Uwaga!

niedziela, 27 marca 2022

Od Cordiana




    Cordian uśmiechnął się, widząc jak radość rozpiera biegającą po śniegu dziewczynę.
- Uważaj bo jeszcze jakiegoś wilka nam tutaj przywołasz! - zażartował, łapiąc jej uwagę.
- Zaczaruję go moim wdziękiem i głosem, a potem odbiegniemy w stronę zachodzącego słońca. - zaśmiała się, kręcąc się dookoła z rozłożonymi rękami i wpatrując w rozgwieżdżone niebo.
- Prędzej zachodzącego księżyca.
- Jak piękna i bestia! - dalej kręciła się, coraz to szybciej i szybciej.
- Prędzej uprowadzona i zjedzona. - podszedł bliżej, wyciągając ręce na wypadek gdyby dziewczyna straciła równowagę.
- Bajki zawsze dobrze się kończą!
- Nie żyjesz w bajce. - zaśmiał się Cordian.
- Jakoś ostatnio nie jestem już tego taka pewna. - zatrzymała się nagle i niesiona pędem niedawnych obrotów wpadła w jego ramiona. - Hej.
- Hej. - fotograf uniósł brwi, wpatrując się w jej oczy.
- No proszę, jednak jakiś przyszedł. -  powiedziała cicho i zbliżyła swoją twarz, składając delikatny pocałunek na jego ustach. Trwał on zaledwie kilka sekund, po czym wyślizgnęła się z jego uścisku, odbiegając w stronę klifu.
- To co, robisz te zdjęcia?
Cordian bez pośpiechu podszedł do stojącego nieopodal statywu. Nakierował obiektyw na stojącą przed nim dziewczynę. Z trudem powstrzymał się przed ustawieniem maksymalnego zbliżenia na jej roześmianą twarz.

***

Kiedy dotarli do hostelu, księżyc wciąż wisiał wysoko nad ich głowami. Cordian spojrzał na dziewczynę, która właśnie odwróciła głowę żeby ziewnąć przeciągle.
- No, teraz to już nie będziemy mieli problemów ze spaniem.
- A akurat tak niewiele czasu do rana zostało. - zaśmiała się dziewczyna, próbując ukryć pochłaniające ją zmęczenie.
- Jeszcze będzie mnóstwo okazji żeby wyspać się w domu. A na razie skorzystajmy z tego co mamy. Dobranoc. - nacisnął klamkę od drzwi i wszedł do środka, momentalnie czując jak zalewa go ciepło wnętrza. Po schodach udali się na górę, próbując we wpadającym przez okna delikatnym świetle księżyca zlokalizować swoje pokoje. Gdy mężczyzna dotarł do progu, zatrzymał się, wzrokiem odszukując swoją towarzyszkę.
- Lou?
- Tak? - w ciemności mógł dojrzeć zaledwie zarys jej twarzy.
- Eeee... Fajnie że wybrałaś się z nami. Wszyscy bardzo cię polubili. Może chciałabyś jeszcze kiedyś to powtórzyć?
Dziewczyna odpowiedziała na jego pytanie i po krótkim dobranoc zniknęła za drzwiami pokoju. Cordian otworzył drzwi do swojego i z uśmiechem rozejrzał się po jego wnętrzu. Większość pozostała dokładnie w takim stanie jak gdy go opuszczał. Góra ubrań na podłodze, chrapiący mężczyzna na zbyt małym łóżku. Tylko jeden mały szczegół uległ zmianie – miejsce gdzie leżał jego jasnowłosy przyjaciel było puste, za to na posłaniu mężczyzny leżał ogromny zwierz. Zwinięty był w ciasną kulkę, w taki sposób żeby jego kończyny nie wystawały poza granice łóżka, a pokryta gęstym futrem klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała.
Możliwie najniższej zdjął z siebie wierzchnie ubranie i buty, po czym wsunął się na niewielki hotelowy materac. Głowę ułożył wśród miękkich i przyjemnie łaskoczących kudłów. W ciemności błysnęły jasne ślepia i poczuł jak mięśnie leżącego zwierzęcia się napinają. Delikatnie pogładził wilka po grzbiecie w uspokajającym geście. Leżeli tak razem, wzajemnie słuchając swoich oddechów i coraz bardziej odpływając wraz z każdym kolejnym.
    Rankiem ze snu piątkę przyjaciół wyrwał bezlitosny budzik. Przez okno wpadały promienie słońca, odbijająca się od iskrzącego śniegu. Mimo uczucia niewyspania, wszyscy ochoczo zerwali się z łóżek. Po południu będą musieli wracać z powrotem do domów. A to oznaczało, że beż tracenia nawet chwili muszą skorzystać z pięknej pogody. Zbiegli do mieszczącej się na parterze stołówki, wzajemnie przekrzykując swoje pomysły na spędzenie wolnego przedpołudnia. Jako pierwszy wypowiedział się Yael, bezskutecznie próbując opanować swoje kręcące się na wszystkie strony jasne włosy.
- Myślę, że powinniśmy wybrać się na wycieczkę na biegówkach, czytałem że są tu dobre trasy do-
- Biegówki? - przerwał mu z niedowierzaniem Garret. - Chyba żartujesz. Z resztą wątpię czy ktokolwiek oprócz ciebie wie jak tego używać.
- Nie dziwię się. - prychnął chłopak.
- O ho ho! Przyjechał panicz z wielkiego miasta. Może byś częściej wpadał, co? Z pewnością zrobiłoby to dobrze na twój zarozumiały-
- Chodźmy na sanki! - pisnęła za ich plecami Irvin.
- Teraz to ona żartuje. - Yeal i Garret odwrócili się jednocześnie, spoglądając na stojącą za nimi dziewczynę. Jeden z nich patrzył na nią wzrokiem pełnym politowania, drugi – ciepłego i żartobliwego uśmiechu.
- Ej! Sanki są fajne w każdym wieku! Prawda Lou? - teatralnie obruszyła się Irvin.
- Przejeździłam na sankach wystarczającą część mojego życia, żeby bez wątpliwości się z tym zgodzić. - przytaknęła blondynka, wyraźnie rozbawiona wyrazem twarzy obu mężczyzn.
- Myślę, że sanki to dobry pomysł. - do rozmowy wtrącił się Cordian, naturalnie wchodząc w rolę decydującego przywódcy. W odpowiedzi otrzymał radosny pisk, głośne westchnięcie oraz towarzyszące im śmiechy. - Zwłaszcza, że bardzo chciałbym zobaczyć jak Garret próbuje się, na którychkolwiek zmieścić. - wyrzucił na jednym oddechu i szybko zbiegł z dół schodów, odprowadzony morderczym spojrzeniem rosłego mężczyzny.
- Jeszcze podziękujesz moim mięśniom, kiedy nie będziesz miał sił wciągać swoich pod górkę!
- Chodźmy szybko do recepcji wypożyczyć je zanim inni wszystkie wybiorą! - zawołała Irvin.
- Masz rację. Z pewnością większość gości wstała z samego rana żeby zarezerwować najlepsze sztuki. Podejrzewam, że mają ich zdecydowanie mniej niż miejsc do spania, co może oznaczać, że o godzinie... - Yael postukał w tarczę zegarka. - ...9.30 nasze szanse na wypożyczenie jakichkolwiek są bardzo... marne.
- ...naprawdę? - zapytała cicho dziewczyna, i gdyby teraz miała swoje wilcze uszy – z pewnością opadłyby one równie szybko co ton jej głosu. Garret na jej reakcję z ciepłym uśmiechem przewrócił oczami.
- Ta, jasne. Bo ludzie nie mają nic lepszego do roboty niż zjeżdżanie z górki na sankach! Oczywiście, że żartuję! - prychnął jasnowłosy, a Irvin wyraźnie odetchnęła z ulgą.
- Obiecuję ci, że za karę dostaniesz różowe! - zawołała, zbiegając na dół.

***

    Cordian wsiadł na miejsce kierowcy i obejrzał się na siedzących z tyłu pasażerów.
- Wygodnie?
- No tak średnio. - jęknął jasnowłosy chłopak, próbując znaleźć pozycję w której byłby bezpieczny od łokci Irvin. - Czemu nie mogę siedzieć z przodu?
Mężczyzna za kierownicą spojrzał na siedzącego obok Garreta. Dla jego przesadzistej budowy nawet przedni fotel pasażera wydawał się zbyt mały. Cordian podrzucił w dłoni kluczyki i włożył je do stacyjki, jednocześnie zamykając drzwi.
- Dobra drużyna. Ruszamy. - z cichym warkotem odpalił samochód. Pojazd zaczął toczyć się wzdłuż podjazdu do hotelu, a cała piątka niemal równocześnie odwróciła głowy aby rzucić ostatnie spojrzenie oddalającemu się obiektowi.
- Fajnie było co? Musimy to powtórzyć! - zawołała Irvin, ku niezadowoleniu pozostałych rozpychając się na tylnej kanapie.
- Koniecznie. - Garret zaśmiał się pod nosem.
Po chwili budynek całkowicie zniknął za drzewami, a samochód kołysząc się na wertepach wolno dojechał do drogi. Kiedy już unormował swoje tempo, pasażerowie odprężyli się przy delikatnym kołysaniu. Yael wyciągnął z plecaka parę słuchawek i włożył je do uszu, odcinając się od otaczającego go świata. Irvin nie wytrzymała nawet minuty i sięgnęła po swój telefon, odpalając jedną z wielu zainstalowanych na nim gier. Garret przygotował książkę, którą trzymał w pozycji dość utrudniającej czytanie, a ułatwiającej spanie.
    Cordian uśmiechnął się delikatnie i spojrzał we wsteczne lusterko. W rogu dostrzegł postać jasnowłosej dziewczyny, która opierając głowę na dłoni, obserwowała przepływający za oknem krajobraz. Miarowo uderzał palcami o kierownicę, kilkukrotnie przenosząc wzrok z drogi na odbicie.    Sielankowy obraz napawał go zarazem wielką ulgą i radością. Nigdy nie sądził, że jego przyjaciele... że on sam – zaakceptuje kogoś spoza swojego stada. Że pozwoli zbliżyć się tak blisko, że będzie czuł przyjemność z samego kontaktu. Po raz pierwszy zadał sobie to pytanie, które przerażało go od tak dawna.
A co jeżeli to nie ma znaczenia? Może mógłby żyć normalnie, nawet gdyby inni znali jego sekret?
Mimowolnie zacisnął ręce na kierownicy.
Nie.
Niemożliwe.
Jego przeszłość była na to wystarczającym dowodem. A gdyby... Gdyby tylko ona? Może udałoby się powstrzymać prawdę, sprawić żeby została w Alpine?
Nie.
Bzdura.
Co jeżeli się spłoszy? Przestraszy, ucieknie, rozpowie innym? Nie mógłby pozwolić na takie ryzyko względem swojej rodziny. Ponownie spojrzał na wyglądającą za okno dziewczynę. Przez ostatnie kilka miesięcy miał mnóstwo okazji żeby ją poznać. Zdawała się być mądra i roztropna, być może nawet już coś podejrzewała...
Bezlitośnie urwał ten wątek w swojej głowie. Jeszcze chwilę, pomyślał. Palcem przejechał po włączniku. Powoli przeglądał stacje, aż w końcu wybrał i z głośników poleciała delikatna muzyka. Nie była na tyle głośna, żeby zaburzyć nastrój, ale wystarczająca aby zagłuszyć pochrapywanie Garreta. Irvin oderwała się od telefonu żeby z uśmiechem w lusterku pokazać mu uniesione do góry kciuki. Dwóch pozostałych mężczyzn nawet nie zareagowało, ale za to siedząca pod oknem dziewczyna spojrzała na niego.
- No pięknie, mnie też uśpisz tu zaraz. - wyszeptała. Cordian zaśmiał się.
- Śpij. Jeszcze daleko do Alpine. - dziewczyna po chwili zastanowienia pokiwała głową. Z bagażnika za głową wyciągnęła swoją kurtkę, zwijając ją i tworząc w ten sposób prowizoryczną poduszkę. Następnie oparła się o szybę i zamknęła oczy, wygrzewając twarz we wpadającym przez okno słońcu. Jeszcze trochę ją obserwował, nim sam poczuł jak jego ciało się odpręża. Zamanifestował to ziewaniem i natychmiast poczuł uderzenie na ramieniu.
- Ej, kierowca nie śpi. - upomniała go Irvin, tym razem nie podnosząc wzroku znad urządzenia.
- Wiem wiem. Uważam. - mruknął, skupiając całą uwagę na drodze.
    Dalej jechali już w milczeniu, przemierzając kolejne kilometry. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu, powoli ozdabiając wszystko swoją złotą poświatą. Miejscami śnieg już stopniał, odsłaniając pożółkłe trawy oraz niewielkie czerwonawe krzewy. W oddali grupa saren w podskokach przesuwała się po otwartej przestrzeni. Bezchmurne niebo pokrywało się gradientem kolorów, od ostrego pomarańczu, po delikatny fiolet po przeciwnej stronie. Cordian miarowo wybierał na kierownicy rytm lecących w radiu piosenek. Wewnętrznie chciał aby ta podróż trwała już wiecznie. Nie mógł uwolnić się od przeczucia, że kiedy wrócą do Alpine ich spokój prędzej czy później zostanie zaburzony...







    Złoty krąg słońca dotknął właśnie grzbietu widzianego w oddali łańcucha górskiego, kiedy Cordian szturchnął siedzącego obok mężczyznę.
- Uhhhhh. - jęknął głośno i przeciągle, zdejmując z twarzy książkę. - Nie śpię, nie śpię.
- Stary, nie wierzę, że czytasz "poradnik dla świeżo upieczonych matek". - kierowca zaśmiał się, wskazując na trzymaną przez niego książkę. Garret jęknął przeciągle, udając zaskoczenie, z niepowodzenia jego misternego planu. - Wstawaj, już niedaleko.
- Dojeżdżamy? - z tyłu odezwał się cichy głos siedzącej pod oknem dziewczyny.
- Tak, jeszcze z 15 minut i będziemy u ciebie pod domem. - Cordian spojrzał na resztę pasażerów. Irvin najwyraźniej rozładowała się bateria w telefonie, ponieważ właśnie spała, używając ramienia siedzącego obok chłopaka jako poduszki. On natomiast, jakby mu to wcale nie przeszkadzało, wciąż ze słuchawkami w uszach pogrążony był w lekturze trzymanej w dłoni książki.
    Niespodziewanie, brutalnie z tego spokojnego i sielankowego transu wyrwał ich dzwonek telefonu. Garret bez słowa sięgnął po leżące w schowku między siedzeniami urządzenie.
- Theo. - przeczytał napis z wyświetlacza. Rzucił kierowcy ostrzegawcze spojrzenie, prawie niezauważalnym ruchem głowy wskazując na siedzącą na tylnym siedzeniu dziewczynę.
- Daj go na głośnik. - rzucił Cordian, kiwając głową.
Usłyszeli dźwięk informujący o nawiązanym połączeniu.
- Theo, hej, właśnie wracamy z ekipą i- - nie zdążył dokończyć nim w słuchawce odezwał się roztrzęsiony głos.
- Arthur został postrzelony. Przyjedź jak najszybciej. Błagam. Droga numer 71, między odcinkiem 146 a 147. Potrzebujemy cię. - powietrze wewnątrz samochodu momentalnie zrobiło się ciężkie. Każdy wypowiadany w panice urywek bezlitośnie przerywał napiętą ciszę. Siedzący za kierownicą mężczyzna momentalnie zbladł, zaciskając dłonie wokół kierownicy. Pozostali zamarli w bezruchu, zmrożeni przerażającą wiadomością. Louisa ze strachem w oczach poderwała się z półleżącej pozycji, bezwiednie ściskając zwiniętą kurtkę.
- Trzymajcie się. - zakomenderował Cordian, a na niespodziewany dźwięk jego stanowczego głosu wszyscy podskoczyli.
    Mężczyzna gwałtownie wcisnął pedał hamulca, jednocześnie ostro skręcając kierownicę. Samochód z piskiem opon wykonał nagły zwrot, podrzucając jeden bok do góry, kiedy koło opadło poza granicę drogi. Nastąpiło jeszcze jedno mocne szarpnięcie i kierowali się już w przeciwnym kierunku, z prędkością którą nawet ścigający się po nocach nastolatkowie nie ważyliby się nią jechać. Louisa odwróciła wzrok od zlewającej się teraz w jednolitą plamę ściany drzewa. Siedząca obok niej dziewczyna siedziała skulona, wypatrując się w przednią szybę. Drżącymi dłońmi zasłaniała usta.
Spojrzała dalej, na jasnowłosego chłopaka, który już bez słuchawek w uszach zaciskał dłoń na zagłówku fotela kierowcy.
- Przepraszam Lou. - odezwał się Cordian, a jego szept w tej pełnej napięcia ciszy mógłby równie dobrze być krzykiem. - Nie będziesz za 15 minut w domu.
Dokończył, bezlitośnie dociskając pedał gazu.

    Jechali tak do przodu przez czas, który mógłby wydawać się wiecznością. Jedyną zmianą w ich otoczeniu było powolnie ściemniające się niebo, które ze swojego pomarańczowego koloru przemieniło się w szarawy fiolet, zaledwie delikatnie rozświtlany ponad koronami drzew przed ostatnie wspomnienie zachodzącego słońca. Siedząca na tylnym siedzeniu dziewczyna poczuła jak samochód stopniowo zwalnia. Wychyliła się, przez przednią szybę dostrzegając nieregualne kształty w oddali. Wkrótce okazały się one być kilkoma bezładnie zaparkowanymi na drodze samochodami, oraz grupą ludzi – zbyt wielu aby pomieściły ich stojące środki transportu.
    Gdy znaleźli się na tyle blisko, że dziewczyna musiała zamknąć oczy w obawie przed niechybnym wypadkiem, Cordian wcisnął hamulec, gwałtownie hamując. Niemalże wyrwał sprzączkę od pasa bezpieczeństwa, próbując go odpiąć i wyskoczył z pojazdu. Pozostali pasażerowie nie ruszyli się z miejsc, zupełnie jakby jakaś obca moc odebrała im wszystkie siły do działania. Louisa odpięła swój pas i wcisnęła głowę w przerwie między przednimi siedzeniami, próbując ogarnąć wzrokiem rozpościerającą się przed nią scenę.
Na drodze stało blisko trzydzieści osób, wszyscy zwróceni w stronę jednego punktu. Pośrodku, oświetlony ostrym światłem samochodowych reflektorów, od asfaltowej powierzchni drogi odrywał się przedziwny kształt. Dopiero po chwili dziewczyna rozpoznała go jako ciało leżącego na boku psa. Ogromnego psa. A może raczej – wilka. Wtem w siedzącej obok Irvin coś się przełamało i dziewczyna wybuchła płaczem, chowając twarz w dłoniach.
- Tato... - wyszeptała.

    Cordian podbiegł do kierującego się w stronę samochodu mężczyzny.
- Theo! Co się stało?! - zawołał, nieudolnie próbując opanować drżenie głosu. Na ten dźwięk głowy wielu zebranych ludzi odwróciły się w ich stronę. Malujące się na ich twarzach emocje, od przerażenia, przez smutek aż po nadzieję, wywoływały u niego dreszcze. Zbliżyła się do nich młoda dziewczyna, jej twarz i koszulka mokre od łez.
- Biegliśmy przez las. Jacobs też był. I oni pojawili się znikąd. Rozległy się strzały, przestraszyłam się, Arthur chciał ich odciągnął pobiegł, a potem, a potem... - wyjąkała, jej głos załamujący się z każdym kolejnym słowem, aż w końcu przerodził się w rozdzierający szloch. Podszedł do niej stojący z tyłu mężczyzna i położył dłonie na ramionach dziewczyny w uspokajającym geście. Cordian wyprostował się i skinął głową w jego stronę, usiłując zachować jakiekolwiek pozory spokoju.
    Odwrócił się do stojącego u jego boku mężczyzny.
- Czy on... - urwane pytanie, którego znaczenie zawisło ciężką chmurą nad głowami zebranych.
- Nie! Jeszcze nie! - wykrztusił Theo. - Wezwaliśmy pogotowie! To daleko ale... jest nadzieja, że dotrą na czas. Tylko... nie zabiorą go w takim stanie...
Gestem drżącej ręki wskazał na leżące w świetle reflektorów masywne wilcze cielsko. Obaj mężczyźni podskoczyli na kobiecy głos, który odezwał się za ich plecami.
- Jest nieprzytomny, nie przemieni się sam. - Cordian obrócił się, spoglądając na stojącą za nimi postać. Choć była dopiero w średnim wieku, zmarszczki na jej twarzy momentalnie pogłębiły się, w ciągu zaledwie chwili dodając jej wielu lat.
- Jenna... Tak mi przykro... - wyszeptał alfa, wyciągając w jej stronę niepewną dłoń. Spojrzała w jego oczy i w tej chwili poczuł się zupełnie jak ten mały szczeniak przed laty, przerażony sytuacją, która go przerasta. Oto ziściły się jego najgorsze koszmary, spełnił się los, którego obiecał sobie za wszelką cenę uniknąć. A teraz... czyżby cały ten trud został podjęty na próżno?
Z zamyślenia wyrwała go zbliżająca się do nich osoba.
- Musisz spróbować go przemienić. - odezwał się Yael, który w końcu wysiadł z samochodu i zgodnie ze swoją rolą zajął miejsce u boku swojego przywódcy. Cordian z ulgą przyjął to mentalne wsparcie, zarówno w postaci bety jak i przyjaciela.
- Przemienić? Ja?
- Dawniej, z tego co wiemy z historii, przywódca watahy był w stanie wywrzeć niewiarygodną presję na pozostałych członków. Mógł naginać ich wedle swojej woli, determinować uległość, oraz, wymuszać przemianę. - wytłumaczył, przebiegając wzrokiem po zgromadzonych i w końcu zatrzymując się na stojącym obok niego mężczyźnie.
- Ale... to nie możliwe. To znaczy, to tylko opowieści. A nawet jeśli... ja... nie mógłbym. Nie potrafię. - wypowiedział drżącym głosem Cordian, każdy kolejny oddech potrzebował coraz większego wysiłku, aby wydobyć się z jego piersi. Patrzył jedynie na jasnowłosego chłopaka. Nie mógł zmusić się, żeby oglądać te pełne rozczarowania i zawodu wyrazy twarzy otaczających go osób. Osób, które za wszelką cenę przyrzekł sobie chronić.
- Musisz spróbować. Nie mamy innego wyjścia. - nalegał twardo Yael. Cordian powoli i bez przekonania pokiwał głową.
- Dobrze. - wypowiedział ledwie słyszalnym głosem, po czym sprawnie zabrał się do zrzucania z siebie kolejnych warstw ubrań.
    
    Gdy stał już całkowicie nagi, przypomniał sobie o stojącym za jego plecami samochodzie. Odwrócił tors i spojrzał na przednią szybę. Choć oślepiające światła reflektorów nie pozwalały mu zajrzeć do wnętrza, czuł na sobie wzrok wpatrującej się w niego pary oczu. Otworzył usta, wymawiając bezgłośne przepraszam. Następnie odwrócił się i ruszył do przodu.
Z każdym kolejnym krokiem jego ciało stopniowo zmieniało swoją formę, zniekształcając się przy towarzyszącym temu procesowi dźwiękowi łamanych kości i rozrywających się mięśni. Kończyny zginały się pod dziwacznymi kątami, a plecy wyginały się w łuk, przyciskając jego zgarbioną sylwetkę coraz bliżej ziemi. Jego włosy zaczęły rozrastać się po całej powierzchni ciała, przybierając zamiast ciemnobrązowego, jasnozłoty kolor.
    I tak, w światło reflektorów wstąpił już nie człowiek, a potężny, niemalże tej samej wielkości wilczur. Pochylił się nad leżącym na drodze zwierzęciem. Przytknął pysk do jego sklejonej jeszcze nie zaschniętą krwią sierści. Zastrzygł uszami, słysząc delikatne bicie serca i jeszcze delikatniejsze świszczące oddechy. Stojący basior wyprostował się, górując nad drugim osobnikiem. Uniósł wargi, odsłaniając dziąsła i lśniące białe kły, a z jego gardła dobiegł niski, mrożący krew w żyłach warkot.
Wszyscy zebrani wokół oglądali tę scenę w napięciu. Patrzyli jak kładzie łapę na jego szyi, bezlitośnie przyciskając do ziemi oraz zbliżając lekko uchylony pysk z wyszczerzonymi zębami. Chociaż nie byli bezpośrednimi uczestnikami rozgrywającej się przed nimi sceny, czuli jak pewne przerażające i zarazem niezwykłe odczucie wstrząsa ich ciałami.
    Tak mijały chwile, i choć wszyscy czekali w napięciu, nie nastąpiła żadna zmiana. Wszystkie emocje powoli zaczęły ustępować miejsca poczuciu bezsilności. Walkę z nadzieją stopniowo zwyciężał strach przed porażką. I wtem, leżące na ziemi ciało wydało się jakby drgać. Na początku delikatnie, a potem coraz mocniej. Mocniej i mocniej, aż w końcu konwulsyjne ruchy wstrząsały kończynami zwierzęcia, zupełnie jakby poruszane przez jakieś niewidzialne moce. Wszyscy wstrzymali oddech. Pochylony nad ciałem wilk uniósł głowę, dumnie prostując i prężąc swój grzbiet. Wtedy nagle szare futro zaczęło się kurczyć. Pochłaniane przez skórę włosie odsłaniało umięśnione, choć doświadczone przez wiek kończyny. Zamieniało się w czarne, przeplatane siwizną włosy, okalające doświadczoną przez wiek twarz. To co jeszcze chwilę temu było korpusem wielkiego wilka, teraz wyglądało na zupełnie zwyczajne ciało mężczyzny w średnim wieku. Wśród zgromadzonych rozległy się ciche okrzyki zachwytu i niedowierzania, połączone z płaczem.
    Złoty wilk uniósł głowę, spoglądając za siebie. Wtem w oddali, dostrzegł mrugające niebieskie światło, odbijające się na ciemnej ścianie lasu. Nie minęło duża czasu, nim jego uszu dobiegło odgłos zbliżających się syren. Wzrokiem odszukał spojrzenie stojącego w oddali jasnowłosego mężczyzny. Skinął pyskiem w jego stronę. Następnie odwrócił się i po kilku skokach zniknął w nieprzeniknionej gęstwinie nocnego lasu.