Lou uniosła brwi w geście zdziwienia. Co to było? Ma zacząć mu oddawać, czy dać w twarz? Zupełnie przeoczyła moment w którym jej ręce powędrowały w górę i opierając się o jego barki splotły za jego szyją, jednocześnie jej nie dotykając. Cordian przerwał odsuwając głowę, po czym spróbował wybadać jej reakcję wzrokiem, co dziewczyna uznała za kompletnie urocze. Ten sam chłopak, który stanowczo zabronił jej śledztwa na własną rękę, wyglądał jakby w tej chwili czekał na pozwolenie. Była dużo niższa, więc odruchowo stanęła na palcach. Oddała delikatnie, co długowłosy mężczyzna od razu podłapał.
Czuła na sobie spojrzenia tych wszystkich jego przyjaciół. Do jej uszu dobiegł cichy, stłumiony pisk, który z całą pewnością należał do Irvin. Wiedziała, że będzie tego żałować, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że coś ją do niego ciągnęło. Coś z czym absolutnie chciała walczyć za każdą cenę, a co było od niej zdecydowanie silniejsze. Jej ciało przeszył dziwny skurcz, gdy o jego rękach na jej talii przypomniał jej ich nieco mocniejszy, pewny uścisk. Nie, Lou. Nie rób tego. Jak ty mu potem spojrzysz w oczy? To tylko znajomy. To tak jakbyś całowała się z Calebem, albo Leonem. Nie do pomyślenia! ... Daniel się nie liczy, byliście pijani.
Ale mimo wszystko nie przestawała. W tej chwili zapomniała nawet o swoich podejrzeniach względem jego osoby. Ta cała wyimaginowana otoczka złego człowieka stojącego za śmiercią jej rodziców zniknęła, dosłownie rozprysła się jak mydlana bańka. Byli tylko oni, lekki mróz i zapach brownie unoszący się w powietrzu.
Wbrew pozorom, pocałunek wcale nie był długi. Trwał zaledwie parę sekund. Carter otworzyła oczy i zeszła na ziemię. Dosłownie, bo stanie na palcach nie jest jakąś super wygodną czynnością. Przez chwilę patrzyła w dół, ale podniosła wzrok. Był tam. Oczywiście, że był, do cholery, Lou! Przecież nie zniknął. Posłał jej uśmiech. Nie służbowy. Ciepły i szczery co mogła stwierdzić po lekko zmrużonych oczach.
— WOOHOOOO!!! — ciszę przerwała Irv drąca się w wniebogłosy. Inni szybko jej zawtórowali, przez co cała scena wyglądała komicznie. Mimo ogólnych wrzasków, braw i wiwatów ze strony przyjaciół fotografa, ten nie oderwał wzroku od Lou. Parsknęli tylko śmiechem, po czym zamknął ją w uścisku.
— Ty to naprawdę czasem nie myślisz. — stwierdziła twardo kobieta stojąca koło niego. — Po prostu nie sądziłem, że będziecie chcieli… — próbował się tłumaczyć choć dobrze wiedział, iż w kłótni z wilczycą nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. — A nie sądziłeś, że ona nie będzie chciała siedzieć sama w święta? — prychnęła, opierając dłonie na biodrach. — A co jeśli Henderson chciałby ją zaprosić? W końcu wiesz, ten dom należy do niego i kontaktują się ze sobą… — No to masz jeszcze większą motywację, żeby zrobić to jak najszybciej. — Irvin rzuciła mu telefon na kolana. — Jesteś tego pewna? W końcu, wiesz, nie będziecie mogli się… przemieniać? — zapytał, niepewnie podnosząc urządzenie. — Przeżyjemy. Poza tym pierwszego dnia spotykamy się całą watahą, prawda? Wtedy się wybiegam. No, już, już. Dzwoń. Cordian westchnął przeciągle i wyszukał numer dziewczyny zapisany w kontaktach. Przyłożył aparat do ucha i wygodnie ułożył na oparciu kanapy. Drobna postać wciąż stała nad jego głową, prawdopodobnie pilnując czy aby nie powie niczego głupiego. Z drugiej strony wciąż nie było odpowiedzi. Dopiero po trzech sygnałach, kiedy już chciał odsunąć komórkę od ucha, usłyszał dobiegający z niej delikatny kobiecy głos. — Dzień Dobry, Cordian. — Cześć, cześć, nie przeszkadzam? — Nie, spokojnie. Porządkuję tylko notatki do projektu i takie tam. — Jasne. Jak się trzymasz? Wypoczęłaś? Po nagraniu… — Na moje oko to ty bardziej potrzebowałeś odpoczynku. Jak dotąd nie spotkałam się z kimś kto po kilku dniach przebywania wśród dużej grupy ludzi dostaje czegoś co można porównać do ataku astmy. — powiedziała, jej żartobliwy i delikatny głos był przesiąknięty sarkazmem. — Może powinnam to dodać do mojego projektu? Nowa choroba, na którą cierpią jednostki samotnie mieszkające w środku lasu. Co o tym sądzisz? — Przezabawne, Lou. — mruknął, jego usta ściągnęły się w prostą kreskę. — Okej, przegięłam, masz rację. Przepraszam. Zmieniając temat, wątpię, że zadzwoniłeś do mnie tylko po to, aby sprawdzić czy się wysypiam. — Jak zwykle, w samo sedno. Słuchaj… masz już jakieś plany na jutrzejszy wieczór? — zapytał, sam nie wiedząc dlaczego to pytanie sprawiło mu tyle trudności. — Jutrzejszy wieczór? Nie, a czemu? Czy dzieje się coś specjalnego? — jej głos był zupełnie poważny. — No… chyba. To znaczy… o ile nie jesteś muzułmanką, buddystką, czy kimś tam jeszcze… Po prostu urządzam małą wigilię dla kilku najbliższych znajomych. Taki zwyczaj. I em… czuj się zaproszona. — Oh… — cisza, która nastąpiła wydawała się trwać wieczność i Cordian odsunął aparat od ucha, aby się upewnić czy czasem przypadkowo nie zakończył połączenia. Ale nie. Ona nadal tam była. Mężczyzna zacisnął pięść wolnej ręki. Usłyszał cichy szmer po lewej stronie. Obecność wilczycy szybko przywołała go do porządku. Przecież to tylko zaproszenie na wspólną kolację. — Kompletnie o tym zapomniałam. W sumie, czemu nie. Czy mam coś… przynieść, przygotować? Nie wiem czy uda mi się znaleźć jakieś prezenty… Jest już późno… i nie wiem kto przyjdzie. — Czekaj, co? Nie, nie, spokojnie, nie musisz nic przynosić. Najwyżej… najwyżej to pyszne brownie. Wiesz które. — powiedział i bez zastanowienia puścił oczko. Gdy zorientował się, że stojąca obok niego wilczyca jest świadkiem tego jak robi dziwne miny w kierunku stojącego naprzeciwko fotela, jego twarz natychmiastowo przybrała czerwony kolor. — Myślę, że da się załatwić. Gdzie? — U mnie w domu. O 19.00. Ale poczekaj na drodze. Teraz o tej godzinie jest już ciemno, a wolałbym żebyś nic sobie nie zrobiła chodząc po nocy po lesie. — Mam latarkę. — odparła lekko urażonym tonem. — Nie wątpię w twoje umiejętności survivalowe. Ale mimo wszystko wolałbym uniknąć szukania cię godzinami, gdybyś zabłądziła. — co w rzeczywistości dzięki jego wilczemu węchowi nie mogło zająć więcej niż pół godziny. — Dobrze, poczekam przy wejściu do lasu. Tyle, że jak będziesz kazał mi długo czekać na mrozie to sama poszukam ścieżki. — Jasne, jasne. Spokojna głowa, postaram się zdążyć. Do zobaczenia i miłego dnia. — Pa, Cordian. Kiedy dziewczyna się rozłączyła, jego ręce opadły bezwładnie na poduszki, a on wydał z siebie długi jęk. Chwilę później uniósł prawą dłoń do góry i zacisnął pięść. — Jest! — stojąca obok niego Irvin wybuchnęła śmiechem. — Cordian, słonko, chyba nie muszę ci mówić, że mimika twarzy nie przydaje się zbytnio przy flirtach przez telefon? O ile nie oczywiście nie podrywasz fotela. — w odpowiedzi spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek. — Mam ci pokazać to nagranie na którym ślinisz się do telewizora? — zapytał z delikatnym uśmiechem, rozkładając się wygodnie na kanapie. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi. — Do aktora, który jest dużo ładniejszy od twojego włochatego wilczego zadka… a zresztą i tak być nie zrozumiał. — prychnęła. — Jak by to ujął Garret… — uniósł rękę do góry niczym lecący na ratunek superman i krzyknął, przeciągając sylaby. — Chędożyć to! — Taaaaaak! — zawtórował mu męski głos. Obydwoje spojrzeli w stronę, z której dobiegał. Cordian wystawił głowę za oparcie kanapy i zobaczył rozwalonego na podłodze w niedbałej pozie rozgwiazdy mężczyznę o masywnej budowie ciała. Spał on w najlepsze, z otwartymi ustami, bez świadomości, iż jeszcze chwilę temu był uczestnikiem toczącej się w pokoju wymiany zdań. Wilki wstrzymały na chwilę oddech, po czym wspólnie wybuchnęły śmiechem. Zataczając się na kanapie w końcu, spleceni w delikatnym uścisku, z głuchym uderzeniem wylądowali na dywanie. Irvin otworzyła oczy i spojrzała się na niego, wycierając łzy z policzków. — Cordian? — Tak? — Obiecasz mi coś? — Najpierw musisz powiedzieć mi co. — uśmiechnął się delikatnie, odgarniając włosy z jej twarzy. — A nie mógłbyś tego zrobić już teraz? Tak, żebym nie obawiała się, że odmówisz… — Nie ma tak dobrze, Irv. — Cordian…? — Hmm? — Obiecasz mi, że już zawsze będziemy razem? — Czemu miałoby być inaczej? Jesteśmy watahą, jedną rodziną, zawsze będziemy trzymać się razem. — jego ciepły głos zdawał się splatać z gorącym oddechem. Twarz kobiety momentalnie spoważniała. — To nie dzieje się pierwszy raz. Kiedy pojawiają się ludzie, wszystko się zmienia. — powiedziała cicho i wstała, wyplątując się z jego uścisku. Cordian został sam na podłodze, wpatrując się we włosy dywanu poruszające się wraz z wydychanym powietrzem oraz miarowe chrapanie dobiegające zza kanapy.
Noc przyniosła ze sobą zimny północy wiatr. Cordian stał na skraju drogi, przestępując z nogi na nogę. W prawej ręce, wciśniętej do kieszeni trzymał telefon, gotowy na wyłapanie choćby najmniejszej wibracji świadczącej o nadchodzącym połączeniu. Zdawało mu się, iż przez gęste gałęzie drzew widzi drobny błysk światła z okien swojego domu. Znajdował się on jednak w zbyt dużej odległości dlatego obrazy ludzi żywo krzątających się po jego ciepłym wnętrzu były jedynym co pobudzało jego wyobraźnię. Oddychał głęboko, wpatrując się w obłoki pary wydobywające się z jego ust i tańczące w świetle księżyca. Nagrzany przez ostre słońce asfalt teraz stopniowo się ochładzał, tworząc nad sobą delikatny obłok mgły. Rozpływał się on we wszystkich kierunkach, przykrywając ziemię niczym dywan z chmur. Nagle jego oczy wyłapały delikatny ruch w oddali. Z ciemności wyłaniała się postać, która idąc wolnym krokiem, oświetlała drogę przed sobą latarką z komórki. Kiedy Cordian uniósł rękę aby jej pomachać, dziewczyna przyśpieszyła kroku, podbiegając do niego. — Rety, rety, jaka dziwna pogoda. Już się bałam, że cię minęłam i zaraz dojdę do miasteczka. — powiedziała, rozcierając ręce. — Duch nie przyszedł, żeby cię poprowadzić? — mężczyzna przywołał w głowie wizerunek łaciatego konia. — Nie, poza tym – jest późno. Może śpi. Albo świętuje razem ze swoimi przyjaciółmi. — uśmiechnęła się delikatnie spod swojego ogromnego kaptura. — Chodź, nasi też czekają. — wyciągnął w jej stronę rękę. Dziewczyna wpatrzyła się w nią, nie wykonując żadnego ruchu. — Chciałeś powiedzieć, Twoi. — Niech pierwszy rzuci kamieniem kto nie polubi Irvin. — uniósł wymownie brwi. Louisa w odpowiedzi w końcu złapała dłoń Cordiana. — Mam brownie, wiesz? — powiedziała cicho, ruszając w stronę lasu i ciągnąc go za sobą. Chwilę później mężczyzna wysunął się na prowadzenie, kierując ich wzdłuż wąskiej ścieżki, niemal niedostrzegalnej w ciemności. Bezbłędnie omijał wszystkie doły i wystające korzenie, zupełnie jakby znał na pamięć cały ich układ. Co jakiś czas słyszeli dobiegający z lasu szelest, czasami widzieli fragment przemykającego przez gęstwinę jelenia bądź ptaka. Wciąż jednak, bez zatrzymania, parli do przodu aż ich oczom ukazało się delikatne, żółte światło wypływające z okien drewnianego domu. Miejsce to, wręcz emanujące ciepłem i zapraszające wszystkich do środka, kontrastowało z zimnym i surowym krajobrazem, który ich otaczał. Szybkim krokiem dotarli do drzwi, a Cordian zapukał do drzwi. Ze środka dało się słyszeć cichy, zaskoczony okrzyk, odgłosy krzątaniny i niemal niewyłapywane odgłosy przypominające psie skomlenie. Niespodziewanie drzwi zostały otwarte, a oni odskoczyli do tyłu, ze wzrokiem utkwionym w dość niecodziennego osobnika. W przejściu stał młody mężczyzna, wzrostem przewyższał Cordiana zaledwie o kilka centymetrów. Choć z pewnością musiał już być dorosły, jego twarz wciąż przywodziła na myśl 17—letniego chłopaka. Miał on średniej długości jasne włosy, które kręcąc się układały się na wszystkie strony. Gładką cerę dopełniały duże, jasne oczy i delikatne usta. Jego szczupłe acz delikatnie umięśnione ciało było pokryte wręcz idealną, kremową skórą. Krótko mówiąc, wyglądał zupełnie jakby został wyrwany z okładki jednego z magazynów o modzie. To ostatnie zauważyli zresztą z łatwością, gdyż miał on na sobie jedynie komiczne czerwone bokserki, którym finezji dodawały mały dzwoneczek uczepiony u paska. Oboje w milczeniu spojrzeli na dzwoneczek, na siebie, na twarz mężczyzny i znowu na dzwoneczek, po czym Cordian rzucił się na drzwi i wpychając jasnowłosego do środka – zamknął je z głośnym hukiem. — Przepraszam cię bardzo, ale co to ma być? — chłopak wlepił w niego wzrok, po czym uśmiechnął się i wzruszył ramionami. — Świąteczne bokserki. Chcesz? Mam jeszcze jedną parę, powinny pasować. — powiedział najspokojniej w świecie, zupełnie jakby paradowanie w samej bieliźnie było dla niego codziennością. — Nie, nie będą pasować. Jest wigilia. Obowiązuje choć trochę ogłady. — Ale nie chce mi się rozbierać za każdym razem, kiedy będę chciał się przemienić. — Ciszej! — syknął. — Nie będzie żadnego przebierania, więc rusz swój zad i załóż spodnie. — Jak to nie będzie…? Ale przecież… — Ona nie wie. — basior pokręcił głową. — I niech tak zostanie. Przynajmniej jeszcze przez chwilę. — w odpowiedzi mężczyzna spojrzał na niego błagalnym wzrokiem, ale już po kilku sekundach odwrócił się i z głośnym westchnieniem udał się na górę w celu odnalezienia reszty swojego ubioru. Gdy tylko zniknął za poręczą schodów, z kuchni wyszła Irvin, nucąc pod nosem jakąś świąteczną piosenkę. Włosy miała splecione w luźny warkocz, trochę w stylu Elsy z krainy lodu, a z jej czerwonego swetra wyskakiwał renifer z pokaźnym pomponem w miejscu nosa. W rękach niosła miskę wypełnioną jakąś apetycznie pachnącą sałatką. — O, już jesteś. Gdzie Lou? Nie przyszła? — zapytała, odstawiając naczynie na stół, wśród innych potraw. Cordian uniósł brwi i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu swojej towarzyszki. Wtedy jednak zdał sobie sprawę, iż wciąż stoi ona przed drzwiami. W mgnieniu oka skoczył w ich stronę, energicznie naciskając na klamkę. — O rany, wybacz, musiałem ogarnąć tego szczeniaka, to znaczy chłopaka… yy… po prostu wchodź i czuj się jak u siebie. — wyrzucił z siebie na jednym wydechu, gestem ręki zapraszając dziewczynę do środka. Ta powoli przestąpiła próg, mrużąc oczy w jasnym świetle. — Czy często zapraszasz ludzi, a następnie zatrzaskujesz im drzwi przed nosem? — zapytała, choć z tonu jej głosu wynikało iż jest bardziej rozbawiona niż zła. Cordian podszedł do niej, aby pomóc jej zdjąć kurtkę. Bez zbytnich pytań zaakceptowała ten gest, pozwalając mu na zsunięcie odzienia z ramion. — Raczej nie. Czuj się wyjątkowa. — mruknął pod nosem, przyglądając się jej. Ubrała się ładnie i gustownie. On sam postarał się wyglądać choć odrobinę bardziej elegancko niż na co dzień. Grubo pleciony sweter z golfem dopełniały dobrze skrojone szare jeansy. Po zdjęciu butów zaproponował jasnowłosej parę wygodnych kapci, pozostając jednak w skarpetkach, o dziwo, ze świątecznym motywem. Irvin wciąż znajdowała się w głównym pomieszczeniu, tym razem jednak stała oparta o bok kanapy. Z uśmiechem na ustach przyglądała się ich zachowaniu. W tej samej chwili do pokoju wszedł niemal zupełnie odmieniony Garret. Jego ciemne włosy były ułożone, a jego tors wręcz idealnie opinała prosta biała koszula. Nieduży krawat w choinki doskonale dopełniał cały strój. — Ktoś się założy, że ta bielutka koszula nie przetrwa nawet zupy? — zapytała dziewczyna, szczerząc zęby. — Oj zdziwisz się jeszcze Irv. Miało być ładnie i jest. — powiedział, mrugając w stronę Cordiana. Następnie oboje podeszli i uściskali dłoń stojącej u jego boku blondynki. Kilka sekund później dało się słychać kroki na schodach, po czym ich oczom ukazał się chłopak z wcześniej, tym razem w jasnych jeansach i granatowo—czerwonym norweskim swetrze. Podbiegł do nich i wyciągnął rękę w stronę Louisy. — Hejka, jestem Yael. — przywitał się, wyraz jego twarzy nad wyraz promienny. — Eee… Louisa. — z wahaniem odpowiedziała na jego gest. — Yael jest moim przyjacielem z dzieciństwa. — wtrącił się Cordian. I drugim betą watahy, dodał w głowie. — Niestety z powodu pracy ostatnio mamy coraz mniej okazji, aby się spotykać. Dlatego pewnie jeszcze go nie spotkałaś. — Co nie znaczy, że mnie nie kojarzysz. Zapewne coś ci świta w głowie, pozwól, że wyjaśnię. Jestem aktorem. Głównie filmowym. Często jednak występuję również w różnych programach rozrywkowych. — powiedział szybko, przyjmując jeden ze swoich zawodowych uśmiechów. Dziewczyna przybrała lekko zaskoczony wyraz twarzy, co świadczyło o tym, iż faktycznie w jej głowie mógł pojawić się jakiś nikły obraz. Ale co się dziwić. W obecnych czasach aktorów jest tak wiele. Dlaczego zatem beta? Jaki jest pożytek w zastępcy alfy, którego prawie nigdy nie ma w watasze? Otóż to. Żyjąc w większości w ludzki świecie, Yael automatycznie stał się świetnym przekaźnikiem, łącznikiem z tym do czego pozostałe wilki bały się wtrącać. Jego pomoc okazała się nieoceniona nie tylko przy zdobywaniu nowinek, ale i podczas zdobywania kontaktów do różnych politycznych i zarządowych spraw. Cordian liczył również, iż może kiedyś uda im się w ten sposób natrafić na ślad innej watahy. Chłopak, który zresztą pomimo swojego wyglądu był rówieśnikiem basiora, idealnie wywiązywał się ze swoich obowiązków i dogadywał z pozostałymi wilkami. Nie można jednak było ukryć faktu, iż przesiąknięty swoim życiem zawodowym, uwielbiał od czasu do czasu pogwiazdożyć. — No dobrze, dobrze, siadajmy już do stołu bo jedzonko stygnie. — przerwała im kobieta w sweterku z reniferem, energicznie zacierając dłonie. — Mi nie trzeba dwa razy powtarzać. — Garret bez wahania zajął miejsce przy stole. Choć mebel ten miał początkowo swoje miejsce w kuchni, przykryty białym obrusem zdawał się on idealnie pasować do wystroju pokoju. — Chwila, chwila, o mały włos bym zapomniała! — zawołała Irvin i rzuciła się w stronę konika. Gdy się odwróciła, w dłoniach trzymała talerz, a na nim równo rozłożone opłatki. Podeszła do każdego z uczestników wigilii, częstując ich. Cordian podświadomie, kierując się instynktem dominującego samca, wybrał największy. Rozejrzał się dookoła, szukając pierwszej potencjalnej ofiary. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Yaela. Mężczyźni bez słowa ruszyli w swoim kierunku. Kątem oka zdążył jednak zauważyć jak blondynka podnosi opłatek z wahaniem, niepewnie rozglądając się dookoła. Kiedy w końcu przeszedł on przez trzy tury radosnych, niekiedy wypełnionych ironicznymi uwagami partii życzeń, znalazł się on na powrót naprzeciw dziewczyny. — Zabawni są. — powiedziała, wyraźnie rozbawiona po konfrontacji z Irvin zaledwie kilka sekund temu. — Ale za swoimi pewnie i tak tęsknisz. — Oczywiście. Inaczej nie mogłabym nazywać ich moimi przyjaciółmi. — No dobrze, to czego mógłbym ci życzyć… dużo uśmiechów, szczęścia, pomyślności, dzikich koni ciekawych przygód, żebyś nie zabłądziła nigdy w lesie… i hm… dużo czekolady… — O matko, zapomniałam o brownie! — zawołała nagle, szykując się do natychmiastowego skoku w stronę stojącej koło kanapy torby. — Spokojnie. — roześmiał się Cordian. — Zaraz się tym zajmiemy. Czekolada nie zając, nie ucieknie. No, chyba, że ją Garret wyniucha. — Miejmy nadzieję, że nie. No dobra, czyli teraz moja kolej. Nie jestem dobra w składaniu życzeń. Zawsze to jakoś dziwnie wychodzi. Życzę ci żebyś już zawsze robił takie wyśmienite zdjęcia, podążał za swoją pasją… Mężczyzna z uwagą wpatrywał się prosto w oczy Louisy. Jej słowa w pewnym momencie zaczęły wymykać się jego uwadze. Wpadł jakby w trans, wszystkie bodźce; dźwięki kolęd, smak i zapach potraw oraz delikatne złote światło lampek choinkowych zdawały się być jakieś odległe. Zupełnie jakby oglądał je zza szklanej ściany, odgradzającej go od tego świata. Co jakiś czas spoglądał jednak w stronę jasnowłosej dziewczyny, tylko po to aby upewnić się, iż po swojej stronie bariery nie znajduje się on sam. — Koniec jedzenia moi kochani. Niedługo północ, czas wyjść na dwór i się rozruszać! — zawołała entuzjastycznie Irvin, podnosząc się z miejsca. Dopiero myśl o rześkim nocnym powietrzu zdołała rozbudzić Cordiana. Zamrugał kilka razy, po czym podniósł się z miejsca, tym samym zachęcając resztę do wyjścia. Ku zdziwieniu Louisy, wszyscy ochoczo przyjęli pomysł porzucenia ciepłego i przytulnego domu na rzecz liżącego po plecach zimnego wiatru w lesie. Z westchnieniem jednak podniosła się z miejsca. I tak była przegłosowana. Ponownie uniosła brwi, kiedy przy drzwiach zdała sobie sprawę, iż jako jedyna sięga ona po okrycie wierzchnie. Długowłosy mężczyzna bez słowa pomógł jej założyć kurtkę i nacisnął klamkę, otwierając drzwi. Uwadze blondynki nie umknął fakt, iż Yael trzymał w ręce torbę wypakowaną przedmiotami o różnych kształtach. Gdy wyszli na zewnątrz, okazało się, że wiatr ucichł i zastąpił go jedynie delikatny mróz, szczypiący w policzki. Pozostała czwórka zdawała się jednak nie zdawać sobie z tego sprawy, zupełnie jakby był to ciepły wiosenny wieczór. Przeszli na tyły domu, gdzie powalone pnie zostały ułożone w okręgu, trochę jakby wokół dużego ogniska. Dziewczyna mogła dokładnie rozejrzeć się po otoczeniu, kiedy Cordian podszedł do płotu i zapalił wiszącą na nim latarnię. Następnie wraz z Irvin przystąpił do przygotowania ich obecnego miejsca świętowania. W błyskawicznym tempie na drzewach pojawił się wielkie wełniane koce, a na prowizorycznym stoliku ze ściętego pniaka ustawione zostały termosy z herbatą i przykryty folią talerz z brownie. Mniejsza kobieta ściągnęła z pleców podłużny czarny pokrowiec, rozsunęła go i wyciągnęła ze środka skrzypce ze smyczkiem. Rozsiadła się wygodnie na pniu i ułożyła instrument na ramieniu. — Umiesz grać? — zaciekawiła się Louisa. Kątem oka dostrzegła jak pozostała trójka wciąż krząta się z boku. — Powiedzmy. Ale tylko proste rzeczy. Dzieci w szpitalu lubią jak im czasami gram. Szczególnie do snu. To je uspokaja. — powiedziała, uśmiechając się lekko i próbując palcami struny. — A ty? Umiesz na czymś grać? Oprócz swojego nieziemskiego głosu? — Tak. Można powiedzieć, że muzykalność mam po matce. Najbardziej lubię… — nie zdążyła dokończyć, gdyż Cordian zbliżył się do nich szybkim krokiem i zajął miejsce na kocu obok dziewczyny. Chwilę później na środek okręgu wszedł Yael, trzymając w rękach dwie metalowe kule, zawieszone na cienkich łańcuchach. Obydwie były wysmarowane pewnego rodzaju czarną mazią, która przy każdym gwałtownym ruchu ściekała na ziemię. — Zaraz się zacznie. — szepnął wyraźnie podekscytowany długowłosy. — Hm? — Louisa spojrzała na niego, wymownie unosząc brwi. — Zobaczysz. On jest w tym świetny. Aż zapiera dech w piersiach. Dziewczyna połączyła fakty dopiero kiedy zobaczyła jak Garret z zapalniczką w dłoni klęka koło trzymającego kule chłopaka. Oba przedmioty momentalnie zajęły się ogniem, początkowo wściekle sycząc i trzaskając. Kiedy ucichły, zmniejszając swoje rozmiary, do momentu aż płomień zaczął rytmicznie drgać, mężczyzna przestąpił krok do przodu. Sygnałem dla niego był instrument Irvin. Gdy tylko smyczek dotknął strun, uwalniając w przepełnioną ciszą noc czysty dźwięk, rozpoczął swój taniec. Poruszał się powoli, czasami po okręgu, przyśpieszając w rytm muzyki tylko po to aby zaraz po chwili zwolnić. Wirujące w powietrzu kule wciąż zmieniały swój tor ruchu, pozostawiając za sobą w powietrzu długie ogniste ślady. Czasami znajdowały się bardzo nisko, niemal smagając płomieniem źdźbła trawy, innym razem wzlatywały wysoko w górę zmuszając ich o zadarcia głów. Czasami znajdowały się tak blisko ciała chłopaka, iż siedzieli w napięciu z obawą wyczekując zapachu palonego ciała, a już po chwili były od niego tak daleko, iż wydawało się to niemal niemożliwe. Wszyscy byli do tego stopnia zauroczeni występem, że wydawało im się, iż trwa on w nieskończoność, iż siedzą na dworze już od kilku godzin, nie czując ani odrobiny zimna. Nagle wzrok jasnowłosego spotkał się ze spojrzeniem Cordiana. Bezgłośnie wymienili się oni jakimś nierozpoznawalnym dla innych sygnałem. W jednej chwili mężczyzna poderwał się ze swojego miejsca u boku Louisy i wbiegł na środek okręgu, pomiędzy ramiona Yaela, wciąż kręcącego świetliste młynki w powietrzu. Przylgnął ciasno plecami do jego klatki piersiowej, czując jak jego mięśnie napinają się przy każdym ruchu. Cordian oddychał jednak głęboko, starając się rozluźnić swoje ciało. Robił to już wiele razy i wiedział, że kluczem do powodzenia całej sztuczki jest zachowanie spokoju. Opanowanie panicznego strachu i chęci ucieczki, za każdym razem gdy dociera do niego nowa fala ciepła oraz całkowite oddanie się drugiej osobie. Alfa rzadko kiedy pozwalał komuś innemu na przejęcie kontroli. Dlatego właśnie ten moment podniecał go jeszcze bardziej. Myśl o tym, że jego życie zależy teraz od chłopaka stojącego za jego plecami. Powoli poruszali się razem, wykonując skomplikowane figury, zupełnie jak para tancerzy, którzy latami uczą się kroków jakiegoś niezwykle trudnego tańca. Cordian obracał się dookoła, poruszał na boki, raz uciekając, raz niemal łapiąc płonące ogniki. Zatrzymali się dopiero kiedy znów stanęli naprzeciwko Louisy. Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał prosto na jej twarz. Czuł jak jego ciało od środka rozpala ogień jeszcze większy od tego, który go otacza. Dobrze wiedział, że oczy, które teraz na nią patrzą są niesamowicie złote, niemal świecące w ciemności z wielkimi czarnymi źrenicami. Mimo tego nie przerywał kontaktu wzrokowego. Trwali tak w bezruchu, ich wizję co jakiś czas przerywała smuga ognia zostawiona przez przelatującą przed jego twarzą kulę. Dopiero po chwili zamknął on oczy, usłyszał ostatni brzęk łańcucha i cichy syk świadczący o ostatecznym wypaleniu się płomieni. Kiedy dźwięk skrzypiec został zastąpiony przez głośne brawa i okrzyki zachwytu, odwrócił się i objął swojego przyjaciela w ciasnym uścisku. — Dzięki, że mnie nie podpaliłeś. — powiedział, poklepując go delikatnie po plecach. — Cała przyjemność po mojej stronie. — uśmiechnął się chłopak, po czym odszedł na bok w celu wrzucenia kuli do specjalnego pojemnika. Tymczasem Cordian podszedł do siedzącej bez ruchu dziewczyny. — I… jak? — zapytał się z wahaniem. — I jak, pytasz się? Wow. Po prostu wow. — odpowiedziała cicho. Mężczyzna doskonale wiedział, że myśli ona o czymś jeszcze. Równie dobrze wiedział jednak, że nie wypowie tego na głos. Zachowa to we wnętrzu siebie. Będzie to ich drobny sekret. Jeszcze jeden mały kawałek układanki, którego żadne z nich nie odważy się jeszcze włożyć na miejsce, z obawy jaką całość może on odsłonić. Cordian schylił się i chwycił dziewczynę za rękę, podrywając ją do góry. Stała, wpatrując się w niego wzrokiem, który wyrażał tak dużo emocji, iż nie był on w stanie wyłapać choćby kilku z nich. Nagle spostrzegł drobny fragment zielonego liścia nad ich głowami. Nabrał głęboko powietrza. — Wesołych Świąt Lou. — powiedział cicho i pochylił głowę, delikatnie całując dziewczynę w usta.
**taki trochę epilog**
Jeszcze przez wschodem słońca Cordian odwiózł Louisę do domu. Kiedy wrócił, spostrzegł, iż pozostała trójka skorzystała z jego nieobecności i rozłożyła się na włochatym dywanie, śpiąc w najlepsze. Mężczyzna spojrzał na stół pełen naczyń czekających na sprzątanie, wzruszył ramionami i położył się koło nich, leniwie się przeciągając. Nie minęło kilka minut jak i on odpłynął w krainę słodkich zimowych snów. Rano zbudziła go czyjaś ręka, energicznie szarpiąca za jego ramię. — Cordian, Cordian, wstawaj! Zbudź się, śpiochu! No już! — wołała Irvin, pochylona nad jego głową. — O rany… Irv… co jest… — jęknął, osłaniając dłonią oczy przed ostrym światłem poranka. — Śnieg! Cordian, w nocy spadł śnieg! Cała kupa śniegu! Jest wszędzie! — dziewczyna nie skończyła nawet mówić, kiedy poderwał się z podłogi i rzucił się w stronę okna niczym mały szczeniak, niemal wpadając na stojący w pokoju stół. Dziewczyna miała rację. Cała okolica lśniła od światła które odbijało się od śnieżnobiałej pierzyny przykrywającej ziemię, gałęzie drzew i właściwie wszystko co znajdowało się w lesie. Stał tak przez chwilę, z nosem i dłońmi przyciśniętymi do szyby, szczerząc się szeroko. Dobrze zdawał sobie sprawę jak bardzo będą cieszyły się szczeniaki, które po przebudzeniu znajdą prezent tysiąc razy lepszy od tych leżących pod choinką. On sam nie mógł się doczekać – jego wewnętrzny wilk szarpał się w środku, w każdej chwili gotowy aby wyskoczyć i zaryć pyskiem w tą grubą warstwę iskrzącego puchu. Odwrócił się i spostrzegł, że pozostali siedzący na dywanie zdają się być równie podekscytowani jak on. Bez dłuższego zastanowienia rzucił się w stronę drzwi i otworzył je z impetem. — Na co czekacie? — zawołał. — Biegniemy! Chyba nie chcecie pozwolić aby inni zniszczyli ten piękny świeży śnieg przed nami! — roześmiał się, kiedy cała trójka w mgnieniu oka minęła go, zrzucając w biegu swoje ubrania. On również szybko ściągnął z siebie ciepły sweter, spodnie i resztę garderoby. Wyszedł na dwór, nie zważając na zimno, zamknął drzwi i klucz wrzucił pomiędzy leżący na werandzie stos desek. Za plecami słyszał jak ciche okrzyki przemieniają się w delikatne skomlenie i poszczekiwanie. Odwrócił się i zobaczył jak w śniegu stoją trzy rosłe wilki. Pierwszy z nich — ogromny o ciemno brązowej sierści przetykanej czarnymi pasmami, drugi biały jak śnieg, od otoczenia odróżniający się jedynie czarnym nosem i przenikliwymi oczami oraz ostatni, najmniejszy o szarawym futrze. Ruszył biegiem w ich kierunku, bose stopy stawiając ostrożnie na deskach. Gdy dobiegł do pierwszego schodka, wyskoczył w górę, zamykając oczy. Zaledwie kilka sekund później na śnieg opadła duża łapa. Potem kolejna, a potem jeszcze pozostałe dwie. I oto przed domem stał czwarty wilk. O złotej sierści, która mieniła się jeszcze bardziej w zimowej aurze. Uniósł wysoko łeb i zawył przeciągle, czystym i aksamitnym głosem, pełnym siły, radości i jeszcze wielu innych targających nim uczuć. A potem dał susa przed siebie, znikając w gęstwinie lasu razem z pozostałymi wilkami podążającymi jego śladem.