Uwaga!

środa, 6 lutego 2019

Od Lou



Dziewczyna musiała przyznać, że Cordian był szybki. Do tego, mimo tego całego szumu wokół równouprawnienia, wiadome jest, że to niestety płeć męska zazwyczaj wygrywa maratony. Lou doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że zawsze znajdzie się ktoś w czymś od niej lepszy, jednak jej największym niepodważalnym atutem był spryt, którego można było jej śmiało pozazdrościć. Właśnie dlatego przystanęła, złożyła swoje ręce dostawiając do ust i wydała z siebie odgłos łudząco podobny do pohukiwania sowy. Gdy tylko to zrobiła, usłyszała za sobą stukot końskich kopyt równo wybijający wyciągnięty kłus. Doskonale znała ten dźwięk. Niektórzy ludzie po samych odgłosach silnika są w stanie określić jego rodzaj oraz markę i rocznik auta. Ona, wychowana pośród koni, po odgłosie kopyt spotykających się z różnymi podłożami i po dokładnej częstotliwości z wyczuciem momentu, w którym strzałka danej nogi dotyka ziemi w różnych chodach zwierzęcia, potrafiła określić który z jej czterdziestu sześciu koni zrywa się do biegu. Wsłuchując się w galop araba mogła stwierdzić, na którą nogę licytowany rumak kuleje i kiedy leki, którymi uraczył go nieuczciwy sprzedawca przestaną działać wykazując faktyczny stan zdrowotny zwierzęcia. Nic więc dziwnego, że na dźwięk lekkiego, niemalże lecącego chodu konia, Lou odwróciła się pewna tego, co zobaczy za sobą. Podchodząc do rumaka, wypatrzyła biegnącego fotografa. Nie odwrócił się jeszcze. Był to idealny moment, żeby...
— Kubek jest mój! — niemalże pisnęła przelatując na łaciatym koniu obok zdziwionego mężczyzny 
— Co jest... — chłopak przystanął zaczesując niesforny kosmyk włosów za ucho, gdy rozpędzony ogier zrobił natychmiastowy nawrót w jego stronę. Dynamiczny galop, mimo, że trwał zaledwie kilkanaście sekund, znacznie przyspieszył oddech blondynki. Przyczynił się do tego fakt, że siedziała na grzbiecie Ducha dopiero drugi raz. Kilka godzin temu pomógł jej wydostać się z lasu. Teraz, zwyczajnie pozwolił się jej dosiąść, żeby wygrać wyścig, po prostu dla zabawy. Gdy na twarzy Carter pojawił się szeroki, pełen satysfakcji uśmiech, jej oczy napotkały roześmiany wzrok jej nowego przyjaciela. Łydkami dała znać Duchowi, żeby podszedł w jego stronę jednocześnie bardzo się rozluźniając, żeby przekonać go o tym, że nie ma się czego bać. 
Cordian powoli wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, gdy koń był na wyciągnięcie jego ręki. Kilka sekund zajęło łaciatemu ogierowi nim zdecydował się nawiązać z nim kontakt. Wyciągnął w jego stronę szyję, chrapami trącając obcą dłoń. Mężczyzna korzystając z okazji, wolno podszedł do jego łopatki przejeżdżając drugą ręką po szyi zwierzęcia, po czym spojrzał na siedzącą na grzbiecie rumaka dziewczynę. 
— Jesteś niesamowita. — pokręcił głową kierując wzrok z powrotem na konia, który z anielskim spokojem dawał się głaskać nowo poznanemu człowiekowi. 
— Polubił cię. — kobieta zdawała się zignorować słowa Alphy przyglądając się ogierowi. 
— Od kiedy na nim jeździsz? — zapytał ciekawy mężczyzna nie odrywając rąk od zwierzęcia, które o tej porze roku swoją długą sierścią przypominało już miśka. 
— Właściwie... To nasz drugi raz. Pierwszy... Był kilka godzin temu, kiedy ewakuowałam się z lasu. — parsknęła próbując przeprowadzić na swoim sąsiedzie kolejny mini-test z jego wiedzy o tutejszej faunie. 
— Jak to? — zapytał zaaferowany marszcząc brwi. 
— Nie jesteś myśliwym, prawda? — zapytała. Przyglądając mu się uważnie, zauważyła, że jego mowa ciała coś zdradza, tylko jeszcze nie wiedziała co.
— Ależ skąd. Jestem fotografem. 
— Powiem ci, bo wydaje mi się, że mogę ci zaufać. Tylko tobie... W końcu mieszkasz w środku lasu i też nie chciałabym, żeby coś ci się stało... — dziewczyna nakręciła całą wypowiedź widząc jak ręka, którą Cordian objął czule głowę Ducha nagle się spięła.  — To właściwie powód, dla którego chciałam stąd wyjechać.. 
— Nie rozumiem.. Coś było w lesie? — Goldteara zapytał jakby starając się nakłonić dziewczynę do szybszego mówienia.
— Tak. — wyrzuciła w końcu wypuszczając z płuc powietrze obserwując jak z twarzy mężczyzny znika uśmiech. Tylko na chwilę.  — Misiek. 
— ...Co? — skrzywił się patrząc na nią dziwnie.
— Niedźwiedź. Taki, jakiego ci pokazywałam. Miał z dwa metry, a ja strasznie boję się niedźwiedzi, bo jak byłam mała, w zoo jeden stojący za szklaną szybą próbował mnie zjeść. — wyrzuciła na jednym oddechu chowając twarz w dłonie. 
— Niedźwiedź? To chyba ten, co uciekł z zoo. — parsknął długowłosy mężczyzna przyglądając się roześmianym wzrokiem grymasowi na twarzy blondynki. 
— Mówię serio. Słyszałam o przypadkach miśków, które weszły komuś do domu... Uważaj na siebie. I nie mów.. nikomu, kto ma broń. Nie chcę, żeby coś się mu stało.. — westchnęła ciężko widząc jak twarz fotografa przybiera spokojny wyraz. Uśmiechnął się lekko obiecując, że 'niedźwiedź' będzie bezpieczny. 
Nie ścigali się już do domu Lou. Szli spacerowym krokiem. Ona siedząc na koniu i on co jakiś czas odchodzący na kilka kroków, żeby zrobić im dobre zdjęcie, dopóki pozwalało na to jeszcze światło. 
Gdy przybyli pod drzwi domu Lou, nadeszła pora na rozstanie się z ogierem. Kiedy tylko Cordian sprowadził dziewczynę na ziemię, zdawało się jakby koń powąchał koszulę chłopaka trzymającego przez tę krótką chwilę w ramionach Lou, po czym stwierdził - "Śmierdzisz wilkiem" i czmychnął czym prędzej do lasu nie czekając nawet na żadne jabłka. 
Żeby sprawiedliwości stało się zadość, dziewczyna z kuchennej szafki wyciągnęła dwa ogromne kubki różniące się tylko kolorami, w których pomieściła się taka sama ilość gorącej czekolady - co do kropli. 
— Mam jeszcze brownie. Według tego samego babcinego przepisu, co pierwsze, które jedliśmy u ciebie. — prychnęła zabawnie, podając siedzącemu na kanapie fotografowi jego porcję gorącego napoju. 
— To było najlepsze brownie jakie w życiu jadłem. Chcę przepis. — podsumował mężczyzna z uśmiechem na twarzy.
— Ja też.. — Lou skwitowała szybko, po czym zajęła swoje miejsce obok fotografa. — Przetestujemy ten telewizor? Nie miałam jeszcze okazji go włączać. 
— Mieszkasz tu już tyle czasu i ani razu nie włączyłaś urządzenia naprzeciwko kanapy? — Alpha uniósł brew ze zdziwieniem przykładając do ust kubek z czekoladą. 
— Jakoś nie specjalnie. Właściwie, od kiedy tu przyjechałam, włączony telewizor widziałam tylko parę razy u Willa i ten mały nad ladą w kawiarni. — wzruszyła ramionami.
— W takim razie koniecznie musimy coś obejrzeć. Ja znajdę jakiś fajny film, a ty w tym czasie możesz przynieść te dobre brownie. — mruknął z iskierkami w oczach podrywając się do plazmy wiszącej na ścianie. Ze swoimi zadaniami uporali się dość szybko i już po chwili siedzieli na kanapie przykryci kocami z kubkami w rękach.
Dawca pamięci, bo tak nazywał się film, opowiadał o świecie bez uczuć, w którym tylko jeden chłopak dostąpił zaszczytu otrzymania od tytułowego dawcy pamięci całej jego wiedzy na temat tego co było kiedyś. Na temat kolorów, muzyki, uczuć, ale też wojen i cierpienia. On jeden odkrył, że dzienne lekarstwa przyjmowane przez wszystkich ludzi robią z nich bezwzględne roboty. Że "odsyłane" noworodki, które nie spełniają odpowiednich wymogów, na przykład wagi, są tak na prawdę mordowane. Kiedy już zdał sobie z tego sprawę, postanowił uciec i... No właśnie. Co dalej? Tego nie dowiedziała się ani Lou, ani jej nowy znajomy. Nikt nie wiedział nawet, kto pierwszy zdołał zasnąć na kanapie podczas trwania seansu. Musiało być im jednak bardzo wygodnie, jeśli obudzili się dopiero nazajutrz, gdy do ich uszu dobiegł nerwowy dźwięk odkluczanych drzwi. 
— Lou, jesteś tam? Wchodzę! — krzyknął znajomy głos. Kiedy zamek ustąpił, szybkie kroki po korytarzu upewniły dziewczynę, że musi być już późno, skoro Hendersona tak zaniepokoił brak oznak życia jasnowłosej. 
— O cholera. — Carter zdążyła tylko pacnąć się w głowę.
— Czy on jest twoim chłopakiem? — zapytał spokojnie Goldteara,
— Nie, skąd! — stanowczo zaprzeczyła obserwując ich sytuację. 
— Wypadałoby mimo wszystko wstać. — stwierdził, jednak żadne z nich nie zdążyło wykonać żadnego ruchu.
— Lou?! — myśliwy krzyknął głośniej, gdy zobaczył w sypialni puste łóżko. Zamilkł dopiero wtedy, gdy stanął w przejściu do salonu. Dopiero wtedy też, dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że cała ta sytuacja musi baaardzo dziwnie wyglądać. 
— Och.. Dzień dobry. — westchnął Will unosząc brew. Widok jego przyjaciółki z nieświadomie obejmującym ją "dziwakiem z lasu" to nie coś, co widuje się codziennie. 

poniedziałek, 4 lutego 2019

sobota, 2 lutego 2019

Od Cordiana

    Nieduży drewniany domek stał przy leśnej drodze. Za budynkiem rozpoczynała się gęsta linia drzew, a na ulicy częściej można było spotkać jelenia niż samochód. Nie była to więc ani głośna, ani ruchliwa okolica. A jednak wnętrze chaty wyglądało zupełnie jakby przez środek przeszło istne tornado. A pośrodku tej całej burzy, złożonej z walizek, ubrań i porozrzucanych przedmiotów codziennego użytku, w samym środku cyklonu – siedziały dwie osoby. Siedziały i w milczeniu wpatrywały się w ten cały rozgardiasz. Z jednej strony, każda chciała coś powiedzieć, lecz z drugiej żadna nie mogła znaleźć odpowiednich słów żeby to wyrazić. Znały się przecież od zaledwie kilku dni, a dzieliło je znacznie więcej niż może dzielić jadących tym samym autobusem mężczyznę i kobietę.
    Cordian siedział sztywno i przyglądał się dziewczynie przekładającej w dłoniach fotografie. Szczególnie uważnie wpatrywał się w jej twarz, szukając nawet najmniejszych zmian przy każdym nowym zdjęciu. Nie ważne czy był to delikatny uśmiech, lekko zaciśnięte usta czy szerzej otwarte oczy sygnalizujące zaskoczenie – mężczyzna widział je wszystkie. Był to przecież podstawowy sposób komunikacji pomiędzy wilkami. Ruch uszu, ogona lub nawet przymrużone oczy. Wypowiadanie kłamliwych słów może być niezwykle łatwe, lecz odruchy dużo ciężej kontrolować. To one właśnie zdradzają prawdę o danej osobie i jej odczuciach. Oraz, wbrew pozorom nie różnią się aż tak bardzo w zależności od gatunku. Nie potrzeba specjalistycznej wiedzy aby rozróżnić radość i entuzjazm od strachu i agresji. Przynajmniej to nas nie różni, pomyślał mężczyzna i nim zdążył się zastanowić nad swoim ruchem, złapał dziewczynę za rękę. Louisa podniosła głowę znad fotografii, a pasmo jasnych włosów spływało po jej twarzy.
— Może chciałabyś obejrzeć Alpine? — wyrzucił z siebie.
— To miłe z twojej strony, ale trochę się spóźniłeś. Will zdążył mnie oprowadzić. — odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie. Nie spróbowała jednak oswobodzić ręki z uścisku chłopaka.
— W istocie. Sklepy, domy i ulice. Bo tylko z tego składa się to miejsce. — mruknął, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że wciąż trzymał ją za nadgarstek. Puścił dziewczynę i położył dłonie na kolanach, opierając się o ścianę. — Może jednak chciałabyś zobaczyć miasteczko o strony, którą widzą tylko nieliczni?
— Trzeba było mówić od razu, że chcesz mnie zabrać na spacer. — włożyła zdjęcia z powrotem do koperty i odłożyła na stojący przy łóżku drewniany stolik. — Tyle, że miałam się dzisiaj spakować…
— Przecież nie wyjeżdżasz. — stwierdził Cordian, opierając głowę o ścianę i zamykając oczy.
— Jest już późno…
— Do zmroku jeszcze spokojnie kilka godzin.
— Właśnie wróciłam z dworu…
— Skończyłaś? — przerwał jej, głosem równie monotonnym jak przy poprzednich odpowiedziach. Na jego twarzy pojawił się jednak delikatny uśmiech kiedy poczuł jak dziewczyna z impetem podnosi się z łóżka.
— A wiesz, że tak? — powiedziała podirytowanym tonem i gdy mężczyzna otworzył oczy zobaczył ją stojącą z rękami podpartymi na biodrach w iście bojowej pozie. — Idziesz, czy zamierzasz tu medytować pod moją ścianą?
— Ostatecznie, mogę iść. — zaśmiał się i zeskoczył na podłogę, kilkoma wielkimi krokami wymijając stosy porozrzucanych na podłodze przedmiotów.
    W przedpokoju zdjął z wieszaka i założył brązową skórzaną kurtkę oraz stary, materiałowy plecak w którym nosił swój aparat. Następnie odwrócił się i z dłonią na klamce przyglądał jak dziewczyna zakłada buty oraz resztę garderoby. Chociaż dni wciąż były ciepłe, nawet najlżejsze okrycie ramion było wręcz konieczne podczas wypraw do lasu. A pomimo tego Cordian miesięcznie łapał więcej kleszczy niż przeciętny człowiek w ciągu całego życia. W końcu to małe robactwo atakowało wszystko w czym płynęła choć odrobina ciepłej krwi. Wilki nie były tu wyjątkiem.
    Kiedy mężczyzna otworzył drzwi oślepiło ich ostre popołudniowe światło słoneczne, które powoli zaczynało nabierać tej charakterystycznej złotawej barwy. Zszedł po schodach, czując jak delikatny wiatr unosi jego włosy. Wyjął z plecaka kamerę i obrócił się, kierując obiektyw w stronę drzwi. Spojrzał przez wizjer i nacisnął spust migawki dokładnie w momencie, kiedy dziewczyna stanęła na szczycie schodów.
— Hej! — zawołała, kiedy zorientowała się, że jest na celowniku fotografa.
— Nie martw się, nie dam go do gazety. — powiedział i zawiesił aparat na szyi.
— Oby. — Louisa stanęła koło niego, a on pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund wpatrywania się w jej twarz nim odwrócił się i ruszył wzdłuż ulicy.
— Chodź, pokażę ci coś o czym Will nawet nie wie.
— Masz na myśli paszczę pełną zębisk? — wypaliła kobieta, dopiero po chwili zdając sobie sprawę ze swoich słów. Cordian zatrzymał się i zacisnął dłoń wokół obiektywu, uporczywie wpatrując się w jakiś punkt na horyzoncie.
— Co powiedziałaś? — zapytał sztywnym i pełnym napięcia głosem.
— Noo… wiesz… nie chciałabym spotkać jakiegoś misia… wiesz takiego dwa metry i w górę. — zażartowała nerwowo, gestem rąk pokazując wielkość zwierzęcia. Mężczyzna rozluźnił się trochę, biorąc głęboki oddech. Wciąż pamiętał jej twarz, która widział swoimi wilczymi oczami.
— Nie martw się. Nie będziemy wchodzić do lasu. A poza tym niedźwiedzie nie atakują jeśli ich nie sprowokujesz. Gwarantuję ci to, zwłaszcza, że sam mam kilka takich zdjęć. — poczekał, aż znajdzie się koło niego po czym ruszyli wolnym krokiem wzdłuż drogi, kierując się w stronę ostrego słońca. Za plecami pozostawili nieduży domek, długie popołudniowe cienie i cichy komentarz „robiłeś zdjęcia niedźwiedziom z bliska? Nie gadaj!” kobiety.
 
***

    Asfaltowa ulica przecięta w połowie żółtą przerywaną linią ciągnęła się bez końca w otoczeniu wysokich drzew iglastych wyznaczających granicę lasu. Można było poruszać się nią godzinami, a jedyną różnicę stanowiłby wciąż jedynie rosnące numery na przydrożnych słupkach rozstawionych co kilka kilometrów. A mimo tego, to właśnie tam, ukryte przed wzrokiem znudzonych monotonnym widokiem kierowców były ukryte prawdziwe tajemnice lasu.
— Woah. — powiedziała Louisa, wpatrując się w wysoki na kilka metrów obiekt, który z daleka zdawał się być zwykłym pniem lub też prostym słupem. Dopiero jednak ci, którzy zdecydowali się przystanąć na chwilę i minąć pierwszą linię krzewów mogli dojrzeć stary indiański totem w całej swojej okazałości.
— Niedźwiedź, jeleń, bóbr, ryś, orzeł. — mężczyzna wymienił kolejno nazwy zwierząt wyrzeźbionych na kolejnych segmentach drewnianego pala. Choć liczył on sobie prawdopodobnie kilkadziesiąt, jeśli nie nawet kilkaset lat, na niektórych elementach wciąż można było dostrzec resztki farby. Układały się one w różne wzory, które mogły być pewnego rodzaju oznaczeniem plemiennym. — I co na to twoja indiańska dusza?
— Już ci mówiłam, że nie jestem żadną Indianką. Ale fakt, robi wrażenie. — dziewczyna podeszła do totemu i położyła dłoń na nosie drewnianego niedźwiedzia.
— Odwróć się. — Cordian odsunął się kilka kroków do tyłu i przykucnął z kamerą w dłoni. Po upewnieniu się, iż cały obiekt mieści się w kadrze wykonał kilka różnych zdjęć. Podszedł do Louisy i włączył ekran, pokazując jej swoje nowe mini—dzieła.
— Powiem ci, że z dołu nie wydaje się aż tak wielki. — powiedziała i wskazała palcem fotografię, na której jej głowa znajdowała się na wysokości drugiej z pięciu kondygnacji.
    Nagle dziewczyna zamilkła. Wpatrywała się jeszcze przez chwilę w ekran, po czym przeniosła wzrok na totem, starając się dojrzeć coś na jego szczycie. Skrzywiła się, po czym spojrzała ponownie na fotografa.
— Możesz to przybliżyć?
— Eee… jasne? — Cordian nie mógł zrozumieć co tak nagle przykuło uwagę dziewczyny.
— Pokaż samą górę, tego ptaka. — poinstruowała kobieta, wciskając głowę pomiędzy jego ręce, że chłopak nie był pewnie co właściwie przybliżył. Jego próba jednak najwyraźniej zakończyła się sukcesem bo usłyszał cichy pomruk zaskoczenia.
— Zobacz, tam na górze coś leży. — powiedziała, odsuwając głowę dzięki czemu mógł w końcu zobaczyć to co tak bardzo zainteresowało dziewczynę.
— W istocie… — uniósł głowę znad ekranu, usiłując dostrzec ten dziwny obiekt lezący na głowie orła. Mógł jednak przysiąść, że nic tam nie było. Przyjrzał się jeszcze raz fotografii. Teraz mógł równie dobrze przysiąść, że na szczycie totemu leży mały, trójkątny obiekt z rzemykiem, prawdopodobnie naszyjnik. Tyle, że to było niemożliwe. Cokolwiek co leżałoby na górze zostałoby pewnie zrzucone pierwszym lepszym podmuchem wiatru, a poza tym miało kto wiedział o położeniu totemu i z pewnością nie zrobiłby im takiego żartu. — Wygląda na to, że musimy to sprawdzić.
— Czekaj, co zamierzasz…? — zaczęła dziewczyna, kiedy fotograf zdjął z szyi kamerę i wcisnął jej w ręce razem ze swoim plecakiem i kurtką. Wykonawszy kilka ruchów rękami, mających zastąpić prowizoryczną rozgrzewkę, Cordian podszedł do drewnianego pala i chwycił się oburącz za pierwsze głębsze wcięcie. — Żartujesz sobie?
— Muszę to sprawdzić. — mruknął i podciągnął się do góry, wspinając się po indiańskim totemie niczym po ściance wspinaczkowej.
— Złaź! To jest stare! Zaraz coś zniszczysz albo spadniesz! — syknęła z dołu, rozglądając się dookoła, zupełnie jakby obawiała się, że właśnie w tej chwili ktoś będzie przechodził bądź przejeżdżał leśną drogą. Mężczyzna zignorował jednak jej uwagi i wciąż uparcie wspinał się na kolejne kondygnacje. Niestety drewno zostało wygładzone przez wiele lat zmiennych warunków pogodowych i coraz ciężej było mu znaleźć miejsca w których mógłby pewnie położyć dłoń bądź stopę. Gdy dotarł do wilczego pyska znajdował się już dobre kilka metrów nad ziemią. Odwrócił się żeby spojrzeć w dół i właśnie wtedy jego prawa dłoń ześlizgnęła się z elementu będącego prawdopodobnie wilczym uchem. Usłyszał cichy okrzyk dziewczyny kiedy zawisł w powietrzu, usiłując znaleźć inny punkt zaczepienia.
— Cholera! Cordian! Schodź! — zawołała dziewczyna przez dłonie, którymi zasłoniła usta. Wtedy zrozumiał, że drewno w istocie jest zbyt śliskie i nie uda mu się wyjść z tej sytuacji cało… chyba że…
    Zamknął oczy i przywołał do siebie swoje wilcze ja. W zaledwie ułamku sekundy odbył wewnętrzną walkę, usiłując utrzymać swoją drugą formę pod kontrolą. Dopiero wtedy uniósł dłoń i wbił swoje palce, tym razem zakończone w ostre pazury w szyję drewnianego wilka. Zrobił to na tyle dyskretnie, żeby dziewczyna nie mogła ich dojrzeć.
— Wszystko w porządku! Mam! — zawołał, mając nadzieję, że jego głos nie zdradzał stanu, w którym obecnie się znajdował. Trzymanie wilczej formy ukrytej zaraz pod skórą napełniał go ekstazą i doprowadzało do szaleństwa. Oparł głowę o totem, udając że odpoczywa, choć w rzeczywistości starał się za wszelką cenę powstrzymać jego drugą postać przed przejęciem kontroli nad ludzkim ciałem.
— Nie będziesz chyba jeszcze próbował! — zawołała lekko zdenerwowana Louisa, kiedy podjął dalszą wspinaczkę, tym razem pomagając sobie ostrymi pazurami. Dzięki nim nie stanowiła ona nawet najmniejszego problemu, jednak mężczyzna specjalnie poślizgnął się jeszcze kilka razy, chcąc zachować pozory.
    Dotarłszy na sam szczyt, chwycił się jednego ze skrzydeł orła i pomachał w stronę dziewczyny.
— Pan Małpa w Małpim Gaju, co? — zawołała Louisa, opierając ręce na biodrach i przyglądając mu się ze skrzywionym wyrazem twarzy. Ten jednak po chwili został zastąpiony przez delikatny uśmiech. — No dobra, ja już wlazłeś to zobacz chociaż co to jest. — mężczyzna pokiwał głową i podciągnął się ostatni raz, kładąc dłonie na głowie ptaka. Jego oczy rozszerzyły się delikatnie, gdyż rzeczywiście, na samej górze totemu leżał mały indiański naszyjnik. Po prostu, od tak, leżał tam, wetknięty pomiędzy dwa wyrzeźbione orle pióra. Cordian ostrożnie wydobył go ze szczeliny i uniósł do góry, upewniając się uprzednio, że jego pazury zostały na powrót zastąpione przez zwykłe, ludzkie paznokcie.
— Zobacz! Jest! — krzyknął, pokazując dziewczynie wisiorek.
— A teraz schodź!
— Już, już. — zaśmiał się i odwrócił, żeby ostrożnie zsunąć się na dół, co okazało się znacznie łatwiejsze niż wspinaczka. Kiedy znalazł się z powrotem na ziemi, kobieta odetchnęła z ulgą. Mógł jednak przysiąść, że bardziej martwiła się ona o stan totemu niż jego zdrowie. Cordian podszedł do niej, trzymając dłoń z naszyjnikiem z plecami. Stanął naprzeciwko dziewczyny, która w milczeniu wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem. Uniósł lewą dłoń i płynnym ruchem odgarnął do tyłu jej gęste, jasne włosy, zaczepiając je za uchem. Dopiero wtedy rozprostował rzemyk od amuletu i powoli zawiesił go Louisie na szyi. Trwali tak w milczeniu, wpatrując się w siebie. Popołudniowe słońce chylące się ku zachodowi oświetlało dwie sylwetki, tworząc wokół ich ciał jasną poświatę. Całe ich otoczenie wyglądało natomiast zupełnie jakby znajdowali się w jakimś innym, magicznym świecie. Żywozielone igły świerków oraz gęste liście paproci nabierały nowego życia, skąpane w złotych promieniach.
— Proszę, Indianka jak żywa. — powiedział, uśmiechając się. Kobieta odwróciła głowę na bok unikając jego wzroku, jednak już po chwili cała uwagę skupiła na naszyjniku. Był to w istocie kawałek drewna ociosany w kształt trójkąta. Tym co sprawiało, że wyglądało on tak wyjątkowo były drobne zdobienia, którymi był pokryty. Małe wcięcia wraz z pasmami czerwonej, żółtej i niebieskiej farby układały się w ekspresyjne wzory. Lousia przeciągnęła kciukiem po jego powierzchni, zupełnie jakby wisiorek stanowił coś w rodzaju indiańskiego alfabetu braille’a, skrywając jakąś tajemniczą wiadomość.
    Poświęcona badaniu faktury amuletu, nie zauważyła nawet kiedy Cordian odebrał do niej swoje rzeczy.
— Chodźmy już. Sama mówiłaś, że nie chcesz spacerować po zmroku. — powiedział, odrywając ją od czynności, którą była pochłonięta.
— Może nie powinniśmy tego ruszać… — w jej głosie można było wyczuć zarówno nutę niepewności jak i niechęć do rozstania się z tajemniczym przedmiotem.
— Pan Totem chyba się nie obrazi. — mężczyzna uśmiechnął się i wyszedł na drogę, przedzierając się przez krzaki. Niedługo potem dziewczyna dołączyła do niego i ruszyli razem w stronę miasteczka, tym razem goniąc i depcząc swoje długie cienie.
    Podczas spaceru minął ich zaledwie jeden samochód – kierowca tira, który prawdopodobnie zabłądził, próbując wyminąć korek na jednej z głównych dróg. W międzyczasie słońce zdążyło schować się za horyzontem, a temperatura spadła o kilka stopni. Louisa zapięła kurtkę pod szyję i wcisnęła dłonie w kieszenie, rozcierając je od czasu do czasu.
— Spokojnie, już niedaleko. — zapewnił ją Cordian.
— Napiłabym się czekolady. — powiedziała dziewczyna, chowając nos pod kołnierzem.
— Możemy jeszcze wskoczyć do baru… — mężczyzna wyciągnął z plecaka telefon z zamiarem sprawdzenia godziny. — ...albo jednak i nie.
— Wiesz, chyba jeszcze mam trochę takiej do ekspresu w domu.
— Czy to brzmi jak zaproszenie? — uniósł brew, przyglądając się coraz słabiej widocznej po zachodzie słońca twarzy jasnowłosej kobiety.
— O ile nie przeszkadza ci bałagan. — wzruszyła ramionami.
— Kto pierwszy ten bierze większy kubek! — zawołał i puścił się biegiem wzdłuż drogi. Chwilę później usłyszał za sobą ciche „zaraz się przekonamy” oraz kroki goniącej go dziewczyny.
    Na gałęzi jednego z przydrożnych drzew przysiadł spory puchacz. Ze spokojem przyglądał się dwóm sylwetkom, które śmiejąc się i dysząc jednocześnie pędziły przed siebie, gdy na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy.