Uwaga!

środa, 12 października 2022

Od Lou

 W salonie drewnianego domku Lou, na ścianie za dwoma zasłonami skrupulatnie zasłaniającymi największe  dzieło dziewczyny, wśród zdjęć, zapisków i rysunków dokładnie zespolonych czerwonymi nitkami, wisiała ta jedna. Jej jeden koniec wbity był w pinezkę przy szkicu oczu Goldtear'y. I na tym basta. Wisiała od czasu do czasu drgając od powiewu wiatru. Nić była odpowiedniej długości, a jej drugi koniec został umyślnie związany w pętelkę. Dokładnie czterdzieści cztery centymetry czerwieni pasowały jak ulał tylko do jednej pinezki ze wszystkich pozostałych. Do tej przedstawiającej jasnozłotego wilka. Carter zgadzając się na wspólny wyjazd na narty z przyjaciółmi fotografa nie wiedziała, że już godziny dzielą ją od umieszczenia nitki w jej prawowitym miejscu. 

 Próbowała panować nad strachem, ale puls przyspieszony do granic możliwości dotarł już do jej gardła próbując wydobyć serce na zewnątrz wraz z głośnym okrzykiem. Dlatego właśnie obie dłonie dziewczyny znalazły się na jej ustach skutecznie je zasłaniając. Nowe informacje wbijały się do jej głowy niczym najskuteczniejsze tarany. Walczyła ze sobą, próbując zmusić własne ciało by zaprzestało drgać, jednak udawało jej się to tylko na krótkie chwile, po których drżała jeszcze bardziej. Każda nadchodząca fala sprawiała jej ból, ale było to ostatnie o czym teraz myślała. Robiła to bezwarunkowo, jak robot. 
W ciemności nie widziała zbyt wiele, ale za to wiele słyszała. Cordian. On na jej oczach zamienił się w ogromnego wilka, wielkości ciężarówki. Ten widok ją zszokował. Zszokował do tego stopnia, że nawet zapomniała, że przed chwilą rozebrał się przed nią i widziała go zupełnie nagiego. Zapewne ta świadomość wróci do niej, ale dopiero gdy będzie już po wszystkim.
Myśl, Louisa. Co robić? Poznałaś ich sekret. Zabiją cię? Czy w takiej postaci Goldteara jest niebezpieczny? Czy myśli jak człowiek, czy przeważa w nim instynkt? Niczego nie rozumiała. Kuriozalność całej tej sytuacji polegała na tym, że nigdzie nie mogła uzyskać odpowiedzi na pytania kotłujące się teraz w jej głowie. Bo przecież ich nie wygoogluje. Tam w tej chwili umierał wilk. Lub człowiek. 
W napływie emocji zapomniała o tym, że obok niej wciąż siedziała kuląca się Irwin. Spojrzała na nią i natychmiast tego pożałowała. Irwin zalewała się łzami bujając się to w przód to w tył. Ten widok sprawił, że Clark oprzytomniała. Co by się nie działo, jej towarzyszka zdradziła, że leżący tam wilk to nikt inny jak jej ojciec. Musiała być silniejsza. Musiała przejąć kontrolę nad sytuacją. Położyła jej rękę na ramieniu i ścisnęła wpatrując się w to, co działo się przed nią, choć widziała naprawdę mało. Po prostu tłum ludzi. A pomiędzy nimi - gdzie niegdzie falującą złotą sierść. 
Otworzyła drzwi i zdecydowanym krokiem pobiegła do zebranych, nieco rozpychając ich na boki. Musiała pomóc. Gdy dotarła na środek, przy półnagim ciele mężczyzny w średnim wieku, rozejrzała się uważnie, ale po Cordianie nie było ani śladu. Wypuściła powietrze z płuc i przyklęknęła przed rannym. Wokół niego rozlewały się hektolitry krwi. A przynajmniej miała takie wrażenie. Ojciec Irwin był nieprzytomny, co nie pomagało woptymistycznych założeniach rozwiązania tej sprawy.
Lou nie założyła rękawiczek, bo żadnych nie miała. uklękła natomiast przed ciałem i zbadała dotykiem jego klatkę piersiową zauważając, że nie ma na niej żadnych ran. To samo z plecami. W tamtej chwili nieznacznie odetchnęła z ulgą. W głowie buzowała jej krew, a wszechobecna cisza tylko to pogarszała. Czuła na sobie wzrok wszystkich. Wtem do jej boku przylgnął niewiadomo skąd Garret. 
— Jak ci pomóc? — zapytał, a Lou poczuła niesamowitą wdzięczność, że nie jest z tym wszystkim jednak sama. 
— Przynieś apteczkę z auta. I przydałoby się jakieś światło. Nic nie widzę. — Wydała polecenie, wkładając dłonie pod kark postrzelonego i sprawdzając czy jego układ nerwowy funkcjonuje prawidłowo. Po omacku musiała sprawdzać wszystko przez dotyk. Miała tylko nadzieję, że nie będzie musiała obnażać tych części ciała, które już ktoś zakrył. 
Zdjęła szybko swoją kurtkę i okryła nią klatkę piersiową, po czym przeszła do uda, które okazało się być głównym powodem krwotoku. 
Ktoś w końcu przyniósł latarkę. Ostre światło oślepiło ją na dosłownie parę sekund. Garret nie znalazł apteczki, ale i na nią nie było czasu, bo jasnoczerwona krew tętniąca z rany wskazywała na rozerwaną od strzału tętnicę udową. To były sekundy. Jako wilk wielkości traktora miał być może większe szanse, a utrata paru litrów krwi to błachostka. Jako człowiek, nie mógł sobie pozwolić na rozrzutność. Dziewczyna bez namysłu ściągnęła z siebie biały T-shirt, chwyciła go w zęby i rozdarła. Ku własnemu zdziwieniu z łatwością, tworząc w ten sposób coś na kształt opaski uciskowej. Obwinęła materiał wokół nogi, nad raną, a jej słabe rączki, które nigdy nie wykazywały się nadmierną siłą zacisnęły materiał możliwie jak najmocniej pod akordem rozdzierającego las okrzyku. Niemalże bojowego, który dodał jej sił. 
— Garret, zaciskaj to. — Rozkazała przecierając brudne czoło brudną od krwi ręką. 
Rana przestała bulgotać. Odcięty dopływ krwi do nogi zatamował krwawienie. — Bez operacji się nie obejdzie. Musi dostać krew. Zbyt dużo jej stracił. 
Zakręciło jej się w głowie, kiedy zobaczyła, że obraz od strony wschodu mruga na niebiesko. Pogotowie. Przed oczami pojawiły się mroczki. Otworzyła je szerzej widząc, jak do nieprzytomnego Arthura podbiega młody chłopak z długimi włosami, jak przykłada usta do jego rany, wypełnia je krwią i podaje ją rannemu do ust. Nieprzytomny nie powinien mieć niczego w jamie ustnej, ale Lou już się nie odezwała. Już i tak, mimo poczucia spełnienia obywatelskiego obowiązku, czuła, że przekroczyła granicę i że wtrąciła się tam, gdzie nie powinna tego robić. Głowa zaczęła pulsować, a głosy przygłuchły zostawiając tylko świst. 
— W ranie nie ma kuli! 
— Musiała wypaść, gdy Cordian go przemienił.
— Szukajcie jej! — pięciu lub sześciu ludzi pobiegło na asfalt w stronę nadjeżdżającej karetki. 
— Mam! Znalazłam!
— Daj ją, szybko! — rozkazał męski głos. 
A potem Lou zrobiło się niedobrze, gdy zobaczyła jak Garret wtyka nabój z powrotem do rany, która okazała się głęboka na tyle, że jego palec dosłownie w niej zniknął. 
Na twarzy poszkodowanego pojawił się ból. Więc jednak coś poczuł. 
Blondwłosa wstała, zataczając się lekko. Ktoś złapał ją w ramiona. 
— Wszystko dobrze, chodź. — Nie poznała tego głosu, ani osoby, która to wypowiadała. Ale mimo wszystko nie protestowała. Chłopak zaprowadził ją pod drzewo, posadził i oparł o nie. — Jest w Tobie dusza wilka. 
Clark była w szoku. Po prostu w szoku. Adrenalina dała o sobie znać boleśnie i z hukiem opuszczając jej drżące ciało. I wtedy uświadomiła sobie, że gdy zdjęła z siebie koszulkę, żeby pomóc Arthurowi, została w samym staniku. 
Otuliła się własnymi brudnymi rękoma i zaczęła pocierać ramiona, żeby chociaż przez chwilę się ogrzać. 
Ratownicy medyczni w biegu wyskoczyli z ambulansu i podbiegli do rannego. Jeden z nich powierzchownie oceniając jego sytuację, pozostawił opiekę nad nim trzem pozostałym medykom, a sam stanął wśród zebranych i zapytał co tu dokładnie zaszło. Lou słyszała te rozmowy, ale nie spojrzała na nowoprzybyłą pomoc. Z resztą widać było, jakby wilki miały już ustalony między sobą bieg wydarzeń. 
— To mój ojciec, byliśmy w lesie na spacerze i wtedy ktoś do niego strzelił. — Część z watahy udawała tylko gapiów, część rodzinę, a część znajomych. 
— Ta dziewczyna zatamowała krwotok. Możecie na nią spojrzeć? Bardzo źle wygląda. — Któryś z obecnych w końcu zwrócił uwagę na siedzącą przy drzewie ciężko dyszącą, w połowie rozebraną dziewczynę. Ratownik podszedł do niej i nakrył kocem izolującym ciepło. 
— To ty zrobiłaś tą opaskę? — Do Lou zaczęły dostawać się wszystkie fakty. Nie była w stanie wydusić słowa. Kiwnęła tylko znacząco głową. — Dobra robota. Może nie uratujesz jego nogi, ale na pewno dałaś nam szansę go uratować. — znów chwila ciszy. — Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? 
— Nie, dziękuję. Muszę się wyciszyć. — powiedziała drżącym głosem. — Przejdzie mi. 
— Jesteś bardzo dzielna. Jak masz na imię? 
— Louisa. Louisa Clark. Możemy przenieść tą rozmowę na za parę minut? — Po raz pierwszy spojrzała ratownikowi w oczy. Ten rozłożył ręce i przytaknął. 
— Dobrze. 
— Zabieramy go! Jak najszybciej! 
Z jej oczu pociekły łzy. Ogarnęła całą scenerię wzrokiem. 
— Będziemy musieli dowiedzieć się skąd tu tyle krwi i zebrać zeznania świadków. Dzwoń po niebieskich.  Louisa skąd się tu wzięłaś? Obiecuję, że to jedyne pytanie. — Medyk zwrócił się do niej po raz ostatni. Zapadła cisza. 
— To tata nowej znajomej, a ja akurat jechałam z nią autem. Osobiście, nawet nie znam tego człowieka. — Wycedziła zamykając oczy. Wiedziała, że jak tylko je otworzy, zobaczy dziesiątki oczu wpatrzone właśnie w nią. Nie wytrzymałaby tego widoku po raz kolejny. Z drugiej strony, nie skłamała. Powiedziała prawdę, jednocześnie nie zdradzając watahy. 
— Musimy jechać, zabrać ciebie też? Wyglądasz słabo, zadbamy o twoje zdrowie. 
Nie była pewna, czy tego chciała. Raczej nie. Z drugiej strony dopadła ją wizja pozostania tutaj, w lesie, z całą zgrają ludzi, o których właśnie poznała prawdę. Ludzi, wśród których zginęli jej rodzice. Nie wiedziała do czego są zdolni i czy nie będą pragnęli, aby jasnowłosa zabrała ich wspólny sekret do grobu. Była skłonna się zgodzić na wizytę w szpitalu. Zwłaszcza, że była tu całkowicie sama..
— Nie ma takiej potrzeby. Ja się nią zajmę. — Do rozmowy wtrącił się już znajomy Louisie głos. Poczuła uścisk w klatce piersiowej, gdy spojrzała w górę, a jej oczom ukazał się Pan fotograf w całej okazałości. Wrócił. Jako człowiek. Jej twarzy nie wykrzywił żaden grymas, ale uśmiechnęła się. W środku. W głowie i chyba nawet w płucach. Wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać, zamykając ją szczelnie w ramionach i okrywając bokami własnego karmelowego płaszcza. Nieskazitelnego płaszcza, który teraz był skazany na błoto i krew pokrywające zimną jak lód skórę. Dziewczyna poczuła przyjemne, tak upragnione ciepło bijące od jego ciała, od którego momentalnie zrobiło jej się lepiej. Najlepiej, bo lepiej już być nie mogło. Ratownik tylko skinął głową i wskoczył do już odjeżdżającej karetki, która na sygnale wracała do najbliższego szpitala. 
— Chodź, Lou. Wracamy do domu. 


Naczekałeś się, ale w końcu jestc:

niedziela, 27 marca 2022

Od Cordiana




    Cordian uśmiechnął się, widząc jak radość rozpiera biegającą po śniegu dziewczynę.
- Uważaj bo jeszcze jakiegoś wilka nam tutaj przywołasz! - zażartował, łapiąc jej uwagę.
- Zaczaruję go moim wdziękiem i głosem, a potem odbiegniemy w stronę zachodzącego słońca. - zaśmiała się, kręcąc się dookoła z rozłożonymi rękami i wpatrując w rozgwieżdżone niebo.
- Prędzej zachodzącego księżyca.
- Jak piękna i bestia! - dalej kręciła się, coraz to szybciej i szybciej.
- Prędzej uprowadzona i zjedzona. - podszedł bliżej, wyciągając ręce na wypadek gdyby dziewczyna straciła równowagę.
- Bajki zawsze dobrze się kończą!
- Nie żyjesz w bajce. - zaśmiał się Cordian.
- Jakoś ostatnio nie jestem już tego taka pewna. - zatrzymała się nagle i niesiona pędem niedawnych obrotów wpadła w jego ramiona. - Hej.
- Hej. - fotograf uniósł brwi, wpatrując się w jej oczy.
- No proszę, jednak jakiś przyszedł. -  powiedziała cicho i zbliżyła swoją twarz, składając delikatny pocałunek na jego ustach. Trwał on zaledwie kilka sekund, po czym wyślizgnęła się z jego uścisku, odbiegając w stronę klifu.
- To co, robisz te zdjęcia?
Cordian bez pośpiechu podszedł do stojącego nieopodal statywu. Nakierował obiektyw na stojącą przed nim dziewczynę. Z trudem powstrzymał się przed ustawieniem maksymalnego zbliżenia na jej roześmianą twarz.

***

Kiedy dotarli do hostelu, księżyc wciąż wisiał wysoko nad ich głowami. Cordian spojrzał na dziewczynę, która właśnie odwróciła głowę żeby ziewnąć przeciągle.
- No, teraz to już nie będziemy mieli problemów ze spaniem.
- A akurat tak niewiele czasu do rana zostało. - zaśmiała się dziewczyna, próbując ukryć pochłaniające ją zmęczenie.
- Jeszcze będzie mnóstwo okazji żeby wyspać się w domu. A na razie skorzystajmy z tego co mamy. Dobranoc. - nacisnął klamkę od drzwi i wszedł do środka, momentalnie czując jak zalewa go ciepło wnętrza. Po schodach udali się na górę, próbując we wpadającym przez okna delikatnym świetle księżyca zlokalizować swoje pokoje. Gdy mężczyzna dotarł do progu, zatrzymał się, wzrokiem odszukując swoją towarzyszkę.
- Lou?
- Tak? - w ciemności mógł dojrzeć zaledwie zarys jej twarzy.
- Eeee... Fajnie że wybrałaś się z nami. Wszyscy bardzo cię polubili. Może chciałabyś jeszcze kiedyś to powtórzyć?
Dziewczyna odpowiedziała na jego pytanie i po krótkim dobranoc zniknęła za drzwiami pokoju. Cordian otworzył drzwi do swojego i z uśmiechem rozejrzał się po jego wnętrzu. Większość pozostała dokładnie w takim stanie jak gdy go opuszczał. Góra ubrań na podłodze, chrapiący mężczyzna na zbyt małym łóżku. Tylko jeden mały szczegół uległ zmianie – miejsce gdzie leżał jego jasnowłosy przyjaciel było puste, za to na posłaniu mężczyzny leżał ogromny zwierz. Zwinięty był w ciasną kulkę, w taki sposób żeby jego kończyny nie wystawały poza granice łóżka, a pokryta gęstym futrem klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała.
Możliwie najniższej zdjął z siebie wierzchnie ubranie i buty, po czym wsunął się na niewielki hotelowy materac. Głowę ułożył wśród miękkich i przyjemnie łaskoczących kudłów. W ciemności błysnęły jasne ślepia i poczuł jak mięśnie leżącego zwierzęcia się napinają. Delikatnie pogładził wilka po grzbiecie w uspokajającym geście. Leżeli tak razem, wzajemnie słuchając swoich oddechów i coraz bardziej odpływając wraz z każdym kolejnym.
    Rankiem ze snu piątkę przyjaciół wyrwał bezlitosny budzik. Przez okno wpadały promienie słońca, odbijająca się od iskrzącego śniegu. Mimo uczucia niewyspania, wszyscy ochoczo zerwali się z łóżek. Po południu będą musieli wracać z powrotem do domów. A to oznaczało, że beż tracenia nawet chwili muszą skorzystać z pięknej pogody. Zbiegli do mieszczącej się na parterze stołówki, wzajemnie przekrzykując swoje pomysły na spędzenie wolnego przedpołudnia. Jako pierwszy wypowiedział się Yael, bezskutecznie próbując opanować swoje kręcące się na wszystkie strony jasne włosy.
- Myślę, że powinniśmy wybrać się na wycieczkę na biegówkach, czytałem że są tu dobre trasy do-
- Biegówki? - przerwał mu z niedowierzaniem Garret. - Chyba żartujesz. Z resztą wątpię czy ktokolwiek oprócz ciebie wie jak tego używać.
- Nie dziwię się. - prychnął chłopak.
- O ho ho! Przyjechał panicz z wielkiego miasta. Może byś częściej wpadał, co? Z pewnością zrobiłoby to dobrze na twój zarozumiały-
- Chodźmy na sanki! - pisnęła za ich plecami Irvin.
- Teraz to ona żartuje. - Yeal i Garret odwrócili się jednocześnie, spoglądając na stojącą za nimi dziewczynę. Jeden z nich patrzył na nią wzrokiem pełnym politowania, drugi – ciepłego i żartobliwego uśmiechu.
- Ej! Sanki są fajne w każdym wieku! Prawda Lou? - teatralnie obruszyła się Irvin.
- Przejeździłam na sankach wystarczającą część mojego życia, żeby bez wątpliwości się z tym zgodzić. - przytaknęła blondynka, wyraźnie rozbawiona wyrazem twarzy obu mężczyzn.
- Myślę, że sanki to dobry pomysł. - do rozmowy wtrącił się Cordian, naturalnie wchodząc w rolę decydującego przywódcy. W odpowiedzi otrzymał radosny pisk, głośne westchnięcie oraz towarzyszące im śmiechy. - Zwłaszcza, że bardzo chciałbym zobaczyć jak Garret próbuje się, na którychkolwiek zmieścić. - wyrzucił na jednym oddechu i szybko zbiegł z dół schodów, odprowadzony morderczym spojrzeniem rosłego mężczyzny.
- Jeszcze podziękujesz moim mięśniom, kiedy nie będziesz miał sił wciągać swoich pod górkę!
- Chodźmy szybko do recepcji wypożyczyć je zanim inni wszystkie wybiorą! - zawołała Irvin.
- Masz rację. Z pewnością większość gości wstała z samego rana żeby zarezerwować najlepsze sztuki. Podejrzewam, że mają ich zdecydowanie mniej niż miejsc do spania, co może oznaczać, że o godzinie... - Yael postukał w tarczę zegarka. - ...9.30 nasze szanse na wypożyczenie jakichkolwiek są bardzo... marne.
- ...naprawdę? - zapytała cicho dziewczyna, i gdyby teraz miała swoje wilcze uszy – z pewnością opadłyby one równie szybko co ton jej głosu. Garret na jej reakcję z ciepłym uśmiechem przewrócił oczami.
- Ta, jasne. Bo ludzie nie mają nic lepszego do roboty niż zjeżdżanie z górki na sankach! Oczywiście, że żartuję! - prychnął jasnowłosy, a Irvin wyraźnie odetchnęła z ulgą.
- Obiecuję ci, że za karę dostaniesz różowe! - zawołała, zbiegając na dół.

***

    Cordian wsiadł na miejsce kierowcy i obejrzał się na siedzących z tyłu pasażerów.
- Wygodnie?
- No tak średnio. - jęknął jasnowłosy chłopak, próbując znaleźć pozycję w której byłby bezpieczny od łokci Irvin. - Czemu nie mogę siedzieć z przodu?
Mężczyzna za kierownicą spojrzał na siedzącego obok Garreta. Dla jego przesadzistej budowy nawet przedni fotel pasażera wydawał się zbyt mały. Cordian podrzucił w dłoni kluczyki i włożył je do stacyjki, jednocześnie zamykając drzwi.
- Dobra drużyna. Ruszamy. - z cichym warkotem odpalił samochód. Pojazd zaczął toczyć się wzdłuż podjazdu do hotelu, a cała piątka niemal równocześnie odwróciła głowy aby rzucić ostatnie spojrzenie oddalającemu się obiektowi.
- Fajnie było co? Musimy to powtórzyć! - zawołała Irvin, ku niezadowoleniu pozostałych rozpychając się na tylnej kanapie.
- Koniecznie. - Garret zaśmiał się pod nosem.
Po chwili budynek całkowicie zniknął za drzewami, a samochód kołysząc się na wertepach wolno dojechał do drogi. Kiedy już unormował swoje tempo, pasażerowie odprężyli się przy delikatnym kołysaniu. Yael wyciągnął z plecaka parę słuchawek i włożył je do uszu, odcinając się od otaczającego go świata. Irvin nie wytrzymała nawet minuty i sięgnęła po swój telefon, odpalając jedną z wielu zainstalowanych na nim gier. Garret przygotował książkę, którą trzymał w pozycji dość utrudniającej czytanie, a ułatwiającej spanie.
    Cordian uśmiechnął się delikatnie i spojrzał we wsteczne lusterko. W rogu dostrzegł postać jasnowłosej dziewczyny, która opierając głowę na dłoni, obserwowała przepływający za oknem krajobraz. Miarowo uderzał palcami o kierownicę, kilkukrotnie przenosząc wzrok z drogi na odbicie.    Sielankowy obraz napawał go zarazem wielką ulgą i radością. Nigdy nie sądził, że jego przyjaciele... że on sam – zaakceptuje kogoś spoza swojego stada. Że pozwoli zbliżyć się tak blisko, że będzie czuł przyjemność z samego kontaktu. Po raz pierwszy zadał sobie to pytanie, które przerażało go od tak dawna.
A co jeżeli to nie ma znaczenia? Może mógłby żyć normalnie, nawet gdyby inni znali jego sekret?
Mimowolnie zacisnął ręce na kierownicy.
Nie.
Niemożliwe.
Jego przeszłość była na to wystarczającym dowodem. A gdyby... Gdyby tylko ona? Może udałoby się powstrzymać prawdę, sprawić żeby została w Alpine?
Nie.
Bzdura.
Co jeżeli się spłoszy? Przestraszy, ucieknie, rozpowie innym? Nie mógłby pozwolić na takie ryzyko względem swojej rodziny. Ponownie spojrzał na wyglądającą za okno dziewczynę. Przez ostatnie kilka miesięcy miał mnóstwo okazji żeby ją poznać. Zdawała się być mądra i roztropna, być może nawet już coś podejrzewała...
Bezlitośnie urwał ten wątek w swojej głowie. Jeszcze chwilę, pomyślał. Palcem przejechał po włączniku. Powoli przeglądał stacje, aż w końcu wybrał i z głośników poleciała delikatna muzyka. Nie była na tyle głośna, żeby zaburzyć nastrój, ale wystarczająca aby zagłuszyć pochrapywanie Garreta. Irvin oderwała się od telefonu żeby z uśmiechem w lusterku pokazać mu uniesione do góry kciuki. Dwóch pozostałych mężczyzn nawet nie zareagowało, ale za to siedząca pod oknem dziewczyna spojrzała na niego.
- No pięknie, mnie też uśpisz tu zaraz. - wyszeptała. Cordian zaśmiał się.
- Śpij. Jeszcze daleko do Alpine. - dziewczyna po chwili zastanowienia pokiwała głową. Z bagażnika za głową wyciągnęła swoją kurtkę, zwijając ją i tworząc w ten sposób prowizoryczną poduszkę. Następnie oparła się o szybę i zamknęła oczy, wygrzewając twarz we wpadającym przez okno słońcu. Jeszcze trochę ją obserwował, nim sam poczuł jak jego ciało się odpręża. Zamanifestował to ziewaniem i natychmiast poczuł uderzenie na ramieniu.
- Ej, kierowca nie śpi. - upomniała go Irvin, tym razem nie podnosząc wzroku znad urządzenia.
- Wiem wiem. Uważam. - mruknął, skupiając całą uwagę na drodze.
    Dalej jechali już w milczeniu, przemierzając kolejne kilometry. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu, powoli ozdabiając wszystko swoją złotą poświatą. Miejscami śnieg już stopniał, odsłaniając pożółkłe trawy oraz niewielkie czerwonawe krzewy. W oddali grupa saren w podskokach przesuwała się po otwartej przestrzeni. Bezchmurne niebo pokrywało się gradientem kolorów, od ostrego pomarańczu, po delikatny fiolet po przeciwnej stronie. Cordian miarowo wybierał na kierownicy rytm lecących w radiu piosenek. Wewnętrznie chciał aby ta podróż trwała już wiecznie. Nie mógł uwolnić się od przeczucia, że kiedy wrócą do Alpine ich spokój prędzej czy później zostanie zaburzony...







    Złoty krąg słońca dotknął właśnie grzbietu widzianego w oddali łańcucha górskiego, kiedy Cordian szturchnął siedzącego obok mężczyznę.
- Uhhhhh. - jęknął głośno i przeciągle, zdejmując z twarzy książkę. - Nie śpię, nie śpię.
- Stary, nie wierzę, że czytasz "poradnik dla świeżo upieczonych matek". - kierowca zaśmiał się, wskazując na trzymaną przez niego książkę. Garret jęknął przeciągle, udając zaskoczenie, z niepowodzenia jego misternego planu. - Wstawaj, już niedaleko.
- Dojeżdżamy? - z tyłu odezwał się cichy głos siedzącej pod oknem dziewczyny.
- Tak, jeszcze z 15 minut i będziemy u ciebie pod domem. - Cordian spojrzał na resztę pasażerów. Irvin najwyraźniej rozładowała się bateria w telefonie, ponieważ właśnie spała, używając ramienia siedzącego obok chłopaka jako poduszki. On natomiast, jakby mu to wcale nie przeszkadzało, wciąż ze słuchawkami w uszach pogrążony był w lekturze trzymanej w dłoni książki.
    Niespodziewanie, brutalnie z tego spokojnego i sielankowego transu wyrwał ich dzwonek telefonu. Garret bez słowa sięgnął po leżące w schowku między siedzeniami urządzenie.
- Theo. - przeczytał napis z wyświetlacza. Rzucił kierowcy ostrzegawcze spojrzenie, prawie niezauważalnym ruchem głowy wskazując na siedzącą na tylnym siedzeniu dziewczynę.
- Daj go na głośnik. - rzucił Cordian, kiwając głową.
Usłyszeli dźwięk informujący o nawiązanym połączeniu.
- Theo, hej, właśnie wracamy z ekipą i- - nie zdążył dokończyć nim w słuchawce odezwał się roztrzęsiony głos.
- Arthur został postrzelony. Przyjedź jak najszybciej. Błagam. Droga numer 71, między odcinkiem 146 a 147. Potrzebujemy cię. - powietrze wewnątrz samochodu momentalnie zrobiło się ciężkie. Każdy wypowiadany w panice urywek bezlitośnie przerywał napiętą ciszę. Siedzący za kierownicą mężczyzna momentalnie zbladł, zaciskając dłonie wokół kierownicy. Pozostali zamarli w bezruchu, zmrożeni przerażającą wiadomością. Louisa ze strachem w oczach poderwała się z półleżącej pozycji, bezwiednie ściskając zwiniętą kurtkę.
- Trzymajcie się. - zakomenderował Cordian, a na niespodziewany dźwięk jego stanowczego głosu wszyscy podskoczyli.
    Mężczyzna gwałtownie wcisnął pedał hamulca, jednocześnie ostro skręcając kierownicę. Samochód z piskiem opon wykonał nagły zwrot, podrzucając jeden bok do góry, kiedy koło opadło poza granicę drogi. Nastąpiło jeszcze jedno mocne szarpnięcie i kierowali się już w przeciwnym kierunku, z prędkością którą nawet ścigający się po nocach nastolatkowie nie ważyliby się nią jechać. Louisa odwróciła wzrok od zlewającej się teraz w jednolitą plamę ściany drzewa. Siedząca obok niej dziewczyna siedziała skulona, wypatrując się w przednią szybę. Drżącymi dłońmi zasłaniała usta.
Spojrzała dalej, na jasnowłosego chłopaka, który już bez słuchawek w uszach zaciskał dłoń na zagłówku fotela kierowcy.
- Przepraszam Lou. - odezwał się Cordian, a jego szept w tej pełnej napięcia ciszy mógłby równie dobrze być krzykiem. - Nie będziesz za 15 minut w domu.
Dokończył, bezlitośnie dociskając pedał gazu.

    Jechali tak do przodu przez czas, który mógłby wydawać się wiecznością. Jedyną zmianą w ich otoczeniu było powolnie ściemniające się niebo, które ze swojego pomarańczowego koloru przemieniło się w szarawy fiolet, zaledwie delikatnie rozświtlany ponad koronami drzew przed ostatnie wspomnienie zachodzącego słońca. Siedząca na tylnym siedzeniu dziewczyna poczuła jak samochód stopniowo zwalnia. Wychyliła się, przez przednią szybę dostrzegając nieregualne kształty w oddali. Wkrótce okazały się one być kilkoma bezładnie zaparkowanymi na drodze samochodami, oraz grupą ludzi – zbyt wielu aby pomieściły ich stojące środki transportu.
    Gdy znaleźli się na tyle blisko, że dziewczyna musiała zamknąć oczy w obawie przed niechybnym wypadkiem, Cordian wcisnął hamulec, gwałtownie hamując. Niemalże wyrwał sprzączkę od pasa bezpieczeństwa, próbując go odpiąć i wyskoczył z pojazdu. Pozostali pasażerowie nie ruszyli się z miejsc, zupełnie jakby jakaś obca moc odebrała im wszystkie siły do działania. Louisa odpięła swój pas i wcisnęła głowę w przerwie między przednimi siedzeniami, próbując ogarnąć wzrokiem rozpościerającą się przed nią scenę.
Na drodze stało blisko trzydzieści osób, wszyscy zwróceni w stronę jednego punktu. Pośrodku, oświetlony ostrym światłem samochodowych reflektorów, od asfaltowej powierzchni drogi odrywał się przedziwny kształt. Dopiero po chwili dziewczyna rozpoznała go jako ciało leżącego na boku psa. Ogromnego psa. A może raczej – wilka. Wtem w siedzącej obok Irvin coś się przełamało i dziewczyna wybuchła płaczem, chowając twarz w dłoniach.
- Tato... - wyszeptała.

    Cordian podbiegł do kierującego się w stronę samochodu mężczyzny.
- Theo! Co się stało?! - zawołał, nieudolnie próbując opanować drżenie głosu. Na ten dźwięk głowy wielu zebranych ludzi odwróciły się w ich stronę. Malujące się na ich twarzach emocje, od przerażenia, przez smutek aż po nadzieję, wywoływały u niego dreszcze. Zbliżyła się do nich młoda dziewczyna, jej twarz i koszulka mokre od łez.
- Biegliśmy przez las. Jacobs też był. I oni pojawili się znikąd. Rozległy się strzały, przestraszyłam się, Arthur chciał ich odciągnął pobiegł, a potem, a potem... - wyjąkała, jej głos załamujący się z każdym kolejnym słowem, aż w końcu przerodził się w rozdzierający szloch. Podszedł do niej stojący z tyłu mężczyzna i położył dłonie na ramionach dziewczyny w uspokajającym geście. Cordian wyprostował się i skinął głową w jego stronę, usiłując zachować jakiekolwiek pozory spokoju.
    Odwrócił się do stojącego u jego boku mężczyzny.
- Czy on... - urwane pytanie, którego znaczenie zawisło ciężką chmurą nad głowami zebranych.
- Nie! Jeszcze nie! - wykrztusił Theo. - Wezwaliśmy pogotowie! To daleko ale... jest nadzieja, że dotrą na czas. Tylko... nie zabiorą go w takim stanie...
Gestem drżącej ręki wskazał na leżące w świetle reflektorów masywne wilcze cielsko. Obaj mężczyźni podskoczyli na kobiecy głos, który odezwał się za ich plecami.
- Jest nieprzytomny, nie przemieni się sam. - Cordian obrócił się, spoglądając na stojącą za nimi postać. Choć była dopiero w średnim wieku, zmarszczki na jej twarzy momentalnie pogłębiły się, w ciągu zaledwie chwili dodając jej wielu lat.
- Jenna... Tak mi przykro... - wyszeptał alfa, wyciągając w jej stronę niepewną dłoń. Spojrzała w jego oczy i w tej chwili poczuł się zupełnie jak ten mały szczeniak przed laty, przerażony sytuacją, która go przerasta. Oto ziściły się jego najgorsze koszmary, spełnił się los, którego obiecał sobie za wszelką cenę uniknąć. A teraz... czyżby cały ten trud został podjęty na próżno?
Z zamyślenia wyrwała go zbliżająca się do nich osoba.
- Musisz spróbować go przemienić. - odezwał się Yael, który w końcu wysiadł z samochodu i zgodnie ze swoją rolą zajął miejsce u boku swojego przywódcy. Cordian z ulgą przyjął to mentalne wsparcie, zarówno w postaci bety jak i przyjaciela.
- Przemienić? Ja?
- Dawniej, z tego co wiemy z historii, przywódca watahy był w stanie wywrzeć niewiarygodną presję na pozostałych członków. Mógł naginać ich wedle swojej woli, determinować uległość, oraz, wymuszać przemianę. - wytłumaczył, przebiegając wzrokiem po zgromadzonych i w końcu zatrzymując się na stojącym obok niego mężczyźnie.
- Ale... to nie możliwe. To znaczy, to tylko opowieści. A nawet jeśli... ja... nie mógłbym. Nie potrafię. - wypowiedział drżącym głosem Cordian, każdy kolejny oddech potrzebował coraz większego wysiłku, aby wydobyć się z jego piersi. Patrzył jedynie na jasnowłosego chłopaka. Nie mógł zmusić się, żeby oglądać te pełne rozczarowania i zawodu wyrazy twarzy otaczających go osób. Osób, które za wszelką cenę przyrzekł sobie chronić.
- Musisz spróbować. Nie mamy innego wyjścia. - nalegał twardo Yael. Cordian powoli i bez przekonania pokiwał głową.
- Dobrze. - wypowiedział ledwie słyszalnym głosem, po czym sprawnie zabrał się do zrzucania z siebie kolejnych warstw ubrań.
    
    Gdy stał już całkowicie nagi, przypomniał sobie o stojącym za jego plecami samochodzie. Odwrócił tors i spojrzał na przednią szybę. Choć oślepiające światła reflektorów nie pozwalały mu zajrzeć do wnętrza, czuł na sobie wzrok wpatrującej się w niego pary oczu. Otworzył usta, wymawiając bezgłośne przepraszam. Następnie odwrócił się i ruszył do przodu.
Z każdym kolejnym krokiem jego ciało stopniowo zmieniało swoją formę, zniekształcając się przy towarzyszącym temu procesowi dźwiękowi łamanych kości i rozrywających się mięśni. Kończyny zginały się pod dziwacznymi kątami, a plecy wyginały się w łuk, przyciskając jego zgarbioną sylwetkę coraz bliżej ziemi. Jego włosy zaczęły rozrastać się po całej powierzchni ciała, przybierając zamiast ciemnobrązowego, jasnozłoty kolor.
    I tak, w światło reflektorów wstąpił już nie człowiek, a potężny, niemalże tej samej wielkości wilczur. Pochylił się nad leżącym na drodze zwierzęciem. Przytknął pysk do jego sklejonej jeszcze nie zaschniętą krwią sierści. Zastrzygł uszami, słysząc delikatne bicie serca i jeszcze delikatniejsze świszczące oddechy. Stojący basior wyprostował się, górując nad drugim osobnikiem. Uniósł wargi, odsłaniając dziąsła i lśniące białe kły, a z jego gardła dobiegł niski, mrożący krew w żyłach warkot.
Wszyscy zebrani wokół oglądali tę scenę w napięciu. Patrzyli jak kładzie łapę na jego szyi, bezlitośnie przyciskając do ziemi oraz zbliżając lekko uchylony pysk z wyszczerzonymi zębami. Chociaż nie byli bezpośrednimi uczestnikami rozgrywającej się przed nimi sceny, czuli jak pewne przerażające i zarazem niezwykłe odczucie wstrząsa ich ciałami.
    Tak mijały chwile, i choć wszyscy czekali w napięciu, nie nastąpiła żadna zmiana. Wszystkie emocje powoli zaczęły ustępować miejsca poczuciu bezsilności. Walkę z nadzieją stopniowo zwyciężał strach przed porażką. I wtem, leżące na ziemi ciało wydało się jakby drgać. Na początku delikatnie, a potem coraz mocniej. Mocniej i mocniej, aż w końcu konwulsyjne ruchy wstrząsały kończynami zwierzęcia, zupełnie jakby poruszane przez jakieś niewidzialne moce. Wszyscy wstrzymali oddech. Pochylony nad ciałem wilk uniósł głowę, dumnie prostując i prężąc swój grzbiet. Wtedy nagle szare futro zaczęło się kurczyć. Pochłaniane przez skórę włosie odsłaniało umięśnione, choć doświadczone przez wiek kończyny. Zamieniało się w czarne, przeplatane siwizną włosy, okalające doświadczoną przez wiek twarz. To co jeszcze chwilę temu było korpusem wielkiego wilka, teraz wyglądało na zupełnie zwyczajne ciało mężczyzny w średnim wieku. Wśród zgromadzonych rozległy się ciche okrzyki zachwytu i niedowierzania, połączone z płaczem.
    Złoty wilk uniósł głowę, spoglądając za siebie. Wtem w oddali, dostrzegł mrugające niebieskie światło, odbijające się na ciemnej ścianie lasu. Nie minęło duża czasu, nim jego uszu dobiegło odgłos zbliżających się syren. Wzrokiem odszukał spojrzenie stojącego w oddali jasnowłosego mężczyzny. Skinął pyskiem w jego stronę. Następnie odwrócił się i po kilku skokach zniknął w nieprzeniknionej gęstwinie nocnego lasu.


   

środa, 23 lutego 2022

poniedziałek, 21 lutego 2022

Od Lou

 Światło księżyca nerwowo dobijało się w wielkie okno pokoju numer 13. Irvin przewróciła się na drugi bok, zamlaskała kilka razy i powoli otworzyła oczy, które dość szybko przywykły do otoczenia. Spojrzała na zegar, choć i bez tego potrafiłaby określić godzinę. Wpół do drugiej w nocy. Następnie wlepiła wzrok w sufit. Zdawało jej się, że usłyszała szmer po jej prawej stronie. 

— Ty też nie możesz spać? — Zagadała ściszonym głosem, ale nie usłyszała odpowiedzi. Mimo wszystko pomyślała, że Lou pewnie tylko ruszyła ręką przez sen czy coś w tym stylu. A może w ogóle jej się tylko przesłyszało. Uśmiechnęła się lekko, a jej oczy powędrowały za okno. Pogoda była wspaniała. Pełno śniegu... Pełnia... A jej wataha była daleko Alpine. Zapragnęła wyjść na zewnątrz, ale wiedziała, że nie może. Zamiast tego, spojrzała na śpiącą Lou. 
Chwila. Śpiąca Lou. 
No właśnie. Irv przetarła oczy próbując dostrzec blondynkę leżącą w drugim łóżku. Mogła przysiąc, że jej serce na chwilę się zatrzymało. Zamarła. 
Lou nie ma. 
Prawie jak "Kevin is not here.", ale jej wcale nie było do śmiechu. Wstała jak oparzona i podeszła do łóżka dziewczyny. Pusto. Momentalnie odwróciła się w stronę łazienki. Ciemno. 
— Lou? ... Lou?! — Półgłosem spróbowała ją nawołać, ale na próżno. Odpowiadała jej głucha cisza. 
Trzeba powiadomić chłopaków. Cordian na pewno pójdzie jej szukać.
Ubrała się na szybko i wybiegła z pokoju. Na korytarzu rozległo się nerwowe stukanie do drzwi. Gdzieś z tyłu głowy, do wadery przemawiał głos rozsądku nakazujący zachować ciszę, żeby nie obudzić pozostałych gości hotelu, ale chciała, żeby chłopacy jak najszybciej jej otworzyli. 
— Irvin? Coś się stało? — Zaspany Garret otworzył drzwi. Z drugiego łóżka wychylił głowę ich kolega. 
— Carter. Carter zniknęła. 
— Pfff. — Głowa blondyna opadła z powrotem na poduszkę, a na jego twarzy ukazał się prześmiewczy gest. — Przecież my nie znamy żadnej Carter. — ułożył się jeszcze wygodniej w swojej pościeli. 
— Na litość boską! Lou! Louisy nie ma! — Irvin była już blisko płaczu. 
— A...  — chłopak wstał. — To zmienia nieco postać rzeczy. Obudźcie Alfę. — rozciągnął się i przetarł zaspane oczy. 
Irvin pognała do pokoju fotografa, a za nią Garret i na prędce Yael. Otworzyli drzwi już biorąc głębokie wdechy, aby krzyknąć jego imię, ale... 
Pokój był pusty. Irvin stanęła jak wryta. Garret zaniemówił. Blondyn przepchnął się między nimi i również stanął w wejściu. 
— A.. No tak. Wszystko jasne. — ...I odszedł. 
Garret tylko się zaśmiał i również zmierzył w stronę łóżka. 
— Co. Chłopaki.. A jeśli coś im... — Irvin to za bardzo nie uspokoiło. Takie wytłumaczenie jej nie wystarczało. Potrzebowała jeszcze jednego słowa. 
— Irv. Spokojnie. Oni żyją. — Brodaty mężczyzna położył jej rękę na ramieniu w geście uspokajającym. 
— I to jeszcze jak żyją. — zaśmiał się ten drugi.
— No wiesz co!? — Irvin spróbowała wyglądać na obruszoną, ale nie za bardzo jej to wyszło. Mimo wszystko, coś podpowiedziało jej, żeby wyjrzeć na balkon. Otworzyła więc drzwi i w końcu pojęła jak do tego doszło. Na śniegu zostały ślady wydeptane tej nocy. Ślady ich Alfy i Clark. — A-ale...
— Żadnego ale, Irv. Idź spać. 


— O dzieciństwie... — Lou zamyśliła się na chwilę obracając w rękach kubek z ciepłym napojem. — Nie wiem. Nie pamiętam zbyt wiele. Podobno się tu urodziłam i spędziłam tu pierwsze trzy lata mojego życia, ale wiem to tylko od babci. Nie przypominam sobie żadnego momentu z Alpine. Zupełnie jakby ktoś wykasował mi pamięć... Nie mam też żadnych zdjęć z tego okresu. Podobno były. Babcia mówiła rodzicom, żeby zabrali je do Kentucky, ale nie wiedzieć czemu zostawili je tutaj. I zniknęły. Więc nawet nie wiem, w którym domu mieszkałam. I nikt nawet nie chce mi tego powiedzieć. — Zaczęła skrobać butem w śniegu. — Potem w Kentucky mam przebłyski taty prowadzącego mnie za rękę na padok, gdzie mama jeździła na Lancelocie. Pamiętam jego ciepły uśmiech i to jak mama przytulała mnie, gdy siedziałam przed nią w siodle. I to tyle. Potem mnie zostawili. Wyjechali tutaj i nie wrócili. Mnie wychowywała babcia. Dorastałam na ranczu pełnym zwierząt. Biegałam po lasach. Oswajałam dzikie zwierzęta. Wymykałam się nocą z domu i patrzyłam w gwiazdy. Myślałam wtedy, że może mama i tata też je widzą i patrzymy na nie razem... Od dziecka uwielbiałam konie. Brałam udział w zawodach już od szóstego roku życia. Co roku we wakacje jeździłam na obozy jeździeckie więc w domu nie było mnie praktycznie przez dwa miesiące.  A potem.. Wiesz, nawet nie wiem kiedy się to stało, ale.. dorosłam. Poszłam na studia i jestem tutaj. Bo jestem zbyt uparta, żeby stąd odjechać i dokończyć projekt w Kanadzie czy Bóg wie gdzie. 
Cordian milczał i jedynie pokiwał lekko głową na znak, że rozumie co właśnie usłyszał. 
— No, ale to trochę nudne. Może zobaczmy jak wyszły zdjęcia. — Louisa nie odwzajemniła pytania w stronę Goldteary. Chyba z góry założyła, że i tak nie dowie się całej prawdy, a nie chciała, żeby wymyślał coś na szybko. Odłożyła więc kubek z kawą na pień i podeszła do aparatu.  Cordian spojrzał na swoją pracę i z zadowoleniem pokazał ją dziewczynie.
— Coś wspaniałego. — Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była zachwycona.
— Jeszcze troszkę trzeba będzie je przerobić, ale faktycznie efekt łał jest już widoczny. 
 Przez chwilę oglądali pracę fotografa w milczeniu, gdy Carter w końcu się odezwała. — Cordianie... A skąd ty wiesz, że tam jest przepaść? Przecież tam nic nie widać... — Nie zdążyła ugryźć się w język. Wiedziała, że powinna była odpuścić te pytanie i wiedziała, że Cordian po prostu powie, że już wcześniej tu był, bo to najłatwiejsza i jedyna racjonalna odpowiedź. 
— ...Bo już tu byłem. Od tamtąd. — wspakazł palcem punkt po lewej stronie. — Aż do samego końca lasu jest tu szczelina. Jak wpadniesz - będzie źle. 
— Da się ją przeskoczyć? 
— Jeśli skaczesz na conajmniej pięć metrów w dal, to przy odrobinie szczęścia i braku rozumu, będziesz po drugiej stronie, bo tyle ma szerokości w najwęższym miejscu, ale nie radziłbym.
Dziewczyna chwyciła w dłoń latarkę i już chciała ją zapalić,gdy na jej dłoni wylądowała ręka Cordiana. — Nie zapalaj. Potem nie przyzwyczaisz się do ciemności. 
Zawahała się, ale posłuchała i odłożyła sprzęt. 
— Zmienię teraz ustawienie i zrobimy zdjęcia jeszcze raz. — Fotograf już grzebał coś w aparacie. Lou tylko przytaknęła rozglądając się dookoła. Mogłaby przysiąc, że koło przepaści coś się znajdowało, ale nie miała zielonego pojęcia co. Mimo wszystko po jej ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz i postanowiła nie odłączać się od znajomego. Zamiast tego, chwyciła tylko telefon i gdy ten nie patrzył, zrobiła kilka zdjęć obiektu ustawiając naświetlanie na maximum. Potem szybko je usunęła wiedząc, że pojawią się w koszu i łatwo będzie je potem można przywrócić. 
Z następnymi zdjęciami już się nie kryła. Podniosła urządzenie nieco do góry i nie ruszając się przez dziesięć sekund wykonała coś co nawet nie umywało się do zdjęć wykonanych aparatem, ale też nie wyglądało najgorzej. Następnie gdy para usiadła z powrotem przy kawie, dziewczyna dodała parę filtrów i udostępniła zdjęcia na instagramie. 
— Nie pochwalisz się swoimi dziełami? — Cordian zachował swobodny ton głosu. 
— Jasne, że pochwalę. Patrz. — I Clark pokazała mu wszystkie zdjęcia jakie wykonała. 
— No, bardzo ładne. — pokiwał głową z aprobatą. 
— Mówisz tak, żeby mi nie było przykro, bo twoje są lepsze. Niemniej i tak przyjmę twój komplement z wdzięcznością.  
Daniel odpisał.
"Sprawa wygląda tak, że Emily ma dziś urodziny, a ja komletnie zapomniałem. A no widzisz, jestem jakby w Azji i nie do końca mam jak jej teraz na cito załatwić prezent." 
Nie myślała zbyt długo. Po prostu odpisała "Poczta kwiatowa" i wyłączyła telefon wciskając go do kieszeni. 
Dało się słychać pohukiwanie sowy odbijające się gdzieś w dali echem. 
— Kol kaulam kulo... Geshe rza meho — Z piersi dziewczyny wydobył się czysty jak łza śpiew lecący hen w góry i wracający z drobnym opóźnieniem. — Geshe rza meho... Geshe rza mehoo o oo o. — Przymknęła oczy nasłuchując odgłosów lasu. Cordian z milczeniem jej się przysłuchiwał. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. — Ve ha liha lo re pare... Lore halekha... 
Czysta improwizacja w języku przodków napawała ją radością i wypełniała ciepłem serce. Nie spojrzała na mężczyznę. Patrzyła w dal czerpiąc przyjemność z chwili. 
Zapewne jej zazdrościł, że sam nie może przybrać swojej wilczej postaci i zaśpiewać do pełnej tarczy księżyca. Ale nie powiedział ani słowa. Po prostu słuchał, jak robi to Louisa. 

C.D. Cordian 

czwartek, 17 lutego 2022

Od Cordiana



    Cordian uśmiechnął się delikatnie, odwracając głowę w stronę stojącej obok dziewczyny. Z lekkim zaskoczeniem uświadomił sobie, że spędził z nią już tyle czasu, aby móc z łatwością rozpoznać odgłos i tempo jej kroków. Jak dotąd zwracał uwagę jedynie na uderzenia wilczych łap, a tu proszę – taka niespodzianka.
— Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. — powiedział, ściszając głos.
— W porządku. Jest okej. Po prostu nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. — Louisa złapała brzegi kurki, ciaśniej się nią owijając. — Chociaż po ostatnich wydarzeniach, to już licho wie. — westchnęła. Cordian powstrzymał się od komentowania jej słów. Oparł łokcie na ośnieżonej poręczy, wpatrując się na unoszące się z każdym oddechem w powietrzu obłoczki pary.
    Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, dziewczyna znowu się odezwała.
— Mówiłeś, że też nie możesz spać?
— Tak. Chociaż to już raczej takie wewnętrzne… — wykonał nieokreślony ruch ręką w powietrzu, jednocześnie zastanawiając się nad odpowiedzią. — Powiedzmy, że zboczenie zawodowe. A ty?
— To skomplikowane. — odpowiedziała cicho dziewczyna.
— Idziemy? — rzucił mężczyzna, prostując się i spoglądając w jej stronę.
— Idziemy? Że niby gdzie? — Louisa również odsunęła się od poręczy, lekko zbita z tropu.
— Na spacer. Do lasu. Gdzieś. Skoro i tak nie planujemy spać. — wypowiedział to tak, jakby była to rzecz zupełnie normalna, jak wyjście po południu do pobliskiego sklepu.
— Teraz? Jest środek nocy. Jesteśmy gdzieś w głębokiej głuszy, w lesie. A jak się zgubimy? — przez moment spojrzała na niego jak na szaleńca. Potem jednak przeleciały jej przez głowę wspomnienia poprzednich przygód, i wyraz jej twarzy złagodniał.
— Damy radę. Księżyc jasno świeci. Daleko odchodzić też nie będziemy. — spojrzał jej prosto w oczy. Dziewczyna przewalczyła wewnętrzną chęć cofnięcia się do tyłu. Zamrugała szybko. Oczy jak oczy; niby ludzkie, a jednak było w nich coś niezwykłego. Coś niebezpiecznego i nadzwyczajnego, a jednocześnie pociągającego. Przez moment wydawało jej się, jakby w brązowych tęczówkach tańczyły złote płomyki. Dziewczyna szybko potrząsnęła głową.
— Pójdę się ubrać. Co jak co, ale w piżamie nie idę.
— Jasne. — zaśmiał się. — Ja też pójdę narzucić coś porządnego na siebie. Spotkamy się na dole przed wyjściem. — po tych słowach oboje rozeszli się do swoich pokoi. Cordian minął dwóch śpiących towarzyszy, starając się nie zbudzić ich przypadkowym skrzypnięciem starych desek podłogowych. Przelotnie spojrzał na Garreta, który przy swoich pokaźnych rozmiarach, wyglądał naprawdę komicznie, próbując zmieścić się na niewielkim hotelowym łóżku. Po cichu wciągnął parę ciepłych spodni, zamienił podkoszulek na bluzę. Następnie wyłowił ze stosu ubrań, który trzej mężczyźni jednogłośnie postanowili utworzyć na środku pokoju z całego ich odzienia, czapkę. W międzyczasie wyłapał też ciche odgłosy szelestu ubrań z pokoju obok. Przynajmniej wiedział, że dziewczyna nie postanowiła wrócić do łóżka. Odwrócić się i pochylił w celu wyciągnięcia leżącej pod łóżkiem czarnej torby.
    Kiedy otworzył drzwi wejściowe od motelu, okazało się, że Louisa czekała już gotowa na zewnątrz. Szybko przebiegł wzrokiem po jej sylwetce. Czapka, ciepła kurtka, spodnie, nieprzemakalne buty. Przynajmniej nie będzie musiał martwić się, że zmarznie. Dobrze.
— Po co ci to? — rzucił, ruchem głowy wskazując na trzymaną przez nią latarkę. Na te słowa, dziewczyna spojrzała się w jego stronę, a na jej twarzy pojawił się delikatny grymas.
— To chyba raczej ja powinnam zapytać się, po co ci to! — Cordian z niewinną miną poprawił swój wielki plecak, z którego wystawał jeszcze większy, sięgający mu sporo nad głowę metalowy stelaż.
— A jak niby miałbym robić zdjęcia gwiazd bez statywu. — powiedział, takim tonem jakby była to rzecz zupełnie oczywista.
— Aha. — Louisa oparła dłonie na biodrach. — Czyli nocny spacer znaczy to samo co sesja fotograficzna Cordiana. Uhhhh. — obróciła się, teatralnie unosząc ręce do góry.
— Ej. Jak chcesz, możesz wrócić do pokoju i przewracać się z boku na bok do rana. — mężczyzna starał się wyglądać na urażonego. Na tę uwagę dziewczyna natychmiast odwróciła się, z zamiarem powrotu do pokoju, i najlepiej z jakąś uszczypliwą uwagą. — Ale wtedy moja kolekcja zdjęć gwiazd byłaby niekompletna.
Louisa zatrzymała się jak wryta. Przez głowę przemknęło jej zdecydowanie za dużo myśli, jednak szybko odzyskała powagę i cicho prychnęła.
— To był jeden z najsłabszych tekstów na podryw jakie słyszałam. Ale masz szczęście bo doceniam za starania i dlatego ci zapozuję. — Cordian uniósł jedną brew, stając się ukryć rozbawienie.
— Ależ oczywiście, wasza wysokość.
— Nawet nie próbuj. — zagroziła. Groźba jednak nie wywołała zamierzonego efektu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wypowiadająca ją osoba nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Oboje ruszyli w las, przedzierając się przez śnieżne zaspy. Mężczyzna prowadził, torując im drogę, a jego plecak pobrzękiwał przy każdym kroku. Przynajmniej możemy być pewni, że nie natkniemy się na żadne dzikie zwierzęta, pomyślała Lou.
    Spacer zdawał się trwać w nieskończoność. Widok przed ich oczami niemalże niezmienny. Tam, gdzie w ciągu dnia można było podziwiać bogatą roślinność leśnego runa i podszytu, trwała teraz nieprzenikniona ciemność. Próba wpatrzenia się w jej głąb pozostawiała niepokojące uczucie; wyobrażenie jakiegoś drapieżnego zwierza czającego się w zaroślach. Louisa w duszy podziękowała za przenikające ciszę odgłosy wydawane przez plecak mężczyzny. Zagłuszały one dobywające się gdzieś z oddali trzaski gałązek, które z pewnością doprowadziłyby ją już do paranoi. Wciąż czuła ciężar latarki w kieszeni kurtki. Zgodnie z radą swojego przewodnika, powstrzymywała się jednak od używania jej. Od czasu rozmowy pod motelem nie zamienili ani słowa więcej. Dziewczyna nie chciała się odzywać, przepełniona dziwnym przekonaniem, że idącego przed nią mężczyznę dzieli z otaczającym ich lasem niezwykła więź. Uniosła głowę, śledząc cienki pas nieba między gałęziami. Wpatrzyła się w setki gwiazd, drobnych punkcików, najjaśniejszych w całym otaczającym ją widoku…
    …Cordian przeniósł wzrok z nocnego nieba na wąską ścieżkę, którą podążali. Jego wilcze zmysły wyłapywały najróżniejsze zwierzęce zapachy, żaden z nich nie był jednak wystarczająco świeży żeby stanowić powód do obaw. Stawiał kolejne kroki, walcząc wewnętrznie z ogarniającą go chęcią zrzucenia ludzkiej skóry i pognania w ciemne odmęty lasu, tak daleko jak tylko uniosą jego cztery łapy. To jednak nie był na to czas. Co rusz skupiał swoją uwagę niemalże całkowicie na krokach idącej za nim kobiety, powtarzając sobie, że obecna chwila wymagała od niego przede wszystkim zachowania jego człowieczeństwa. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, że kiedyś będzie musiał w końcu je porzucić. Że będzie musiał ujawnić sekret, którego tajemnicy przyrzekł sobie strzec od małego. Ale kiedy miałoby to nastąpić, trudno powiedzieć. Na razie wiedział jedno – że nie jest jeszcze gotowy.
Kiedy ręką odgarnął grodzącą drogę gęstą gałąź, na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Jesteśmy. — powiedział, lekko zaskakując dziewczynę nagłym przerwaniem monotonnych odgłosów. Okrążyła go, z zainteresowaniem spoglądając w tą samą stronę.
— A już myślałam, że prędzej nad ocean dojdzie— ...Oh. Wow.
    Rosnące przed nimi drzewa stopniowo przerzedzały się, spomiędzy ich ciemnych konarów prześwitywało jasne nocne niebo. Wąska ścieżka rozszerzała się, tak aby w końcu otworzyć się na niewielką niezalesioną przestrzeń. A potem… A potem nie było już nic. Tylko gwiazdy. Setki, tysiące, gwiazd. Mniejsze, większe, jaśniejsze i te ledwo widoczne, rozmieszczone chaotycznie po mieniącym się niesamowitymi odcieniami sklepieniu.
— Niesamowite… — szepnęła, powoli ruszając do przodu, jednocześnie łapczywie chłonąć otaczający ją widok.
— Ostrożnie. Uważaj na przepaść. — powiedział mężczyzna, bezskutecznie próbując opanować wywołane emocjami lekkie drżenie głosu.
— Co tam przepaść, w takim miejscu mogłabym umierać! — zawołała ze śmiechem, obracając się dookoła z rozłożonymi szeroko ramionami. — No, może za siedemdziesiąt lat!
    Cordian zaśmiał się cicho, opierając plecak o najbliższe drzewo. Bez zwłoki zabrał się do wyjmowania i przygotowywania odpowiedniego sprzętu. Najpierw statyw, potem aparat, osłonki, baterie – wszystkie te czynności wykonywał machinalnie, kątem oka obserwując chodzącą dookoła dziewczynę. Poczuł wewnątrz lekką ulgę, zadowolony, że udało mu się wywołać w niej takie uczucia. Potrząsnął głową, dokręcając ostatnie śruby, po czym wbił nogi statywu w śnieg. Nakierował obiektyw na niebo, przez chwilę szukając odpowiedniego kadru. Nie mogąc podjąć decyzji, wybrał losowy fragment i po ustawieniu parametrów nacisnął spust migawki.
    Następnie odwrócił się z powrotem w stronę plecaka i pogrzebał w nim chwilę, aż wyjął ze środka metalowy termos i dwa kubki. Ruchem głowy wskazał nie leżący nieopodal przewalony pień.
— Napijemy się?
— Nie będziesz robił zdjęć? — dziewczyna spojrzała na aparat.
— Zdjęcia same się robią. 5 minut ekspozycji. Równie dobrze mogę zabić czas między ujęciami. — wzruszył ramionami po czym zabrał się do odgarniania śniegu. Usiadł i wyciągnął nogi, przeciągając się. Po chwili Louisa zajęła miejsce obok niego.
— Dobry termos, długo trzyma. — powiedział Cordian, nalewając parującego i aromatycznego naparu do kubków. Jeden podał dziewczynie, która zadowoleniem ujęła go w dwie już lekko zmarznięte dłonie.
— Termos jak termos, przy takim widoku wszystko będzie smakować niebiańsko! — westchnęła, wciąż rozglądając się dookoła.
— Rozumiem, że ci się podoba. — uśmiechnął się, odchylając się do tyłu i opierając o rosnące za nim drzewo.
— Pamiętam jak wielokrotnie oglądałam rozgwieżdżone niebo jak byłam mała, ale to to… po prostu wow.
— Miło mi to słyszeć. To co, opowiesz mi trochę o swoim dzieciństwie?



C.D. Roxo

odzwyczaiłem się od pisania długich opowiadań. Also, there was a drawing supposed to come along with the story, ale cóż, nie wiem gdzie on jest. Może będzie z opóźnieniem :p