Uwaga!

środa, 30 stycznia 2019

Od Lou

Dziewczyna czuła jak jej serce bije w zawrotny, nierówny sposób i podchodzi jej do gardła. Czy.. Czy to właśnie...? Nie. Niemożliwe. Jednak te ogromne kupy futer nadal tam były. Oddalały się od niej, a bliższe spotkanie z ostatnim z nich pozbawiło ją na chwilę oddechu. Chwilę zajęło jej ogarnięcie co właśnie zobaczyła. Żeby upewnić się, że nie zwariowała, sięgnęła szybko po komórkę, wyciszyła dźwięk i zrobiła zdjęcie oddalających się sylwetek watahy. Tak na przyszłość, kiedy już zmierzy temperaturę. Kiedy upewniła się, że bestie są już dość daleko, ruszyła pędem w przeciwną stronę. 
— Duchu! — krzyknęła, gdy wyszła na prostą drogę. Nie musiała długo czekać, bo już kilka chwil później z zarośli wybiegł łaciaty koń. — Widziałam...To te zwierzęta cię tak płoszą? Musimy się stąd zabierać. Pomożesz? — zapytała żałośnie obracając się za siebie akurat w tym momencie, kiedy do ich uszu dobiegło wycie. Takie samo, jakie obudziło ją pierwszej nocy spędzonej w Alpine. Nie zastanawiając się długo, przytrzymała grzywę ogiera i wskoczyła na jego grzbiet bezgłośnie nakłaniając zwierzę do galopu w stronę miasta. 
Mimo, że koń już od jakiegoś czasu żył dziko, nie mogła ryzykować. Zagrożenie było realne, wataha wilków, każdy wielkości dorosłego konia sportowego liczyła wielu członków, przy których liczeniu, pod wpływem adrenaliny, Lou zgubiła się jakieś trzy razy. Blondynka nakłoniła rumaka do wejścia na padok przy jej ogrodzie, po czym zamknęła bramę. Piorunem wbiegła do domu i drżącymi rękoma wybrała numery.
— Słuchajcie... Nie wiem sama od czego zacząć... Muszę chyba zrezygnować. Pojadę gdzieś indziej... Ameryka Północna długa i szeroka... znajdę coś innego... — wypaliła do piątki znajomych wymachując rękoma przed ekranem w dość chaotyczny sposób.
— Czekaj, co ty opowiadasz?! Dlaczego? — zmarszczyła brwi brunetka, której co chwilę w kadr właziła ciekawska żyrafa. 
— Patrzcie na nią, przecież jest roztrzęsiona... Co się dzieje? — odezwał się młody blondyn ze słomkowym kapeluszem w kształcie stożka na głowie odkładający gdzieś Maotai.
— Rozwiązałaś zagadkę rodziców? Powiedz, że tak! — zaaferowana rudowłosa idąca środkiem Paryża przystanęła na chwilę, żeby skupić się na tym, co miała im do powiedzenia blondynka. 
— Nie.. Nie wiem. Byłam w lesie i wtedy... Tam była wataha wilków. Ogromna.. Te wilki... — zdawało się, że Lou na chwilę obecną zapomniała jak poprawnie układać zdania. 
— Patrzcie ludzie! Zwariowała! Naszą Lou kopnął dziki koń! — ruda wybuchnęła śmiechem prosto w aparat, za co zganił ją szatyn z Australii. 
— Daj jej dokończyć, Vanessa... 
— To nie były normalne wilki. Mam zdjęcie... Już wam wysyłam. — gdy na ekranach jej rozmówców pojawił się obraz, wszyscy zamilkli. 
— ...O kurwa. — zaklął jeden z chłopaków wpatrując się w telefon.
— Jesteś pewna, że to nie są po prostu wyjątkowo duże niedźwiedzie? — brunetka próbowała jakoś złagodzić sytuację, czym tylko wywołała ciche parsknięcie. 
— Przecież widać, że to wilki! Tylko jakieś napromieniowane. Lepiej stamtąd uciekaj, zanim wyrośnie ci trzecia ręka! — krzyknęła dziewczyna nazwana Vanessą orientując się, że przez to co powiedziała, idący obok niej starszy pan spojrzał na nią, jak na wariatkę. 
— Lou? Myślisz, że są niebezpieczne? 
— Nie wiem, Nie sądzę. Ostatni mnie zauważył. Wymieniliśmy się spojrzeniami i.. odszedł. Czuję, że to ma mocny związek ze zniknięciem moich rodziców... — westchnęła chowając twarz w dłoniach. 
— Obstawiasz właściwie co takiego? Że wilki ich zjadły? — blondyn uniósł brew swoim tonem głosu zdradzając stan upojenia alkoholowego. 
— Teraz mogę obstawiać wszystko. Z jednej strony, chcę wyjechać, ale z drugiej... — zamilkła patrząc gdzieś w kuchenny blat. 
— Ale z drugiej strony, być może nigdy nie byłaś bliżej rodziców. — gdy brunet siedzący w brazylijskim barze nostalgicznie szepnął te kilka słów, każdy na znak, że się z nim zgadza, uśmiechnął się delikatnie. 
— A jeśli odkryjesz tajemnicę tych wilków, twoja część książki będzie najlepsza! — zawtórowała wesoło dziewczyna z Paryża, której również każdy przytaknął. 
— Macie rację. Muszę tu chyba zostać.. Chociaż, jeśli zaginę, będziecie wiedzieć co napisać nad moją trumną bez ciała w środku: "Zeżarły ją wilki wielkości ciężarówki".— na twarzy blondynki pojawił się dziecinny grymas.
— Na twoim pogrzebie powiem, że lubiłaś czekoladę. Muszę kończyć. Wchodzę do takiego świetnego drogiego butiku, a jak usłyszą o czym gadam, wezwą security. Bye! —  przed rozłączeniem, Vanessa wykonała przed ekranem jeszcze krótki 'taniec wariatki' po czym okienko z jej twarzą zniknęło z telefonów pozostałych osób. Gdy tylko to się stało, twarz brunetki zasłonił pysk żółto-brązowego zwierzęcia próbującego zjeść jej narzędzie komunikacji prawdopodobnie z powodzeniem, bo połączenie z nią zostało zerwane. 
— Dzięki wam wszystkim. Cześć. — Louisa zdobyła się tylko na słaby uśmiech po czym odłożyła telefon. Gdy jej wzrok spotkał stojącą w rogu korytarza walizkę, jej jedynym pragnieniem było spakowanie jej i powrót do domu. Do babci i Lancelota, którzy zapewne już zdążyli zapomnieć, jak Lou w ogóle wygląda. 
Na krótko przed tym, gdy rozległo się pukanie do drzwi, a torby Lou leżały już rozrzucone po salonie, do dziewczyny dotarło, że przecież nie może uciekać jak zwykły tchórz. Przyjechała tu w pewnym celu. Nie może odnieść porażki. Nie jest przecież słaba. Musi zostać i dokończyć dzieła nawet, jeśli oznaczałoby to jeszcze dziewięć długich miesięcy w tym miejscu ze świadomością, że w lasach żyje to, co zobaczyła na własne oczy oraz ze świadomością, że w swoim dzienniku nie napisze o tych stworzeniach ani słowa. 
— Proszę! —krzyknęła siedząc wśród otwartych walizek, pośrodku wielkiego chaosu, który ledwo ogarniała wzrokiem. Była pewna, że gościem, który zapukał do jej drzwi był nie kto inny, jak Will, który właśnie w taki sposób miał dowiedzieć się, że chciała wyjechać, ale jednak się rozmyśliła. Wypita pół godziny temu melisa nie pomogła jednak, gdy w drzwiach salonowych zobaczyła twarz fotografa. Jej serce momentalnie zabiło szybciej, a wszystko ułożyło się we wspólną całość. On znał te wilki. Mało tego, to właśnie tego stworzenia w pobliżu jego domu musiał przestraszyć się Duch. To właśnie tego stworzenia futro zostało na płocie, przez jaki wyganiał ją z własnego podwórza. Pierwszą myślą, jaka przebiegła jej przez głowę, gdy Cordian się odezwał było: "Jeśli biega z tymi wilkami po lesie z gołą klatą, będzie na prawdę dziwnie."
— Pakujesz się? — zapytał opierając się o framugę. 
— Planowałam. Tak jakoś.. Co tu robisz? — zapytała z pełną powagą w głosie, profesjonalnie odrzucając wszystkie swoje dotychczasowe przemyślenia na bok. Ot, zwykła rozmowa z sąsiadem.
— Właściwie.. Przyszedłem przeprosić. Zachowałem się jak totalny palant odsyłając cię wtedy do domu... W każdym razie, mam nadzieję, że mi wybaczysz, jeśli dam ci to... — mruknął podchodząc ostrożnie i na odległość podając siedzącej w otoczeniu ubrań dziewczynie białą kopertę. Zdawało się, że blondynka przez ułamek sekundy się zawahała, jednak delikatnie odebrała pakunek i otworzyła przeglądając zawartość. 
— Zrobiłem je specjalnie dla ciebie. Trochę fauny i flory. Zdjęcia ulic też się znajdą. — Alpha zdawał się nie wiedzieć co takiego widziała w lesie dziewczyna, czym trochę zmylił jej trop, jednak Louisa nie była niczego pewna. Mógł być po prostu dobrym aktorem. Zupełnie jak ona.
Spojrzała na niego spod zdjęć i poklepała miejsce obok siebie. Przechodzenie przez klamoty w wykonaniu Cordiana wyglądało podobnie jak manewrowanie między wiązkami laserów, jednak kilka zwinnych ruchów wystarczyło, żeby mężczyzna już siedział po turecku obok niej. 
— Ładne. Najbardziej podoba mi się ta wiewiórka... Zrobiłeś zdjęcie Duchowi! — zaśmiała się zaskoczona oglądając jego dokładne szczegóły. — Jak? — odwróciła się patrząc w jego oczy. Były inne, sympatyczniejsze. Nie tak zimne jak do tej pory. 
— Po chwili, gdy mnie zauważył - zwiał. — fotograf wzruszył ramionami sięgając po kolejne zdjęcie. — To chyba moje ulubione.
— Efekt Tyndalla. — skwitowała blondynka patrząc na krajobraz. — Te słońce.. Wspaniałe. Dziękuję ci. 
— Wieeęc... Dostanę odpust? — zapytał z miną zbitego szczeniaka, na co Lou zareagowała jak zwykła. Nigdy nie potrafiła długo chować urazy.
— Wybaczone. — przytaknęła i ogarniając wzrokiem bałagan wokół niej głośno wypuściła z płuc powietrze. — Co ja z tym teraz zrobię? 
— Dlaczego się pakujesz?— sąsiad ponowił pytanie zauważając wśród bibelotów plecak z wypadającymi ze środka indiańskimi przedmiotami. —  Wyjeżdżasz? 
— Sama nie wiem. Można powiedzieć, że.. nie ułożyło mi się tutaj tak, jakbym chciała. — parsknęła opierając głowę o rękę i pozwalając, by pojedyncze kosmyki jasnych długich włosów osunęły się na jej twarz. Postanowiła nie mówić nikomu o prawdziwym powodzie chęci wyjazdu. Jedynymi osobami, jakim mogła zaufać, była piątka jej największych przyjaciół wałęsająca się teraz po wszystkich kontynentach, którym mogła powiedzieć wszystko i miała pewność, że nic nie wypłynie poza ich szóstkę. Wiedzieli o sobie zbyt wiele, żeby sobie nie ufać. — Jeszcze jakieś piętnaście minut temu zamierzałam rzucić wszystko i wracać do domu, a potem znaleźć coś innego. Może Meksyk? Jednak wybór Alpine nie był przypadkowy. Mam tu pewną rodzinną sprawę, którą muszę załatwić. Jestem baardzo zdeterminowana. — wyznała Carter gapiąc się na otwarty plecak.
— Jesteś Indianką. Dlatego masz taki dobry kontakt z tym koniem.— powiedział długowłosy mężczyzna, a jego poważny ton głosu wywołał u dziewczyny nagłe parsknięcie. 
— Mogę nie wiedzieć wielu rzeczy, ale jestem pewna, że nie jestem Indianką. — podsumowała unosząc w górę brwi kiedy zdała sobie sprawę z tego, że fotograf jest naprawdę dobrym rozmówcą do pogadania o czymkolwiek. Oprócz tajemnic lasu, których wolała nie poruszać. 

sobota, 19 stycznia 2019

Od Cordiana "Chwila radości pośród ciemności"

     Do pokoju wpadało delikatne światło, rozjaśniające go delikatną, żółtawą poświatą. W ostrych promieniach unoszące się w powietrzu drobinki kurzu przywodziły na myśl pylące wiosną drzewa i kwiaty. Dodatkowo wszędzie można było wyczuć aromat palonej kawy.
    Cordian usiadł na starym, choć wciąż w dobrym stanie fotelu. Przykryty był grubym, zimowym futrem karibu. Mężczyzna rozłożył się wygodnie i zatopił dłonie w morzu drugich i grubych włosów. Choć prawdziwa sierść nie przypominała tych miękkich i sztucznych zamienników, nic nie mogło równać się z delikatną wonią zwierzęcia. Siedząc w bezruchu i delektując się wszystkimi docierającym do niego bodźcami samiec żałował, że jego kamera jest w stanie uchwycić jedynie fragment całego tego obrazu, nie może oddać tak mocno odczuwalnego nastroju pełnego spokoju i nostalgii. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w odgłos swoich oddechów oraz dochodzących z kuchni szumów.
    Potok myśli Cordiana przerwał wchodzący do pokoju mężczyzna. Stanął on naprzeciwko fotela z dwoma dużymi kubkami. Młodszy basior podniósł głowę i uśmiechnął się delikatnie. Kiedy był dzieckiem wyobrażał sobie, że całe jego życie będzie właśnie tak wyglądało. Były to jednak jedynie marzenia małego szczeniaka. Marzenia, w których rosły wilk o złotej sierści spogląda ze wzgórza i widzi watahę zgodnie bawiącą się i skąpaną w popołudniowym słońcu.
- Czy mógłbyś chociaż na chwilę przestać patrzeć na mnie tak jakbym już nie żył? - mruknął i wcisnął naczynie z herbatą w jego dłonie. Chłopak syknął, czując jak parzący dotyk przywraca go do rzeczywistości. Szybko odstawił kubek na stojący obok stolik i z dolnej półki wyciągnął gruby notes. Położył go na kolanach i od razu zaczął intensywnie notować, nie poświęcając nawet słowa swojemu gościowi. Ten w międzyczasie przyniósł z drugiego końca pokoju ogromny fotel, który w jego rękach zdawał się nie ważyć więcej niż przenośne krzesełko. Następnie rozsiadł się wygodnie i popijając aromatyczną kawę wolnymi łykami, przyglądał się Cordianowi.
- Co o tym myślisz? - zapytał, kiedy strona w notesie została już w połowie zapisana.
- Sytuacja przedstawia się dość nieciekawie, twoi przeciwnicy zyskują zwolenników. Choć udało ci się ich przekonać, zapewnienie bezpieczeństwa nie jest wystarczające. Oni nie lubią rutyny. Nikt nie lubi. Pójdą z tym kto zaproponuje im zmianę. I ich do niej przekona. - wypowiadając te słowa, wpatrywał się przed siebie, zupełnie jakby czytał je z jakiegoś niewidzialnego podręcznika filozofii.
- A ty co byś wybrał? - alfa miarowo uderzał końcem długopisu o kartkę, pozostawiając na niej skupisko małych kropek. Dopiero po chwili drugi samiec odwrócił głowę w jego stronę i delikatnie się uśmiechnął. Odstawił już pusty kubek koło nogi fotela i oparł dłonie na podłokietnikach.
- Ciebie.
- Bo uważasz, że mój pomysł jest jednak lepszy? - choć znał już odpowiedź brodatego mężczyzny, wciąż łudził się, że będzie ona zupełnie inna.
- Bo jesteś moim alfą i przyjacielem, Cordian.
- Czuję, że niedługo nie będę już twoim alfą. - powiedział posępnym głosem, losowo łącząc liniami kropki na papierze. Zupełnie jak w książkach dla dzieci. Tyle, że efektem końcowym nie była księżniczka lub piesek, lecz jedynie odwzorowanie bałaganu myśli w jego głowie.
- A jeśli inny alfa wybierze cię na betę?
- Sam powtarzałeś, że mam być posłuszny nie tobie, a watasze. - po jego słowach nastąpiła długa chwila ciszy. Żaden z siedzących w pokoju mężczyzn, chociaż byli oni już w pełni dorośli i mieli mnóstwo obowiązków na swoich barkach, nie potrafił znaleźć słów odpowiednich na tą chwilę.
- Ja po prostu chcę ich chronić… nie chcę… żeby to się powtórzyło. Żeby ktokolwiek musiał czuć to co ja. Żyć z okrutną myślą, prześladującą go po wieki… ja… - umilkł, doskonale wiedząc jak bezpodstawne i rozpaczliwe są jego próby uzasadnienia swoich działań.
- Nie musi. Już się o tym przekonałeś, prawda? - brodaty mężczyzna nie poruszył się nawet o milimetr, wyraz jego twarzy wciąż taki sam. Poważny, spokojny. Gdyby ktoś z zewnątrz miał wskazać alfę wśród siedzących, nie miałby problemu z dokonaniem wyboru. Nikt przecież nie powierzyłby tak wielkiej odpowiedzialności osobie niezrównoważonej emocjonalnie.
- Przecież to niemożliwe. I kiedy miałbym okazję… - zaczął mówić, lecz w połowie zdania zastygł w bezruchu, trzymając w dłoni długopis kilka centymetrów nad kartką. W tym czasie większy samiec wstał i mijając wpatrującego się szeroko otwartymi oczami w kartkę Cordiana, podszedł do stolika. Chwycił za ucho stojącego na nim kubka i uniósł go do ust, zupełnie jakby od samego początku znajdująca się w naczyniu herbata była przeznaczona dla niego. - Ona. O nią ci chodzi. Ale… mylisz się… to była tylko zwykła rozmowa między ludźmi. A poza tym z pewnością zareagowałaby inaczej na moją prawdziwą formę.
- Rozmowa między ludźmi? Cordian, przyjacielu, od kiedy ty rozmawiasz z ludźmi? Od kiedy pozwalasz im przebywać w okolicy twojego domu? Od kiedy masz moc osądzania innych? Od kiedy wiesz jak zareaguje? - mężczyzna wyrzucił z siebie potok pytań, a każde kolejne sprawiało, że Cordian jeszcze mocniej zaciskał zęby.
- To nie… - zaczął cicho, ściskając długopis w dłoni.
- Od kiedy? - Garret naciskał, oczekując odpowiedzi.
- Nie mamy pewności, że ona…
- Od kiedy, pytam się.
- Może powiedzieć innym…
- Cordian, od kiedy? - nalegał basior, akcentując jego imię.
- Czy już zapomniałeś o tym co się stało?! Czy naprawdę tak łatwo to zaakceptowałeś?! - krzyknął długowłosy mężczyzna, zrywając się z miejsca i rzucając notatnik na podłogę. - Było, zdarzyło się, trudno?! To przeszłość?! - warknął, stając naprzeciwko niego. - Może dla ciebie. - po tych słowach z jego gardła zaczęły dobiegać niskie, wilcze dźwięki. Stojąca naprzeciwko niego z obojętnym wyrazem twarzy wpatrywała się w niego. Stali tak do momentu, kiedy wyższy basior przeniósł wzrok na podłogę, pochylając głowę. Nikt nie mógł oprzeć się alfie. To było zakodowane w ich naturze, w ich genach. A jeżeli już mu się udało, zajmował jego miejsce.
    Garret nie zamierzał jednak opierać się swojemu przyjacielowi. Nie podobała mu się sytuacja, w której się znaleźli i doskonale wiedział, że nie poradziłby sobie lepiej niż on. W odpowiedzi usłyszał jedynie pełnie pogardy warczenie. Gdyby byli w wilczej formie z pewnością nie skończyłoby się jedynie na werbalnym ostrzeżeniu. W salonie drewnianego domu stali jednak mężczyźni, istoty ludzkie od palców u stóp, aż po końcówki włosów.
    Zrobił on krok do przodu, obejmując stojącego przed nim Cordiana. Kiedy poczuł jak jego mięśnie się napinają, swoją wielką i silną ręką przejechał wzdłuż jego pleców w uspokajającym geście.
- Nie musisz bać się dotyku. Nie każdy kto stoi obok ciebie musi być twoim wrogiem. Nie każdy musi chcieć cię skrzywdzić. Są tutaj też i tacy, którzy chcą cię wesprzeć. Nie zapominaj o tym. - powiedział ciepłym głosem. Czując, że drugi mężczyzna wciąż zachowuje się jakby uściski był dla niego czymś obcym, zaczął powątpiewać w słuszność swoich działań. Kiedy już miał poluzować swój uścisk, poczuł jak czyjeś ręce mocno zaciskają się wokół jego barków.
- Daj mi pomyśleć… - wyszeptał alfa, wciskając twarz w jego pierś. Garret zaczął masować jego plecy kolistymi ruchami. Trwali tak przez kilka minut, a kiedy rozluźnili swoje uściski, spojrzeli na siebie.
- Już wiem, czemu te wszystkie kobiety tak bardzo lubią cię przytulać. - zaśmiał się Cordian.
- Mogę cię zapewnić, że reszta jest jeszcze lepsza. - brodaty mężczyzna zdążył wyszczerzyć się w szerokim uśmiechu nim mniejszy samiec wbił łokieć w jego brzuch.
- Zapomnij. - odpowiedział krótko i wrócił na fotel, po drodze zbierając wszystkie rozrzucone po podłodze przedmioty. Przewrócił kartkę w notatniku. - To co robimy?
- Obmyślamy strategię. - oświadczył beta, siadając i rozmasowując obolałe miejsce. Na popołudnie zapowiadała się cudowna pogoda. Słońca wpadało do środka przez szerokie okna, zalewając cały pokój złotym światłem. A w nim dwie sylwetki, pogrążone w żywej i niekończącej się rozmowie.

                                                                           ***

    Pierwszym uczuciem, które wyrwało Cordiana z objęć głębokiego snu, było delikatnie łaskotanie. Powoli zagłębił swoje palce w szorstkim, futrze. Przeczesał dłonią znajdującą się pod spodem miękką i puchatą warstwę. Oczy otworzył dopiero kiedy poczuł ciepło emanujące od ciała  unoszącej się wraz z miarowymi oddechami. Samiec uśmiechnął się delikatnie i przyłożył policzek do brązowych włosów, jednocześnie nakrywając siebie i śpiącego koło niego wilczura kocem. Czująca twarde deski, doskonale zdawał sobie sprawę, że właśnie leży na podłodze, jednak ktokolwiek kto miał okazję spać z ponad dwumetrowym niedźwiedziem mógłby potwierdzić, że zimno nie było w takiej chwili zbytnio odczuwalne.
    Cordian trwał tak chwilę w bezruchu, po czym odwrócił się na plecy, wpatrując się w sufit. Która była godzina? Pewnie wczesna, wnioskując po różowym zabarwieniu promieni światła prześlizgujących się po ścianach salonu. Mężczyzna nie pamiętał kiedy dokładnie zasnął, ani gdzie. Z pewnością musiało to być dość późno, gdyż był przekonany, że ostatnie notatki musiał robić w nocy – przy zapalonym świetle. Zaspanym wzrokiem odnalazł leżący na stole notatnik, który w dużym stopniu udało mu się wczoraj zapełnić. Westchnął i rozpiął guziki swojej koszuli, która po całej nocy spania na podłodze potrzebowała dokładnego prasowania. Nie miał on jednak za złe swojemu przyjacielowi, że nie zaniósł go do łóżka. W końcu towarzystwo ogromnego, ciepłego i włochatego psa było dużo lepsze niż chłodnej, bezdusznej poduszki.
    Ostrożnie podniósł się, uważając, żeby nie obudzić wilczura, co na szczęście było dość trudną sztuką. Garret mógłby spać jak zabity nawet gdyby stado jeleni przebiegało tuż koło jego głowy. Następnie udało się w stronę łazienki z zamiarem wzięcia długiego prysznica. Zrzucił swoje ubrania i pozostawił je w nieładzie na podłodze. W drodze do kabiny prysznicowej zatrzymał się jednak i przyjrzał swojemu odbiciu w lustrze. Tym co zobaczył był dorosły facet o długich, ciemnych i rozczochranych włosach oraz wymagającym przycięcia zarostem. Ten drugi mężczyzna  odwzajemniał obojętne spojrzenie Cordiana, mierząc go wzrokiem, zupełnie jakby zadawał nieme pytanie. Wyciągnął dłoń i przyłożył ją do tafli lustra, zupełnie jakby chciał spleść z nim palce.
- Czy tak wygląda lider watahy? - zadał pytanie i przekrzywił głowę, zupełnie jakby oczekiwał odpowiedzi. Mimo bycia wilkiem mężczyzna wiedział jednak jak działają lustra, więc jedynie odwrócił się i otworzył drzwi od kabiny prysznicowej. Będąc w środku przekręcił baterię w prawą stronę, czekając aż cała ogarniająca go bezsilność i nostalgia spłyną wraz z lodowatą wodą. Stał w bezruchu przez dłuższą chwilę, pozwalając żeby strumień uderzał go prosto w twarz.


- Właśnie, Cordian, mam jeszcze jedną sprawę dla ciebie. - powiedział Garret pomiędzy kolejnym kęsem tosta serowego i łykiem mocnej kawy. Odbiorca tego komunikatu jedynie uniósł brwi i spojrzał nad niego znad miski pełnej płatków kukurydzianych. - Najwyraźniej wciąż jesteś szanowany w watasze, mój drogi przyjacielu.
- Och, powiesz mi w końcu o co ci chodzi? - mruknął, z niecierpliwością. Każda chwila, która tracił na tą rozmowę była jednocześnie chwilą, w której jego śniadanie rozmiękało. A przecież nikt nie lubi miękkich i rozpływających się płatków.
- Tak więc, nie patrz tak na mnie. Będę zaczynał zdanie od „tak więc” kiedy tylko zechcę i nic z tym nie zrobisz. - wytłumaczył się, na co siedzący po przeciwnej stronie stołu mężczyzna przewrócił oczami. - Wracając do tematu. Pamiętasz jak Jenna urodziła w zeszłym tygodniu dwójkę szczeniąt?
- Oczywiście. Każdy nowy członek watahy do wielka nowina i powód do radości. Jak miałbym tego nie pamiętać? - wymawiając te słowa Cordian przywołał w myślach widok twarzy samicy. Była ona bardzo dumna ze swoich młodych. Dwójka szczeniąt była dość charakterystyczna wśród wilków. Choć byli oni zmuszeni do noszenia ciąży również w ludzkiej formie ich miot z powodów oczywistych nie mógł być tak liczny jak u zwykłych psowatych, jednak jedno dziecko był bardzo rzadkim zjawiskiem. Od czasu do czasu rodziły się jednak pojedyncze szczenięta. Sam Cordian nie miał przecież rodzeństwa. Nie narzekał jednak. Wszystkie młode w podobnym wieku zawsze bawiły się razem, dlatego prawie nigdy nigdy nie miał problemu ze znalezieniem sobie towarzystwa.
- Czyli, jak pewnie wiesz mają one już kilka dni, co oznacza że nadszedł czas na ceremonię inicjacji. - powiedział samiec, wycierając palce w serwetkę. Ceremonia inicjacji była pierwszą uroczystością w życiu każdego wilka. To właśnie wtedy otrzymywał on od rodziców swoje imię w towarzystwie innych członków watahy. Obecność na tym wydarzeniu nie była wymagana ale Cordian zawsze starał się nie opuszczać żadnej z nich.
- To dzisiaj tak? Planowałem zrobić dzisiaj coś do pracy, ale równie dobrze mogę się tam wybrać. Już długo nie mieliśmy w watasze żadnych nowych członków. - powiedział samiec, unosząc do ust łyżkę pełną płatków.
- Właściwie, to Jenna i Theo chcieliby, żebyś to ty ją przeprowadził.
- Słucham? - samiec zastygł w bezruchu i dopiero po chwili zauważył, że cała zawartość jego łyżki znalazła się na blacie stołu. - Cholera! - warknął i rozejrzał się w poszukiwaniu serwetek. Skinieniem głowy podziękował Garretowi za szmatę, którą wyciągnął w jego kierunku, zupełnie jakby trzymał ją w ręku już od kilku minut, doskonale przewidując jego reakcję. - Ale, czekaj, co? Jak?! To znaczy… - plątał się w słowach, jednocześnie wycierając plamę składającą się z mleka i żółtych płatków.
- Wydaje mi się, że doskonale zrozumiałeś. Jenna i Theo mają szczeniaki. I chcą, żebyś to ty nadał im imiona.
- Ale… to nigdy nie miało miejsca… przynajmniej nie od czasu… śmierci mojego ojca. - powiedział, wypłukując szmatkę nad zlewem. Jego głos stał się dużo cichszy, zupełnie jakby sam nie mógł uwierzyć swoim słowom.
- Nie są oni najmłodszymi wilkami w tej watasze. Pamiętają twojego ojca. Mieli ogromny szacunek do niego. Mają też i do ciebie. - brodacz odwrócił się na krześle i obserwował jak wciąż płucze już czysty skrawek materiału.
- Ale czemu ja… przecież nie zasługuję… - zaczął, starając się wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Nadawanie imienia było wielką odpowiedzialnością i zaszczytem. Natomiast po tym co miało miejsce kilka dni temu nie czuł się on nawet godny przewodzenia polowaniu.
- Cordian. Oni nie są już młodzi. To najpewniej ich ostatni miot. Spełnij ich wolę. - w odpowiedzi mężczyzna zacisnął dłonie, jednocześnie wyżymając całą wodę ze szmatki. Położył ją na brzegu zlewu i odwrócił się aby oprzeć się tyłem o blat kuchenny. Spojrzał na siedzącego faceta i przyglądał się mu z niepewnym wyrazem twarzy. W końcu westchnął i wrócił do stołu. Z niesmakiem spojrzał na swoją miskę pełną rozmiękłych płatków. Z Garettem czasami rozumiał się praktycznie bez słów, gdyż ten zabrał stojącą przed nim miskę i kolejnym ruchem podsunął mu pod nos paczkę płatków i naczynie z mlekiem. Sam natomiast zabrał się za kukurydziano-mleczną paćkę.
- Dobrze. Pójdę tam. Obiecuję. I dzięki. - uśmiechnął się, wsypując nowe, jeszcze kruche chrupki do miski.
- Czasami zachowujesz się jak dziecko.
- I kto to mówi? Pamiętasz jak…
- Nie kończ. Daj mi zjeść te płatki bez zwracania tosta. - mruknął większy mężczyzna, po czym oboje zaśmiali się. Ten dzień zapowiadał się równie dobrze jak poprzedni, a jednocześnie bardzo, bardzo męcząco.

                                                                           ***

    Słońce znajdowało się już wysoko ponad linią horyzontu, kiedy dwie wielkie sylwetki przecinały gęste zarośla, pozostawiając za sobą dwa szlaki. Jeden szarszy – pozostawiony przez ogromnego, ciemnobrązowego basiora o posturze niedźwiedzia, drugi przez bardziej smukłego wilczura o złotej sierści. Obydwa wilki biegły przed siebie w szaleńczym pędzie, głęboko oddychając i płosząc wszystkie drobniejsze zwierzęta leśne na swojej drodze. Po jakimś czasie dołączyło do nich również kilka innych osobników, przeróżnych kolorów i wielkości. Wszyscy jednak kierowali się w to samo miejsce. Do niewielkiego wzgórza przy wschodniej granicy w zboczu którego znajdowała się jaskinia. To właśnie tam dwoje członków watahy spędzało noce w wilczej formie. Natomiast w tej właśnie chwili czekały tam również szczenięta, którym niedługo Cordian będzie mógł nadać wybrane przez siebie imiona. Za każdym razem kiedy ta myśl powracała, czuł dumę, radość i niepokój. Z jednej strony z niecierpliwością czekał na moment, kiedy będzie mógł dotknął nosem te dwie, małe i bezbronne kuleczki, z którymi przyjdzie mu dzielić swoją przyszłość. Z drugiej strony, wybrane przez niego imiona musiały być idealne. Cały czas się zastanawiał: co jeśli nie spełni on oczekiwań rodziców? Co jeśli wybrane przez niego imiona nie będą odpowiednie?
    Cordian nie miał jednak okazji żeby długo rozważać ten problem, gdyż las zaczął się przerzedzać, co oznaczało że zbliżali się do niewielkiej polany przy której znajdowała się grota. Już z daleka mógł wyczuć zagęszczenie różnych woni w tym obszarze co oznaczało, że na miejscu zebrała się spora część watahy. Pojawienie się alfy wywołało oczywiście niemałe poruszenie. Głowy zebranych odwróciły się w jego stronę, a część z nich zaczęła rozstępować się na boki, umożliwiając mu dojście do jaskini. Dopiero po chwili ujrzał leżąca pośrodku samicę o białej sierści z drobnymi szarymi elementami, zupełnie jakby ktoś przypadkowo otrzepał pędzel z farbą nad jej futrem. Koło samicy siedział masywny szary basior, w przeciwieństwie do niej o długim, popielatym włosiu. Wypinał dumnie swoją pierś, mierząc zebranych pełnym przychodzącego z wiekiem doświadczenia i mądrości wzrokiem. Cordian mógł jednak dostrzec drobne iskierki radości i podekscytowania w jego oczach.
    Po lewej stronie Jenny stała Irvin. Ze swoją szaro-białą sierścią wyglądała zupełnie jak połączenie tych dwóch wilków. Swój pysk wciskała pomiędzy łapy samicy, trącając nosem małe szczenięta, wyraźnie zaskoczone nagłym pojawieniem się tak wielu nowych zapachów.
„Z pewnością jest zachwycona ze swojego nowego rodzeństwa” alfa usłyszał w swojej głowie głos Garreta.
„Owszem. Przygotuj się do tego, że już niedługo będzie narzekała.” odpowiedział samiec, uśmiechając się w myślach. Jego przyjaciółka dopiero po chwili zauważyła poruszenie w tłumie i uniosła wzroku w górę, żeby napotkać spojrzenie żółtych oczu basiora. Nie było to jednak radosne powitanie.
„Irvin… nie jestem geniuszem. I wiem, że moje decyzje nie muszą zawsze być słuszne. Ale nie mogę tu stać… nie mogę stać pośrodku wszystkich tutaj zgromadzonych jak i pozostałych bez ciebie u mojego boku. Irvin. Proszę.” wysłał on komunikat myślowy, jednocześnie błagając, żeby jego przyjaciółka nie odcięła swoich myśli i odebrała jego słowa. Kiedy uniosła głowę, wiedział, że tak. Wstrzymał oddech, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Czuł się jakby w tej chwili byli oni jedynymi wilkami na polanie. Jakby to właśnie jej reakcja w wypowiedziane przed chwilą słowa miałaby najważniejszym elementem tego dnia.
    Samica zrobiła kilka kroków do przodu, powoli zbliżając się do Cordiana. Kiedy znalazła się na tyle blisko, że mógł on wczuć jej ciepły oddech, schyliła się i polizała go po pyskiem.
„Mój drogi, wiedz, że nigdy nie uważałam cię za alfę za powodu na twoje pochodzenie czy jakiekolwiek inne bzdury. Szanowałam twe słowa, ponieważ je popierałam, ponieważ widziałam, że czynisz dobrze. Każdemu zdarza się popełnić jakieś głupstwo. Pamiętaj jednak, że wszystko ma swoje granice. W szczególności zaufanie” powiedziała, a samiec odetchnął z ulgą słysząc jej słowa. Gdyby nie to, że znajdowali się w otoczeniu tak wielu wilków, najpewniej przyciągnąłby ją do siebie i przepraszał w nieskończoność za wszystkie jego błędy, jednocześnie trzymając samicę w mocnym uścisku. Jednak otaczający ich tłum oczekiwał od nich czegoś innego. Cordian zaledwie jednym skinieniem głowy przekazał swojej przyjaciółce jak bardzo wdzięczny jest za jej przebaczenie. Jeszcze na krótką chwilę odwrócił się do stojącego za nim brązowego basiora i mógłby przysiąść, że samiec uśmiechał się szeroko. Następnie wraz z waderą u swojego boku wystąpił z tłumu aby dołączyć do siedzącej pod wejściem do jaskini pary wilków.
    Kolejnym skinieniem głowy powitał sędziwego wilczura, po czym pochylił się żeby polizać biała samicę za uchem. Spojrzała ona w jego oczy pełnym ciepła spojrzeniem.
„Nie martw się. On jest z ciebie dumny. Jestem tego pewna.” odezwała się delikatnym, kobiecym głosem. To był głos, który zawsze kojarzył się z matczyną miłością i bezpieczeństwem. Cordian nie pamiętał już głosu jego rodzicielki, jednak lubił sobie wyobrażać, że jest on taki sam jak głos Jenny. Melodyjny, w sam raz do śpiewania kołysanek i opowiadania długich bajek przed snem.
    Następnie przeniósł wzrok na leżące między łapami samic dwie małe kuleczki. Gwiazdeczki tego dnia, młode wilczki które niedługo będą przemierzały las w poszukiwaniu zwierzyny u boku pozostałych członków watahy. Może nawet dokonają czegoś wielkiego? Może zajmą wysoką pozycję w watasze? Kto wie.
    Basior polizał puchate główki swoim wielkim i szorstkim językiem. Jeszcze raz spojrzał na waderę i kiedy otrzymał od niej nieme pozwolenie, delikatnie chwycił zębami szczenięta za skórę na karku i podniósł do góry. Obrócił się i wystąpił do przodu, prezentując je zgromadzonym. W jednej chwili zewsząd dało się słyszeć głośne warkoty, pomruki aprobaty, czy nawet pojedyncze wycia. Wtedy samiec zrozumiał jak wielką dumę musiał czuć ojciec młodych. Poczuł jak radość zalewa jego serce i gdyby nie trzymane przez niego szczenięta sam zacząłby wyć, prawdopodobnie najgłośniej ze wszystkich.
    Kilka stojących naprzeciwko niego wilków rozstąpiło się na boki, przepuszczając człowieka do środka kręgu. Był on dobrze zbudowany oraz miał bujną, ciemnobrązową brodę, a jednej ręce trzymał naczynie wypełnione niebieską farbą. Cordian wyciągnął szyję w jego stronę, pozwalając, żeby ten przyklęknął między jego łapami. Garret zamoczył dłoń w kolorowym płynie, drugą przytrzymując jedno ze szczeniąt. Pynnymi ruchami nakreślił kilka przecinających się ze sobą linii i okręgów, układających się w skomplikowane znaki na ciemnym futrze małego wilczka. W międzyczasie inny wilk podszedł do nich, trzymając w pysku kilka niedużych piór pochodzących od różnych ptaków oraz sznureczki z nawleczonymi koralikami. Mężczyzna odebrał od niego przedmioty i sprawnie przymocował kilka z nich do futerka szczeniaka. Kiedy skończył, postawił go  na trawie, tak żeby każdy ze zgromadzonych mógł dokładnie mu się przyjrzeć. Gdy to zrobił wrócił do Cordiana i powtórzył czynności z drugim młodym, które po chwili znalazło się koło swojego brata.
    Basior spojrzał na leżące w trawie, ozdobione kolorowymi paskami ciałka. Choć nad imionami myślał już podczas śniadania, wszystkie wcześniejsze propozycje nagle wydały mu się błahe i nieodpowiednie. W tej jednej, krótkiej chwili samiec zrozumiał, że nie istnieją słowa w jakich  da się zamknąć cud, jakim jest życie. Nie ważne czy jest to życie zwierzęcia, wilka… czy człowieka. Każde z nich jest cudem. Każde z nich jest niesamowite. I dlatego też każde z nich powinno być… równe.
    Cordian stanął ponad szczeniętami, upewniając się, że kanał komunikacyjny jest otwarty i każdy wilk może go usłyszeć.
„Moi mali bracia, oto nadszedł wielki dzień! Witam was dzisiaj jako członków tej licznej rodziny, która przyrzeka, że będzie was broniła i dbała o wasze dobro. Bracia, siostry, zawyjcie na ich cześć! Powstańcie i pokażcie nam swoją siłę! Powstańcie, Noah i Sophia!”
    Nagle wszystkie wilki uniosły pyski do nieba zanosząc do słońca swoją pieśń wielu serc i głosów. Basior o złotej sierści oddychał głęboko, jednocześnie jak szybkie uderzenie jego serca wypełniają mu głowę. Odgonił chęć obejrzenia się za siebie i ujrzenia reakcji rodziców szczeniąt. Nie musiał. Nawet z tak wielkiej odległości mógł wyczuć jak bardzo są szczęśliwi. W zaledwie jednej krótkiej chwili jego myśli oszalały, pozwalając aby to właśnie serce zapanowało nad jego działaniami. Nabrał w najwięcej jak tylko mógł powietrza i dołączył się do zbiorowiska wilczych głosów, przelewając w tą pieśń wszystkie swoje emocje. Obawa, niepewność, bezradność, frustracja, duma, radość, radość, radość.
    Radość.

                                                                             ***

    Kiedy oficjalne uroczystości w końcu dobiegły końca, wszyscy zebrani postanowili wybrać się na wspólny spacer po lesie. Cordian biegł na końcu, przyglądając się morzu futra przedzierającym się przez gęstwinę. Wszystkie wilki wydawały z siebie pełne zadowolenia odgłosy.  Samice ocierały się bokami o swoich partnerów, szczenięta tarzały się w liściach paproci, a omegi przemykały w tłumie, co jakiś czas poszczypując przypadkowego wilka. To była właśnie szczęśliwa rodzina, o której zawsze marzył Cordian. Rodzina, która nie musiała się martwić żadnym niebezpieczeństwem. Która sama świetnie sobie radziła i nie potrzebowała ludzi.
    Nagle zza jego pleców dobiegł cichy odgłos łamania gałęzi. Mogło to być jedno ze zwierząt leśnych. Jeleń, ryś, mysz lub nawet ptak. To co zobaczył sprawiło jednak, że na ułamek sekundy zamarł w miejscu. Spomiędzy krzaków wpatrywała się w niego młoda dziewczyna o jasnych, długich włosach. Basior zatrzymał się. W jego głowie pojawiła się jedna myśl, powtarzająca się, niczym komunikat z ostrzeżeniem. „Ona widzi. Ona człowiek. Zaatakuj.” Cordian wpatrywał się w nią przez chwilę. Ich spojrzenia spotkały się ze sobą. Wtedy poczuł on jak coś w nim pęka. Odwrócił się i pognał za resztą watahy, znikając w leśnym gąszczu, plątaninie gałęzi krzewów i paproci.