Światło księżyca nerwowo dobijało się w wielkie okno pokoju numer 13. Irvin przewróciła się na drugi bok, zamlaskała kilka razy i powoli otworzyła oczy, które dość szybko przywykły do otoczenia. Spojrzała na zegar, choć i bez tego potrafiłaby określić godzinę. Wpół do drugiej w nocy. Następnie wlepiła wzrok w sufit. Zdawało jej się, że usłyszała szmer po jej prawej stronie.
— Ty też nie możesz spać? — Zagadała ściszonym głosem, ale nie usłyszała odpowiedzi. Mimo wszystko pomyślała, że Lou pewnie tylko ruszyła ręką przez sen czy coś w tym stylu. A może w ogóle jej się tylko przesłyszało. Uśmiechnęła się lekko, a jej oczy powędrowały za okno. Pogoda była wspaniała. Pełno śniegu... Pełnia... A jej wataha była daleko Alpine. Zapragnęła wyjść na zewnątrz, ale wiedziała, że nie może. Zamiast tego, spojrzała na śpiącą Lou.
Chwila. Śpiąca Lou.
No właśnie. Irv przetarła oczy próbując dostrzec blondynkę leżącą w drugim łóżku. Mogła przysiąc, że jej serce na chwilę się zatrzymało. Zamarła.
Lou nie ma.
Prawie jak "Kevin is not here.", ale jej wcale nie było do śmiechu. Wstała jak oparzona i podeszła do łóżka dziewczyny. Pusto. Momentalnie odwróciła się w stronę łazienki. Ciemno.
— Lou? ... Lou?! — Półgłosem spróbowała ją nawołać, ale na próżno. Odpowiadała jej głucha cisza.
Trzeba powiadomić chłopaków. Cordian na pewno pójdzie jej szukać.
Ubrała się na szybko i wybiegła z pokoju. Na korytarzu rozległo się nerwowe stukanie do drzwi. Gdzieś z tyłu głowy, do wadery przemawiał głos rozsądku nakazujący zachować ciszę, żeby nie obudzić pozostałych gości hotelu, ale chciała, żeby chłopacy jak najszybciej jej otworzyli.
— Irvin? Coś się stało? — Zaspany Garret otworzył drzwi. Z drugiego łóżka wychylił głowę ich kolega.
— Carter. Carter zniknęła.
— Pfff. — Głowa blondyna opadła z powrotem na poduszkę, a na jego twarzy ukazał się prześmiewczy gest. — Przecież my nie znamy żadnej Carter. — ułożył się jeszcze wygodniej w swojej pościeli.
— Na litość boską! Lou! Louisy nie ma! — Irvin była już blisko płaczu.
— A... — chłopak wstał. — To zmienia nieco postać rzeczy. Obudźcie Alfę. — rozciągnął się i przetarł zaspane oczy.
Irvin pognała do pokoju fotografa, a za nią Garret i na prędce Yael. Otworzyli drzwi już biorąc głębokie wdechy, aby krzyknąć jego imię, ale...
Pokój był pusty. Irvin stanęła jak wryta. Garret zaniemówił. Blondyn przepchnął się między nimi i również stanął w wejściu.
— A.. No tak. Wszystko jasne. — ...I odszedł.
Garret tylko się zaśmiał i również zmierzył w stronę łóżka.
— Co. Chłopaki.. A jeśli coś im... — Irvin to za bardzo nie uspokoiło. Takie wytłumaczenie jej nie wystarczało. Potrzebowała jeszcze jednego słowa.
— Irv. Spokojnie. Oni żyją. — Brodaty mężczyzna położył jej rękę na ramieniu w geście uspokajającym.
— I to jeszcze jak żyją. — zaśmiał się ten drugi.
— No wiesz co!? — Irvin spróbowała wyglądać na obruszoną, ale nie za bardzo jej to wyszło. Mimo wszystko, coś podpowiedziało jej, żeby wyjrzeć na balkon. Otworzyła więc drzwi i w końcu pojęła jak do tego doszło. Na śniegu zostały ślady wydeptane tej nocy. Ślady ich Alfy i Clark. — A-ale...
— Żadnego ale, Irv. Idź spać.
— O dzieciństwie... — Lou zamyśliła się na chwilę obracając w rękach kubek z ciepłym napojem. — Nie wiem. Nie pamiętam zbyt wiele. Podobno się tu urodziłam i spędziłam tu pierwsze trzy lata mojego życia, ale wiem to tylko od babci. Nie przypominam sobie żadnego momentu z Alpine. Zupełnie jakby ktoś wykasował mi pamięć... Nie mam też żadnych zdjęć z tego okresu. Podobno były. Babcia mówiła rodzicom, żeby zabrali je do Kentucky, ale nie wiedzieć czemu zostawili je tutaj. I zniknęły. Więc nawet nie wiem, w którym domu mieszkałam. I nikt nawet nie chce mi tego powiedzieć. — Zaczęła skrobać butem w śniegu. — Potem w Kentucky mam przebłyski taty prowadzącego mnie za rękę na padok, gdzie mama jeździła na Lancelocie. Pamiętam jego ciepły uśmiech i to jak mama przytulała mnie, gdy siedziałam przed nią w siodle. I to tyle. Potem mnie zostawili. Wyjechali tutaj i nie wrócili. Mnie wychowywała babcia. Dorastałam na ranczu pełnym zwierząt. Biegałam po lasach. Oswajałam dzikie zwierzęta. Wymykałam się nocą z domu i patrzyłam w gwiazdy. Myślałam wtedy, że może mama i tata też je widzą i patrzymy na nie razem... Od dziecka uwielbiałam konie. Brałam udział w zawodach już od szóstego roku życia. Co roku we wakacje jeździłam na obozy jeździeckie więc w domu nie było mnie praktycznie przez dwa miesiące. A potem.. Wiesz, nawet nie wiem kiedy się to stało, ale.. dorosłam. Poszłam na studia i jestem tutaj. Bo jestem zbyt uparta, żeby stąd odjechać i dokończyć projekt w Kanadzie czy Bóg wie gdzie.
Cordian milczał i jedynie pokiwał lekko głową na znak, że rozumie co właśnie usłyszał.
— No, ale to trochę nudne. Może zobaczmy jak wyszły zdjęcia. — Louisa nie odwzajemniła pytania w stronę Goldteary. Chyba z góry założyła, że i tak nie dowie się całej prawdy, a nie chciała, żeby wymyślał coś na szybko. Odłożyła więc kubek z kawą na pień i podeszła do aparatu. Cordian spojrzał na swoją pracę i z zadowoleniem pokazał ją dziewczynie.
— Coś wspaniałego. — Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była zachwycona.
— Jeszcze troszkę trzeba będzie je przerobić, ale faktycznie efekt łał jest już widoczny.
Przez chwilę oglądali pracę fotografa w milczeniu, gdy Carter w końcu się odezwała. — Cordianie... A skąd ty wiesz, że tam jest przepaść? Przecież tam nic nie widać... — Nie zdążyła ugryźć się w język. Wiedziała, że powinna była odpuścić te pytanie i wiedziała, że Cordian po prostu powie, że już wcześniej tu był, bo to najłatwiejsza i jedyna racjonalna odpowiedź.
— ...Bo już tu byłem. Od tamtąd. — wspakazł palcem punkt po lewej stronie. — Aż do samego końca lasu jest tu szczelina. Jak wpadniesz - będzie źle.
— Da się ją przeskoczyć?
— Jeśli skaczesz na conajmniej pięć metrów w dal, to przy odrobinie szczęścia i braku rozumu, będziesz po drugiej stronie, bo tyle ma szerokości w najwęższym miejscu, ale nie radziłbym.
Dziewczyna chwyciła w dłoń latarkę i już chciała ją zapalić,gdy na jej dłoni wylądowała ręka Cordiana. — Nie zapalaj. Potem nie przyzwyczaisz się do ciemności.
Zawahała się, ale posłuchała i odłożyła sprzęt.
— Zmienię teraz ustawienie i zrobimy zdjęcia jeszcze raz. — Fotograf już grzebał coś w aparacie. Lou tylko przytaknęła rozglądając się dookoła. Mogłaby przysiąc, że koło przepaści coś się znajdowało, ale nie miała zielonego pojęcia co. Mimo wszystko po jej ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz i postanowiła nie odłączać się od znajomego. Zamiast tego, chwyciła tylko telefon i gdy ten nie patrzył, zrobiła kilka zdjęć obiektu ustawiając naświetlanie na maximum. Potem szybko je usunęła wiedząc, że pojawią się w koszu i łatwo będzie je potem można przywrócić.
Z następnymi zdjęciami już się nie kryła. Podniosła urządzenie nieco do góry i nie ruszając się przez dziesięć sekund wykonała coś co nawet nie umywało się do zdjęć wykonanych aparatem, ale też nie wyglądało najgorzej. Następnie gdy para usiadła z powrotem przy kawie, dziewczyna dodała parę filtrów i udostępniła zdjęcia na instagramie.
— Nie pochwalisz się swoimi dziełami? — Cordian zachował swobodny ton głosu.
— Jasne, że pochwalę. Patrz. — I Clark pokazała mu wszystkie zdjęcia jakie wykonała.
— No, bardzo ładne. — pokiwał głową z aprobatą.
— Mówisz tak, żeby mi nie było przykro, bo twoje są lepsze. Niemniej i tak przyjmę twój komplement z wdzięcznością.
Daniel odpisał.
"Sprawa wygląda tak, że Emily ma dziś urodziny, a ja komletnie zapomniałem. A no widzisz, jestem jakby w Azji i nie do końca mam jak jej teraz na cito załatwić prezent."
Nie myślała zbyt długo. Po prostu odpisała "Poczta kwiatowa" i wyłączyła telefon wciskając go do kieszeni.
Dało się słychać pohukiwanie sowy odbijające się gdzieś w dali echem.
— Kol kaulam kulo... Geshe rza meho — Z piersi dziewczyny wydobył się czysty jak łza śpiew lecący hen w góry i wracający z drobnym opóźnieniem. — Geshe rza meho... Geshe rza mehoo o oo o. — Przymknęła oczy nasłuchując odgłosów lasu. Cordian z milczeniem jej się przysłuchiwał. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. — Ve ha liha lo re pare... Lore halekha...
Czysta improwizacja w języku przodków napawała ją radością i wypełniała ciepłem serce. Nie spojrzała na mężczyznę. Patrzyła w dal czerpiąc przyjemność z chwili.
Zapewne jej zazdrościł, że sam nie może przybrać swojej wilczej postaci i zaśpiewać do pełnej tarczy księżyca. Ale nie powiedział ani słowa. Po prostu słuchał, jak robi to Louisa.
C.D. Cordian