Uwaga!

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Cordian'a - Początek

Wraz z początkiem jesieni do Alpine zawitała pochmurna pogoda i częste deszcze. Sprawiały one, że mieszkańcy spędzali większość czasu w domu, a wszystkim udzielał się ponury nastrój. Sprawa miała się nie inaczej w przypadku mężczyzny mieszkającego w drewnianym domu na skraju lasu. Choć budynek znajdował się zaledwie kilkanaście minut jazdy od centrum miasta, można było odnieść wrażenie, że został wybudowany na całkowitym odludziu. Nikt znaczyło to, że taki stan rzeczy przeszkadzał właścicielowi.
Cordian wyciągnął z szafki świecę i ustawił ją na specjalnym stojaku. Chociaż było dopiero ledwo po trzynastej, z powodu gęstych chmur i mgły dzień był bardzo ciemny i ponury. Nie chcąc zostawiać świateł zapalonych przez cały dzień, mężczyzna ograniczył się do kilku świec, które ustawił na stoliku koło kanapy. Lubił patrzeć jak płomyki na końcach knotów tańczą z każdym podmuchem powietrza oraz czuć zapach topionego wosku. Mimo tego, był przeciwnikiem świec zapachowych, które drażniły jego wyostrzony wilczy węch. Następnie odnalazł swoje duże, miękkie i wyciszające słuchawki, które dostał w prezencie od swojej znajomej. Chociaż czuł się niezręcznie otrzymując drogie prezenty, cieszył się, że dostał coś co zdecydowanie mu się przyda.
Ułożył się na kanapie i podłączył urządzenie, wybierając jedną z ulubionych ścieżek dźwiękowych. Zawierała ponad dwugodzinne nagranie wielorybich pieśni, co było równoznaczne z dwoma godzinami odpoczynku. Cordian spojrzał w stronę okna. Krople deszczu uderzały o szyby, zostawiając na nich długie smugi łez. Taki rodzaj pogody zdecydowanie nie sprzyjał robieniu zdjęć w terenie, dlatego mężczyzna postanowił poświęcić go na leniwy odpoczynek. Czuł, że część niego rwie się aby się przemienić i ruszyć w szaleńczy bieg poprzez błotniste terytorium. Niestety w takim wypadku pewna wadera z jego watahy prawdopodobnie by go zabiła. Mógłby przysiąść, że nie było dnia kiedy nie powtórzyłaby mu żeby „się nie przemęczał”.
Cordian przeniósł wzrok na wiszący na ścianie zrywany kalendarz. Była to jednak z wielu staromodnych rzeczy, które trzymał w swoim domu. Chciał za wszelką cenę utrzymać wewnątrz ten nostalgiczny klimat, jako iż był on jedyną rzeczą która pozwalała mu się uspokoić. Westchnął przeciągle, kilkanaście razy czytając datę w myślach. Zbliżała się rocznica śmierci jego rodziców. Minęło już 23 lata od tamtej chwili, a on wciąż nie potrafił zapomnieć. Częściowo nie potrafił, częściowo nie chciał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że powracające wspomnienia tamtego incydentu są rzeczą, która napędza go do dalszego działania i przestrzega przed porażką. Nie mógł pozwolić, żeby ludzie odkryli istnienie wilków. Był pewny, że choćby jedna ze strony zareagowałaby negatywnie i rozpoczęła walkę. A druga by tej walki nie przetrwała. I był pewien, że dołoży wszelkich starań, aby dla zwykłych ludzi wilki zamieszkujące yellowstone pozostały jedynie wilkami.
- Ugh… znowu za dużo myślisz… - skarcił się i przyłożył dłoń do głowy, masując skroń. Zamknął oczy i wsłuchał się w otaczające go dźwięki, starając się zapanować nad swoim oddechem. Wdech… i wydech. Żadne myśli nie miały prawa zaprzątać jego głowy w tej chwili. Wdech… i wydech. Wdech… i…
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Z początku miarowe, jednak po chwili dało się w nim wyczuć charakterystyczny rytm. Rytm, który poza Cordianem znała tylko jedna osoba. Mężczyzna westchnął i powoli podniósł się z kanapy, ostrożnie odkładając słuchawki na ławę. Przeszedł przez salon, rozkoszując się dotykiem swojego puchatego dywanu z każdym kokiem, a następnie krzywiąc się czując chłodne drewniane panele pod swoimi stopami. Bez słowa otworzył drzwi i oparł się o framugę, spoglądając na stojącą na tarasie osobę.
Kobieta w wieku około 25 lat ubrana była w neonowo-pomarańczowy płaszcz przeciwdeszczowy. Nie wyglądało jednak na to, żeby jej się przydał, gdyż jej włosy i spodnie były kompletnie przemoczone. I choć dziewczyna trzęsła się z zimna, nie przeszkadzało jej to w szczerzeniu się szerokim uśmiechem.
- Coś ci się nie śpieszyło. - stwierdziła.
- Ale tobie tak. - zauważył mężczyzna, wskazując na stojący za nią rower. - W taką pogodę na rowerze?
- Jak dobrze wiesz nie mam prawa jazdy, a zabroniłeś mi w wilczej formie latać po mieście. - odparła pewnym siebie głosem.
- Nie mogłaś poczekać, aż przestanie padać?
- Pomyślałam, że przy tej pogodzie jedynie siedzisz i użalasz się nad sobą więc jestem! Trochę empatii! A teraz wpuścisz mnie do środka, czy mam się przeziębić na tym trasie? - zawołała, teatralnie gestykulując. Cordian jedynie westchnął, już po raz kolejny tego dnia i odsunął się na bok, robiąc przejście dla dziewczyny. Tak bez wahania weszła do środka i zamknęła drzwi. Mężczyzna poszedł do łazienki, aby przynieść kilka ręczników. Skrzywił się, widząc jak w jego dużym pokoju pod stopami dziewczyny pojawiła się wielka kałuża.
- Chyba ręczniki na wiele się nie przydadzą. - stwierdził, pomagając jej się oswobodzić z cieknącego sztormiaka. Zaraz z kaptura wysypała się chmura blond włosów i z głuchym plaśnięciem opadła na plecy dziewczyny. Cordian owinął je największym z ręczników. Sam miał długie włosy, jednak i tak dziwił się jak można zapuścić je aż do pasa. Przecież to robiło się już niewygodne. - Idź do łazienki i weź ciepły prysznic, a ja przyniosę ci ubrania na przebranie.
- Jak sobie życzysz, Alfo. - zażartowała i odmaszerowała w kierunku drzwi do łazienki. Mężczyna natomiast udał się schodami na górę, w celu znalezienia czegokolwiek bo pasowałoby do sylwetki jego przyjaciółki. Z tęsknotą pożegnał myśl o spokojnym popołudniu i zabrał się za przeszukiwanie szafy.
Kiedy w końcu znalazł dość uniwersalny zestaw, składający się z grubej bluzy, dresowych spodni i wełnianych skarpet, wrócił na dół. Okazało się, że poszukiwania musiały zając mu trochę czasu, gdyż dziewczyna już siedziała owinięta w ręcznik na kanapie. W myślach podziękował za to iż pamiętała również o owinięciu swoich włosów, dzięki czemu w salonie nie pojawiła się druga mokra plama. Wręczył jej ubrania i odwrócił się, czekając aż kobieta się przebierze. Właściwie to nie było powodu do wstydu, gdyż wiele razy widzieli swoje nagie ciała przed i po przemianie w wilka. Mimo tego ze względów moralnych nie zamierał wgapiać się w nią podczas przebierania. Zamiast tego obserwował znajdujący się za oknem krajobraz. Wokół panowała szarość, a gałęzie sosen uginały się pod naporem deszczu i wiatru. Nie zapowiadało się na to, żeby rozpogodziło się do wieczora. Oznaczało to, że kobieta prawdopodobnie będzie będzie chciała spędzić noc w jego domu. Co do Cordiana oznaczało spanie na kanapie.
- Już. - usłyszał za sobą i odwrócił się. Uśmiechnął się delikatnie, gdyż widok jego przyjaciółki w wielkiej obwisłej bluzie i jeszcze bardziej obwisłych spodniach był naprawdę komiczny. - Nawet się nie uśmiechaj! To nie moja wina, że jestem taka mała! Następnym razem przywiozę do ciebie kilka moich rzeczy.
- Nawet nie próbuj. I tak spędzasz tu tyle czasu, że zaczynam mieć wrażenie jakby z tobą mieszkał. - mruknął mężczyzna, po czym wszedł do kuchni, zostawiając drzwi otwarte. Pomieszczenie, podobnie jak salon było wewnątrz całkowicie wyłożone deskami, a klimatu dodawały bogato rzeźbione szafki z jasnego drewna. Jedynymi wyróżniającymi się elementami były piekarnik, kuchenka, mikrofalówka i czajnik. Cordian wlał wody do tego ostatniego i wstawił na gotowanie. W tym samym czasie dziewczyna zdążyła się już dobrać do szafki z kubkami oraz herbatami i rozstawiała wszystko na kuchennym stole.
- A nie chciałbyś? Wolisz zieloną z maliną, czy zieloną z pomarańczą? - zapytała, prezentując mu dwa opakowania.
- Nie, nie chciałbym. - odparł chłodno. - Dobrze wiesz, że jestem przeciwny jakimkolwiek kontaktom z członkami watahy w ludzkiej formie i robię dla ciebie wyjątek tylko dlatego, że jesteś moją przyjaciółką. Poproszę pomarańczową. - powiedział, po czym zajął miejsce przy stole, patrząc jak kobieta wlewa zagotowaną wodę do kubków i siada naprzeciwko niego. Od razu sięgnęła po cukierniczkę i wsypała kilka porcji cukru do swojego napoju. Cordian nie lubił słodzonej herbaty, dlatego z krzywym uśmiechem przyglądał się działaniom znajomej.
- No co? Nie lubię gorzkiej. - stwierdziła jakby nigdy nic, po czym dorzuciła jeszcze jedną łyżkę białych kryształków.
- Jasne, jasne. Nie sądzę jednak, że przyjechałaś tu tylko po to, żeby napić się herbaty. Znam cię i wiem, że równie dobrze siedziałabyś właśnie w domu i oglądała seriale. Przejdźmy do rzeczy. O co chodzi, Irvin? - mężczyzna oparł głowę na dłoni i popatrzył na samicę nieobecnym wzrokiem.
- Chodzi o Matta.
- W końcu postanowiłaś poszukać partnera? - zażartował, przerywając jej. Już chwilę później zrozumiał, że nie było to najlepsze rozwiązane, o czym uświadomił go karcący wzrok przyjaciółki.
- Cordian, tu chodzi o ciebie. O ciebie i twoją watahę. Rozumiesz? Nie widzisz co on robi? Przecież nawet omega zauważyłaby, że mu chodzi o twoją pozycję! - dziewczyna obrzuciła go stosem pytań, nie dając ani chwili na odpowiedź. Mężczyzna, znając swoją przyjaciółkę, czekał cierpliwie aż zakończy swój wywód, popijając herbatę małymi łykami.
- Zasady watahy są proste i jednoznaczne. Jeżeli wystąpi, chcąc rywalizować o stanowisko lidera będę musiał się z nim zmierzyć. - odpowiedział, bawiąc się zawieszką z woreczka od herbaty. Kiedy uniósł głowę zauważył grymas na twarzy przyjaciółki.
- Ty i te twoje zasady… Spędzam z tobą tyle czasu, że poznałam je już chyba na pamięć, więc nie musisz mi ich powtarzać. I naprawdę nie czepiałabym się, gdyby rzucił ci wyzwanie. Uwierz mi, są rzeczy, które inni zrobiliby lepiej niż ty ale…
- No dziękuję bardzo! - wtrącił Cordian, usiłując rozluźnić atmosferę jakimś żartem. Biorąc pod uwagę karcące spojrzenie kobiety, raczej nietrafnym.
- Ale on nie zamierza się z tobą mierzyć. Może ty tego nie widzisz, ale ja tak. On podburza innych przeciw tobie! Czeka tylko, aż się potkniesz żeby wykorzystać twój błąd i doszczętnie cię zniszczyć. - Irvin wyrzuciła z siebie długi słowotok, przy okazji zamaszyście gestykulując.
- I po to leciałaś tu w środku burzy, żeby mi to powiedzieć? Bo to stanie się zaraz i nie mogło poczekać ani chwili? - zapytał zniecierpliwiony i wstał żeby wyrzucić woreczki z herbatą. Choć dziewczyna podziękowała skinieniem głowy, nie była zadowolona z postawy Cordiana.
- Przyjechałam tu licząc, że obmyślimy jakiś plan. I dobrze wiesz, że jest to najlepsza chwila, ponieważ znając ciebie każdego słonecznego dnia spławiłbyś mnie tym swoim „muszę iść do pracy”.
- Obmyślimy? - mężczyzna usiadł przy stole, próbując się zaśmiać. Niestety, bezowocnie. - Ty chcesz mi pomóc zachować stanowisko, czy napaść na bank? Nie ma powodu do obaw. Przez tyle lat dobrze dbałem o moją rodzinę i nadal będę to robił. Nie popełnię błędu tak łatwo. - powiedział, po czym uniósł kubek do ust i wypił kilka łyków, nie zważając na temperaturę napoju. Parzące ciepło rozchodzące się w jego ustach ostatecznie wyrwało go z ospałego i melancholijnego stanu, w którym znajdował się jeszcze nie całą godzinę temu.
- Skoro nie zamierzasz poważnie podejść do problemu to mogę równie dobrze iść do domu, a potem z uśmiechem na ustach patrzeć jak to „o co przez tyle lat dobrze dbałeś” rozsypuje się. - stwierdziła, dobitnie pokazując, że jest gotowa w każdej chwili wstać od stołu.
- Przepraszam. - Mężczyzna spojrzał na okno po którym spływały strumyki wody. Siedzieli tak przez chwilę w ciszy, przerywanej jedynie uderzeniami piorunów i odgłosem uderzających o szybę kropli.
- Cordian, uwierz mi. Ja chcę dobrze. I to nie tylko dla ciebie, ale i dla nas wszystkich. Twój ojciec pracował bardzo ciężko, aby to wszystko osiągnąć, a potem ty pracowałeś jeszcze ciężej, dzięki czemu możemy się tutaj czuć bezpiecznie, będąc tym czym jesteśmy. - odezwała się Irvin, kładąc swoją dłoń na dłoni przyjaciela.
- Wiem. Wiem. Obiecuję, że będę na niego uważał.
- Nie lubisz, kiedy inni cię pouczają, co? - zaśmiała się dziewczyna. - Dobra, dam ci dzisiaj fory. Obejrzyjmy jakiś film, nim dokończymy tę rozmowę. - zawołała rezolutnie, podrywając się z miejsca i razem ze swoim kubkiem kierując się w stronę drzwi.
- Jeśli znowu wybierzesz jakieś romansidło, obiecuję ci, że końca tej rozmowy nie będzie.
- Oczywiście! - mruknęła kobieta, wychodząc na korytarz. Następnie przeczłapała do znajdujących się po jego drugiej stronie schodów, uważając aby nie zgubić zdecydowanie za dużych na nią kapci Cordiana. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, słysząc rytmiczny odgłos szurana. Choć wyobrażał sobie inny sposób spędzenie tego popołudnia, ten również nie wydawał się zły. Ruszył za dziewczyną, która już wspinała się na górę, swoim zwyczajem licząc na głos wszystkie stopnie.
Sala kinowa, jak zwykła zwać ją jego przyjaciółka była średnich rozmiarów pokojem i zarazem jednym z niewielu pomieszczeń w tym domu posiadających otynkowane ściany. Na jednej z nich wisiała rozciągająca się od sufitu do podłogi płachta od projektora, natomiast pod przeciwległą stała szeroka, choć wysłużona czarna kanapa. Spod sufitu zwisał nieduży projektor, który za pomocą kabla można było połączyć do komputera. Pomimo swojej nazwy, w sali rzadko odtwarzane były filmy, ponieważ jedynym gościem drewnianego domu Cordiana była jego znajoma. Prawdziwym zastosowaniem umieszczonego w pokoju sprzętu było oglądanie zdjęć na dużym formacie i tworzenie prezentacji. Dodatkowo brak jakichkolwiek innych mebli zapewniał dużą wolną przestrzeń wszelakiego użytku.
Podczas gdy Irvin zajęła miejsce na kanapie, co było równoznaczne z rozłożeniem się wzdłuż całej jej szerokości, mężczyzna zajął się podłączaniem laptopa do rzutnika.
- Tylko nie wylej. - rzucił dziewczynie ostrzegawcze spojrzenie, wskazując na trzymany przez nią kubek z herbatą. Chwilę później skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przez wciąż mokre włosy dziewczyny na jego podłodze pojawi się kałuża wody. Że też nikt nie wymyślił sposobu na ekspresowe suszenie…
- Dobra, wygląda na to, że wszystko działa. To co wybierasz? - zapytał, wykonując konfigurację projektora za pomocą małego pilota.
- Dzisiaj twoja wola. Jak jak coś wybiorę to znowu będziesz mi marudził.
- Jasne, jasne. - zaśmiał się Cordian, wychodząc na odpowiednią stronę internetową. - Może być Deadpool?
- Oj, wiedziałam, że ty coś palniesz. Dobra dawaj. W taką pogodę to wszystko obejrzę.
- Dziękuję za łaskę. - mruknął mężczyzna i po uprzednim zasłonięciu rolet, równie czarnych jak reszta pokoju, usiadł na kanapie, cudem znajdując miejsce koło stóp przyjaciółki. Odczekali zaledwie kilka chwil, aż obraz na płachcie rozświetlił całe pomieszczenie, a z przenośnych głośników dobiegł charakterystyczny dźwięk wstawki z Marvela…

<C.D. Lou>