Uwaga!

czwartek, 17 lutego 2022

Od Cordiana



    Cordian uśmiechnął się delikatnie, odwracając głowę w stronę stojącej obok dziewczyny. Z lekkim zaskoczeniem uświadomił sobie, że spędził z nią już tyle czasu, aby móc z łatwością rozpoznać odgłos i tempo jej kroków. Jak dotąd zwracał uwagę jedynie na uderzenia wilczych łap, a tu proszę – taka niespodzianka.
— Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. — powiedział, ściszając głos.
— W porządku. Jest okej. Po prostu nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. — Louisa złapała brzegi kurki, ciaśniej się nią owijając. — Chociaż po ostatnich wydarzeniach, to już licho wie. — westchnęła. Cordian powstrzymał się od komentowania jej słów. Oparł łokcie na ośnieżonej poręczy, wpatrując się na unoszące się z każdym oddechem w powietrzu obłoczki pary.
    Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, dziewczyna znowu się odezwała.
— Mówiłeś, że też nie możesz spać?
— Tak. Chociaż to już raczej takie wewnętrzne… — wykonał nieokreślony ruch ręką w powietrzu, jednocześnie zastanawiając się nad odpowiedzią. — Powiedzmy, że zboczenie zawodowe. A ty?
— To skomplikowane. — odpowiedziała cicho dziewczyna.
— Idziemy? — rzucił mężczyzna, prostując się i spoglądając w jej stronę.
— Idziemy? Że niby gdzie? — Louisa również odsunęła się od poręczy, lekko zbita z tropu.
— Na spacer. Do lasu. Gdzieś. Skoro i tak nie planujemy spać. — wypowiedział to tak, jakby była to rzecz zupełnie normalna, jak wyjście po południu do pobliskiego sklepu.
— Teraz? Jest środek nocy. Jesteśmy gdzieś w głębokiej głuszy, w lesie. A jak się zgubimy? — przez moment spojrzała na niego jak na szaleńca. Potem jednak przeleciały jej przez głowę wspomnienia poprzednich przygód, i wyraz jej twarzy złagodniał.
— Damy radę. Księżyc jasno świeci. Daleko odchodzić też nie będziemy. — spojrzał jej prosto w oczy. Dziewczyna przewalczyła wewnętrzną chęć cofnięcia się do tyłu. Zamrugała szybko. Oczy jak oczy; niby ludzkie, a jednak było w nich coś niezwykłego. Coś niebezpiecznego i nadzwyczajnego, a jednocześnie pociągającego. Przez moment wydawało jej się, jakby w brązowych tęczówkach tańczyły złote płomyki. Dziewczyna szybko potrząsnęła głową.
— Pójdę się ubrać. Co jak co, ale w piżamie nie idę.
— Jasne. — zaśmiał się. — Ja też pójdę narzucić coś porządnego na siebie. Spotkamy się na dole przed wyjściem. — po tych słowach oboje rozeszli się do swoich pokoi. Cordian minął dwóch śpiących towarzyszy, starając się nie zbudzić ich przypadkowym skrzypnięciem starych desek podłogowych. Przelotnie spojrzał na Garreta, który przy swoich pokaźnych rozmiarach, wyglądał naprawdę komicznie, próbując zmieścić się na niewielkim hotelowym łóżku. Po cichu wciągnął parę ciepłych spodni, zamienił podkoszulek na bluzę. Następnie wyłowił ze stosu ubrań, który trzej mężczyźni jednogłośnie postanowili utworzyć na środku pokoju z całego ich odzienia, czapkę. W międzyczasie wyłapał też ciche odgłosy szelestu ubrań z pokoju obok. Przynajmniej wiedział, że dziewczyna nie postanowiła wrócić do łóżka. Odwrócić się i pochylił w celu wyciągnięcia leżącej pod łóżkiem czarnej torby.
    Kiedy otworzył drzwi wejściowe od motelu, okazało się, że Louisa czekała już gotowa na zewnątrz. Szybko przebiegł wzrokiem po jej sylwetce. Czapka, ciepła kurtka, spodnie, nieprzemakalne buty. Przynajmniej nie będzie musiał martwić się, że zmarznie. Dobrze.
— Po co ci to? — rzucił, ruchem głowy wskazując na trzymaną przez nią latarkę. Na te słowa, dziewczyna spojrzała się w jego stronę, a na jej twarzy pojawił się delikatny grymas.
— To chyba raczej ja powinnam zapytać się, po co ci to! — Cordian z niewinną miną poprawił swój wielki plecak, z którego wystawał jeszcze większy, sięgający mu sporo nad głowę metalowy stelaż.
— A jak niby miałbym robić zdjęcia gwiazd bez statywu. — powiedział, takim tonem jakby była to rzecz zupełnie oczywista.
— Aha. — Louisa oparła dłonie na biodrach. — Czyli nocny spacer znaczy to samo co sesja fotograficzna Cordiana. Uhhhh. — obróciła się, teatralnie unosząc ręce do góry.
— Ej. Jak chcesz, możesz wrócić do pokoju i przewracać się z boku na bok do rana. — mężczyzna starał się wyglądać na urażonego. Na tę uwagę dziewczyna natychmiast odwróciła się, z zamiarem powrotu do pokoju, i najlepiej z jakąś uszczypliwą uwagą. — Ale wtedy moja kolekcja zdjęć gwiazd byłaby niekompletna.
Louisa zatrzymała się jak wryta. Przez głowę przemknęło jej zdecydowanie za dużo myśli, jednak szybko odzyskała powagę i cicho prychnęła.
— To był jeden z najsłabszych tekstów na podryw jakie słyszałam. Ale masz szczęście bo doceniam za starania i dlatego ci zapozuję. — Cordian uniósł jedną brew, stając się ukryć rozbawienie.
— Ależ oczywiście, wasza wysokość.
— Nawet nie próbuj. — zagroziła. Groźba jednak nie wywołała zamierzonego efektu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wypowiadająca ją osoba nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Oboje ruszyli w las, przedzierając się przez śnieżne zaspy. Mężczyzna prowadził, torując im drogę, a jego plecak pobrzękiwał przy każdym kroku. Przynajmniej możemy być pewni, że nie natkniemy się na żadne dzikie zwierzęta, pomyślała Lou.
    Spacer zdawał się trwać w nieskończoność. Widok przed ich oczami niemalże niezmienny. Tam, gdzie w ciągu dnia można było podziwiać bogatą roślinność leśnego runa i podszytu, trwała teraz nieprzenikniona ciemność. Próba wpatrzenia się w jej głąb pozostawiała niepokojące uczucie; wyobrażenie jakiegoś drapieżnego zwierza czającego się w zaroślach. Louisa w duszy podziękowała za przenikające ciszę odgłosy wydawane przez plecak mężczyzny. Zagłuszały one dobywające się gdzieś z oddali trzaski gałązek, które z pewnością doprowadziłyby ją już do paranoi. Wciąż czuła ciężar latarki w kieszeni kurtki. Zgodnie z radą swojego przewodnika, powstrzymywała się jednak od używania jej. Od czasu rozmowy pod motelem nie zamienili ani słowa więcej. Dziewczyna nie chciała się odzywać, przepełniona dziwnym przekonaniem, że idącego przed nią mężczyznę dzieli z otaczającym ich lasem niezwykła więź. Uniosła głowę, śledząc cienki pas nieba między gałęziami. Wpatrzyła się w setki gwiazd, drobnych punkcików, najjaśniejszych w całym otaczającym ją widoku…
    …Cordian przeniósł wzrok z nocnego nieba na wąską ścieżkę, którą podążali. Jego wilcze zmysły wyłapywały najróżniejsze zwierzęce zapachy, żaden z nich nie był jednak wystarczająco świeży żeby stanowić powód do obaw. Stawiał kolejne kroki, walcząc wewnętrznie z ogarniającą go chęcią zrzucenia ludzkiej skóry i pognania w ciemne odmęty lasu, tak daleko jak tylko uniosą jego cztery łapy. To jednak nie był na to czas. Co rusz skupiał swoją uwagę niemalże całkowicie na krokach idącej za nim kobiety, powtarzając sobie, że obecna chwila wymagała od niego przede wszystkim zachowania jego człowieczeństwa. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, że kiedyś będzie musiał w końcu je porzucić. Że będzie musiał ujawnić sekret, którego tajemnicy przyrzekł sobie strzec od małego. Ale kiedy miałoby to nastąpić, trudno powiedzieć. Na razie wiedział jedno – że nie jest jeszcze gotowy.
Kiedy ręką odgarnął grodzącą drogę gęstą gałąź, na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Jesteśmy. — powiedział, lekko zaskakując dziewczynę nagłym przerwaniem monotonnych odgłosów. Okrążyła go, z zainteresowaniem spoglądając w tą samą stronę.
— A już myślałam, że prędzej nad ocean dojdzie— ...Oh. Wow.
    Rosnące przed nimi drzewa stopniowo przerzedzały się, spomiędzy ich ciemnych konarów prześwitywało jasne nocne niebo. Wąska ścieżka rozszerzała się, tak aby w końcu otworzyć się na niewielką niezalesioną przestrzeń. A potem… A potem nie było już nic. Tylko gwiazdy. Setki, tysiące, gwiazd. Mniejsze, większe, jaśniejsze i te ledwo widoczne, rozmieszczone chaotycznie po mieniącym się niesamowitymi odcieniami sklepieniu.
— Niesamowite… — szepnęła, powoli ruszając do przodu, jednocześnie łapczywie chłonąć otaczający ją widok.
— Ostrożnie. Uważaj na przepaść. — powiedział mężczyzna, bezskutecznie próbując opanować wywołane emocjami lekkie drżenie głosu.
— Co tam przepaść, w takim miejscu mogłabym umierać! — zawołała ze śmiechem, obracając się dookoła z rozłożonymi szeroko ramionami. — No, może za siedemdziesiąt lat!
    Cordian zaśmiał się cicho, opierając plecak o najbliższe drzewo. Bez zwłoki zabrał się do wyjmowania i przygotowywania odpowiedniego sprzętu. Najpierw statyw, potem aparat, osłonki, baterie – wszystkie te czynności wykonywał machinalnie, kątem oka obserwując chodzącą dookoła dziewczynę. Poczuł wewnątrz lekką ulgę, zadowolony, że udało mu się wywołać w niej takie uczucia. Potrząsnął głową, dokręcając ostatnie śruby, po czym wbił nogi statywu w śnieg. Nakierował obiektyw na niebo, przez chwilę szukając odpowiedniego kadru. Nie mogąc podjąć decyzji, wybrał losowy fragment i po ustawieniu parametrów nacisnął spust migawki.
    Następnie odwrócił się z powrotem w stronę plecaka i pogrzebał w nim chwilę, aż wyjął ze środka metalowy termos i dwa kubki. Ruchem głowy wskazał nie leżący nieopodal przewalony pień.
— Napijemy się?
— Nie będziesz robił zdjęć? — dziewczyna spojrzała na aparat.
— Zdjęcia same się robią. 5 minut ekspozycji. Równie dobrze mogę zabić czas między ujęciami. — wzruszył ramionami po czym zabrał się do odgarniania śniegu. Usiadł i wyciągnął nogi, przeciągając się. Po chwili Louisa zajęła miejsce obok niego.
— Dobry termos, długo trzyma. — powiedział Cordian, nalewając parującego i aromatycznego naparu do kubków. Jeden podał dziewczynie, która zadowoleniem ujęła go w dwie już lekko zmarznięte dłonie.
— Termos jak termos, przy takim widoku wszystko będzie smakować niebiańsko! — westchnęła, wciąż rozglądając się dookoła.
— Rozumiem, że ci się podoba. — uśmiechnął się, odchylając się do tyłu i opierając o rosnące za nim drzewo.
— Pamiętam jak wielokrotnie oglądałam rozgwieżdżone niebo jak byłam mała, ale to to… po prostu wow.
— Miło mi to słyszeć. To co, opowiesz mi trochę o swoim dzieciństwie?



C.D. Roxo

odzwyczaiłem się od pisania długich opowiadań. Also, there was a drawing supposed to come along with the story, ale cóż, nie wiem gdzie on jest. Może będzie z opóźnieniem :p