Uwaga!

poniedziałek, 30 września 2019

Od Lou

Dziewczyna spojrzała na fotografa podejrzliwie, marszcząc brwi. Cisza, która przed chwilą nastąpiła wydała jej się nieco zbyt podejrzana. Sprzedawca zamilkł i to z pewnością dzięki Cordianowi i jakiejś niewerbalnej wiadomości przekazanej przez niego zza jej pleców. 
— Znaczy... Nic w nim nadzwyczajnego. Wszyscy takie nosili. Był bardzo popularny jakieś 30 lat temu. Produkowany wręcz hurtowo.. — zamilkł i wysłał blondynce słaby uśmiech. 
— Nie, nie był. — nie kupowała tej bajeczki. Przed chwilą na widok tego wisiorka mogłaby przysiąc, że oczach mężczyzny powiły się iskierki. Wlepiła swój przenikliwy wzrok w jego źrenice i przechyliła lekko głowę do czasu kiedy dotychczas nieugięty czarnowłosy spec od kultury zachodniej rozluźnił barki w geście poddania. 
— Masz rację.. Nie był. Tak się składa, że ten amulet nie jest mi obcy. — Lou też znała go na pamięć. Należał do niej.. Od zawsze. Odkąd tylko pamięta, nigdy się z nim nie rozstawała. Był to mały łapacz snów w kolorze bieli, czerni, brązu oraz błękitu. Czarny rzemyk był na tyle mocny, że mimo wieku nie stracił na swoich właściwościach. Brązowe nici w białym kółku układały się na wzór gwiazdy siedmioramiennej z gdzieniegdzie nanizanymi koralikami. Zaraz pod kółkiem wisiały trzy pióra. Dwa białe, z czego jedno z nich przycięte oraz środkowe - czarne z białym paskiem. Potrafiła narysować go z dokładnością co do koralika. 
— Ten akurat egzemplarz należał... należał do Lucy. Poznaję po kolorach i przyciętym jednym piórze. Poza tym, jeśli poświecić na niego ultrafioletem... — Jack wyciągnął z kieszeni malutką latarkę wielkości kciuka i wcisnął jeden z trzech srebrnych przycisków. Fioletowe światło padło na wisiorek i ujawniło niewidoczny w zwykłym świetle napis znajdujący się na kółku. L u c y.
— Gdzie go znalazłaś? — obracał w palcach obiekt rozmowy jednocześnie nawijając wiszący jak dotąd rzemyk na jedną z dłoni. Delikatnie. Jakby bał się, że jest to tylko wytwór jego wyobraźni i w każdej chwili może zniknąć tak szybko jak się pojawił. 
A serce Lou zaczęło walić jak szalone, Od kiedy tu przyjechała, nie trafiła na chociażby najmniejszy ślad swoich rodziców. Teraz spotkała kogoś, kto prawdopodobnie ich znał. Kto mógł naprowadzić ją na właściwy trop, albo odpowiedzieć na wszystkie pytania. Albo chociaż część. Na pewno wiedział coś, czego Carter nie wiedziała i to sprawiało, że walczyła z drżeniem, gdy jej emocje nie potrafiły już dłużej skrywać się w środku drobnego ciała. (Gdzieś z tyłu głowy, przez ułamek sekundy mimo powagi sytuacji, przebiegło jej przez myśl, że może utożsamiać się teraz z bardzo denerwującą chihuahuą.) Ale obok niej stał drugi człowiek, który w jakiś sposób go blokował. Który miał też swoje tajemnice i nie chciał ich ujawnić. I to sprawiało, że w środku blond włosa wręcz się gotowała i na przemian dusiła w spazmach niewidocznego na zewnątrz płaczu. Nie chciała znać tej tajemnicy. Zwłaszcza, jeśli dotyczyła tego, co kryje się w lesie. 
— Nie znalazłam go. — zaprzeczyła, a jej nieobecny wzrok nie pozostał niezauważony. 
— Więc ukradłaś? — sprzedawca przymrużył oczy, a na jego twarzy pojawił się niezrozumiały grymas. Chciała zaprzeczyć, ale te jedno słowo z jego ust zbiło ją z tropu. Przecież w życiu niczego nie ukradła..
— Dostała. na ratunek przybył jej Cordian. On sam zdawał się nie wiedzieć co robić, ale nie śmiał pozostawić jej z tym wszystkim samej. Za to była mu wdzięczna, kiedy jednak położył dłoń na jej ramieniu, spięła się nieco. Najgorsze uczucie na świecie. 
— Czegoś tu chyba nie rozumiem... Od kogo? — jego pytanie było ciche, ale przepełnione czymś, czego Louisa nie potrafiła nazwać, a co sprawiało jakby jej serce przestawało bić z każdym jego słowem. Pretensje, jednak nie agresywne. — To łapacz snów Loucy. Kto ci go dał? — Zauważył, że z tym tonem, daleko nie zajdzie, bo dziewczyna nie wypowie ani słowa, więc spięcie po chwili minęło. Ustąpiło miejsca czystej ciekawości. 
— Ona. — Carter odpowiedziała niemalże szeptem zachowując przy tym spokój. W pomieszczeniu nastała kolejna cisza, którą przerwało nieoczekiwanie skrzypnięcie drzwi. Cała trójka odwróciła się w stronę, z której dochodził dźwięk w momencie, kiedy zza drzwi wyjrzała starsza kobieta. Mimo sędziwego wieku i pomarszczonej skóry jej długie włosy splecione w dwa warkocze nadal były kruczoczarne. Garbiła się już nieco, dłonie drżały trzymając kurczowo drewnianą laskę z wyrzeźbioną głową niedźwiedzia. A oczy.. W jednym, czarnym jak smoła nadal dało się zauważyć tę młodzieńczą iskrę, podczas, gdy drugie było całkowicie zakryte mgłą. Raczej nie z powodu podeszłego wieku, gdyż po powiece jak i pod nią przebiegała pionowa kreska. Nie była zmarszczką, Raczej blizną po bliskim spotkaniu z pazurem. Lou nie zdziwiłaby się, gdyby był to wilczy pazur. 
Uwagę kobiety przykuła jasnowłosa. Wlepiła w nią swój wzrok przez co Lou poczuła się trochę nieswojo. Starała się tego nie okazywać, ale teraz już nie było to takie proste. Chyba była już zmęczona, ale pomyślała, że ta dwójka nowo poznanych ludzi musi być ze sobą spokrewniona, bo zdecydowanie zbyt wiele ich łączy. 
— Witaj Cordianie. — jej głos był melodyjny i dziwnie znajomy, choć nie było opcji, żeby kobiety mogły się wcześniej widzieć. Louisa nigdy wcześniej nie była w Alpine i okolicach. 
Fotograf skinął głową wskazując na swoją towarzyszkę. 
— Otetiani, poznaj proszę moją znajomą. Louisa Carter przyjechała do Alpine w ramach projektu międzynarodowego, ale też ze względów osobistych. Louiso, to Otetiani. Matka Jacka. Szamanka. 
— Dziękuję za opiekę nad moim koniem, Lucy. Nie mógł wygrać lepszej osoby. — kobieta skinęła głową obserwując jak brwi jasnowłosej automatycznie wędrują w górę. 
— Chwila.. — skupiła się na pierwszym zdaniu wypowiedzianym przez szamankę. — Jestem Lou. Nie Lucy. — nawet nie wypowiedziała tego na głos. Nie miała w zwyczaju poprawiać osób starszych. Zresztą to nie był pierwszy raz, gdy ktoś nazwał ją imieniem swojej matki. Poza tym, była do niej bardzo podobna i ktoś, kto dawno nie widział Lucy, zawsze myślał, że ona, a nie Lou. — Duch to twój koń? — spojrzała w stronę Goldteary, a on wymownie uniósł ramiona jakby w geście "Serio nie wiedziałem, nie bij".
— Ładnie go nazwałaś. — na twarzy Otetiani pojawił się sentymentalny uśmiech. — Kitchi to wspaniały koń. 
— Więc tak ma na imię.. — blondynka wypowiedziała to zdanie na jednym wdechu dzieląc przy tym jej uśmiech. Tak, że aż zapach drewna unoszący się w pomieszczeniu wszedł za mocno. 
— Nie. Nowa dziewczyna, to nowe imię. Z resztą myślę, że Duch bardziej do niego pasuje. Z nim zawsze będziesz bezpieczna i mam nadzieję, że on z tobą również.
— Dopóki tu jestem, będę z nim. Obiecuję. — blond włosa przytaknęła wypuszczając z płuc powietrze.
— Dopóki? Czyżbyś planowała nas opuścić? — kobieta usiadła powoli w bujanym fotelu i chwyciła za niedokończony łapacz snów oraz igłę, a na jej twarzy pojawiła się nieco zawiedziona mina. Nieco, bo wydawało się, że nie brała tych słów na poważnie, jakby w ogóle nie brała pod uwagę takiej możliwości. 
— Przyjechałam na rok. Po tym czasie wrócę do domu. — na ostatnie zdanie, Otetiani zatrzymała fotel i pracę nad talizmanem po czym uniosła wzrok. 
— Tu jest twój dom. Tak jak i dom twoich rodziców. W twoich żyłach płyną wody Alpine. — wymruczała po czym na powrót wróciła do pracy. 
— Ale ja nigdy wcześniej tu nie byłam.. — zająknęła się szukając ratunku u swego długowłosego przyjaciela, ale jego wyraz twarzy był równie niemożliwy do odczytania jak całej czwórki znajdującej się w małym sklepiku z antykami. — I w ogóle skąd Pani to wszystko wie? 
— Jestem stara, Lucy. A starzy ludzie wrastają korzeniami w swoją ziemię i łączą się z drzewami. — Niby miało to swój sens, którego dziewczyna nawet nie zamierzała podważać, chociaż gdzieś, znowu w tyle głowy, czyli w tej całkowicie niepoważnej części jej mózgu, wydawało jej się to niedorzeczne. Chociaż już nic nie mogło jej zdziwić. Zwłaszcza, jeśli Indianka była szamanką. To wszystko rządziło się własnymi prawami. — Poza tym nie ma znaczenia czy byłaś tu wcześniej. Jesteś tu teraz i tylko to się liczy. Już nie wspomnę, że potrzebujesz Ducha, a on potrzebuje ciebie. 
— Duch.. — młoda Carter zboczyła z niewygodnego tematu nie wiedząc jeszcze, że pakuje się w kolejny. — To najwspanialszy koń, jakiego w życiu poznałam.Taki.. inteligentny i dzielny. 
— Ne bez powodu Lucy nadała mu imię Odważny. — starsza pani nie odrywała wzroku od pracy na swoich kolanach, która szła jej niesamowicie szybko. Miała wprawę. 
— Przecież... On wygląda na jakieś siedem lat.. Jeśli nie mniej. — zmarszczyła brwi. Czy to znaczy, że w przeciągu ostatnich siedmiu lat jej mama tutaj była?
— To nie jest jego pierwsze wcielenie, Lucy. Miał ich wiele. — i nagle przeszła jej przez głowę nowa myśl. Wcielenia? Kolejna nowość. Może nie bez powodu, Otetiani nazywa ją przez ten cały czas imieniem jej matki.. 
— Pani.. — zaczęła niepewnie. — Chyba nie myśli, że ja jestem kolejnym wcieleniem Lucy? — ukucnęła przy niej łapiąc wzrok fotografa i Jacka. Na ich twarzach było już widać te nagłe oświecenie.
— Nie sądzę, żeby tak było, chociaż jesteś czystym odbiciem swojej matki, Louiso.
Swojej matki. Jasnowłosa już widziała oczyma wyobraźni, jak pozostałej dwójce w pomieszczeniu otwierają się szeroko oczy ze zdziwienia. Nie musiała sobie tego wyobrażać, bo otrzymała taki widok chwilę potem, gdy tylko spojrzała w ich stronę. 
Oni wszyscy znali jej rodziców. Bardziej, niż ona sama.