Uwaga!

sobota, 26 października 2019

Od Cordiana

—  To… zasadniczo zmienia postać rzeczy… — powiedział mężczyzna, akcentując każde słowo. Jednocześnie wyciągnął on w stronę dziewczyny dłoń z medalionem. Ta przyjęła go praktycznie bezwiednie, gdyż wciąż wpatrywała się w twarz Cordiana, zupełnie jakby próbowała odczytać z niej odpowiedź na nurtujące ją pytania. Długowłosy mężczyzna wcale nie był od niej lepszy, gdyż jego zastygła twarz i wielkie niemal jak u sowy oczy doskonale oddawały stan w jakim się znajdował. Jack odwrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł z pokoju, razem ze sobą wyciągając pół przytomnego samca. Louisa przeniosła już lekko błagalny wzrok na siedzącą w starym fotelu kobietę ale ta była już zajęta oględzinami, a po części pewnie też i zabawą starą króliczą łapką na skórzanym rzemyku.
    Tymczasem na zapleczu dwa rosłe wilki wciąż mierzyły się wzrokiem.
— Czemu mi nie powiedziałeś?! — szepnął starszy mężczyzna, próbując przywrócić Cordiana do rzeczywistości poprzez delikatne uderzenie w ramię.
— A myślisz, że niby ja wiedziałem? — rozsunął wargi, ukazując zęby, co było jednym z wrodzonych odruchów — wilczym ostrzeżeniem przed dalszym podnoszeniem rąk na samca wyższej rangi.
— A to ja niby wszędzie się z nią woziłem? — odbił pytanie choć jego zwierzęce odruchy zmusiły go do cofnięcia się i wciśnięcia głowy między ramiona.
— Dobrze, dobrze! — syknął Cordian. — Powiedz mi dokładnie, skąd miałem wiedzieć. Praktycznie ich na oczy nie widziałem, a co dopiero żebym słyszał o ich dziecku! Opuścili to miejsce jak miałem… ile, 4, 5 lat? — zaczął spacerować wokół pokoju, wciąż zaciskając dłonie.
— 8. Rok po tym jak Lucy urodziła. — poprawił go Jack, który stojąc w miejscu podążał wzrokiem za alphą.
— A skąd niby tak dobrze to wiesz?
— Byłem tam. Ledwie skończyłem 17 wiosen. Tego lata Heath zaprezentował swoje szczenię przed zgromadzeniem.
— A po tym lecie nadeszła ta jesień…
— To było pierwsze szczenię bez wilczej krwi…
— Zrobił to, a potem zapłacił największą cenę za swoją naiwność…
— Które twój ojciec nazw…
— Dosyć! — huknął Cordian, tak że sprzedawca antyków opadł na podłogę, kuląc się ze wzrokiem wbitym we własne buty. — Pamiętam ten rok lepiej niż wszyscy. Widziałem to. Byłem tam. Byłem świadkiem tego jak otrzymał swoją nagrodę za to co zrobił. Pochylił się nad ludzką krwią, za którą kilka miesięcy później wylał swoją własną! — złapał go za ramię i ścisnął tak mocno, że na twarzy mężczyzny pojawił się cień bólu. Tym razem nie cofnął się jednak, lecz wręcz przeciwnie, spojrzał długowłosemu prosto w oczy.
— Boisz się. Dobrze wiesz, że nie jesteś tak dobry jak on.
— Nie…
— Boisz się, ponieważ wiesz, że nie dasz rady nas ochronić.
— Milcz. — warknął ale Jack wciąż mówił, chodź doskonale było widać jak każde kolejne słowo wiąże się z jeszcze większym cierpieniem.
—  Dlatego właśnie chcesz odciąć nas od świata. Tylko, że sam dobrze wiesz jak to działa. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie utworzysz hermetycznego światka tylko dla nas. Las tylko z pozoru jest ścianą. Pewnego dnia nie powstrzymasz żadnej ze strony przed jej przekroczeniem.
— Co robić…? — zapytał słabym głosem, a jego wyraz twarzy w jednej chwili zmienił się w pełen zwątpienia i bezradności. W odpowiedzi sprzedawca antyków uśmiechnął się. A przynajmniej spróbował na tyle, na ile pozwalał mu promieniujący od lewego barku ból.
— Gdybym sam to wiedział, rzuciłbym ci wyzwanie o stanowisko alphy. Jednego jestem pewien. Nie jest to sprawa, którą możesz zajmować się samotnie. Nie myśl, że nie widzimy jak bardzo starasz się „nie wciągać nas w problemy”. Już spotykasz się z problemami, które wyniszczają cię od środka. Niedługo znają się i te, którym sam już nie podołasz. Mam rację, wilczy braciszku? — skończył lekkim i drżącym głosem, który sprawił, że w Cordianie coś pękło. Uwolnił ramię mężczyzny z bezlitosnego uścisku i opadł na podłogę. Objął Jacka i wcisnął twarz w jego pierś. Siedzieli tak w ciszy, przerywanej głębokimi oddechami przez czas wydający się niemalże wiecznością. Basior czuł na policzku szorstki materiał kamizelki antykwariusza, a na plecach dotyk jego ciepłej dłoni.
— Przecież… nie jestem sam. Mam was. Mogę w każdej chwili przyjść, porozmawiać, zadzwonić. Do Garetta. Do Irvin. Do… — tu głos mu się załamał.
— To nie zmienia faktu, że czujesz się samotny. Chociaż żyjesz w świecie, wolisz się od niego odcinać. Nie był on w stanie zapełnić pustki po tych, którzy opuścili cię kiedy najbardziej ich potrzebowałeś. Dlatego i dziś sądzisz, że tylko ty jesteś w stanie zapełnić to miejsce swoimi myślami.
— Jack… ja… nie rozumiem… To nie ma sensu.
— Pewnego dnia zrozumiesz. Kiedy wszystko się zmieni, zauważysz. — mężczyzna poklepał go po plecach, zupełnie jakby ten wcale nie próbował pozbawić go jednej ręki zaledwie kilka minut temu.
— Skąd wiesz, że się zmieni? — Cordian otworzył oczy i spojrzał na starszego wilka.
— Ponieważ ona wróciła.
— Czyli naprawdę w to wierzysz? Że ona… to znaczy Louisa może wszystko zmienić? — zapytał, choć jego głos wciąż był pełen zwątpienia.
— Nie wiem. Ale popatrz na to z tej strony – wróciła. To już coś, prawda? — długowłosy podniósł się jako pierwszy i pomógł mu wstać. Następnie uścisnął go po raz ostatni, tym razem zupełnie po przyjacielsku i spróbował delikatnie się uśmiechnąć.
— To już coś. Dzięki Jack. Muszę przyznać, że chyba tego właśnie potrzebowałem. Takiego zimnego kubła z wodą.
— Wiesz, że za tą rękę mam ochotę rzeczywiście po jeden polecieć? — odparł sarkastycznie mężczyzna.
— Przepraszam. Trochę mnie… poniosło. A może objedzie się i bez wody. W ramach rekompensaty przypuszczę cię pierwszego do zdobyczy w kolejnym polowaniu, stoi? — słysząc taki utarg, Jack zaśmiał się cicho.
— Stoi. Ale następnym razem tak łatwo mnie nie przekupisz. — otrzepał swoją kamizelkę z brudu i podjął z góry skazaną na niepowodzenie próbę wygładzenia dłonią wszystkich zagnieceń na koszuli. — To co planujesz?
    Cordian westchnął, przypominając sobie pewną umowę dotyczącą kręcenia filmu dokumentalnego w lesie.
— Jeszcze nie jestem pewnie, ale wiem, że łatwo nie będzie. — w odpowiedzi spotkał się, ze spojrzeniem w stylu „no co ty nie powiesz”.
— Ale myślę, że chyba wiesz kto mógłby ci pomóc.
— Mówisz o… Louisie? — długowłosy uniósł jedną brew.
— Ty dogadujesz się z wilkami. Ona z ludźmi.
— Właściwie… to bardzo dobry pomysł! — Cordian natychmiast się rozpromienił. Mając dziewczynę u swojego boku, nie byłby skazany na bezpośrednią i samodzielną konfrontację z cała ludzką watahą. Już miał wchodzić z powrotem do głównej sali, kiedy przypomniał sobie i jeszcze jednej rzeczy.
— A i, Jack?
— Hmm?
— Czy mógłbyś na razie uważać na słowa? Ona jeszcze nie wie.
— Nie powiedziałeś jej?
— Nie. To znaczy… nie do końca. — po tych słowach wykonał nieokreślony ruch ręką. — W pewnym sensie tak, w pewnym nie. No, ale mniejsza z tym. Myślę, że i tak ma dość wrażeń na jeden dzień.
— Racja. Chodź już, wielki alpho. — zażartował antykwariusz, podchodząc do niego.
    Kiedy Cordian uniósł ciężką, starą kotarę, odgradzającą zaplecze od pomieszczenia  sklepowego, w pierwszej chwili wnętrze wydał mu się zupełnie puste. Dopiero po chwili, kiedy jego uszy wyłapały chiche skrzypienie starego bujanego fotela, dostrzegł siedzącą pod sklepowym oknem Otietani. Kobieta powoli otworzyła oczy i mężczyźni mogliby przysiąc, że pod jej zmarszczkami krył się drobny uśmieszek.
— Yyyy… gdzie Louisa? — zapytał, wchodząc do środka i rozglądając się dookoła.
— Dwóch walczących basiorów nie sposób przyrównać do sowy polującej w nocnej ciszy. Wysłałam naszą małą Lucy do ogrodu, aby podlała kwiatki. Sądzę, że powinniście iść jej pomóc nim znajdzie szczątki z naszej ostatniej kolacji…
— Cholera. — rzucił Cordian i skoczył w stronę drzwi wyjściowych od strony ogrodu, aby powstrzymać dziewczynę nim natknie się na ukryte między rabatkami kości, lub co gorzej truchło jakiegoś zwierzęcia.
— Otietani… — jęknął tymczasem Jack.
— No, już, już, moi mali chłopcy. — powiedziała głosem miękkim jak u każdej babci. Mimo tego, wilczur mógłby przysiąść, że w jej wnętrzu wciąż kryje się ten psotny, żywiołowy i jakże sarkastyczny duch, którym kobieta była kiedyś. — A teraz pomóż mi wstać bo muszę się wysikać.
***
    Gdy tylko Cordian otworzył drzwi jego oczom ukazała się dziewczyna niezgrabnie podlewająca kwiaty na werandzie ze zdecydowanie za dużej, metalowej konewki. Było już dobrze po zachodzie słońca i jedynym źródłem światła, prócz księżyca była zawieszona pod sufitem lampa, oblegana przez stado ciem i much.
— Widzisz jak to tutaj jest. Przyjeżdżasz w gości i musisz podlewać kwiatki. — zażartował, ale dziewczyna wciąż była skupiona na utrzymaniu w miarę prostego strumienia wody.
— Po nocy. — dorzuciła, przygryzając w skupieniu dolną wargę. — Nawet konewki tu mają sprzed kilku stuleci.
— No już, podaj te monstrum. Pomogę ci. — podszedł do niej i spróbował odebrać ciężki przedmiot. Louisa jednak odsunęła się, nie przerywając swojego zadania.
— Dam radę. — wypowiedziała te słowa z taką zawziętością, że mało komu mogłyby kojarzyć się ze sprawą tak trywialną jak podlewanie kwiatów.
— Jak chcesz. — wzruszył ramionami i oparł się o barierkę, krzyżując ręce na piersi. Po chwili ciszy, przerywanej odgłosem chlupoczącej w konewce wody, zdecydował się żeby ponownie zabrać głos. — Umm… nie widziałaś nic dziwnego…?
— Zdefiniuj „dziwnego”. — jęknęła dziewczyna, usiłując podnieść naczynie, aby dosięgnąć doniczki zawieszonej na barierce.
— To znaczy? — zdziwił się Cordian, ponawiając próbę odebrania jej konewki. Tym razem nie stawiała już tak dużego oporu i z eskalowaną niechęcią pozwoliła mu dokończyć górny rządek. Widząc reakcję Louisy, szybko wywnioskował, iż nie miała ona przyjemności natknąć się na leżące gdzieś w ogrodzie kości. Pod tym względem ciemność jaką przyniosła noc okazała się być dość przydatną.
— Nie wiem. Po prostu dziwnego. Jak te wszystkie zwyczaje indiańskie… — odpowiedział po chwili zastanowienia, starając się zamknąć temat.
— No dobra. W takim razie teraz moja kolej na pytania. Bo czuję się tak jakbym została spławiona. — mężczyzna spojrzał na nią i pokiwał głową. Wciąż nie był pewny na ile pytań i w jakim stopniu jest w stanie odpowiedzieć. Czuł jednak, że zbliża się do granicy przy której będzie mu dane zadecydować o ujawnieniu nie—wilkowi jednej z ze skrywanych przez wieki tajemnic.
— To jak to w końcu było z moimi rodzicami? Mieszkali tu, znałeś ich? — dopytywała stanowczym głosem, opierając dłonie na biodrach. To była poza, która zdecydowanie nie przyjmowała wymówek.
„Znałeś” to złe słowo. Byłem wtedy jeszcze młody. Ale tak, mieszkali tutaj. — odpowiedział, odstawiając konewkę.
— Jak dużo jeszcze osób ich znało, … i kim byli? To znaczy, co robili, czym się zajmow… — zaczęła coraz bardziej napierać.
— Spokojnie. — gestem ręki wskazał jej żeby trochę zwolniła. — Tak jak mówiłem, byłem jeszcze młody. — po tych słowach zrobił dłuższą pauzę, zastanawiając się co właściwie mógłby jej powiedzieć. — Właściwie to nie znałem ich bezpośrednio. Tylko z widzenia. To małe miasteczko, ludzi się po prostu zapamiętuje. — to małe kłamstwo brzmiało niemal jak prawda. Cordian nigdy nie poznał małżeństwa Carter, a oni nigdy nie poznali małego chłopca o ciemnych włosach z sąsiedztwa. Znali natomiast wilcze szczenię, z którym bawili się, niczym z małym psem, na leśnej polanie w słoneczne dni. — Właściwie to opuścili to miejsce nim byłem wystarczająco dorosły, żeby zacząć angażować się w życie społeczne miasteczka.
— Ale dlaczego je opuścili? — naciskała dalej.
— To znaczy, opuścili… wyjechali. Jak inni. Co roku dużo młodych ludzi się wyprowadza. Pewnie w poszukiwaniu lepszej pracy, mieszkania blisko szkoły lub po prostu miłości.
— Ale to takie urocze miasteczko. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby moi rodzice od tak postanowili stąd wyjechać. A nawet gdyby, to moja babcia powiedziałaby mi o tym.
— Powiedziałem ci wszystko co mogłem. Czasami ludzie muszą po prostu podejmować niespodziewane decyzje. — a czasami muszą kłamać, dopowiedział sobie w myślach. Stał tak, z łokciami opartymi o barierkę i wpatrywał się w jasny półksiężyc, stopniowo odsłaniany przez chmury. Z lubością witał go każdej nocy, zupełnie jakby wilki mogły mogły opalać się w jego blasku tak jak ludzie w słoneczny dzień. Zastanawiał się czy dziewczynie wystarczy taka odpowiedź. To było oczywiste, że chciała poznać prawdę. Ale czasami jest ona na tyle skomplikowana, że wymaga czasu. Pozostawało więc pytanie, kiedy będzie na to gotowa? I kiedy on będzie?
    Louisa westchnęła i podeszła do niego.
— No dobra. Ale nie poddam się tak łatwo. Nawet jeśli ty nie pamiętasz, to muszą tu być jacyś starsi mieszkańcy. Może nawet są i tacy, którzy dobrze znali moich rodziców. — powiedziała, a ton jej głosu wyraźnie wskazywał na to, że tak łatwo się nie podda. — A w międzyczasie będę kontynuowała zbieranie informacji do mojego projektu! — w ciągu zaledwie kilku sekund powrócił jej dawny entuzjazm.
— To już zależy od ciebie. — Cordian starał się ukryć dezaprobatę dla planu dziewczyny. Mimo tego, iż większość członków watahy była rozsiana w miejscowościach rozsianych wokół Alpine, nadal wolałby żeby dziewczyna nie wtrącała się zbytnio w ich sprawy.
    Wtem przypomniał sobie rozmowę, którą odbył niespełna półgodziny wcześniej.
— Hm… myślę, że mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. — i świetny sposób na powstrzymanie cię przez krążeniem po sąsiadach przez kilka następnych dni, dodał uśmiechając się w duchu.
— Co ty nie powiesz? — Louisa uniosła jedną brew.
— Niedługo w Alpine będzie nagrywany film dokumentalny. Taki trochę o lesie, faunie, florze, walorach estetycznych i tym podobnych. — zaczął tłumaczyć, próbując podnieść napięcie dość jałową gestykulacją. — W dużym skrócie wszystko sprowadza się do tego, że jako powiedzmy — znawca — tutaj nakreślił w powietrzu charakterystyczne cudzysłowy. — mam kierować ekipą.
— O, to ciekawe. — mimo udanego zaskoczenia dziewczyna wyglądała na zainteresowaną.
— Tyle, że jak już pewnie się domyślasz, oznacza to całą gromadę ludzi ze sprzętem i innymi rzeczami w lesie. Idąc dalej daje to mnóstwo śmieci i innych zniszczeń, które mogliby po sobie pozostawić. Jest bardzo prawdopodobne, że z czyjąś pomocą może udałoby mi się ich trochę lepiej opanować… — mówił dalej, wciąż meandrując wokół tematu.
— Oj już dobrze, dobrze, nie musisz się aż tak wysilać. Chcesz żebym ci pomogła bo jest zbyt asocjalny żeby samodzielnie konfrontować się z grupą ludzi. — wypaliła prosto z mostu dziewczyna, co zresztą wcale nie było daleko od prawdy.
— Yyyy… powiedzmy. — Cordian odchrząknął, udając zmieszanie. — To bolało wie…
— Jasne. — nie zdążył skończyć, kiedy przerwała mu z tonem z lekką nutą pychy. — Może przy okazji uda mi się z nimi dogadać i nagrają też kilka dodatkowych ujęć do mojego projektu! — Louisa już z radością zacierała dłonie.
— Może. — zaśmiał się, widząc jej podekscytowaną postawę. — Słuchaj, mogłabyś zapisać mi swojego maila? Wysłałbym ci jutro wszystkie potrzebne informacje.
— Masz jakąś kartkę?
— Nie, ale na pewno coś znajdzie się w środku. Z resztą i tak powinniśmy już wejść. Kwiatki podlane, więc nie ma już sensu stać na werandzie w środku nocy. — chociaż, z wilczego punktu widzenia, wcale mu to nie przeszkadzało. Dziewczyna odpowiedziała skinieniem głowy i boje udali się w stronę drzwi. Przez małe, kwadratowe okienko przelewało się delikatne światło o ciepłej barwie.
    Cordian nacisnął klamkę, otwierając je z cichym skrzypieniem, charakterystycznym dla starych, acz regularnie oliwionych zawiasów. Zaraz po przekroczeniu progu dostrzegli dwie postacie siedzące przy niskim stoliku o finezyjnie rzeźbionych nogach. Na blacie przykrytym lekko pożółkłym obrusem stały porcelanowe filiżanki, których brak byłby z pewnością hańbą dla każdego szanującego się sklepu z antykami. Otietani nuciła pod nosem starą, indiańską melodię podczas gdy Jake, który swoją drogą wyglądał dość komicznie siedząc zgarbionym na malutkiej pufie, popijał parujący napój. Mężczyzna uśmiechnął się, kiedy dwójka stanęła obok niego.
— Macie może ochotę na herbatę ziołową? — zapytał, wskazując na stojący na stoliku imbryk. Cordian kątem oka dostrzegł jak dziewczyna wciąga głęboko powietrze, usiłując rozpoznać napar po zapachu. Był on dość charakterystyczny gdyż indianie często dodawali różnych aromatycznych składników, takich jak korzenie, kora, suszone owoce leśne lub też nawet mchy. Czasami jednak zbyt moce herbaty potrafiły spowodować, że niektórzy rzeczywiście zaczynali widzieć duchy przodków. Zresztą rozanielony wyraz twarzy Otietani mówił sam za siebie. Dlatego też nim dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć, pokręcił on głową.
— To bardzo miło z twojej strony ale musimy już iść. Dzisiejszy dzień był dość… ciężki. Myślę, że zarówno ja jak i Louisa moglibyśmy skorzystać i kilku dobrych godzin snu. — ona sama najwyraźniej, aż do teraz nie miała pojęcia o tym jak bardzo była zmęczona. Gdy wszystkie emocje się uspokoiły oraz otuliło ją ciepło pomieszczenia, kobieta od razu poczuła się senna. Uniosła dłoń do ust, aby zasłonić ziewanie.
— Kto niby miałby iść spać tak wczeeeeeśnie… — jęknęła, wciąż wpatrując się ciekawskim wzrokiem w parujący napar.
— Właśnie o tym mówię. No, chodźmy już. Odwiozę cię do domu. Czeka nas pracowity tydzień. Trzeba wypocząć. — Cordian położył jej rękę na plecach i delikatnych ruchem nakierował w stronę drzwi wyjściowych. Zaraz przed nimi odwrócił się do gospodarza — Jeszcze raz dzięki za poświęcenie nam kilku chwili i przepraszam za najście.
— Nie ma za co. Cieszę się, że mogłem pomóc. — odpowiedział ciepłym głosem gospodarz, jednocześnie przykładając dłoń do lewego barku. Ten drobny gest spowodował, że w długowłosego w jednej chwili uderzyło poczucie winy. Zrobił to. Skrzywdził członka watahy. Sytuacja wyglądałaby inaczej gdyby chodziło tu o objętą zasadami walkę o stanowisko. On jednak po prostu wykorzystał swoją pozycję i wpływ jaki wywiera na pozostałe wilki. Coś co jego ojciec z pewnością nazwałby niewybaczalnym.
    Cordian zacisnął zęby i otworzył drzwi. Pożegnał ich cichy dźwięk dzwoneczka zamocowanego nad framugą. Pochłonął ich mrok i cisza nocy, której żadne z nich nie miało już siły przerwać.
    Mężczyzna prowadził spokojnie. W światłach reflektorów co jakiś czas przemykały uciekające sprzed samochodu drobne zwierzęta leśne. Na fotelu pasażera siedziała kobieta z głową opartą o szybę i wpół przymkniętymi oczami. Przez całą drogę nie zamienili oni żadnego słowa, roztrząsając w głowach wydarzenia minionego dnia. Dopiero gdy zatrzymali się pod niedużym domkiem koło drogi, obróciła się i obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Sprawiło to, że poczuł się niemal bezbronny wobec takiego gestu.
— Nie martw się. Kiedyś na pewno dowiesz się czegoś o swoich rodzicach. — spróbował ją pocieszyć. Ona jedynie spoważniała, niemal przewiercając go na wylot swoim spojrzeniem.
— Ty już wiesz. — wyszeptała i po chwili, która wydawała się trwać wieczność, schyliła się żeby podnieść swój plecak spod siedzenia. — Dobranoc i do zobaczenia.
— Dobranoc… — odpowiedział prawie niesłyszalnym głosem, obserwując jak dziewczyna znika w świetle otwartych drzwi wejściowych.
    Właściwie to on sam nie był pewien co stało się później. Droga powrotna w jego pamięci składała się jedynie z kilku drobnych urywków, a gdy tylko wszedł do wnętrza domu, poczuł jak ogarnia go zmęczenie. Bez zastanowienia zrzucił z siebie koszulę i opadł na pierwszy miększy napotkany mebel. Najwyraźniej czekała go kolejna noc przespana na  kanapie.
***

    Pierwszym co usłyszał z samego rana był szum. Wystarczająco  cichy, aby wciąż zatrzymać go na granicy snu i jednocześnie aby stopniowo przywrócić go do rzeczywistości. Na otwarcie oczu zdecydował się dopiero kiedy do jego uszu doszedł odgłos kroków ostrożnie stawianych po drewnianej podłodze. W takiej sytuacji większość ludzi prawdopodobnie zerwałaby się na nogi, spodziewając się konfrontacji ze złodziejem lub co gorsza – mordercą. Tymczasem Cordian leniwie przeciągnął się, głośno ziewając.
— Wstało słoneczko. — mężczyzna rozejrzał się, próbując zlokalizować źródło głosu. Przy schodach, opierając się o drewnianą barierkę, stała młoda dziewczyna o długich włosach.
— Dzień Dobry Irvin. Co to za nieludzka godzina, o której postanowiłaś zerwać mnie na nogi? — jęknął, uśmiechając się krzywo.
— Wpół do jedenastej. Najwyższy czas na to aby zająć się ważnymi sprawami. — powiedziała, kładąc duży nacisk na przedostatnie słowo po czym napiła się łyka herbaty z trzymanego w ręku kubka. Dopiero teraz długowłosemu udało się skojarzyć uprzednio usłyszany odgłos z jego źródłem. W końcu rankiem jego czajnik pracował prawie każdego dnia na pełnych obrotach.
— Dopiero wpół do jedenastej. Kto by myślał zrywać się o takiej porze. Zresztą, spójrz tylko na Garreta. — ruchem ręki wskazał na ogromny i chyba najbardziej włochaty brązowy dywan, leżący na środku pokoju. Kształtem przypominał on wielkiego psa śpiącego na plecach, z łapami rozłożonymi na wszystkie strony, i miarowym chrapaniem wtórującym pracującej w kuchni maszyny. W odpowiedzi kobieta jedynie tupnęła nogą, demonstrując dezaprobatę dla dwójki śpiochów.
— Pobudka Garret! Bo jak nie to każę ci płacić alimenty. — skrzyżowała ręce na piersi. Najwidoczniej mała dar docierania do nawet najgłębszych snów, ponieważ nie minęło kilka sekund jak masywne cielsko zerwało się z podłogi.
„Nie! Zaczekaj! Już wstaję!” odezwał się przerażony głos w ich głowach. Cordian zmarszczył czoło i spojrzał pytająco na przyjaciółkę. Ta jednak jedynie wzruszyła ramionami. Na całe szczęście już chwilę później do ich rozmowy dołączył trzeci, równie zdziwiony głos.
„Chwila. Czekaj. Co? Ale ja nie mam dzieci.” mruknął brązowy basior, siadając koło stolika.  „To znaczy, chyba. Przynajmniej ja o żadnych nie słyszałem.” mamrotał, przechylając głowę raz w jedną raz w drugą stronę.
— Spokojnie Garret. Na twoje szczęście ja też nie. Ale to, że usłyszałeś to nawet w swoim kamiennym śnie to już inna sprawa. — dokończyła, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
„Kto by pomyślał. Straszyć śpiącego wilka w tak perfidny sposób” dorzucił basior nim jego ciało zaczęło przechodzić transformację. Sierść stawała się coraz krótsze zupełnie jakby były wchłaniane przez jasno—kremową skórę. Deformacji poszczególnych kończyn towarzyszył tłumiony przez mięśnie i wnętrzności odgłos pękających kości.
    Dwójka ludzi w milczeniu oglądała ten cały proces, aż w końcu po niespełna minucie na podłodze w centrum, gdzie jeszcze chwilę temu rozłożył się ogromny pies – teraz siedział mężczyzna. Przeciągnął się i uniósł dłonie, przeczesując włosy.
— Ostatnio uprałem trochę twoich ubrań. Są na górze, tam gdzie zwykle. — poinstruował go Cordian, na powrót rozciągając się na kanapie. Jednak nim zdążył wygodnie się ułożyć, nad jego głową pojawiła się Irvin.
— O nie, nie. Nie ma tak dobrze. Ty też wstajesz. Przyszliśmy żeby ci pomóc, a nie patrzeć jak odsypiasz nocne balangi. — złapała go za rękę i zaczęła ściągać z miękkiego i wygodnego mebla. Mężczyzna stawiał opór do czasu, aż dość bolesne spotkanie z podłogą stało się dość prawdopodobne. Wtedy zdecydował się jej ulec, podnosząc się z niekrytą niechęcią.
— W czym właściwie chcecie mi pomóc? — zapytał, unosząc jedną brew. Na szczęście dziewczyna od razu pośpieszyła z wyjaśnieniami.
— Jake zadzwonił do mnie dzisiaj rano. Chociaż, w waszym języku to będzie „dzisiaj w nocy”, ale mniejsza z tym. Mówił, że mamy cię ogarnąć i sprawdzić czy żyjesz. A więc jesteśmy. — dokończyła, rozkładając ręce z pełną dumy miną. Cordian zaśmiał się, widząc jej grę aktorską.
— Właściwie to dobrze, że przyszliście. Mam trochę spraw do obgadania z wami oraz kilka drobnych zadań.

    Nie minęło pół godziny jak wszyscy siedzieli na podłodze wokół podłużnego stolika kawowego. Każdy zaopatrzony został w zestaw składający się z miski z płatkami na mleku, kubkiem herbaty, notesem i przyborami do pisania. Następnie długowłosy poświęcił trochę czasu na przedstawienie przyjaciołom okoliczności oraz dotychczasowego planu nagrań prowadzonych w lesie. Potem zaczęli dzielić się rolami, co chwila rzucając nowe pomysły na utrzymanie kontroli nad wszystkim co działo się w lesie przez te kilka nadchodzących dni. W końcu, nie ważne jak wielkie znaczenie naukowe miałby ów dokument, nie mogli pozwolić sobie na konfrontację ekipy filmującej z watahą przerośniętych wilków. Najbardziej optymalną wersją okazał się plan podzielenia terenu na małe sektory. Każdego dnia jeden z nich byłby oznaczony i pilnowany przez jednego z basiorów, tak aby nagranie mogło odbyć się bez zakłóceń. I choć nie aprobowali oni do końca tej idei „ukrywania się” to i tak wydawała się najbardziej sensowną spośród wszystkich przedstawionych.
— Dobrze, podsumujmy to co dotąd udało nam się ustalić. — powiedział Cordian, wstając i jeszcze raz rzucając okiem na plik karteczek zapisanych luźnymi notatkami. — Jutro rano wyślę wiadomości do członków watahy, informując ich o całym zdarzeniu. Natomiast w czasie nagrań ty Garret, razem z gammą Michaelem będziecie krążyć wokół terenu, o którym mówiliśmy. Oprócz oznaczenia granic będziecie musieli, że tak się wyrażę, odganiać intruzów. Ty, Irvin zajmiesz się wilkami przebywającymi w tym czasie w lesie. Upewnisz się, że główny punkt wokół którego skupi się starszyzna oraz szczeniaki będzie jak najbardziej oddalony. Tymczasem ja z Louisą będziemy kierować ekipą filmową, aby przypadkiem nie opuściła ustalonego przez nas obszaru. A… — mężczyzna przerwał kiedy zobaczył, że jego przyjaciółka siedzi na dywanie z ręką wyciągniętą do góry niczym w szkole i wyrazie twarzy wskazującym na niecierpiącą zwłoki sprawę. — O co chodzi?
— Kto to Louisa? — to na pozór proste pytanie wydało się dla niego rzeczą tak skomplikowaną, iż przez pewien czas stał w miejscu, jedynie poruszając ustami niczym ryba wyjęta z wody. W końcu on sam nie znał odpowiedzi. Nie wiedział jak ująć w słowa to, o czym nie był w stanie myśleć. — Wydawało mi się, że znałam wszystkie wadery… — kontynuowała samica.
— Może i nadal tak jest. Bo to nie wadera. — wtrącił się oparty o kanapę Garret, wyręczając go od odpowiadania. — To ta dziewczyna o jasnych włosach, prawda?
— Tak. — westchnął Cordian, czując że od tego momentu nie wymiga się już od żadnych odpowiedzi. Poza tym ukrywanie prawdy nie miało większego sensu, biorąc pod uwagę fakt, iż wilczur widział go razem z jasnowłosą w czasie ich porannej leśnej wycieczki.
— Czeeekaj. — kobieta wbiła w niego swój wzrok i zmrużyła oczy. — Nie brzmi to trochę dziwnie? Tak jakby – Cordian. I dziewczyna. W lesie. — powiedziawszy to, poderwała się na nogi i złapawszy go za ramiona, zaczęła energicznie potrząsać. — Kto znowu i czego ci nagadał? Kto ci mózg wyprał? Co to za podstęp? — kontynuowała, nie zwalniając tępa „terapii szokowej” ani na chwilę.
— Irvin, spokojnie, daj mu coś powiedzieć. — wtrącił się mężczyzna, który całą akcję oglądał ze swojego miejsca pod kanapą z wyrazem konsternacji na twarzy.
— T—to… j—j—jes—st c—cór—r—ka L—lu—c—cy… — wyjąkał Cordian na tyle wyraźniej, na ile pozwalał mu stan, w którym się znajdował. Komunikat najwidoczniej jednak dotarł do kobiety, ponieważ uwolniła go ze swojego uścisku, odsuwając się jak oparzona.
— Ale to niemożliwe… czekaj, tej Lucy? — Kiedy udało mu się na powrót odzyskać równowagę dostrzegł jak twarze obydwu wilków stały się blade, a ich oczy wielkie niczym miski, w których jedli śniadanie.
— Tak tej Lucy. I pozwólcie, że uprzedzę wasze pytania. — zaczął, gestem ręki pokazując żeby nikt mu nie przerywał. — Nie mam zielonego pojęcia jak, skąd i dlaczego. Po prostu pojawiła się tutaj. Jakiś tydzień temu. Takie „poof” i tyle. Ja sam dowiedziałem się dopiero wczoraj. Co mam zamiar z tym zrobić? Cholera, nie wiem. Ale póki wszystko w miarę gra – są ważniejsze sprawy, które trzeba załatwić. Dziękuję, skończyłem. — wyrzucił z siebie niemal na jednym oddechu, jednocześnie cały czas uważnie przyglądając się ich twarzom. Oczekiwał ujrzeć odrobinę strachu, dezaprobaty, a może nawet politowania. Tymczasem spotkał się z jednym z tych niespodziewanych, entuzjastycznych ataków Irvin.
— O rany, złociuchny, ale super! — zawołała, rzucając mu się na szyję. — To musi być jakiś znak. Skoro ona wróciła to może… no wiesz… może w końcu…! — niemal piszczała, obejmując go w ciasnym uścisku.
— Spokojnie, już, już. — długowłosy poklepał ją po plecach z wymuszonym uśmiechem. — To jeszcze nic nie znaczy. A na razie tak jak mówiłem, są rzeczy ważne i ważniejsze.
— Cordian ma rację, Irvin. Wszystko może się zdarzyć, ale to co powinno teraz zajmować nasze głowy to logika tej całej akcji—nagraniowej. — mężczyzna spróbował ostudzić jej zapały. Jednak po chwili sam wyszczerzył się szeroko. — Chociaż muszę przyznać, że sam cholernie chciałbym ją poznać. Mam dosyć podglądania was z krzaków.
— Widzisz? Widzisz? Garret też jest ciekawy. No, kiedy nas poznasz? — powiedziała dziewczyna, robiąc wielkie szczenięce oczy i okręcając kosmyk jego włosów wokół palca. Cordian westchnął.
— Właściwie to może i dzisiaj. — uśmiechnął się. — I tak miałem plan żeby iść oblać naszą akcję. Równie dobrze możemy ją zaprosić. — oczy wadery natychmiast zabłysły niczym lampki choinkowe.
— Taaaaaak! — pisnęła, odrywając się od niego i przechodząc wzdłuż pokoju tanecznym krokiem. — Co lubi? Gdzie możemy ja zabrać? Może do…
— Może do zwykłej nocnej knajpy? Najbardziej uniwersalne. — wtrącił się wilczur.
— Nudne. Ale ze względu na Cordiana mogę się zgodzić. — odpowiedziała, dla żartu demonstrując swoją dezaprobatę poprzez teatralne tupnięcie nogą.
— Już dobrze, dobrze. Nie wiemy jeszcze czy się zgodzi. Dajcie mi chwilkę, zapytam się. — wciągnął telefon i znalazł w kontaktach numer do dziewczyny. Przez chwilę stał z uniesionym kciukiem, wahając się pomiędzy wysłaniem wiadomości, a rozmową telefoniczną. Kiedy jednak poczuł oddech wadery na jego karku, która najprawdopodobniej usiłowała zajrzeć mu przez ramię, nacisnął zieloną słuchawkę i szybkim krokiem ruszył do drzwi. Gdy tylko zamknął je za sobą, w słuchawce usłyszał głos Louisy.
— Halo? Cordian?
— Dzień Dobry Louiso. Jak noc? Dobrze się spało? — zapytał, opierając się o drewnianą barierkę. Trochę uprzejmości nie zaszkodzi.
— Wyśmienicie. Najpierw przez kilka godzin roztrząsałam wszystko co się stało, a potem łączyłam się w bólu i samotności z tabliczką czekolady i kolejnym sezonem gry o tron. Mimo wszystko te przespane 20 minut było cudowne. — Cordian chciał odpowiedzieć jej śmiechem ale po części czuł się odpowiedzialny za to w jakim stanie zostawił dziewczynę.
— Racja… przepraszam za wczoraj. To musiało być ciężkie… — było jednym sensownym zdaniem, które przyszło mu na myśl. — Na prawdę spałaś tylko 20 minut?
— Nie no, żartuję. Ale nadal nie jest to odpowiedź, którą chciałbyś usłyszeć.
— Pewnie tak. Słuchaj, chyba mam pomysł jak mogę ci to wynagrodzić. Dziś wieczorem razem z przyjaciółmi spotykamy się w barze. Tak na poprawę nastroju przed najbliższym nagraniem. Może chciałabyś do nas dołączyć? Chociaż w sumie nie. To nie było pytanie. Musisz. Też jesteś w załodze. — oparł się plecami o drewniane bale na ścianie domu i uśmiechnął.
— To miłe z twojej strony ale muszę sobie jeszcze wszystko poukładać i…
— Oj, nie daj się prosić. — odpowiedziało mu milczenie. — To co?
— Nie upijesz mnie. — odparła krótko dziewczyna.
— Ani myślę. To spokojne przyjacielskie spotkanie. Możemy wszyscy zamówić gorącą czekoladę. — roześmiał się.
— Czy ktoś powiedział gorąca czekolada?
— Co? Nieee. Chciałem powiedzieć „Najlepsza w Ameryce Gorąca czekolada o mega kremowej teksturze i…
— Dobra, o której i w jakim barze? — przerwała mu, a Cordian mógłby niemal przyznać, że jego rozmówczyni zaczęła ślinić się do słuchawki.
— 20.00 w „Jesiennym liściu”. Przyjechać po ciebie?
— Nie, dzięki. Will ma wpaść po południu to poproszę żeby mnie zawiózł. Jaki dresscode?
— Dowolny. Wygodny. Jak lubisz. — basior skrzywił się, słysząc imię chłopaka.
— Okej. To do wieczora.
— Do zobaczenia. — rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni. Jednak zamiast wracać do środka postanowił zostać jeszcze przez chwilę na dworze. Przyglądał się cieniom, które zostawiało światło tańczące na liściach. Mimo iż lato powoli dobiegało końca, pogoda wciąż była prześliczna. Odetchnął głęboko, wciągając intensywny zapach lasu. Sprawy powoli zaczynały się układać. Najbliższa akcja zapowiadała się gładko i bez zakłóceń, a jego przyjaciele przyjęli informację o powrocie córki Lucy z niekrytym entuzjazmem. Może Jack miał rację? Może dziewczyna naprawdę była jakimś znakiem? Cordian uśmiechnął się po raz ostatni i ruszył z powrotem do czekających na niego wilków. Bez zastanowienia przyjęli oni jego propozycję na wspólne spędzenie popołudnia i już po chwili trzy włochate kształty zniknęły w gęstwinie drzew.
   
***

    Około godziny dwudziestej cała czwórka z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu najważniejszego gościa wieczora. Irvin wyciągnęła z szafy Cordiana swoje stare, czarne jeansy i białą koszulkę z napisem „sherlocked”. Mimo tego przyciągała ona najwięcej uwagi spośród ich wszystkich, a to za sprawą tęczowych, brokatowych trampek, które na domiar złego odbijały każdy światło wokół nich. Garret wybrał jeden ze swoich zestawów „na podryw”, składający się z niebieskich spodni, szarego t—shirta i czarnej baseballówki. Jack, jak to Jack wyglądał jak połączenie sprzedawcy antyków z zegarmistrzem. Choć tym razem krwisto czerwona kamizelka odcinająca się od białej koszuli nadawała mu młodzieżowy charakter i odejmowała kilka lat. Cordian pozostał przy jeansach, białej koszulce i czerwono—czarnej flanelowej koszuli w kratkę. Stojąc przed świecącym przyjemnym dla oka pomarańczowym światłem szyldem z napisem „Jesienny liść” nie mógł powstrzymać się od nerwowego zaciskania pięści. Cały czas martwił się, że dziewczyna w ostatniej chwili się rozmyśliła i postanowiła spędzić wieczór z sąsiadem, lub co gorsza – zapomniała.
    Na szczęście wszystkie jego obawy rozwiały się kiedy zobaczył jak zza rogu wyłania się biegnąca postać. Jednak dopiero gdy zbliżyła się do latarni, mężczyzna rozpoznał w niej jasnowłosą dziewczynę. Ubrana była w czerwony sweter, a prawą ręką przytrzymywała niedużą torebkę. Zwolniła dopiero gdy spostrzegła stojącego w gronie wilków Cordiana.
— Przepraszam za spóźnienie… — wysapała, próbując złapać oddech. — Ale Will musiał jeszcze gdzieś jechać i mógł mnie podrzucić tylko wzdłuż głównej drogi…
— Mogłaś zadzwonić, pojechałbym po ciebie. — powiedział z troską w głosie. Louisa podniosła głowę, chcąc dodać coś jeszcze, ale zamilkła widząc dwie pary oczu niemal świdrujące ją na wylot.
— Ciebie pamiętam, Jack… o ile się nie mylę…
— Dobry wieczór. — przywitał się skinieniem głowy antykwariusz.
— To są moi znajomi. Często pomagamy sobie nawzajem lub też po prostu spotykamy aby pozbyć się frustracji związanej z pracą i tym podobnym. — pośpieszył z wyjaśnieniami. — Ale mniejsza z tym. Ten osiłek to Garret, a ta mała smarkula to Irvin. — przedstawił swoich przyjaciół, nie ukrywając przyjemności jaką sprawiała mu możliwość nazwania ich w ten sposób.
— Miło mi was poznać. Jestem Louisa. — dziewczyna uśmiechnęła się i podała rękę obydwu wilkom, które wciąż wpatrywały się w nią jak w jelenia podczas polowania.
— Tak się cieszę, że mogę cię poznać! — zawołała z entuzjazmem Irvin. — Nasz drogi Cordian jest takim odludkiem… — kontynuowała, ocierając wyimaginowaną łzę spod oka. — Nawet nie wiesz jaki to był dla nas szok, kiedy dowiedzieliśmy się, że poznał kogoś nowego. I to jeszcze nie z okolicy! A poza tym…
— No, już już, dalszymi pytaniami będziesz dręczyć ją w środku. Chyba, że wolicie imprezować do rana przed drzwiami. — przerwał jej Garret, nakierowując wszystkich w stronę wejścia do lokalu. Nikt nie miał zamiaru oponować, zwłaszcza że wydobywająca się ze środka muzyka zaczynała powoli nęcić każdego z nich.
    Wnętrze przywitało ich przytulną atmosferą. Nie był to typowy młodzieżowy bar, po którym można się było spodziewać mrugających kolorowych świateł i dudniącej muzyki. Mijali kolejne drewniane stoły otoczone ławami, kanapami i fotelami wyłożonymi niezliczoną ilością futer, koców, poduszek i kolorowych chust w poszukiwaniu najlepszego miejsca. Na ścianach wisiało mnóstwo nadających klimat ozdób, poczynając od małych lampek świecących się na żółto i pomarańczowo w kształcie klonowych liści, aż po ramki z czarno—białymi zdjęciami i łapaczami snów. Towarzystwo zatrzymało się przy przytulnym kącie na niewielkim podwyższeniu. Nad ich głowami zawieszona była lampka z ogromną żarówką, rzucającą na ich twarze delikatną poświatę ciepłego światła. Dodatkowo na środku stołu stały świeczki zapachowe, otulające ich słodkim, cynamonowym zapachem. Jako, że wilki były istotami dość zmysłowymi od razu podchwyciły klimat tego miejsca i rozsiadły się na kanapach, zagłębiając swoje twarze w kartach z zamówieniami.
    Cordian odsunął dla Louisy duży i wyglądający niezwykle miękko fotel. Dziewczyna podziękowała mu skinieniem głowy, a on sam rozłożył się na stojącej obok szerokiej ławce  wyłożonej chyba największą ilością skór spośród całego lokalu. Przez chwilę obserwował jej twarz i śledził spojrzenie, z niecierpliwością próbując ustalić jej reakcję. Z początku wydawała się być zaskoczoną. Pewnie nie tego spodziewała się słysząc słowo „bar”. Później zaintrygowaną wszystkimi otaczającymi ją przedmiotami. Na końcu przez dłuższy czas wpatrywała się w niedużą scenę na końcu sali. Na drewnianych deskach i na tle czerwonej kotary stał czarny fortepian, tylko z pozoru nie pasujący do całego obrazka. Mebel, wyglądem przywodzący na myśl antykwariat wydawał słodkie dźwięki pod wpływem palców siedzącego przy nim mężczyzny. Cordian przyglądał się jej zafascynowaniu tym elementem wystroju, aż w końcu dziewczyna opadła na fotel, z przyjemnością zatapiając się w miękkich poduszkach.
    Nim zdążył powiedzieć choć jedno słowo, przy ich stole pojawiła się kelnerka gotowa odebrać zamówienie. Zgodnie z wcześniejszą umową postawili na napoje bezalkoholowe i zamówili lokalny specjał: podwójnie kremową gorącą czekoladę. Cordian uśmiechnął się delikatnie kiedy usłyszał jak Garret nachyla się do kobiety i prosi i dodatkowy rum do jego porcji na następnie żegna jedną ze swoich zalotnych min.
— Fajnie tutaj prawda? — zapytała Irvin, szturchając Louisę w bok.
— Przytulnie. Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś… innego.
— Innego… jak to? — wadera wyszczerzyła się, pokazując jej swoje brokatowe trampki.
— Przestań Iv, bo ją oślepisz! — wtrącił się długowłosy, nachylając się w ich stronę przez drewniany podłokietnik.
— Eee tam. Z nami kobietami nie ma tak łatwo. — kontynuowała, ciesząc się, że w końcu znalazła dziewczynę w swoim wieku, z którą mogłaby spokojnie pogawędzić. — Są super, prawda Lou?
— Zarąbiste. — odpowiedziała uśmiechem. Jednak jej wzrok wciąż uciekał na bok, w stronę instrumentu co nie umknęło uwadze obydwu wilków.
— Lubisz muzykę? — zagadnęła Irvin.
— Bardzo. — przyznała się. — Podobno mama dużo mi śpiewała jak byłam mała. Potem tą rolę przejęła babcia. A skończyło się na tym, że i we mnie obudziła się taka mała pasja.
— Niesamowite. Musisz mieć nieziemski głos. Ja też bardzo lubię śpiewać. Ale ci tutaj panowie mówią, że skrzeczę jak jakaś kwoka. — mruknęła z przekąsem, układając dłoń w tzw. „dzióbek”. Cordian ledwo powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem, słysząc jej słowa. Choć wadera potrafiła stosunkowo ładnie wyć, jej próba odtworzenia jakichkolwiek piosenek kończyła się serią podekscytowanych pisków i innych odgłosów dźwiękonaśladowczych. Bądź co bądź, nie ważne jak dobrze radziła sobie pracując z dziećmi, jej kołysanki mogłyby być niczym innym jak źródłem koszmarów. — Ooooo. Wiem. A może zaśpiewałabyś nam coś? Proszeeee…
— Co proszę? — dziewczyna otworzyła szerzej oczy, wyraźnie zaskoczona propozycją.
— Ten chłopak, który właśnie gra to Nick. Zawsze ma przy sobie mikrofon. Jest jednak zbyt nieśmiały, aby śpiewać i z przyjemnością zaprasza kogoś na scenę, aby go w tym wyręczył.
— Chyba, że jest to Irvin. — wtrącił się Garret.
— Oj cichaj tam. — machnęła na niego ręką. — To co? Nie daj się prosić…
— Nie wiem… — odpowiedziała niepewnie Louisa.
— No już, nie zmuszaj jej. — Cordian stanął w obronie dziewczyny. Sam musiał jednak przyznać, że z przyjemnością posłuchałaby jej śpiewu.
— Dawaj. Jak ty się zgodzisz to potem wystąpi też Cordian. — dodała wilczyca, obierając przekupstwo jako ostatnią deskę ratunku. Mężczyzna już chciał zaprzeczyć, ale w tym momencie jego spojrzenie spotkało się z jej spojrzeniem. W jednej chwili spostrzegł, iż trawi ją ta sama ciekawość co i jego.
— No dobra. — uśmiechnęła się delikatnie i podniosła z fotela, schodząc z podwyższenia i zbliżając się do sceny.
    Zamieniła kilka słów z grającym na fortepianie mężczyzną, który z widoczną radością podał jej mikrofon. Kiedy tylko ustalili melodię i tempo piosenki, obeszła instrument i oparła się o niego, ściskając w dłoniach przedmiot. Dopiero po chwili, która zdawała się trwać wieczność uniosła go do ust. W tym czasie cała czwórka wisiała już nad oparciem kanapy, niczym dzieci kiedy ich rodzice oglądają seriale dla dorosłych, nastawiając uszy z niecierpliwością. Ich oczekiwanie dobiegło końca, kiedy w całym lokalu  rozniósł się głęboki ale jednocześnie delikatny kobiecy głos.
"At first I was afraid…" — zaczęła niepewnie, jakby wciąż wahała się czy aby na pewno podjęła dobrą decyzję wychodząc na scenę. — "I was petrified… Kept thinking I could never live without you by my side…" — kontyniowała, a z każdym kolejnym słowem jej głos nabierał coraz więcej mocy. Kolejne zdania z coraz większą siłą uderzały w zebranych w lokalu ludzi, którzy zwracali głowy w jej stronę.
    Gdy doszła do fragmentu „I just walked in to find you here” odepchnęła się od instrumentu i zaczęła chodzić po scenie, gestykulując wolną ręką i od czasu do czasu ostrożnie zarzucając włosami. Nie doszła jeszcze nawet do refrenu, a już udało jej się pobudzić wszystkie serca i dusze w lokalu. Szerokie uśmiechy zachęcały dziewczynę do dalszego śpiewania, a niektóre z siedzących przy stolikach par nawet poderwały się do góry i zaczęły tańczyć między krzesłami. Natomiast cała czwórka ściśnięta na kanapie siedziała z szeroko otwartymi ustami i wczepionymi w oparcie palcami. Irvin która jako pierwsza odzyskała przytomność szturchnęła Cordiana łokciem.
    Mężczyzna jednak wciąż wpatrywał się w jasnowłosą kobietę, teraz już prawie szalejącą na scenie z niekrytym podziwem. Siła wydobywająca się z jej głosu wprowadziła, sprawiała iż brakowało mu słów na opisanie kłębiących się w nim uczuć. Chociaż ciężko było mu to przyznać, czuł jakby wszystko było na swoim miejscu. Pochodzenie, krew i cechy genetyczne w jednej chwili straciły znaczenie. Byli tylko oni. Cordian, Irvin, Garret, Jack. I Louisa pośród nich.
    Kiedy dziewczyna skończyła śpiewać nagrodziły ją głośne brawa. Znacznie większe niż można było się spodziewać po tak małym barze. Louisa podeszła do podwyższenia, odgarniając rozczochrane włosy z twarzy.
— To było nieziemskie! — zawołała Irvin, rzucając się jej w objęcia. — Twoja mama musiała ci chyba śpiewać 24—na dobę, skoro podchwyciłaś tak piękny głos.
— Ja… — urwała, nie wiedząc co powiedzieć. Cordian wyraźnie widział, iż jest ona zarówno onieśmielona komplementem jak i dumna w wrażenia wywartego na całej sali. Uśmiech z jego ust zniknął dopiero, gdy wyciągnęła w jego stronę rękę w której trzymała mikrofon.
— A to… — zaczął, licząc że w natłoku emocji Louisa zapomniała o ich wcześniejszej umowie.
— Mikrofon. Do tego się śpiewa. Zresztą przed chwilą widziałeś. — wytłumaczyła, odsłaniając zęby w szerokim uśmiechu. Długowłosy westchnął i pokręcił głową. Odebrał przedmiot i podszedł do sceny, nachylając się nad Nickiem. Przez chwilę szeptali między sobą, aż w końcu zbliżył się do granicy sceny. Nie zamierzał tańczyć i skakać na drewnianych deskach. Jego pieśń była inna od tej którą śpiewała dziewczyna. Jego pieśń była dzika. Drapieżna, nieunikniona, niczym bestia czająca się w ciemnościach nocy. To była wilcza pieśń.