Uwaga!

środa, 30 stycznia 2019

Od Lou

Dziewczyna czuła jak jej serce bije w zawrotny, nierówny sposób i podchodzi jej do gardła. Czy.. Czy to właśnie...? Nie. Niemożliwe. Jednak te ogromne kupy futer nadal tam były. Oddalały się od niej, a bliższe spotkanie z ostatnim z nich pozbawiło ją na chwilę oddechu. Chwilę zajęło jej ogarnięcie co właśnie zobaczyła. Żeby upewnić się, że nie zwariowała, sięgnęła szybko po komórkę, wyciszyła dźwięk i zrobiła zdjęcie oddalających się sylwetek watahy. Tak na przyszłość, kiedy już zmierzy temperaturę. Kiedy upewniła się, że bestie są już dość daleko, ruszyła pędem w przeciwną stronę. 
— Duchu! — krzyknęła, gdy wyszła na prostą drogę. Nie musiała długo czekać, bo już kilka chwil później z zarośli wybiegł łaciaty koń. — Widziałam...To te zwierzęta cię tak płoszą? Musimy się stąd zabierać. Pomożesz? — zapytała żałośnie obracając się za siebie akurat w tym momencie, kiedy do ich uszu dobiegło wycie. Takie samo, jakie obudziło ją pierwszej nocy spędzonej w Alpine. Nie zastanawiając się długo, przytrzymała grzywę ogiera i wskoczyła na jego grzbiet bezgłośnie nakłaniając zwierzę do galopu w stronę miasta. 
Mimo, że koń już od jakiegoś czasu żył dziko, nie mogła ryzykować. Zagrożenie było realne, wataha wilków, każdy wielkości dorosłego konia sportowego liczyła wielu członków, przy których liczeniu, pod wpływem adrenaliny, Lou zgubiła się jakieś trzy razy. Blondynka nakłoniła rumaka do wejścia na padok przy jej ogrodzie, po czym zamknęła bramę. Piorunem wbiegła do domu i drżącymi rękoma wybrała numery.
— Słuchajcie... Nie wiem sama od czego zacząć... Muszę chyba zrezygnować. Pojadę gdzieś indziej... Ameryka Północna długa i szeroka... znajdę coś innego... — wypaliła do piątki znajomych wymachując rękoma przed ekranem w dość chaotyczny sposób.
— Czekaj, co ty opowiadasz?! Dlaczego? — zmarszczyła brwi brunetka, której co chwilę w kadr właziła ciekawska żyrafa. 
— Patrzcie na nią, przecież jest roztrzęsiona... Co się dzieje? — odezwał się młody blondyn ze słomkowym kapeluszem w kształcie stożka na głowie odkładający gdzieś Maotai.
— Rozwiązałaś zagadkę rodziców? Powiedz, że tak! — zaaferowana rudowłosa idąca środkiem Paryża przystanęła na chwilę, żeby skupić się na tym, co miała im do powiedzenia blondynka. 
— Nie.. Nie wiem. Byłam w lesie i wtedy... Tam była wataha wilków. Ogromna.. Te wilki... — zdawało się, że Lou na chwilę obecną zapomniała jak poprawnie układać zdania. 
— Patrzcie ludzie! Zwariowała! Naszą Lou kopnął dziki koń! — ruda wybuchnęła śmiechem prosto w aparat, za co zganił ją szatyn z Australii. 
— Daj jej dokończyć, Vanessa... 
— To nie były normalne wilki. Mam zdjęcie... Już wam wysyłam. — gdy na ekranach jej rozmówców pojawił się obraz, wszyscy zamilkli. 
— ...O kurwa. — zaklął jeden z chłopaków wpatrując się w telefon.
— Jesteś pewna, że to nie są po prostu wyjątkowo duże niedźwiedzie? — brunetka próbowała jakoś złagodzić sytuację, czym tylko wywołała ciche parsknięcie. 
— Przecież widać, że to wilki! Tylko jakieś napromieniowane. Lepiej stamtąd uciekaj, zanim wyrośnie ci trzecia ręka! — krzyknęła dziewczyna nazwana Vanessą orientując się, że przez to co powiedziała, idący obok niej starszy pan spojrzał na nią, jak na wariatkę. 
— Lou? Myślisz, że są niebezpieczne? 
— Nie wiem, Nie sądzę. Ostatni mnie zauważył. Wymieniliśmy się spojrzeniami i.. odszedł. Czuję, że to ma mocny związek ze zniknięciem moich rodziców... — westchnęła chowając twarz w dłoniach. 
— Obstawiasz właściwie co takiego? Że wilki ich zjadły? — blondyn uniósł brew swoim tonem głosu zdradzając stan upojenia alkoholowego. 
— Teraz mogę obstawiać wszystko. Z jednej strony, chcę wyjechać, ale z drugiej... — zamilkła patrząc gdzieś w kuchenny blat. 
— Ale z drugiej strony, być może nigdy nie byłaś bliżej rodziców. — gdy brunet siedzący w brazylijskim barze nostalgicznie szepnął te kilka słów, każdy na znak, że się z nim zgadza, uśmiechnął się delikatnie. 
— A jeśli odkryjesz tajemnicę tych wilków, twoja część książki będzie najlepsza! — zawtórowała wesoło dziewczyna z Paryża, której również każdy przytaknął. 
— Macie rację. Muszę tu chyba zostać.. Chociaż, jeśli zaginę, będziecie wiedzieć co napisać nad moją trumną bez ciała w środku: "Zeżarły ją wilki wielkości ciężarówki".— na twarzy blondynki pojawił się dziecinny grymas.
— Na twoim pogrzebie powiem, że lubiłaś czekoladę. Muszę kończyć. Wchodzę do takiego świetnego drogiego butiku, a jak usłyszą o czym gadam, wezwą security. Bye! —  przed rozłączeniem, Vanessa wykonała przed ekranem jeszcze krótki 'taniec wariatki' po czym okienko z jej twarzą zniknęło z telefonów pozostałych osób. Gdy tylko to się stało, twarz brunetki zasłonił pysk żółto-brązowego zwierzęcia próbującego zjeść jej narzędzie komunikacji prawdopodobnie z powodzeniem, bo połączenie z nią zostało zerwane. 
— Dzięki wam wszystkim. Cześć. — Louisa zdobyła się tylko na słaby uśmiech po czym odłożyła telefon. Gdy jej wzrok spotkał stojącą w rogu korytarza walizkę, jej jedynym pragnieniem było spakowanie jej i powrót do domu. Do babci i Lancelota, którzy zapewne już zdążyli zapomnieć, jak Lou w ogóle wygląda. 
Na krótko przed tym, gdy rozległo się pukanie do drzwi, a torby Lou leżały już rozrzucone po salonie, do dziewczyny dotarło, że przecież nie może uciekać jak zwykły tchórz. Przyjechała tu w pewnym celu. Nie może odnieść porażki. Nie jest przecież słaba. Musi zostać i dokończyć dzieła nawet, jeśli oznaczałoby to jeszcze dziewięć długich miesięcy w tym miejscu ze świadomością, że w lasach żyje to, co zobaczyła na własne oczy oraz ze świadomością, że w swoim dzienniku nie napisze o tych stworzeniach ani słowa. 
— Proszę! —krzyknęła siedząc wśród otwartych walizek, pośrodku wielkiego chaosu, który ledwo ogarniała wzrokiem. Była pewna, że gościem, który zapukał do jej drzwi był nie kto inny, jak Will, który właśnie w taki sposób miał dowiedzieć się, że chciała wyjechać, ale jednak się rozmyśliła. Wypita pół godziny temu melisa nie pomogła jednak, gdy w drzwiach salonowych zobaczyła twarz fotografa. Jej serce momentalnie zabiło szybciej, a wszystko ułożyło się we wspólną całość. On znał te wilki. Mało tego, to właśnie tego stworzenia w pobliżu jego domu musiał przestraszyć się Duch. To właśnie tego stworzenia futro zostało na płocie, przez jaki wyganiał ją z własnego podwórza. Pierwszą myślą, jaka przebiegła jej przez głowę, gdy Cordian się odezwał było: "Jeśli biega z tymi wilkami po lesie z gołą klatą, będzie na prawdę dziwnie."
— Pakujesz się? — zapytał opierając się o framugę. 
— Planowałam. Tak jakoś.. Co tu robisz? — zapytała z pełną powagą w głosie, profesjonalnie odrzucając wszystkie swoje dotychczasowe przemyślenia na bok. Ot, zwykła rozmowa z sąsiadem.
— Właściwie.. Przyszedłem przeprosić. Zachowałem się jak totalny palant odsyłając cię wtedy do domu... W każdym razie, mam nadzieję, że mi wybaczysz, jeśli dam ci to... — mruknął podchodząc ostrożnie i na odległość podając siedzącej w otoczeniu ubrań dziewczynie białą kopertę. Zdawało się, że blondynka przez ułamek sekundy się zawahała, jednak delikatnie odebrała pakunek i otworzyła przeglądając zawartość. 
— Zrobiłem je specjalnie dla ciebie. Trochę fauny i flory. Zdjęcia ulic też się znajdą. — Alpha zdawał się nie wiedzieć co takiego widziała w lesie dziewczyna, czym trochę zmylił jej trop, jednak Louisa nie była niczego pewna. Mógł być po prostu dobrym aktorem. Zupełnie jak ona.
Spojrzała na niego spod zdjęć i poklepała miejsce obok siebie. Przechodzenie przez klamoty w wykonaniu Cordiana wyglądało podobnie jak manewrowanie między wiązkami laserów, jednak kilka zwinnych ruchów wystarczyło, żeby mężczyzna już siedział po turecku obok niej. 
— Ładne. Najbardziej podoba mi się ta wiewiórka... Zrobiłeś zdjęcie Duchowi! — zaśmiała się zaskoczona oglądając jego dokładne szczegóły. — Jak? — odwróciła się patrząc w jego oczy. Były inne, sympatyczniejsze. Nie tak zimne jak do tej pory. 
— Po chwili, gdy mnie zauważył - zwiał. — fotograf wzruszył ramionami sięgając po kolejne zdjęcie. — To chyba moje ulubione.
— Efekt Tyndalla. — skwitowała blondynka patrząc na krajobraz. — Te słońce.. Wspaniałe. Dziękuję ci. 
— Wieeęc... Dostanę odpust? — zapytał z miną zbitego szczeniaka, na co Lou zareagowała jak zwykła. Nigdy nie potrafiła długo chować urazy.
— Wybaczone. — przytaknęła i ogarniając wzrokiem bałagan wokół niej głośno wypuściła z płuc powietrze. — Co ja z tym teraz zrobię? 
— Dlaczego się pakujesz?— sąsiad ponowił pytanie zauważając wśród bibelotów plecak z wypadającymi ze środka indiańskimi przedmiotami. —  Wyjeżdżasz? 
— Sama nie wiem. Można powiedzieć, że.. nie ułożyło mi się tutaj tak, jakbym chciała. — parsknęła opierając głowę o rękę i pozwalając, by pojedyncze kosmyki jasnych długich włosów osunęły się na jej twarz. Postanowiła nie mówić nikomu o prawdziwym powodzie chęci wyjazdu. Jedynymi osobami, jakim mogła zaufać, była piątka jej największych przyjaciół wałęsająca się teraz po wszystkich kontynentach, którym mogła powiedzieć wszystko i miała pewność, że nic nie wypłynie poza ich szóstkę. Wiedzieli o sobie zbyt wiele, żeby sobie nie ufać. — Jeszcze jakieś piętnaście minut temu zamierzałam rzucić wszystko i wracać do domu, a potem znaleźć coś innego. Może Meksyk? Jednak wybór Alpine nie był przypadkowy. Mam tu pewną rodzinną sprawę, którą muszę załatwić. Jestem baardzo zdeterminowana. — wyznała Carter gapiąc się na otwarty plecak.
— Jesteś Indianką. Dlatego masz taki dobry kontakt z tym koniem.— powiedział długowłosy mężczyzna, a jego poważny ton głosu wywołał u dziewczyny nagłe parsknięcie. 
— Mogę nie wiedzieć wielu rzeczy, ale jestem pewna, że nie jestem Indianką. — podsumowała unosząc w górę brwi kiedy zdała sobie sprawę z tego, że fotograf jest naprawdę dobrym rozmówcą do pogadania o czymkolwiek. Oprócz tajemnic lasu, których wolała nie poruszać.