co zrobić z pojazdem, więc zostawiła go w krzakach i przeszła przez misternie rzeźbiony płot. Pukając do drzwi już niecierpliwie rozglądała się na boki. Nadal nikt nie okazywał żadnych oznak życia. Nie widząc innego wyjścia przeszła obok okien jednocześnie zaglądając do środka każdego z nich. Miała twardą psychikę, ale nie uśmiechał się jej widok znajomego fotografa w trumnie, bo działała zbyt wolno i pozwoliła mu umrzeć. Odchyliła rękaw bluzy i spojrzała na zegarek. Profesjonalnie rzecz ujmując, na rowerze, przyjechała szybciej niż tradycyjna karetka pogotowia. Był kwadrans po, gdy usłyszała ciche parskanie. Szybko zerwała się do biegu i wparowała na padok. Otworzyła szeroko oczy widząc leżącego chłopaka i stojącą obok kobyłę. Nie podejdzie. Nie ma szans.
- Resteez?! - zwinęła ręce dookoła ust i krzyknęła
Ree podniósł głowę. Żyje.
- O, Lou! Przyszłaś! - jakby tym słowem podkreślił swoje zdumienie.
- No raczej. Miałam Cię zostawić?! - parsknęła
- Podejdź! - krzyknął mało entuzjastycznie i ponownie się położył.
- Nie. - usiadła na rurach.
- Jak to? Dlaczego? - znów podniósł głowę. W momencie, gdy zadawał to pytanie spojrzał na Rivago i zrozumiał. - Eh.. Nie bój się. To tylko koń.
- AŻ koń. - przewróciła oczyma idąc naokoło płotu. Chłopaka rozśmieszyło to, jak bardzo zaakcentowała pierwsze słowo. - Niebezpieczne zwierze potrafiące jednym ruchem kopyta zabić człowieka, psa, a nawet drapieżnika, który na nie poluje. Jest wysokie i samo spadnięcie z niego może wywołać szereg szwów i tonę gipsu, który potem musi być nakładany na połamane ciało. W najgorszym wypadku - śmierć. Niekoniecznie ładna. Człowiek skończy zakrwawiony leżąc w nienaturalnej pozycji na brudnej trawie z kośćmi wystającymi z ciała lub pęknie mu coś w środku i wykrwawi się plując krwią. -podsumowała siadając na ogrodzeniu obok niego.
- Już nie przesadzaj. - za jego twarzy pojawił się uśmiech. Czyżby na chwilę zapomniał dlaczego jest wściekły?
- Dlaczego miałam przyjść?
- Po postu połóż się obok mnie. - mruknął zamykając oczy.
- Nie. - ucięła szybko.
- Boże, widzisz, a nie grzmisz. - uniósł oczy ku górze. - To tylko zwierzak.
Nie wiadomo jak to się stało, ale koniec końców obydwoje leżeli na trawie. Dała się namówić, ale jak już wspominała 'jednorazowo'.
- Nie Pointusiu. Zaczekaj tutaj. Niedługo przyjadę, a nie chcę Cię brać ze sobą. Dzisiaj będzie gorąco, więc lepiej, żebyś została i weszła do stajni odpocząć. - przemawiała do niej, jak do człowieka.
Z resztą miała odwiedzić Resteez'a. A nie wiedziała w jakim stanie jest teraz jego dom i czy goldenka czegoś nie stłucze jednym ruchem ogona, czy źle postawioną łapą.
W mgnieniu oka dojechała do rozwidlenia dróg wybierając prawą drogę. Teoretycznie była odrobinę dłuższa, ale gatunkowo lepsza w przeciwieństwie do drugiej, pełnej błota i dziur. Momentami licznik przyczepiony do kierownicy wskazywał 50 kilometrów na godzinę. Ostro zahamowała dopiero przed bramą sąsiada. Jechała przez piętnaście minut. Nie tak źle. Zadzwoniła na domofon, jednak nikt nie odpowiadał. Nie bardzo wiedziała co zrobić z pojazdem, więc zostawiła go w krzakach i przeszła przez misternie rzeźbiony płot. Pukając do drzwi już niecierpliwie rozglądała się na boki. Nadal nikt nie okazywał żadnych oznak życia. Nie widząc innego wyjścia przeszła obok okien jednocześnie zaglądając do środka każdego z nich. Miała twardą psychikę, ale nie uśmiechał się jej widok znajomego fotografa w trumnie, bo działała zbyt wolno i pozwoliła mu umrzeć. Odchyliła rękaw bluzy i spojrzała na zegarek. Profesjonalnie rzecz ujmując, na rowerze, przyjechała szybciej niż tradycyjna karetka pogotowia. Był kwadrans po, gdy usłyszała ciche parskanie. Szybko zerwała się do biegu i wparowała na padok. Otworzyła szeroko oczy widząc leżącego chłopaka i stojącą obok kobyłę. Nie podejdzie. Nie ma szans.
- Resteez?! - zwinęła ręce dookoła ust i krzyknęła
Ree podniósł głowę. Żyje.
- O, Lou! Przyszłaś! - jakby tym słowem podkreślił swoje zdumienie.
- No raczej. Miałam Cię zostawić?! - parsknęła
- Podejdź! - krzyknął mało entuzjastycznie i ponownie się położył.
- Nie. - usiadła na rurach.
- Jak to? Dlaczego? - znów podniósł głowę. W momencie, gdy zadawał to pytanie spojrzał na Rivago i zrozumiał. - Eh.. Nie bój się. To tylko koń.
- AŻ koń. - przewróciła oczyma idąc naokoło płotu. Chłopaka rozśmieszyło to, jak bardzo zaakcentowała pierwsze słowo. - Niebezpieczne zwierze potrafiące jednym ruchem kopyta zabić człowieka, psa, a nawet drapieżnika, który na nie poluje. Jest wysokie i samo spadnięcie z niego może wywołać szereg szwów i tonę gipsu, który potem musi być nakładany na połamane ciało. W najgorszym wypadku - śmierć. Niekoniecznie ładna. Człowiek skończy zakrwawiony leżąc w nienaturalnej pozycji na brudnej trawie z kośćmi wystającymi z ciała lub pęknie mu coś w środku i wykrwawi się plując krwią. -podsumowała siadając na ogrodzeniu obok niego.
- Już nie przesadzaj. - za jego twarzy pojawił się uśmiech. Czyżby na chwilę zapomniał dlaczego jest wściekły?
- Dlaczego miałam przyjść?
- Po postu połóż się obok mnie. - mruknął zamykając oczy.
- Nie. - ucięła szybko.
- Boże, widzisz, a nie grzmisz. - uniósł oczy ku górze. - To tylko zwierzak.
Nie wiadomo jak to się stało, ale koniec końców obydwoje leżeli na trawie. Dała się namówić, ale jak już wspominała 'jednorazowo'.
Od Cordian'a
- Wracamy. - powiedziałem, wstając od stolika. Złapałem Louisę za rękę i wręcz ściągnąłem z krzesła.
- Ej, co robisz? - zapytała, lekko zdenerwowana moim zachowaniem.
- Słabo mi się robi. - skłamałem, chcąc po prostu opuścić to ciągle powiększające się zbiorowisko. Dziewczyna najwyraźniej mi uwierzyła bo jedynie pokiwała głową, wstając.
- To my już będziemy się żegnać! - powiedziała i zabrała się za ten nieodłączny fragment pożegnań jakim są całusy i przytulanie. Ja dla własnego bezpieczeństwa zostałem z tyłu.
- A co z tobą? - uśmiechnął się w moją stronę chłopak tytułowany jako Paul. - Jakiś taki aspołeczny jesteś…
- A ty rozgadany. - szybko odwdzięczyłem mu się za pochwałę, z trudem powstrzymując się od dziwnego nawyku podciągania górnej wargi i cichego warczenia w takich sytuacjach. Pewnie było to spowodowane tym, że w dzieciństwie dużo bawiłem się w gry, w których udawałem wilka lub psa. Chwilę później brunetka zabrała mnie z ‘zatłoczonego’ tarasu, powtarzając niby to do mnie, niby do siebie, że szczęśliwie przeparkowała swój samochód na parking przed budynkiem. Bez słowa wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy, a jedynymi odgłosami, jakie towarzyszyły nam po drodze były jakieś dziwne przeboje lecące z radia (które dziewczyna najwyraźniej lubiła) i szczekanie Pointy.
Następne dwa tygodnie zleciały bardzo szybko. Najpierw zaczęło się od nauki gotowania, potem nadszedł czas na gry planszowe. Muszę tutaj dodać, że zostałem pokonany w państwa miasta, aż 80 punktami przewagi, a podczas gry w scrable zwinąłem całą pulę swoją wiedzą artystyczną. Tylko potem trudno było wytłumaczyć, że taki wyraz jak terpentyna naprawdę istnieje. Przez ten czas udało mi się też obejrzeć wszystkie najnowsze filmy i seriale, których normalnie nawet bym nie tknął, oraz udzielić kilka, jak dotąd bez owocnych lekcji rysunku. Ja również dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, w tym między innymi tego, że z moim talentem muzycznym powinienem trzymać się daleko od jakichkolwiek instrumentów. I tak po tych dwóch, jakże szalonych i pełnych życia tygodniach znowu trafiłem do szpitala, z taką różnicą, że tym razem w celu zdejmowania szwów. Z ulgą przyjąłem fakt, że wreszcie wrócę do domu.
Po tych wydarzeniach zrobiliśmy sobie z Louisą małą przerwę. To znaczy ja wróciłem do siebie, ona do siebie i od tego czasu ani widu, ani słychu. Z radością przyjąłem fakt, że znów mogę podróżować po lesie z aparatem, a nadchodzące lato było do tego świetną okazją. W wolnych chwilach zająłem się też projektowaniem. Postanowiłem przesłać kilka z moich pomysłów do szefa, może on będzie wiedział, czy ma to jakieś szanse na dalszą metę. Pewnego popołudnia usiadłem przed komputerem i otworzyłem Gmail’a. Wybrałem nadawcę i wpisałem wiadomość, dołączając do niej uprzednio zeskanowane projekty. Spojrzałem na ekran, czytając w myślach tekst:
,,Witam.
Chciałbym powiadomić, że czuję się dużo lepiej i obecnie jestem w stanie wrócić do pracy.
Ostatnio również, oprócz zdjęć odnajduje inne zainteresowanie. Tyczy się ono projektowania ubrań. Co prawda mało wiem w tym temacie, ale uważam, że są całkiem niezłe i w miarę wtapiają się w obecnie panującą modę. Proszę o ich przejrzenie i dalsze porady w tym temacie.’’
Wyślij. Westchnąłem, opierając się o oparcie i biorąc do rąk kubek czekolady. Zdążyłem jedynie zamoczyć usta w słodkim płynie, kiedy otrzymałem wiadomość.
‘’Drogi Re-e.
Cieszę się, że już z tobą lepiej, oraz w końcu możesz zając się tym co do ciebie należy. Co do twoich projektów, to są naprawdę niesamowite, ale prawdę mówiąc musiałbyś wbić się z nim do jakiś większych marek, bo od 0 nie uda ci się zacząć. Sam uważam, że mają wielki potencjał i jeśli tylko zechcesz współpracować mogę za pomocą swoich kontaktów uczynić cuda.’’
Prychnąłem, czytając ostatnie słowa. Powinienem się cieszyć, że moje projekty zostały zaakceptowane. Ja jednak czułem narastającą we mnie złość. Zatrzasnąłem klapkę od urządzenia (do dzisiaj się dziwie, że już tyle razy w niego uderzyłem i ciągle działa) i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Zanim dotarłem do holu wziąłem udział w jakże trudnym biegu z przeszkodami, w którym musiałem uważać na wszędzie porozrzucane płótna, pędzle, tubki farb, skrawki materiałów, szpulki nici, poduszki, ubrania, uprząż dla konia i ledwie wystające spod nich schody. Otworzyłem drzwi i opuściłem budynek, czując lekki chłód poranka. Myślałem chwilę nad powrotem i wyposażeniem się w bluzę i czapkę, jednak moje myśli zostały odgonione gdy tylko ujrzałem pasącego się na trawie ogiera. Podbiegłem do niego, obracając się w ostatnim momencie i z impetem uderzając w bok konia. Zwierze podniosło głowę i prychnęło niezadowolone. Mam wrażenie jednak, że było już przyzwyczajone do moich kiepskich humorów. Oparłem się o jego brzuch, patrząc się przed siebie. Czemu tak się zdenerwowałem? Ponieważ mój szef zaproponował mi spanie z nim w zamian za robotę? Czy to coś złego? Cały czas, owszem, ale w momencie kiedy ktoś może ci pomóc i wybić cię w odpowiednim momencie, żeby twoja kariera odniosła wielki sukces? Nie byłem głupi. Ten facet potrafił myśleć i korzystnie wykorzystać każdą sytuację. Mogłem na tym tylko zyskać. Więc czemu się wahałem? Może dlatego, że cały czas przychodziły mi do głowy słowa, którymi ukatrupiłaby mnie brunetka, gdyby dowiedziała się jakim cudem moja kariera zaczęła się od tak wysokiego poziomu?
- Cholera! - warknąłem, unosząc pięści i zatrzymując kilka centymetrów od końskiego grzbietu. Lekko wystraszony tym, co mogłem zrobić, pogłaskałem ogiera po brzuchu, składając kilak delikatnych pocałunków na jego karku i mrucząc krótkie ‘przepraszam’. W końcu, wykończony bitwą z myślami, upadłem plecami na ziemię. Pogrzebałem chwilę w kieszeni i wyciągnąłem telefon, wystukując na nim numer. Po trzech sygnałach usłyszałem dobrze mi znany kobiecy głos.
- Halo?
- ….
- Halo? Resteez?
- Po prostu tu przyjdź. - jęknąłem i odłożyłem urządzenie, rozłączając się bez żadnych wyjaśnień.
poniedziałek, 5 września 2016
Od Lou
Oczy Louisy powiększyły się chyba do rozmiaru chihuahua'y i wszystko wskazywało na to, że zaraz wyskoczą z czaszki. Jedyna odpowiedź na jaką zdobyła się w tej chwili, to wielce wymowne:
CO?
Jasper uśmiechnął się tylko przelotnie i wrócił do truskawkowych lodów w swoim pucharku.
- Lou, jestem w pierwszym miesiącu ciąży i do ślubu pójdę, gdy będę w siódmym. Chcieliśmy to przyśpieszyć, ale nie dało rady.
Brunetka, która na chwilę wstała, od razu usiadła ciężko na krzesło. Była zszokowana, ale jednocześnie cieszyła się, a jeszcze bardziej nie wierzyła w to, co się teraz dzieje.
- Grunt, że nie w dziewiątym. - uśmiechnęła się po chwili, na co przytaknął pan młody. Cordian cały czas siedział cicho i tylko przyglądał się sytuacji. Był zbyt zajęty cytrynową gałką.
- Nie masz pojęcia jak się cieszę. - podeszła do Jenny i Jaspera i przytuliła ich mocno.
- Zostaniesz ciocią. - uśmiechnął się.
- Gratulacje. - uśmiechnął się lekko fotograf.
Wtedy do ich stolika podszedł wysoki brunet o jasnych, niebieskich oczach.
- Hej Jenny! Cześć Jasper. - podał im rękę na przywitanie. Witając się z sąsiadem Louisy przystanął i przedstawił się. - Paul jestem.
- Resteez. - mruknął blondyn.
- Witaj, Lou. - jej rękę przytrzymał dłużej, łapiąc jej wzrok.
- Cześć, Paul. Siadasz? - zaproponowała.
Wzruszył ramionami i podszedł do sąsiedniego stolika po krzesło.
- Mogę? - zagadał panią siedzącą obok.
- Tak. Proszę. - nawet nie podniosła wzroku znad książki.
- Dziękuję.
Ustawił je odwrotnie w kierunku stołu i usiadł opierając jedną rękę na oparciu, a drugą głaszcząc psa.
- I jak tam? Data ustalona?
- Szesnasty listopada. - przytaknęła blondynka.
- Świetnie. A...
- Tak. Dostaniesz zaproszenie z osobą towarzyszącą. - Jasper przewrócił oczyma machając w powietrzu zdobioną łyżeczką.
- Tak! - sarkastycznie przyciągnął do siebie łokieć.
- Wiem,że się cieszysz. - zaśmiała się Lou.
- O ile będę miał z kim przyjść. - spojrzał w niebo. - Lou?
-Nie wiem. - uniosła ramiona. - Do tego czasu możesz sobie kogoś znaleźć.
- Wątpię.
- Z Twoim intelektem i wyglądem, dziwię się, że jeszcze się nie żenisz. - przytaknęła Jenny.
- Czekam na tę wyjątkową, bo jedna już mi uciekła sprzed ołtarza. - spojrzał na właścicielkę psa. Ta tylko utkwiła swój wzrok w podłodze. Nie chciała o tym mówić. Nie przy Resteezie.
- Wielka szkoda. - pokiwała głową udając, że nie ma z tym nic wspólnego.
- Prawda? - popatrzył na nią i puścił oczko przez sekundę kładąc dłoń na jej dłoni.
Przypomniała sobie sytuację sprzed roku, gdy miała zaledwie 19 lat. Do dziś w uszach rozbrzmiewają jej jego słowa, mówiące: " Lou, wyjdziesz za mnie?"
" Paul. Jesteś świetnym facetem, ale jesteśmy zbyt młodzi, a ja.. kocham Cię, ale nie w taki sposób"
Było jej wtedy bardzo przykro, że musiała to powiedzieć, ale nie było wyjścia. Ona nie nadaje się do związku.
CO?
Jasper uśmiechnął się tylko przelotnie i wrócił do truskawkowych lodów w swoim pucharku.
- Lou, jestem w pierwszym miesiącu ciąży i do ślubu pójdę, gdy będę w siódmym. Chcieliśmy to przyśpieszyć, ale nie dało rady.
Brunetka, która na chwilę wstała, od razu usiadła ciężko na krzesło. Była zszokowana, ale jednocześnie cieszyła się, a jeszcze bardziej nie wierzyła w to, co się teraz dzieje.
- Grunt, że nie w dziewiątym. - uśmiechnęła się po chwili, na co przytaknął pan młody. Cordian cały czas siedział cicho i tylko przyglądał się sytuacji. Był zbyt zajęty cytrynową gałką.
- Nie masz pojęcia jak się cieszę. - podeszła do Jenny i Jaspera i przytuliła ich mocno.
- Zostaniesz ciocią. - uśmiechnął się.
- Gratulacje. - uśmiechnął się lekko fotograf.
Wtedy do ich stolika podszedł wysoki brunet o jasnych, niebieskich oczach.
- Hej Jenny! Cześć Jasper. - podał im rękę na przywitanie. Witając się z sąsiadem Louisy przystanął i przedstawił się. - Paul jestem.
- Resteez. - mruknął blondyn.
- Witaj, Lou. - jej rękę przytrzymał dłużej, łapiąc jej wzrok.
- Cześć, Paul. Siadasz? - zaproponowała.
Wzruszył ramionami i podszedł do sąsiedniego stolika po krzesło.
- Mogę? - zagadał panią siedzącą obok.
- Tak. Proszę. - nawet nie podniosła wzroku znad książki.
- Dziękuję.
Ustawił je odwrotnie w kierunku stołu i usiadł opierając jedną rękę na oparciu, a drugą głaszcząc psa.
- I jak tam? Data ustalona?
- Szesnasty listopada. - przytaknęła blondynka.
- Świetnie. A...
- Tak. Dostaniesz zaproszenie z osobą towarzyszącą. - Jasper przewrócił oczyma machając w powietrzu zdobioną łyżeczką.
- Tak! - sarkastycznie przyciągnął do siebie łokieć.
- Wiem,że się cieszysz. - zaśmiała się Lou.
- O ile będę miał z kim przyjść. - spojrzał w niebo. - Lou?
-Nie wiem. - uniosła ramiona. - Do tego czasu możesz sobie kogoś znaleźć.
- Wątpię.
- Z Twoim intelektem i wyglądem, dziwię się, że jeszcze się nie żenisz. - przytaknęła Jenny.
- Czekam na tę wyjątkową, bo jedna już mi uciekła sprzed ołtarza. - spojrzał na właścicielkę psa. Ta tylko utkwiła swój wzrok w podłodze. Nie chciała o tym mówić. Nie przy Resteezie.
- Wielka szkoda. - pokiwała głową udając, że nie ma z tym nic wspólnego.
- Prawda? - popatrzył na nią i puścił oczko przez sekundę kładąc dłoń na jej dłoni.
Przypomniała sobie sytuację sprzed roku, gdy miała zaledwie 19 lat. Do dziś w uszach rozbrzmiewają jej jego słowa, mówiące: " Lou, wyjdziesz za mnie?"
" Paul. Jesteś świetnym facetem, ale jesteśmy zbyt młodzi, a ja.. kocham Cię, ale nie w taki sposób"
Było jej wtedy bardzo przykro, że musiała to powiedzieć, ale nie było wyjścia. Ona nie nadaje się do związku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)