Uwaga!

wtorek, 9 lipca 2019

Od Cordiana

    Cordian stał w bezruchu. Chłodny, nocny wiatr rozwiewał jego sierść. Liście na drzewach szumiały w rytm jego podmuchów, lecz on nie zwracał na nie uwagi. Zupełnie jakby został odcięty od tego świata, oglądając go zza grubej, matowej szyby. Jedynym co w tej chwili wydawało mu się wystarczająco realistyczne była stojąca przed nim kobieta. Kobieta, którą znał od zaledwie kilku dni, a która zarazem wydawała mu się bardzo bliska. Teraz wpatrywała się prosto w niego, a po jej policzkach spływały dwa cienkie strumyki łez, niczym krople deszczu tworzące ścieżki na szybie. Oddychała szybko i nieregularnie, każdy jej oddech sprawiał iż jego uszy delikatnie drżały, wyłapując każde bicie serca.
    Wilk czuł się kompletnie bezradny. Chciał uciekać. Odejść, ukryć się w lesie i udawać, że to zdarzenie nigdy nie miało miejsca. Tak będzie lepiej, tak będzie bezpieczniej, powtarzał sobie. Ale na przekór temu jego łapy wcale nie chciały ruszyć się z miejsca. Zupełnie jakby był jednym z rosnących tutaj drzew, które od lat były obserwatorami zaledwie tej jednej sceny. I wtedy nagle coś się w nim przełamało.
    Najpierw zrobił jeden krok, potem drugi. Wydawały się one być kompletnie machinalne, a jednocześnie odniósł wrażenie jakby to jego serce wpływało na ten ruch. Impulsy nerwowe wytworzone każdym nowym skurczem przesyłane prosto do kończyn i omijające ośrodek mózgowy. Nim dziewczyna zdążyła zareagować lub się poruszyć, wcisnął swój pysk w jej klatkę piersiową, ocierając się o nią głową. Kiedy usłyszał jej zaskoczony, choć cichy okrzyk jedynie zaskomlał, napierając na nią jeszcze bardziej. Sekundy leciały, a on zaczynał się zastanawiać czy wykonał odpowiedni ruch. Czy nie powinien jednak odejść, nie przekraczając tej granicy między wilkiem, a człowiekiem. Wtedy to poczuł jak para rąk delikatnie prześlizguje się po jego futrze aby w końcu zacisnąć się wokół jego karku w ciasnym uścisku. W tej chwili uleciało z niego całe napięcie. Powoli odrzucał na bok resztki swojej ludzkiej świadomości, pozwalając aby wewnętrzne zwierze przejęło nad nim kontrolę. Cordian nigdy nie był dobry w relacjach z innymi. Wiedział jak prowadzić watahę, jak podejmować decyzje, które zadowolą jak największą część lub też jak zapewnić innym bezpieczeństwo. Nigdy jednak nie nauczył się jak pocieszać. Jego wewnętrzna empatia została w szybkim tempie zastąpiona logiką i strategiami w momencie kiedy musiał szybko poradzić sobie ze stratą rodziców. Jego wewnętrznych wilk był jednak zupełnie inny. Potrzeba bliskości była naturalną częścią każdego zwierzęcia. To ono najlepiej wyczuwało emocje innych i potrafiło komunikować się praktycznie bez słów. Tego właśnie potrzebował w tej chwili i dlatego czuł jak ogarnia go spokój z każdą chwilą, kiedy świat przed jego oczami zaczął się rozmazywać, pogrążając go w wewnętrznym śnie.

***

    Świadomość Cordiana powróciła do niego zupełnie tak samo jak go opuściła. Powoli zaczął odczuwać różne bodźce ze środowiska.
Najpierw dotyk. Odczucie czegoś twardego.
Potem węch. Głęboki i pełen aromatów oraz świeżości zapach lasu.
Następnie słuch. Szum targanych delikatnym wiatrem liści oraz śpiew ptaków. Gdzieś w oddali trzasnęła gałązka, prawdopodobnie pod łapą drobnego zwierzęcia.
I w końcu wzrok. Przez delikatne powieki dotarł do jego oczu ostry promień porannego słońca.
    Zamrugał kilka razy, czekając aż jego źrenice dostosują się do ostrego światła. Następnie rozejrzał się, oceniając sytuację. Wciąż był w swojej wilczej formie i nadal znajdował się w lesie. Gdy uniósł głowę zobaczył górujący nad nim totem. Ostatni z segmentów, wpatrujący się przed siebie kruk przypomniał mu o zdarzeniu sprzed kilku dni. Ciekawe czy dziewczyna znalazła jakąś informację na jego temat? A może po prostu o nim zapomniała. Nie, to było raczej niemożliwe. Nie po tym jak widział jej zaangażowanie w tą całą sprawę – rozmyślając położył głowę między łapami.  Potok myśli tłukących się w jego głowie przerwało uczucie nacisku na jego prawym boku. Dopiero wtedy spostrzegł wtuloną w gęste futro śpiącą Louisę. Basior momentalnie znieruchomiał i bezwiedne wstrzymał oddech, zupełnie jakby obawiał się, iż najmniejszy ruch obudzi dziewczynę. Ta była jednak pogrążona w głębokim śnie, najprawdopodobniej wyczerpana przez wieczorny wybuch emocji.
    Cordian wiedział jednak, że nie może zostać dłużej u jej boku. Gdyby teraz musiał skonfrontować się z nią w tej formie, bez osłony nocy, dużo ciężej byłoby mu zapanować nad sytuacją. I choć nie znał właściwie żadnej dobrej wymówki na usprawiedliwienie swoich czynów, a spokojna, śpiąca twarz jasnowłosej kobiety jedynie utwierdzała go w tym przekonaniu, rozumiał, że niektóre zmiany po prostu potrzebują czasu. Nagle usłyszał trzask gałęzi i zobaczył jak zza zarośli wychyla się łaciaty łeb znanego mu ogiera. Zupełnie jakby czytał w jego myślach i wiedział dokładnie w którym momencie musi się pojawić, pomyślał wilczur uśmiechając się. Pyskiem wskazał dziewczynę, zupełnie jakby chciał powiedzieć „zaopiekuj się nią”, po czym przeniósł wzrok na konia. Ten oczywiście nie dał mu odpowiedzi w żadnym ze znanych Cordianowi języków, ale basior już wiedział, że zwierze nie opuści swojej przyjaciółki ani na moment.
    Podnosił się powoli, uważając żeby nie zakłócić jej snu. Kiedy już udało mu się oswobodzić  spojrzał na jej twarz po raz ostatni. Zbliżył się i dotknął policzka dziewczyny swoim dużym wilczym nosem w geście pożegnania. Następnie odwrócił się i ruszył przed siebie. Biegł w zawrotnym tempie, omijając pnie drzew z niesamowitą jak na jego wilcze gabaryty zwinnością oraz nie zważając na gałęzie krzewów smagające go po łapach i bokach. Zwolnił dopiero kiedy sylwetka drewnianej chaty zaczęła wyłaniać się spomiędzy drzew. Dotarł do krawędzi tarasu, po czym wskoczył na drewniane deski jednocześnie inicjując przemianę. Gdy ciągnący się w nieskończoność moment, wypełniony trzaskiem deformujących się kości oraz rozrywających się mięśni, dobiegł końca leżał on na deskach tuż pod drzwiami. Powoli podniósł się na nogi, jednocześnie opierając jedną z dłoni na ścianie. Drugą natomiast przeczesał rozczochrane włosy, usiłując wyregulować swój oddech oraz bicie serca. Jeszcze raz spojrzał w stronę w której przybiegł, w stronę prawdopodobnie wciąż śpiącej dziewczyny. Przez chwilę jeszcze zastanawiał się czy pozostawienie jej samej było dobrym pomysłem. Miała jednak u swojego boku tego ogiera, który z pewnością był gotów walczyć w jej obronie, tłumaczył sobie.
    Z ciężkim westchnieniem podniósł się na nogi. Dotarł do drzwi po czym oparł się o nie, przylegając do zimnego drewna całym swoim ciałem. Gdyby ktoś przechodził teraz leśną ścieżką, z pewnością uznałby go za pijanego mężczyznę, wracającego z naprawdę zwariowanej imprezy. Z zamkniętymi oczami wymacał klamkę i kiedy drzwi ustąpiły wtoczył się do środka, zatrzaskując je za sobą. Ponownie oparł się, tym razem o ścianę. Choć nie czuł się zmęczony, jego ciało ogarnęło pewnego rodzaju uczucie bezradności i bierności. Oddychał głęboko, czując jak w jego wnętrzu wszystko rozrywa się na dwie części i rozpada. Żadna zmiana nie jest łatwa, powtarzał sobie. Ale tym co powodowało największe problemy było ryzyko. Powoli zasypiał, rozłożony na podłodze z nosem wciśniętym w miękki dywan ze skóry. Pozwolił aby śpiew pierwszych ptaków, połączony z ostatnimi pohukiwaniami sowy przeniosły go na powrót w krainę snu.

***

Biegł. Biegł prosto, przed siebie. Pędził z zawrotną prędkością, choć otaczający go krajobraz nie ulegał zmianie. Tylko drzewa. Drzewa, liście, trawy. I cisza. Bezgraniczna, niczym nie zmącona cisza. Bez śpiewu ptaków, bez szumu liści, bez odgłosu uderzeń łap o ziemię. Cordian jednak nie zwalniał. Nie zatrzymywał się nawet na chwilę, chociaż aby przypomnieć sobie cel do jakiego zmierzał. Czuł jak jakaś wewnętrzna siła pcha go do przodu, nie dając nawet chwili wytchnienia.
    A potem huk. Huk, po okresie tak długiej ciszy brzmiący tak głośno jakby to właśnie Ziemia rozpadała się na dwie części. Podświadomie skręcił, zmierzając w stronę, z której dobiegł go odgłos. Po chwili przedzierania się przez zarośla jego oczom ukazała się leśna polana. Intensywnie skąpana w słońcu, zupełnie jakby chciała zwrócić na siebie uwagę wszystkich przechodzących obok.
    Na środku klęczała kobieta. Gęste, czarne włosy oblepiały jej twarz, a wysokie trawy działały niczym zasłona dla jej nagiego ciała. Była skulona, dłońmi usiłowała osłonić coś co trzymała blisko siebie, przyciśnięte do piersi. Powiał lekki wiatr, zrywając kilka liści z drzew i niosąc je ze sobą nad polaną, małych obserwatorów tejże sceny. Długie, gęste źdźbła traw zaczęły rytmicznie falować. Cordian wpatrywał się w nie przez chwilę, aż w końcu dostrzegł, iż końcówka każdego z nich nie była szmaragdowo zielona, lecz anormalnie… czerwona. Z powrotem wrócił wzrokiem do kobiety. Teraz jej skóra nie była już gładka i perlista, lecz pokryta szkarłatnymi wykwitami, przypominającymi żywe, stopniowo powiększające swoją powierzchnię tatuaże. Nagle koło jej boku na kolana osunął się mężczyzna. Z wyglądu przypominał osobę doświadczoną, koło czterdziestki, jego ciemnobrązowe krótkie włosy potargane przez wiatr. Ubrany był w luźną, flanelową koszulę oraz błękitne jeansy, które które zaczęły nasiąkać czerwienią już w chwili, gdy mężczyzna upadł w kałużę krwi. Złapał kobietę, usiłując jednocześnie zatamować ciecz wypływającą z ran w okolicach jej klatki piersiowej. Ta z początku wcisnęła twarz w jego szyję, walcząc o każdy kolejny oddech. Powoli traciła jednak siły, jej dłoń zaciśnięta na koszuli mężczyzny słabła z każdą chwilą, rozluźniając swój uścisk. Jedynie ręką, która przyciskała do swojego ciała wciąż trwała w miejscu, nie poruszona nawet o centymetr. Mijały sekundy. Gdyby nie ruch traw, Cordian mógłby pomyśleć, że czas stanął w miejscu, zatrzymując go w tej drobnej milisekundzie rzeczywistości. Aż w końcu dłoń kobiety puściła materiał, opadając na trawę. Wtedy to mężczyzna po raz ostatni zamknął ją w silnym uścisku swoich ramion, po czym delikatnie położył bezwładne ciało na ziemi. Czarne włosy rozsypały się wokół jej głowy, w miejscu już wsiąkającej w glebę cieczy.
    Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę. Jego wzrok błąkał się po nagim ciele kobiety, zupełnie jakby usiłował znaleźć punkt, w który mógłby się wpatrywać bez uczucia przenikającego go bólu. Obserwujący wszystko zza krzaków Cordian wstrzymał oddech, widząc jak ten zaciska pięści. Mężczyzna wstał i wbił wzrok w stronę schowanego wilczura. Ten odczuł potrzebę natychmiastowej ucieczki. Mimo tego nie ruszył się jednak z miejsca. Nagle usłyszał dźwięk łamanej gałęzi zaledwie kilka metrów od siebie. Machinalnie skulił się, usiłując skryć się za cienką zasłoną zieleni. I wtedy dostrzegł to, w co naprawdę wpatrywał się stojący na polanie mężczyzna. Grupa ludzi w zielonych, acz nie wojskowych mundurach przedzierała się przez zarośla, torując sobie drogę długimi lufami trzymanych przez nich broni. Wilk zmarszczył pysk, czując ohydną woń potu zmieszanego ze stalą. Przestąpił kilka kroków do przodu, usiłując dostrzec ich twarze. Te były jednak ukryte przez cień drzew, zupełnie jakby otulone czarną mgłą skrywającą ich tożsamość. Pierwszy z nich nagle zrobił kilka kroków do tyłu, wpadając na swoich towarzyszy. Cordian powędrował za jego spojrzeniem. Człowiek stojący w słońcu nawet dla niego wyglądał przerażająco. Wyprostowane plecy, zaciśnięte pięści i napięte mięśnie ciała. Na twarzy grymas niezadowolenia, wręcz wściekłości. Oczy wpatrzone przed siebie zdecydowanie nie były ludzkimi oczami. Jego spojrzenie chłodne i bezwzględne, wywołujące ciarki u każdego kto dzielił z nim spojrzenie.
    Zaczął iść przed siebie, jednak noga za drugą, powoli przyśpieszając do biegu. Krok za krokiem, aż w końcu opadł na cztery kończyny. Strzępki kolorowej koszuli uniosły się do góry, rozerwany materiał upadł na ziemię w miejscu gdzie jeszcze chwilę temu stał dorosły mężczyzna. Teraz w stronę Cordiana pędził ogromny basior, o sierści złotej niczym jego własne futro i furii gnającej go wprost na ukrytych w krzakach mężczyzn. Mniejszy wilczur oddychał głęboko, słysząc miarowe bicie jego serca. Dum—dum. Serca bijącego w rytm uderzeń łap szarżującego wilka o szeroko rozwartej paszczy i przerażających obnażonych kłach. Dum—dum. Dum—dum…

***

    Cordian otworzył oczy, głęboko oddychając. Jego ciało było pokryte zimnym potem, a serce wciąż biło z zawrotną prędkością. Dum—dum, dum—dum… Wytarł czoło wierzchem dłoni, a drugą ręką wykonał kilka zamaszystych ruchów wokół siebie próbując zlokalizować swój telefon lub chociaż zegarek. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie leży w łóżku lecz na dywanie w salonie. Promienie słońca wpadały przez okno po prawej stronie schodów, więc nie mogło być później niż po czternastej. Mężczyzna powoli podniósł się na nogi i wolnym krokiem skierował się w stronę łazienki. Zimna prysznic działał orzeźwiająco i odganiał ostatnie fragmenty snu kołatające się po jego głowie. Nie był to pierwszy raz, ani nawet drugi lub trzeci, kiedy oglądał tą samą scenę. Mimo tego za każdym razem czuł się jakby był świadkiem tego zajścia po raz pierwszy. Towarzyszące mu emocje zawsze były tak samo wyraźne, wyrzuty sumienia powracające ze zdwojoną siłą.
    Wyszedł spod prysznica, ocierając twarz ręcznikiem i wyciskając wodę z włosów. Przez chwilę wpatrywał się w swoje odbicie. Jego broda zdążyła już delikatnie odrosnąć od ostatniego golenia, ale został mu jeszcze co najmniej tydzień nim będzie musiał powtarzać ten zabieg. Następnie  otworzył szafkę i wyciągnął z niej czarną suszarkę. Nie przepadał za tym urządzeniem wręcz palącym jego skórę gorącym powietrzem, dzisiaj jednak nie miał czasu na czekanie, aż jego długie włosy wyschną.
    Uprzednio przygotowawszy naprędce w kuchni kilka kanapek udał się z talerzem na górę, w celu wybrania jakiegoś ubioru. Niestety, w przeciwieństwie do wilków, ludzie przykładali zbyt dużo uwagi do tego czym zakryją swoją skórę. Spojrzał na zegarek i uśmiechnął się delikatnie. Jego domysły okazały się być dość trafne gdyż dochodziła trzynasta. Z szafy wyciągnął dwie cienki koszule i przymierzył je przed lustrem. Ostateczny wybór padł na ciemnozieloną w czarno—szarą kratkę, lekką kurtę z brązowej skóry i długie spodnie. Generalnie nie miał oporów przed chodzeniem po lesie z odsłoniętymi nogami gdyż jedną z przydanych cech bycia wilkiem była całkowita odporność przed małymi krwiopijcami. Wilcza krew, zawierająca hormon inicjujący przemianę z łatwością doprowadzała do zgonu organizmy, które nie miały w sobie choć jego namiastki. Miejscowe robaki chyba najprawdopodobniej zrozumiał, iż lepiej jest być głodnym niż martwym i trzymały się od wilków z daleka. Kilka razy jednak zdarzyło mu się już rozciąć łydkę o byle gałąź, czy kamień dlatego wolał nie ryzykować uwalniania charakterystycznej woni krwi.
    Cordian odwrócił się i zobaczył stojący na szafce aparat. Nie używał go już od jakiegoś czasu i urządzenie zostało pokryte drobną warstwą kurzu. Delikatnie uniósł jej do góry, zdmuchując  szary pył z jego powierzchni. Był to jeden z jego ulubionych modeli, drobne zadrapania na osłonce i odchodząca farba z przycisków były jednymi z nielicznych śladów częstego używania. Jednak wraz z postępem czasu, w końcu i ten model został zastąpiony przez nowy o lepszej jakości. Na to co planował na dzisiaj nadawał się niemniej idealnie. Schował kamerę i jeszcze kilka potrzebnych rzeczy do plecaka i wyszedł z domu.
    Nim zdążył zrobić choć jeden krok, oślepiło go ostre słońce. Mężczyzna zebrał włosy w luźny kok i wyciągnął parę okularów przeciwsłonecznych. Podążał wzdłuż wąskiej, leśnej ścieżki aż w końcu dotarł do drogi. Rozgrzane powietrze oraz tworzący się w nim miraż utrudniały widoczność, ale mimo tego aż po horyzont nie mógł on dostrzec żadnego samochodu. Pierwszą zmianę w wyglądzie otoczenia dostrzegł dopiero po kilkunastu minutach szybkiego marszu. Brązowo—biały kształt szedł za zasłoną z liści krzewów, odgłos uderzeń kopyt na równi z krokami Cordiana.
— Będziesz tak się czaił, czy w końcu nabierzesz wystarczająco odwagi, aby się pokazać? A może to ten upał i wolisz zostać pod zasłoną drzew? — przystanął i opar ręce na biodrach. Zwierze wystało swój wielki łeb zza zarośli, przyglądając mu się czujnie. Nie zrobiło jednak więcej kroków w jego stronę, zupełnie jakby wciąż próbowało ocenić jego zamiary.
— Wbrew temu co sobie myślisz, szkapo, nie jemy koni. Mięso jeleni jest znacznie bardziej aromatyczne. To ludzie robią z was kiełbasy. — mruknął. Nie otrzymał jednak żadnej wyraźnej odpowiedzi dlatego postanowił kontynuować swój spacer. Choć nie poświęcił zwierzęciu ani jednego spojrzenia więcej, słyszał odgłos uderzeń kopyt za swoimi plecami aż pod drzwi niewielkiego domku przy drodze.
    Kilka razy przeszedł w tą i z powrotem wzdłuż frontowej ściany, próbując jak najlepiej ubrać swoje myśli w słowa. Przez chwilę chciał nawet zajrzeć w okno, aby upewnić się czy dziewczyna dotarła do domu. Zatrzymał się jednak w pół kroku i jak każdy normalny człowiek skierował w stronę drzwi. Zanim zdążył się zorientować nacisnął dzwonek, a w wewnątrz budynku rozległ się melodyjny odgłos. Drzwi wejściowe otworzyły się momentalnie, zupełnie jakby ktoś czekał na jego przyjście.
— Yyy… Dzień Dobry? — zapytała z nieukrywanym zdziwieniem dziewczyna. Albo i nie czekał, pomyślał Cordian.
— Dzień Dobry. — odpowiedział, mierząc wzrokiem stojącą w drzwiach postać. Miała ona na sobie strój podomowy, składający się ze znoszonych krótkich spodenek i koszulki z nadrukiem głowy konia. Dodatkowo strój dopełniały włosy ułożone w iście artystycznym nieładzie i duży kubek w ręce. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? — uśmiechnął się delikatnie, poprawiając aparat przewieszony przez ramię.
— N… nie… — bąknęła cicho, wpatrując się w jego twarz zupełnie jakby świecił na niebiesko.
— Znowu się pakujesz? — zażartował, spoglądając przez jej ramię do środka i widząc rozłożoną na środku korytarza walizkę. Louisa szybko obejrzała się w tą samą stronę.
— A, to… ugh… sama już nie wiem. — wstrząsnęła ramionami. — Odkąd przyjechałam do tego miejsca wszystko ciągle psuje mi szyki. Ten cały projekt, ludzie, konie, jakieś niedźwiedzie, zabawne, i ta cała tajemnica. — mruknęła, wbijając wzrok w unoszącą się z naczynia parę.
— To całe Alpine, zmienia ludzi nie do poznania. — mówiąc to, wykonał okrężny ruch ręką. — Ale tak już na poważnie, to nie wiem czy może być lepszy sposób na spędzenie słonecznego popołudnia w lesie...
— Mam już dość tego lasu. — prychnęła dziewczyna po czym uniosła kubek do ust.
— …robiąc niesamowite zdjęcia? — dokończył Cordian i poczekał, aż ta znowu na niego spojrzy.
— Zamierzasz robić zdjęcia i ciągać mnie ze sobą? — zapytała, a ton jej głosu ewidentnie wskazywał na zniecierpliwienie. Mężczyzna w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął i rozsunął kieszeń plecaka, aby wyjąć z niego drugi aparat. Mógłby przysiąść, że w tej samej chwili zauważył drobną iskierkę w oczach Louisy.
— To jak?
— Oferujesz mi prywatną lekcję fotografii? — dokładnie wiedział, że nie ważne co odpowie podjęła już decyzję.
— A masz czym zapłacić?
—Kupiłam więcej tego brownie. A teraz lecę się przebrać! — zawołała już z korytarza. Cordian ledwo powstrzymał śmiech, kiedy usłyszał jak siłą porównywalną do trąby powietrznej przekopuje się przez rozrzucone dookoła stosy ubrań. Nie minęło kilka minut jak stała przed nim, ubraną w długie jeansy, białą koszulkę i zieloną kurtkę. Przez ramię miała przewieszony nieduży plecak, a włosy gładko ułożone i spięte w kucyk niczym nie wskazywały na swój poprzedni stan. Szybko zamknęła drzwi, po czym wyciągnęła ręce w stronę trzymanego przez niego aparatu.
— Chwila, chwila. Najpierw podstawy. — odsunął od niej urządzenie. Dziewczyna pokazowo wydęła policzki ale skinieniem głowy pokazała mu żeby kontynuował. — Tu masz taki pasek. Przewieszasz aparat przez szyję i choćby nie wiem co, nie zdejmujesz. Jak widzisz, obiektyw jest zasłonięty klapką, aby się nie zarysował, którą zdejmuje się w tej sposób… — powoli objaśniał, wskazując poszczególne elementy. — Tu masz przycisk do włączania, tym się robi zdjęcia, to jest wizjer, to lampa błyskowa, tym guzikiem ogląda się zdjęcia, tym się zmienia tryby, to jest do manualnego ale tego lepiej nie dotykaj…
— Spokojnie, blondynką nie jestem, wiem jak działa aparat. — prychnęła, znowu wyciągając ręce po kamerę.
— Czyżby? — uniósł jedną brew, wpatrując się w jej wręcz lśniące w słońcu włosy. Tym razem jednak posłusznie oddał jej sprzęt. Po prawdzie już go nie używał i jego zniszczenie nie byłoby zbyt wielką stratą, ale miał nadzieję, że jego ulubiony aparat przetrwa jeszcze kilka lat.
— No dobra. Ale nie tą przysłowiową. — uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia po czym zdjęła klapkę i wykonała kilka zdjęć, prezentując swoje umiejętności fotograficzne. — I jak? Ujdzie czy raczej zaliczam się jako nieuleczalny przypadek? — zapytała, mierząc w niego obiektywem.
— Ujdzie, ujdzie. — wyminął ją na schodach, schodząc z małej werandy na ulicę. — Ale chwyt do poprawki. Obiektyw podpiera się dłonią od dołu a nie naciska od góry. — obrócił się, prezentując poprawną pozycję na drugim urządzeniu i jednocześnie wykonał kilka zdjęć dziewczyny stojącej z kamerą zawieszoną wokół szyi.
— Szczegół. — mruknęła Louisa i ruszyła za nim. Granicę lasu przekroczyli bardzo szybko, bo już po drugiej stronie drogi. W jednej chwili poczuli się jakby wkroczyli do nowego świata. Wszystko co ich otaczało wydawało się należeć do nowego świata. Świata złotego światła prześwitującego przez gałęzie wielkich gigantów górujących nad ich głowami. Krzewów śpiewających swoją własną pieśń szumiących liści, ogromnego bijącego serca. Cordian odetchnął głęboko, wciągając świeże powietrze w płuca. To był jego las, jego świat. I teraz zdecydował się pokazać ten świat…
    Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na idącą za nim dziewczynę. Rozglądała się dookoła wpatrzona w wizjer aparatu, zupełnie jakby próbowała objąć obiektywem cały otaczający ją krajobraz. Podoba jej się, pomyślał z ulgą. Przedzierał się przez zarośla, torując im drogę ale jednocześnie starał się robić to z jak największą delikatnością. Jedną dłoń trzymał na przewieszonym przez ramię aparacie, drugą dotykał powierzchni różnorakich liści, starając się w myślach nazwać ich gatunki zaledwie po fakturze. Goryczka, dalezja, młody klon… W końcu dotarli do ścieżki. Wąskiego przejaśnienia, drogi wydeptanej przez stada jeleni, które regularnie przemierzały te tereny. Wiedziony zmysłem węchu Cordian podszedł do najbliżej sosny, w której korze zaplątało się kilka kłębków sierści. Z kieszeni kurtki wyciągnął składany nóż i delikatnie wydobył włosie. Następnie wrócił do stojącej na ścieżce Louisy i pokazał jej znalezisko.
— Widzisz to futro? Był tutaj jeleń, jeszcze w tym tygodniu. Samiec, ale młody. — Dziewczyna wzięła przedmiot i przez chwilę bawiła się nim w dłoni.
— Mięciutkie. Wyczytałeś to wszystko z kilku włosków? — zaśmiał się, słysząc jej komentarz.
— Nie od dziś chodzę po lesie. — i nie od dziś mam wilczy węch, dodał w myślach. — Tą drogą często przechodzą całe stada. Głównie w czasie wiosny i jesieni, kiedy to przenoszą się na lepsze pastwiska.
— Widziałeś kiedyś takie całe stado jak przechodziło? Mieszkając w babci miałam styczność tylko z pojedynczymi sztukami… — powiedziała cicho, wciąż miętosząc futerko.
— Mam nawet zdjęcia. Dziesiątki sztuk, rzeka brązowej sierści. A jak dużo potem zrzutów można tutaj znaleźć! — opowiadał, wskazując kolejne drzewa. Doskonale pamiętał jak pewnego wieczoru wracał ze szlaku z torbą pełną zrzutów zupełnie jakby zrobił zakupy w supermarkecie.
— A to? Co to jest? — Louisa wskazała na odległy punkt. Mężczyzna podążył wzrokiem za jej wyciągniętą ręką, aż dostrzegł małe wzniesienie, prawie przesłonięte przez gęste liście.
— To jest… a właściwie, chodź to zaraz sama się przekonasz. — uśmiechnął się i wyciągnął w jej stronę rękę. Dziewczyna popatrzyła na niego niepewnie ale w końcu powoli zacisnęła swoją dłoń wokół jego. Wystarczyło jedno szarpnięcie żeby, puściła się wraz z nim biegiem przed siebie. Z zaskoczeniem wpatrywała się w plecak odbijający się od jego pleców za każdym razem kiedy wykonywali większy skok nad leżącą na ziemi gałęzią, bądź głazem. Nie mogła uwierzyć jak jej towarzysz jest w stanie prowadzić ich w pełnym pędzie przez tak gęsty las, nie potykając się o żadne przeszkody. Natomiast dla Cordiana była to rzecz oczywista i zupełnie normalna. Czuł się jakby jego nogi w rzeczywistości były ogromnymi łapami, zagłębiającymi się w warstwę mchu i suchych liści z każdym kolejnym krokiem. Doskonale znał zasady lasu, wiedział jak poruszać się w tym lesie jak współpracować z istotą natury. I teraz czuł dumę rozpierającą jego pierś na myśl, że może wprowadzić kogoś innego do tego świata.
    Gdy dobiegli na miejsce, obydwoje przystanęli, próbując złapać oddech.
— Co… to… było…? — wydyszała dziewczyna. W odpowiedzi zaśmiał się, jednocześnie próbując złapać oddech. Choć stan jego kondycji był raczej ponad normą, jeszcze dużo brakowało mu do wilczej wytrzymałości.
— Nigdy nie biegałaś? — uniósł brwi, nachylając się nad dziewczyną. Ta jedynie nieudolnie machnęła ręką w powietrzu z zamiarem uderzenia go.
— Bądź… cicho… to… było… z… zaskoczenia… Woah. — obydwoje spoglądali w stronę dużego nasypu ziemi, porośniętego niskimi roślinami. Wznosił się on wysoko ponad ich głowami, tak że miało się wrażenie jakby z samej góry można było dotknąć koron drzew. — Ze szczytu musi być przepiękny widok. — powiedziała, zapatrzona w rozpościerający się przed nią widok.
— I zamierzasz tutaj stać i się w nią wpatrywać z dołu?
— Jasne. Kto ostatni na górze ten spleśniałe brownie! — Louisa ruszyła pędem w stronę mniej stromej części wzgórza.
— Spleśniałe brownie? — zaśmiał się Cordian i przez chwilę przyglądał się jej zmaganiom z gęstą kępą krzaków, rozważając wspięcie się po stromym zboczu i zaskoczenie kobiety. Dość szybko zrezygnował jednak z tego pomysłu i rzucił się w pościg. Choć bez problemu udało mu się dogonić omijającą każdy większy korzeń dziewczynę, zachował drobny dystans za jej plecami chociażby po to, aby dać jej satysfakcję z wygranej. To co dziewczyna zastała na górze z pewnością przekraczało jej oczekiwania. Z miejsca, w którym się znajdowali mogli dostrzec nie tylko dalsze partie lasu, ukryte przez niskie drzewa dla spacerujących po ściółce stworzeń, ale i znajdującą się nieopodal polanę, w sąsiedztwie której mieściła się również dolina wodospadów. Uroku całej tej scenie z pewnością dodawała pogoda, intensywne słońce na bezchmurnym niebie, które zbliżając się do zachodu wydłużała cienie drzew oraz pokrywała ich pnie złotym blaskiem. Dziewczyna obracała się, zupełnie jakby nie mogła podjąć decyzji, w którą stronę chce patrzeć w danej chwili. Aż w końcu podbiegła do krawędzi nad skarpą i przyłożyła dłonie do ust. Po lesie, mącąc harmonijny szum liści i śpiew ptaków rozniósł się odgłos przypominający wilcze wycie. Kiedy Louisa skończyła, obejrzała się w stronę mężczyzny i uśmiechnęła szeroko.
— Boisz się, że całą watahę wywołam? — zapytała, przygotowując się na jakąś naganę odnośnie zachowania ciszy w lesie i takich tam.
— Watahę? Tym skomleniem? Proszę cię. — Cordian, ku jej zdziwieniu, stanął koło niej również układając ręce wokół ust. Dźwięk, który z siebie wydobył był nie tylko głośniejszy ale i bardziej… naturalny. Kobieta musiała przyznać, że słysząc ten odgłos mogłaby pomylić go z prawdziwym wilczym wyciem. Był on tak realistyczny, żywy i pełen emocji, zupełnie jakby stojący obok niej mężczyzna robił to codziennie od wielu, wielu lat. Stała tak, w kompletnym bezruchu, nawet kiedy ten skończył i wpatrywał się w nią swoimi złotymi oczami…
— Trochę wprawy i też ci się uda, Louiso. — powiedział delikatnym głosem.
— Eee… racja. — wybąkała. — I… Lou. Wszyscy znajomi tak do mnie mówią. Nie ma potrzeby, żeby… no wiesz.
— Lou? — uśmiechnął się. — W takim razie Cor… Co… eh, Cordian. — westchnął i machnął ręką na nieudaną próbę zdrobnienia własnego imienia. Nagle jego uwagę przyciągnął mały ruszających się kształt w oddali. — Hej, popatrz! — wyciągnął rękę i wskazał w tamtym kierunku.
— Co… o jejciu, czy to… sarna z młodymi? — momentalnie zachwyciła się, już unosząc aparat do góry. Nagle poczuła dotyk i ciepło innego ciała od strony jej pleców. Ramiona stojącego za nią mężczyzny zamknęły się wokół niej, a dłonie pokryły jej własne, trzymające obiektyw. Louisa wstrzymała oddech kiedy przybliżył kamerę do jej twarzy. Instynktownie zaczęła wpatrywać się w małe okienko wizjera, słysząc jak jej towarzysz obraca różne pokrętła na obudowie urządzenia. Wzrokiem podążała za bawiącymi się w zaroślach jelonkami, ale i to zdawało się był przyćmione przez odgłos uderzeń serca, przyćmiewających wszystkie zmysły. Nie była jednak w stanie stwierdzić czyjego serca: jej, fotografa, ich, czy może znajdujących się w oddali jeleni.
    Niemalże podskoczyła, kiedy do jej uszu dobiegł szept.
— A kiedy już pojawi się ta myśl, że złapałaś właśnie tą jedyną chwilę, tą niepowtarzalną okazję – wykonaj zdjęcie. Uchwyć ten moment. — powiedział powoli, a kobieta nagle pożałowała, iż aparat może zapisać w pamięci tylko to co dzieje się przed nim, tylko obraz, odzierając całą przedstawianą sytuację z rzeczywistości. Otrząsnęła się jednak z tych myśli kiedy tylko trzy zwierzęta naraz podniosły głowy, spoglądając w ich stronę. Wtedy to nacisnęła spust i po chwili zdającej się trwać wieczność usłyszała charakterystyczne klikanie świadczące o zamknięciu przesłony. Zaledwie kilka sekund później jelenie puściły się biegiem przez las, znikając z ich oczu.
    Dziewczyna obawiała się, że jej nogi nie będą w stanie udźwignąć ciężaru ciała i osunie się na kolana jak tylko fotograf uwolni ją ze swego uścisku. Nic takiego jednak nie miało miejsca i stała, o swoich własnych siłach, dumna z tego, że jej ciało nie zdradziło jej tym razem. Szybko zorientowała się, iż nie była w stanie spojrzeć Cordianowi w twarz. Zamiast tego postanowiła więc przyjrzeć się wykonanemu przez siebie zdjęciu. Zanim zdążyła przejść do menu podglądu, usłyszała szmer liści w krzakach za jej plecami, zbyt głośny aby mógł zostać wywołany przez wiatr.  Opuściła aparat, pozwalając aby zwisał na jej szyi i spojrzała w dół. Jej towarzysz zdążył do niej dołączyć nim dostrzegła pomiędzy liśćmi ogromną kępę ciemnobrązowego… futra. Louisa wpatrywała się w nie, zupełnie nie wiedząc jak zareagować. Dodatkowo mogła wyczuć jak stojący obok niej mężczyzna również sztywnieje. Jeszcze bardziej zaniepokoiło ją to, iż mogła przysiąść jak kantem oka widziała jak delikatnie odsłania on swoje zęby, niczym warczący pies. Nie trwało to  jednak dłużej niż kilka sekund, a wielka masa brązowej sierści znikła tak szybko jak się pojawiła.
— To… był misiek, prawda…? — zapytała z nadzieją w głosie, choć po wydarzeniach ostatniej nocy nie mogła już być tego taka pewna. Choć wysokość na której się znajdowali za pomocą perspektywy z pewnością zaburzała postrzeganie rozmiarów, to śmiał mogłaby stwierdzić, iż to czego fragmenty dane jej było przed chwilą oglądać, niedźwiedzie wsówało na śniadanie.
— Wierzysz w to jeszcze? — zapytał fotograf, wciąż nie spuszczając wzroku ze znajdujących się u podnóża wzgórza małych drzew. Uwadze dziewczyny nie uszedł również fakt, że zaciskał on pięści tak mocno, aż widać było białą skórę w okolicy knykci.
— Od początku nie wierzyłam. To znaczy, może przez pierwsze kilka minut. Prawdę mówiąc, już od przyjazdu czułam, że z tym miejsce coś jest nie tak. Z początku mnie to przerażało. Chciałam uciekać. Teraz… teraz już nie wiem co mam robić. — westchnęła głęboko i wcisnęła ręce w kieszenie spodni.
— Czyli pod tym względem jesteśmy do siebie podobni. — zaśmiał się nerwowo.
— Ale muszę przyznać, że w obliczu całej tej sytuacji moja ciekawość zaczyna brać górę.
— Ciekawość? W związku z czym?
— Uh… zaginięciem moich rodziców. Widzisz… oni tu byli. Dawno temu. I czuję, że to miejsce kryje jakąś tajemnicę o tym co naprawdę się z nimi stało. I chce abym ją odkryła. — mówiąc to, wyciągnęła spod kurtki indiański naszyjnik, który przez cały czas wisiał wokół jej szyi i uważnie mu się przyjrzała. Cordian stanął obok niej, usiłując dobrać jakiekolwiek słowa odpowiednie dla tej sytuacji. Nagle do jego głowy wpadł pewien pomysł.
— Hej, jeżeli ten naszyjnik to jakaś wskazówka, to znam kogoś kto może ją odszyfrować. — powiedział, również wkładając dłonie do kieszeni.
— Hm? To na co jeszcze czekamy? — dziewczyna w jednej chwili odzyskała dawną werwę.
— Spokojnie. Chodź za mną. Stąd jest zaledwie kilkanaście minut szybkiego marszu do mojego domu, a dalej pojedziemy samochodem. — powiedział, już kierując się w dół nasypu.
— Masz samochód? — zdziwiła się Louisa, doganiając go.
— Nie, mieszkam w małej miejscowości w środku lasu i po większe zakupy jeżdżę autostopem albo idę na piechotę. Bez przesady.



***

    Kobieta musiała jednak przyznać, że tak do końca bez przesady to to nie było. Bo w końcu jak inaczej można określić wyczyszczony na błysk, beżowy Land Rover, stojący w drewnianej szopie koło domu Cordiana, jak nie przesada?
— Nie wiedziałam, że tyle można się dorobić na cykaniu fotek ptaszkom i roślinkom. — powiedziała, obchodząc dookoła pojazd, który wyglądał tak jakby właśnie ktoś wyjechał nim z serwisu. Najprawdopodobniej był on rzadko używany i czyszczony po każdej, nawet najmniejszej eksploatacji.
— Dobry samochód w takim terenie zawsze się przydaje. — mężczyzna odblokował zamki i otworzył drzwi od przedniego miejsca pasażera.
— O rany. Ecru? Serio? No nie, ja się boję tego nawet dotknąć. Masz jakąś manię czyszczenia, czy jak? — jęknęła dziewczyna widząc nieskazitelnie czyste wnętrze.
— Raczej nie mam zwyczaju jeździć. Ale dzisiaj jest już późno i nie mamy czasu na dalsze spacery. — mruknął, spoglądając na zegarek. Dochodziła 18.00. — Wsiadaj, wycieraczka jest czarna.
— Przynajmniej to. — dziewczyna musiała wysoko unieść nogę, aby wspiąć się do wnętrza pojazdu, a zaraz po tym jak zamknęła drzwi usłyszała warkot silnika.
— Takie pytanie, jak od ciebie wracała to nie wiedziałam żadnej innej drogi poza tą małą ścieżynką. Jak zamierzasz wyjechać?
— Przecież to Land Rover. — zażartował, jednak w odpowiedzi dostrzegł jedynie uniesioną brew Louisy.
— Przecież to niszczenie przyrody?
— Wiem, wiem. Spokojnie, z drugiej strony jest droga gruntowna. Wyjeżdża na inną szosę i pewnie dla tego jej nie widziałaś. — odpowiedział mężczyzna, ruszając.
    Droga, a raczej dwie koleiny o szerokości kół samochodowych, faktycznie kończyła się przy  asfaltowej ulicy, na pierwszy rzut oka identycznej do tej, przy której stał dom Lou. Cordian wyciągnął ze schowka parę szerokich, przeciwsłonecznych okularów, gdyż zbliżające się do zachodu słońce było coraz bardziej dokuczliwe. Jechali w ciszy przez kilka minut, aż w końcu zdecydował się odezwać.
— Em… W schowku jest kilka płyt. Możesz coś puścić jak ci się spodoba. — jego uwadze nie uszedł fakt, iż dziewczyna momentalnie rzuciła się do małych drzwiczek przed jej kolanami. Z pewnością musiała lubić muzykę. — Tylko ostrzegam, że mam dość dziwny gust. — dodał, a jego słowa jedynie potwierdził jej wyraz twarzy kiedy przeglądała spisy piosenek na kolejnych płytach.
— Noo… muszę przyznać, że masz rację. — powiedziała, przekładając opakowania w dłoniach.
— Ta niebieska może ci się spodobać. — Cordian nie zwracał wzroku z drogi. Louisa wybrała jasnoniebieskie opakowanie z nadrukiem gór i lasu. Przyjrzała się dużej, równej czcionce.
— Haevn? Zobaczymy – włożyła płytę do odbiornika i wcisnęła przycisk. Po chwili z głośników zaczęły wydobywać się pierwsze słowa „Back in the Water”. Kobieta przymknęła oczy i oparła się o miękki fotel, pozwalając aby wpadające przez przednią szybę słońce przyjemnie ogrzewało jej ciało. Z każdą mijającą minutą i każdą nową piosenką odpływała coraz bardziej, oddając się niezwykle przyjemnemu uczuciu nie robienia niczego i nie martwienia się zupełnie niczym. W tej chwili była tylko ona, szum silnika samochodowego i delikatny głos wykonawcy wypełniający wnętrze pojazdu.
    Cały ten spokój zakończył się gdy tylko maszyna zatrzymała się. Louisa leniwie otworzyła oczy i rozejrzała dookoła. Cordian zaparkował samochód wzdłuż wąskiej, drogi w obszarze zabudowanym. Miasteczko, w którym się znajdowali wyglądało na większe, ale nie bardziej nowoczesne niż Alpine. Dziewczyna przyglądała się fasadom domów, wśród których niektóre miały z pewnością więcej niż sto lat.
— To tutaj?
— Owszem. — powiedział, wskazując na budynek przed którym się znajdowali. Louisa musiała wręcz przycisnąć czoło do przedniej szyby, aby przeczytać wyryty w drewnie napis nad szklaną wystawą sklepową.
— Antyki kultury zachodniej? — zapytała, unosząc brwi.
— Lub też indiańskie pierdółki, jak kto woli. Bądź co bądź, jeżeli szukasz speca od kultury indiańskiej to lepiej trafić nie mogłaś. — Cordian podszedł do drzwi. Choć za szybą wisiała kartka „Otwarte Pon—pt. 11.00—18.00”, a było już po dziewiętnastej, nacisnął starodawny dzwonek do drzwi. Przez chwilę mieli okazję delektować się odgłosem iście z początków XX wieku, aż w końcu drzwi otworzył czarnowłosy mężczyzna średniego wzrostu. Jego wiek Louisa mogłaby określić na co najwyżej czterdzieści lat, co zdecydowanie zaburzało średnią wieku przeciętnych sprzedawców antyków. Młody wygląd sprzedawcy nadrabiał jednak charakterystyczny strój składający się z białej koszuli i brązowej kamizelki, w której kieszeniach z pewnością musiał trzymać choć jeden kieszonkowy zegarek.
— Alp… — zaczął, wyraźnie zdziwiony ich nagłą wizytą.
— Dobry wieczór, Jack. Wybacz, że tak późno, ale twój znajomy Cordian ma do ciebie drobną prośbę… — Corian szybko przerwał mu w pół słowa, uśmiechając się i lekko przesuwając w bok, tak żeby stojący w środku mężczyzna mógł zobaczyć Louisę.
— Ah, Cordian. Mógłbyś chociaż zadzwonić i mnie uprzedzić…
— Racja, wybacz, ale to dość pilne i po prostu byliśmy w zbyt wielkim pośpiechu, aby o tym pomyśleć. — przyznał się, przeczesując dłonią włosy.
— Już dobrze. Masz szczęście, że akurat nic nie robiłem. Wejdźcie, proszę. — kiedy tylko znaleźli się w środku, dziewczyna miała wrażenie jakby przeniosła się do wnętrza drewnianego wigwamu. Wokół stały setki małych totemów, drewnianych figurek zwierząt, malowideł i innych przedmiotów codziennego użytku, a nad ich głowami wisiało tyle samo, o ile nawet i nie więcej, najróżniejszych łapaczy snów. Z tą różnicą iż te wyglądała na ręcznie robione, z prawdziwych piór, w odróżnieniu od tych kiczowatych, produkowanych masowo dla przemysłu turystycznego. — Chcecie coś do picia? Kawy, herbaty? — zapytał, wchodząc do kuchni.
— Dziękujemy. Raczej wolelibyśmy, abyś rzucił na coś okiem. — Cordian dał znak dziewczynie aby wyciągnęła naszyjnik. Czarnowłosy mężczyzna westchnął i wyciągnął z kieszeni marynarki białe, bawełniane rękawiczki. Delikatnie odebrał od niej przedmiot i obrócił go kilka razy w dłoniach. Wyraz jego twarzy nagle uległ zmianie, zmarszczki na jego czole jeszcze bardziej dodawały dramatyczności lekko przymrużonym oczom.
— To… przecież to, ten naszyjnik… — zaczął i urwał, spoglądając na nich szeroko otwartymi oczami. Urwał, gdyż lodowaty wzrok wpatrującego się w niego zza pleców Louisy Cordiana mówił tylko jedno: „Lepiej uważaj co teraz powiesz”.
— To my chyba jednak poprosimy tą herbatę. — mężczyzna uśmiechnął się kiedy tylko kobieta odwróciła się aby na niego spojrzeć. — Usiądźmy. Założę się, że nie jest to historia na kilka minut.