Uwaga!

niedziela, 2 września 2018

Od Lou

Więc tak wyglądają pożegnania. Pierwsze złote liście wierzby spadły, zdawałoby się, że z hukiem, na połyskujące w południowym słońcu kocie łby przed głównym budynkiem pensjonatu dla koni w stanie Kentucky. Louisie wydawało się, że zaledwie wczoraj oglądała gonitwę na torze Churchill Downs, w której uczestniczył jeden z najlepszych jej wierzchowców, a przecież od tego czasu minęły już cztery miesiące. Pierwsze i zarazem ostatnie miesiące w tym roku spędzone w jej rodzinnym domu, które poświęciła na przygotowania do rocznej wyprawy na zachód kraju. Wdychając zapach spalin swojego odpalonego samochodu myślała o tym jak rzeczywiste stały się jej marzenia, a zarazem największe lęki. Robi to. Jedzie do miejsca, gdzie kilkanaście lat temu zaginęli jej rodzice. Dosłownie zapadli się pod ziemię. Miała nadzieję, że dziwne indiańskie przedmioty, które spakowała do plecaka pomogą jej w rozwiązaniu jej życiowej zagadki. Było to jedyne, co Lucy i Heath zostawili po sobie. Ostrożnie położyła torbę na tylnym siedzeniu swojego jeepa cherokee i ostatni raz otworzyła bagażnik, w myślach licząc ile bagaży powinno się tam mieścić.
- Jestem pewna, że spakowałaś wszystko. - z zamyślenia wyrwał ją starszy kobiecy głos.
- Tak myślisz, babciu? - westchnęła przeczesując do tyłu długie blond włosy. - Znaczy.. Ja też tak myślę, ale mogłam czegoś zapomnieć.. Wolę się upewnić.
- Nie musisz upewniać się dwadzieścia razy Lou. Chociaż.. Wiem czego ci trzeba. - w oczach starszej pani pojawiły się iskierki. - Na pewno nie chcesz zabrać Lancelota ze sobą?
- Babciu... - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci, że jeśli dojadę na miejsce i rzeczywiście będzie tam stajnia dla konia, to natychmiast do ciebie zadzwonię. Jimmy na pewno mi go przywiezie, tylko muszę się upewnić, czy nie będę musiała trzymać go w salonie. Na wycieczki po lesie koń na pewno się przyda. - Lou spojrzała Pani James głęboko w oczy, które wypełniły się łzami. - Nie płacz, babciu. Nie wyjeżdżam na zawsze, tylko na rok. Szybko zleci. Jak dobrze pójdzie, przyjadę w maju na tor Kentucky.
- Twoi rodzice mówili to samo trzymając ciebie na rękach. Wyjeżdżali w to samo miejsce. Potem już nigdy nie wrócili. Pozwól mi chociaż wszczepić ci jakiegoś GPSa. - na jej twarzy pojawił się ten sam grymas, który towarzyszył wszystkim dziwnym pomysłom Lou. Tym razem Pani James zdobyła się na sztuczny uśmiech po czym przytuliła wnuczkę po raz ostatni. - Dzwoń jak najczęściej. Jeśli nie będziesz mogła, chociaż pisz.
- Dobrze. Muszę przecież wiedzieć jakiego źrebaka urodzi Palominka i co robisz na śniadanie. - dziewczyna przewróciła oczyma po czym wsiadła do auta. Poprawiła lusterka, zapięła pasy i ruszyła w drogę. Gdy wyjeżdżała z posesji, na padoku obok niej równolegle z autem biegł przepiękny gniady wałach. Zawsze to robił i zawsze o jedną długość szybciej był przy barierkach. Lancelot pożegnał się ze swoją właścicielką. Dotychczas nie rozstawali się na tak długo. Gdy Lou wyjeżdżała do Nowego Jorku na studia, przyjeżdżała do domu co najmniej raz w miesiącu. Teraz mieli nie widzieć się rok.
Droga dłużyła się w nieskończoność. Ładna pogoda szybko ustąpiła miejsca silnym deszczom, a nawigacja co jakiś czas powtarzała "Pozostało dziewięć godzin jazdy", "Pozostało osiem godzin jazdy", "Przekroczyłeś dozwoloną prędkość".
O drugiej w nocy, gdy krajobraz zmienił się znacznie, a w radiu po raz enty zabrzmiało "Solo", z urządzenia nawigującego dobiegł głos "Twój cel znajduje się po prawej stronie". Carter westchnęła z ulgą przyglądając się drewnianemu domu, w którym tliło się słabe światło lampki. Była na miejscu. Zaparkowała samochód na podjeździe. Światła najpewniej obudziły młodego chłopaka, który zaspany wyszedł ze środka.
- Ty pewnie jesteś Louisa? - uśmiechnął się wysoki brunet podając ciemnookiej dłoń.
- A ty to William, dla przyjaciół Will. - Lou uścisnęła jego rękę. - Więc to ten mój dom?
- Tak. Pomogę ci z walizkami i dam klucze. Pokażę ci gdzie jest łóżko, a resztę jutro, bo pewnie jesteś zbyt zmęczona, żeby przyswoić informacje. - przytaknął otwierając bagażnik.
- W innych okolicznościach uznałabym cię za jasnowidza, ale chyba nawet totalny oszołom wpadłby na to, że mogę być zmęczona. Przepraszam, że musiałeś tyle na mnie czekać. - blondynka zabrała po ciemku resztę bagaży oraz najważniejszy dla niej plecak z tylnego siedzenia, po czym zakluczyła auto i poszła za chłopakiem do domu.
Wnętrze było kwintesencją tego, czego można było spodziewać się po drewnianym domku w górach. Nie był mały, ale nie był też zbyt duży. W korytarzu zdjęła mokrą kurtkę i buty po czym weszła do salonu, w którym stał piękny kominek z tlącym się w środku ogniem. Carter podsumowała wnętrze jednym słowem - idealne.
- Tu masz łazienkę. Żeby była ciepła woda, kręcisz w lewo, nie jak tradycyjnie w prawo. Obok jest na prawdę śliczna sypialnia. Zawsze możesz zasnąć przed kominkiem na sofie jak, gdy na ciebie czekałem. Tam jest kuchnia, którą musisz wyposażyć, bo jedzenia gratis nie posiadam. Jest tam tylko ususzona mięta. W sam raz na herbaty do twojego użytku. Po schodach biuro, druga większa łazienka i dwa pokoje. Wiem, że dom trochę duży jak na jedną osobę, ale mniejszego w zanadrzu nie posiadam. Podwórze jest spore, ale dobrze ogrodzone, więc możesz być pewna, że nikt się nie włamie. Jest też mały garaż i stajnia, ale są nieużywane. Czego chcieć więcej. Jutro mogę oprowadzić cię po mieście i opowiedzieć więcej, a tymczasem będę się już zmywał. Mieszkam obok, ale siedziałem tutaj i pilnowałem kominka.. - uniósł śmiesznie jedną brew i uśmiechnął się delikatnie. - Zapomniałbym. Tu masz klucze. - podał dziewczynie pęk kluczy i wskazał na jeden z nich. - Ten srebrny jest od domu. Reszta jutro. Dobranoc.
- Dzięki wielkie Will. Dobranoc. - brązowooka zakluczyła drzwi wejściowe, jeszcze raz rozejrzała się po domu i zamknęła okiennice w salonie. Zabrała z sypialni koc i położyła się na podłodze na białym futrze obok kominka. Przez chwilę jej wzrok skupił się na językach ognia, po czym odpłynęła w błogi sen.
O czwartej nad ranem przebudziło ją przeraźliwe wycie z głębi lasu. Dziewczyna podniosła się i przez chwilę go nasłuchiwała, jednak gdy dźwięk zamilkł, zasnęła znowu. Musiała się wyspać. Nie wiedziała, o której nazajutrz odwiedzi ją William. Czuła, że jeszcze nigdy nie była tak blisko rodziców, a jej przygoda właśnie się zaczyna.

Cordian?