Uwaga!

środa, 9 lutego 2022

Od Lou

 Lou wylądowała na Cordianie. Dosłownie. Mało brakowało, żeby nie zderzyli się kaskami, ale w efekcie upadku, znów byli bardzo blisko siebie. Bliżej niż by wypadało. Dwoje dorosłych ludzi popatrzyło sobie w oczy widocznie nie wiedząc jak zareagować. Cordian sprawiał wrażenie wystraszonego. Na pewno zakłopotanego. Zanim zaczął się podnosić, Lou zrobiła coś, co nie tylko sprawiło, że nie zrobiło się bardziej niezręcznie, ale co całkowicie rozładowało narastającą atmosferę. Po prostu wybuchnęła śmiechem i oparła głowę o jego ramię, po czym podniosła się stosunkowo powoli i podała rękę Cordianowi. Popatrzył na nią z przymrużeniem oka.

—Tak, wiem. Jesteś duży i ciężki. — przewróciła oczyma. — a ja mała i taka bezbronna. No już, dawaj łapę. — ponagliła go.
Gdy podał jej rękę, zaparła się jak najmocniej umiała, co wyglądało dość komicznie w jej wykonaniu i pomogła mu wstać.
— Trzeba jakoś dotrzeć do zjazdu. — słusznie zauważył mężczyzna.
— Wspaniale się składa, ponieważ z moim aktualnym pakietem umiejętności zjazdowych wróciłabym z naszego cudownego wyjazdu z połamanymi wszystkimi kończynami. — podsumowała Lou kierując się w stronę z której przyjechali. Uważnie przemierzała kolejne metry. Nigdy nie miała większych problemów z równowagą. Na łyżwach śmigała jak mało kto. Wiedziała, że na desce też da radę i dlatego z każdym kolejnym ruchem wszystko wychodziło jej płynniej. Gdy dotarli na dół, od nowa złapali wyciąg do góry. Tym razem obyło się bez większych przeszkód i już chwilę później dołączyli do pozostałych.
— No, nareszcie. — odetchnął Garret.
— Kto ostatni na dole ten gapa! — wykrzyknęła Irvin i jako pierwsza skierowała się w dół.
Lou widząc przed sobą znaczny zjazd w dół, spokorniała. Czuła, że język utknął jej w gardle.
— Wszystko okej, Lou? — zapytał Cordian, który jako jedyny został obok niej, gdy jego znajomi zjeżdżali już w dół.
Blondynka przełknęła ślinę. To tak, jak w wieku sześciu lat, po raz pierwszy w życiu miała przeskoczyć ze swoim kucykiem przez przeszkodę. Po prostu musiała to zrobić.
— J-jasne. — pokiwała głową.
— Na pewno? — Goldteara uniósł jedną brew.
— Tak. — nałożyła gogle na oczy.
— Okej. — długowłosy zrobił to samo, wzruszył ramionami, po czym wykonał ślizg.
— Cordianie, stój! — w jej głosie dało się wyczuć panikę.
— Tak?
— Nie dam rady. — spojrzała na dół, a następnie na niego. — Boję się.
Ten uśmiechnął się tylko lekko, po czym wyciągnął do niej rękę.
— Chodź. Pojadę obok ciebie.

Nie wywróciła się po drodze, a to już połowa sukcesu, chociaż sama droga w dół trwała dwa, jeśli nie trzy razy dłużej niż zazwyczaj zajmuje pokonanie tej trasy przeciętnemu użytkownikowi stoku.
— Gapy. — skwitowała jasnowłosa dziewczyna stojąca z dwójką mężczyzn już na dole.
— No! Myśleliśmy, że już Was jakiś misiek zjadł po drodze! — Blondyn spojrzał na zegarek. — Chyba ustanowiliście rekord dla najdłuższego zjazdu w historii tego pięknego przybytku.
— Gdyby ten „misiek” zaatakował Lou, to Cordian pewnie by go zjadł, spokojnie. — Irv przewróciła oczyma i podjechała do Lou. — Dałaś radę, brawo.
— Dalej, chodźcie. — Garretowi spieszyło się na kolejny zjazd. — Postać mogę w domu. Tu się zjeżdża.
Wjechali więc po raz drugi. Tym razem pewność siebie Lou urosła do tego stopnia, że nic nie sprawiało jej najmniejszych trudności, a o wpadnięciu w zaspę nie było nawet mowy. Chociaż, cały czas zapewniała swoich towarzyszy, że w końcu się wywróci, szła śmiało naprzód. „Najwyżej połamię nogi”.
Gdy stanęli na górze, zanim Irvin zdążyła po raz kolejny wypowiedzieć „Kto ostatni na dole ten gapa”, Lou wystartowała jako pierwsza, zostawiając blondwłosą dziewczynę z samym „kto ostatni na dol-”.
Przyjaciele wymienili ze sobą tylko zdziwione spojrzenia, co najwyżej Garret dopełnił swoje spojrzenie krótkim, nie tyle śmiechem, co zaskoczonym parsknięciem i pojechali za nią. 
Na stoku spędzili dobrych parę godzin. Zaczął pruszyć śnieg, a zimno dało się Lou we znaki kiedy poczuła, że skarpetki w rożki lodowe które dostała od Irvin nie są już aż tak ciepłe jak wydawały się na początku. Nie narzekała zbytnio, ale ucieszyło ją gdy pozostali stwierdzili, że starczy im zabawy na dzisiaj. Niemniej, wpadli na jeszcze jeden genialny pomysł.
Obok stoku stał przepiękny drewniany, dwupiętrowy hotel, w którym jeszcze dało się wyczuć świątecznego ducha. Gdy tylko weszli do środka, przemiła pani recepcjonistka przywitała ich i przydzieliła pokoje. Grupa stanęła przy kominku, u dołu wielkich schodów i Cordian dotychczas trzymający dwie pary kluczy oddał jedne dziewczynom. 
— Wygląda na to, że mamy pokoje obok siebie. Irvin i Lou trzynaście, my czternaście. 
— Nie podoba mi się ten podział. — blondyn skwitował bez owijania w bawełnę. 
— A co? Chciałbyś wymienić się z którąś z dziewczyn? — parsknął Garret.
— Ja nie. — Chłopak bąknął i zakończył temat. 
Wszyscy chwycili swoje sprzęty i wspięli się na pierwsze piętro. Pokój Lou i Irvin był naprawdę przestronny. Spodobały jej się drewniane większe łóżka z pościelą w czerwono-zieloną kratę. Rzuciła się na swój materac, a okrzyk zadowolenia wydobył się z jej płuc prosto w poduszkę. Irvin zaśmiała się i wskoczyła na swoje miejsce. 
— Jejku, jakie wygodne! — uśmiechnęła się gapiąc się w sufit. — Coś czuję, że dzisiejsza noc będzie wyjątkowa.
— Tak uważasz?
— Oczywiście. — potwierdziła wilczyca i pobiegła oglądać łazienkę. — No nie! Nie dość, że na dole jest basen i jacuzzi, to tutaj jeszcze taka wypasiona wanna dla dwóch osób! 
— Co ty gadasz?! — Lou podniosła się z łóżka jak oparzona i pędem skierowała się do łazienki. — O MATKO, JAKA WSPANIAŁA.
— WŁASNIE. — Irvin wskoczyła do wanny i rozłożyła na bok ręce. — To co? Dzisiaj ty i ja...
— I wanna. — Dziewczyny porozumiały się bez słów gdy obie uniosły kilka razy brwi i wybuchnęły śmiechem. — Dawaj, idziemy pozwiedzać pokój obok. 
 
Pokój trójki wilków wyglądał trochę inaczej. A właściwie dwa pokoje. W jednym, tak jak u dziewczyn mieściły się identyczne łóżka, a obok balkonu, drzwi po lewej stronie wskazywały na jeszcze jeden pokój. W nim było jedno łóżko. Tyle, że jakimś cudem większe, dwuosobowe. I jakimś sposobem zajął je właśnie alfa. 
— Ale tu czadersko. — Irvin rzuciła się, aby przeczesywać kolejny pokój jak dzik w kukurydzę, a za nią Lou.
Głupawka nie udzieliła się pozostałym, ale i tak byli w dobrym humorze. 
— Dobra, nie wiem jak wy, ale ja umieram z głodu. — Lou położyła się na plecach na drewnianej podłodze. Takie miała już zboczenie. Kładła się na podłodze i było jej tam niesamowicie wygodnie. 
— Ja też. Jak chyba wszyscy. To co? Ogarniamy się i idziemy coś zjeść? — Cordian oparł się o framugę z aparatem w rękach. 
— Hej, skąd go masz? — Lou nie kryła zdziwienia.
— Po prostu dobrze się zaopatrzyłem. — Fotograf złapał dobre światło i jak gdyby nigdy nic cyknął leżącej na podłodze Clark zdjęcie. — Na próbę. — Wzruszył ramionami.
— No dobra. — Blondwłosa spojrzała na resztę. 
— Okej, ogarniamy się. — Przytaknął Garret. 
— Jak już widzieliśmy, na dole jest basen i jacuzzi, więc myślę, że w sklepiku kupimy odpowiednią odzież i mamy już co robić wieczorem. — Irvin zaproponowała układ, który każdemu się spodobał. 
— A co? Nie mam odpowiedniej odzieży na sobie? — Blondyn uniósł brwi. 
— Nie, nie masz. — Garret uśmiechnął się i skrzyżował ręce na piersi. 
— No dobra. Normalnie wolałbym jakąś wycieczkę krajoznawczą, ale biorąc pod uwagę okoliczności...
Zapadła cisza.
— Dobrze. W takim razie chodźmy. — Przerwał ją Goldteara i wszyscy udali się do restauracji na dole. A potem na plac. A potem na spacer... a potem na basen, gdzie wszyscy już do końca się wyszaleli. 
A potem do pokoi. 

Louisę obudziło światło księżyca natarczywie rażące ją po oczach. Nie od dziś było wiadome, że dziewczyna cierpi na bezsenność, ale przeklęła w myślach, że musiało ją dopaść również tej nocy. Nałożyła poduszkę na głowę i warknęła cicho, żeby nie obudzić Irv. Starała się za wszelką cenę zamknąć oczy, ale koniec końców otworzyła je szeroko i wlepiła wzrok w sufit. Prawą ręką siegnęła po telefon, który zostawiła na szafce nocnej. Szybko go wyczuła i włączyła. Jasność ekranu lekko ją oślepiła, ale po chwili mogła odczytać zaległe wiadomości od przyjaciół. Dowiedziała się z nich, że Leon zachorował, Vanessa poznała jakiegoś Francuza, z którym wiąże większe nadzieje niż z ostatnimi pięcioma i tym jednym gruzinem, a żyrafa imieniem Heksa nareszcie urodziła zdrową dziewczynkę i chyba Jude z wolontariuszami nazwą ją Hekate.
A potem kilka wiadomości prywatnych. Babcia wysłała zdjęcie klaczy, Henderson napisał "Hej, Lou. Jak tam?", a Daniel... Daniel też napisał. Oświadczył, że ma jakiś problem i prosi, żeby Clark odpisała jak najszybciej. Odpisała więc, potem otworzyła instagrama, przejrzała kilka postów i odłożyła telefon. Że też nie wzięła melatoniny ze sobą.. Nie wiedziała, że zostaną tutaj na noc. 
Spojrzała na okno. Może wystarczyłoby je zasłonić, ale Lou pokusiła się o zabranie koca i wyjście na balkon. Otworzyła więc tarasowe drzwi możliwie jak najciszej uważając, żeby nie obudzić śpiącej wilczycy i zrobiła krok na zewnątrz. Oparła się o barierkę i spojrzała w już bezchmurne niebo. Gwiazdy lśniły jak u niej w domu w Kentucky latem pod wiśnią. Zaczerpnęła głęboki iddech zimnego powietrza i zamknęła oczy. 
— Więc ty też nie możesz spać. — Dziewczyna odskoczyła prawie w bok, gdy ktoś odezwał się zaraz obok niej. Dopiero teraz zobaczyła, że balkon z jej pokoju i pokoju chłopaków jest tak naprawdę jednym balkonem odgrodzonym na pół furtką. 
— Boże przenajświętszy! Cordian! Przestraszyłeś mnie. — Lou położyła dłoń na klatce piersiowej, a pod opuszkami palców czuła szybkie bicie swojego serca.