W salonie drewnianego domku Lou, na ścianie za dwoma zasłonami skrupulatnie zasłaniającymi największe dzieło dziewczyny, wśród zdjęć, zapisków i rysunków dokładnie zespolonych czerwonymi nitkami, wisiała ta jedna. Jej jeden koniec wbity był w pinezkę przy szkicu oczu Goldtear'y. I na tym basta. Wisiała od czasu do czasu drgając od powiewu wiatru. Nić była odpowiedniej długości, a jej drugi koniec został umyślnie związany w pętelkę. Dokładnie czterdzieści cztery centymetry czerwieni pasowały jak ulał tylko do jednej pinezki ze wszystkich pozostałych. Do tej przedstawiającej jasnozłotego wilka. Carter zgadzając się na wspólny wyjazd na narty z przyjaciółmi fotografa nie wiedziała, że już godziny dzielą ją od umieszczenia nitki w jej prawowitym miejscu.
Próbowała panować nad strachem, ale puls przyspieszony do granic możliwości dotarł już do jej gardła próbując wydobyć serce na zewnątrz wraz z głośnym okrzykiem. Dlatego właśnie obie dłonie dziewczyny znalazły się na jej ustach skutecznie je zasłaniając. Nowe informacje wbijały się do jej głowy niczym najskuteczniejsze tarany. Walczyła ze sobą, próbując zmusić własne ciało by zaprzestało drgać, jednak udawało jej się to tylko na krótkie chwile, po których drżała jeszcze bardziej. Każda nadchodząca fala sprawiała jej ból, ale było to ostatnie o czym teraz myślała. Robiła to bezwarunkowo, jak robot.
W ciemności nie widziała zbyt wiele, ale za to wiele słyszała. Cordian. On na jej oczach zamienił się w ogromnego wilka, wielkości ciężarówki. Ten widok ją zszokował. Zszokował do tego stopnia, że nawet zapomniała, że przed chwilą rozebrał się przed nią i widziała go zupełnie nagiego. Zapewne ta świadomość wróci do niej, ale dopiero gdy będzie już po wszystkim.
Myśl, Louisa. Co robić? Poznałaś ich sekret. Zabiją cię? Czy w takiej postaci Goldteara jest niebezpieczny? Czy myśli jak człowiek, czy przeważa w nim instynkt? Niczego nie rozumiała. Kuriozalność całej tej sytuacji polegała na tym, że nigdzie nie mogła uzyskać odpowiedzi na pytania kotłujące się teraz w jej głowie. Bo przecież ich nie wygoogluje. Tam w tej chwili umierał wilk. Lub człowiek.
W napływie emocji zapomniała o tym, że obok niej wciąż siedziała kuląca się Irwin. Spojrzała na nią i natychmiast tego pożałowała. Irwin zalewała się łzami bujając się to w przód to w tył. Ten widok sprawił, że Clark oprzytomniała. Co by się nie działo, jej towarzyszka zdradziła, że leżący tam wilk to nikt inny jak jej ojciec. Musiała być silniejsza. Musiała przejąć kontrolę nad sytuacją. Położyła jej rękę na ramieniu i ścisnęła wpatrując się w to, co działo się przed nią, choć widziała naprawdę mało. Po prostu tłum ludzi. A pomiędzy nimi - gdzie niegdzie falującą złotą sierść.
Otworzyła drzwi i zdecydowanym krokiem pobiegła do zebranych, nieco rozpychając ich na boki. Musiała pomóc. Gdy dotarła na środek, przy półnagim ciele mężczyzny w średnim wieku, rozejrzała się uważnie, ale po Cordianie nie było ani śladu. Wypuściła powietrze z płuc i przyklęknęła przed rannym. Wokół niego rozlewały się hektolitry krwi. A przynajmniej miała takie wrażenie. Ojciec Irwin był nieprzytomny, co nie pomagało woptymistycznych założeniach rozwiązania tej sprawy.
Lou nie założyła rękawiczek, bo żadnych nie miała. uklękła natomiast przed ciałem i zbadała dotykiem jego klatkę piersiową zauważając, że nie ma na niej żadnych ran. To samo z plecami. W tamtej chwili nieznacznie odetchnęła z ulgą. W głowie buzowała jej krew, a wszechobecna cisza tylko to pogarszała. Czuła na sobie wzrok wszystkich. Wtem do jej boku przylgnął niewiadomo skąd Garret.
— Jak ci pomóc? — zapytał, a Lou poczuła niesamowitą wdzięczność, że nie jest z tym wszystkim jednak sama.
— Przynieś apteczkę z auta. I przydałoby się jakieś światło. Nic nie widzę. — Wydała polecenie, wkładając dłonie pod kark postrzelonego i sprawdzając czy jego układ nerwowy funkcjonuje prawidłowo. Po omacku musiała sprawdzać wszystko przez dotyk. Miała tylko nadzieję, że nie będzie musiała obnażać tych części ciała, które już ktoś zakrył.
Zdjęła szybko swoją kurtkę i okryła nią klatkę piersiową, po czym przeszła do uda, które okazało się być głównym powodem krwotoku.
Ktoś w końcu przyniósł latarkę. Ostre światło oślepiło ją na dosłownie parę sekund. Garret nie znalazł apteczki, ale i na nią nie było czasu, bo jasnoczerwona krew tętniąca z rany wskazywała na rozerwaną od strzału tętnicę udową. To były sekundy. Jako wilk wielkości traktora miał być może większe szanse, a utrata paru litrów krwi to błachostka. Jako człowiek, nie mógł sobie pozwolić na rozrzutność. Dziewczyna bez namysłu ściągnęła z siebie biały T-shirt, chwyciła go w zęby i rozdarła. Ku własnemu zdziwieniu z łatwością, tworząc w ten sposób coś na kształt opaski uciskowej. Obwinęła materiał wokół nogi, nad raną, a jej słabe rączki, które nigdy nie wykazywały się nadmierną siłą zacisnęły materiał możliwie jak najmocniej pod akordem rozdzierającego las okrzyku. Niemalże bojowego, który dodał jej sił.
— Garret, zaciskaj to. — Rozkazała przecierając brudne czoło brudną od krwi ręką.
Rana przestała bulgotać. Odcięty dopływ krwi do nogi zatamował krwawienie. — Bez operacji się nie obejdzie. Musi dostać krew. Zbyt dużo jej stracił.
Zakręciło jej się w głowie, kiedy zobaczyła, że obraz od strony wschodu mruga na niebiesko. Pogotowie. Przed oczami pojawiły się mroczki. Otworzyła je szerzej widząc, jak do nieprzytomnego Arthura podbiega młody chłopak z długimi włosami, jak przykłada usta do jego rany, wypełnia je krwią i podaje ją rannemu do ust. Nieprzytomny nie powinien mieć niczego w jamie ustnej, ale Lou już się nie odezwała. Już i tak, mimo poczucia spełnienia obywatelskiego obowiązku, czuła, że przekroczyła granicę i że wtrąciła się tam, gdzie nie powinna tego robić. Głowa zaczęła pulsować, a głosy przygłuchły zostawiając tylko świst.
— W ranie nie ma kuli!
— Musiała wypaść, gdy Cordian go przemienił.
— Szukajcie jej! — pięciu lub sześciu ludzi pobiegło na asfalt w stronę nadjeżdżającej karetki.
— Mam! Znalazłam!
— Daj ją, szybko! — rozkazał męski głos.
A potem Lou zrobiło się niedobrze, gdy zobaczyła jak Garret wtyka nabój z powrotem do rany, która okazała się głęboka na tyle, że jego palec dosłownie w niej zniknął.
Na twarzy poszkodowanego pojawił się ból. Więc jednak coś poczuł.
Blondwłosa wstała, zataczając się lekko. Ktoś złapał ją w ramiona.
— Wszystko dobrze, chodź. — Nie poznała tego głosu, ani osoby, która to wypowiadała. Ale mimo wszystko nie protestowała. Chłopak zaprowadził ją pod drzewo, posadził i oparł o nie. — Jest w Tobie dusza wilka.
Clark była w szoku. Po prostu w szoku. Adrenalina dała o sobie znać boleśnie i z hukiem opuszczając jej drżące ciało. I wtedy uświadomiła sobie, że gdy zdjęła z siebie koszulkę, żeby pomóc Arthurowi, została w samym staniku.
Otuliła się własnymi brudnymi rękoma i zaczęła pocierać ramiona, żeby chociaż przez chwilę się ogrzać.
Ratownicy medyczni w biegu wyskoczyli z ambulansu i podbiegli do rannego. Jeden z nich powierzchownie oceniając jego sytuację, pozostawił opiekę nad nim trzem pozostałym medykom, a sam stanął wśród zebranych i zapytał co tu dokładnie zaszło. Lou słyszała te rozmowy, ale nie spojrzała na nowoprzybyłą pomoc. Z resztą widać było, jakby wilki miały już ustalony między sobą bieg wydarzeń.
— To mój ojciec, byliśmy w lesie na spacerze i wtedy ktoś do niego strzelił. — Część z watahy udawała tylko gapiów, część rodzinę, a część znajomych.
— Ta dziewczyna zatamowała krwotok. Możecie na nią spojrzeć? Bardzo źle wygląda. — Któryś z obecnych w końcu zwrócił uwagę na siedzącą przy drzewie ciężko dyszącą, w połowie rozebraną dziewczynę. Ratownik podszedł do niej i nakrył kocem izolującym ciepło.
— To ty zrobiłaś tą opaskę? — Do Lou zaczęły dostawać się wszystkie fakty. Nie była w stanie wydusić słowa. Kiwnęła tylko znacząco głową. — Dobra robota. Może nie uratujesz jego nogi, ale na pewno dałaś nam szansę go uratować. — znów chwila ciszy. — Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś?
— Nie, dziękuję. Muszę się wyciszyć. — powiedziała drżącym głosem. — Przejdzie mi.
— Jesteś bardzo dzielna. Jak masz na imię?
— Louisa. Louisa Clark. Możemy przenieść tą rozmowę na za parę minut? — Po raz pierwszy spojrzała ratownikowi w oczy. Ten rozłożył ręce i przytaknął.
— Dobrze.
— Zabieramy go! Jak najszybciej!
Z jej oczu pociekły łzy. Ogarnęła całą scenerię wzrokiem.
— Będziemy musieli dowiedzieć się skąd tu tyle krwi i zebrać zeznania świadków. Dzwoń po niebieskich. Louisa skąd się tu wzięłaś? Obiecuję, że to jedyne pytanie. — Medyk zwrócił się do niej po raz ostatni. Zapadła cisza.
— To tata nowej znajomej, a ja akurat jechałam z nią autem. Osobiście, nawet nie znam tego człowieka. — Wycedziła zamykając oczy. Wiedziała, że jak tylko je otworzy, zobaczy dziesiątki oczu wpatrzone właśnie w nią. Nie wytrzymałaby tego widoku po raz kolejny. Z drugiej strony, nie skłamała. Powiedziała prawdę, jednocześnie nie zdradzając watahy.
— Musimy jechać, zabrać ciebie też? Wyglądasz słabo, zadbamy o twoje zdrowie.
Nie była pewna, czy tego chciała. Raczej nie. Z drugiej strony dopadła ją wizja pozostania tutaj, w lesie, z całą zgrają ludzi, o których właśnie poznała prawdę. Ludzi, wśród których zginęli jej rodzice. Nie wiedziała do czego są zdolni i czy nie będą pragnęli, aby jasnowłosa zabrała ich wspólny sekret do grobu. Była skłonna się zgodzić na wizytę w szpitalu. Zwłaszcza, że była tu całkowicie sama..
— Nie ma takiej potrzeby. Ja się nią zajmę. — Do rozmowy wtrącił się już znajomy Louisie głos. Poczuła uścisk w klatce piersiowej, gdy spojrzała w górę, a jej oczom ukazał się Pan fotograf w całej okazałości. Wrócił. Jako człowiek. Jej twarzy nie wykrzywił żaden grymas, ale uśmiechnęła się. W środku. W głowie i chyba nawet w płucach. Wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać, zamykając ją szczelnie w ramionach i okrywając bokami własnego karmelowego płaszcza. Nieskazitelnego płaszcza, który teraz był skazany na błoto i krew pokrywające zimną jak lód skórę. Dziewczyna poczuła przyjemne, tak upragnione ciepło bijące od jego ciała, od którego momentalnie zrobiło jej się lepiej. Najlepiej, bo lepiej już być nie mogło. Ratownik tylko skinął głową i wskoczył do już odjeżdżającej karetki, która na sygnale wracała do najbliższego szpitala.
— Chodź, Lou. Wracamy do domu.
Naczekałeś się, ale w końcu jestc:
