Uwaga!

poniedziałek, 10 września 2018

Od Cordiana, czyli co się dzieje podczas pełni księżyca...



    Kiedy Cordian otworzył oczy otaczała go ciemność. Przetarł twarz dłonią i westchnął dochodząc do wniosku, że musiał zasnąć gdzieś podczas ostatecznej walki. Trudno. Najwyżej skończy seans innym razem. Powoli podniósł się z kanapy, na omacka pokonując drogę w kierunku okna. Był to jeden z momentów, kiedy żałował, że jego wilcze zmysły, w tym supermoc widzenia w ciemności, jak nazywała ją Irvin, nie przysługuje mu również w jego ludzkiej formie. Odetchnął z ulgą, kiedy poczuł w ręce sznurek od rolety, co oznaczało koniec poszukiwań. Następnie pociągnął go energicznie, odsłaniając czarne okrycia szyb. Najwyraźniej musieli spać już kilka godzin, gdyż na dworze zrobiło się już ciemno. Cordian uśmiechnął się, widząc, że zarówno deszcz jak i chmury zdążyły już przenieść się aby nękać jakieś inne, odległe miejsce. Teraz na nieboskłonie pozostały jedynie niezliczone małe świecące punkciki oraz wielka, okrągła tarcza księżyca. Mężczyzna przycisnął twarz do szyby, wyobrażając sobie, że te nocne promienie muskają jego skórę.
    Z tego melancholijnego stanu wyrwał go odgłos kroków za jego plecami. Dziewczynę prawdopodobnie zbudziło światło wpadające do pokoju. Położyła dłoń na jego ramieniu i również oparła się o szybę, wpatrując się w linie drzew przesłaniających horyzont.
- Piękny jest, prawda? - zapytała zaspanym głosem. W odpowiedzi Cordian powoli pokiwał głową. Choć wszystkie historie odnośnie wilkołaków przemieniających się bądź wpadających w szał podczas pełni księżyca były jedną wielką bujdą, to jednak basior uwielbiał biegać po leśnej polanie skąpanej w jego świetle, wyobrażając sobie, że dodaje mu on niesamowitych sił i zdolności.
    Mężczyzna na chwilę oderwał wzrok od przepięknego krajobrazu i spojrzał na swoją przyjaciółkę. Uśmiechnął się, widząc, jak ta, zahipnotyzowana widokiem nie zwracała nawet uwagi na to, że szybę przed jej twarzą w całości pokryła para z jej oddechu.
- To co, będziemy tu stali, czy idziemy się przebiec? Inni pewnie już czekają. - zapytał, kierując się w stronę drzwi. Był niemal pewien jaką otrzyma odpowiedź.
- Ale padało… I wszędzie jest błoto.
- Przeszkadza ci to? - zakpił, upewniając się, że wszystkie sprzęty w pokoju są wyłączone.
- Mii? - zawołała dziewczyna piskliwym głosem po czym wybiegła na korytarz, ciągnąc za sobą narzutę z kanapy Cordiana, którą przykryła się podczas snu. - Gdzieżby! - ostatnie słowo, które usłyszał wskazywało na to, że Irvin była już na dole i znając ją, nie zamierzała długo czekać. Mężczyzna wyszedł z pokoju, zamykając drzwi i pośpiesznie udał się na dół. Choć nigdy nie przyznałby się nikomu, wciąż czuł zniecierpliwienie i podniecenie przed każdą przemianą. Uwielbiał wsłuchiwać się we wzrastające tępo uderzeń swojego serca kiedy jego kości oraz mięśnie deformowały się w zawrotnym tempie, a skórę pokrywało grube futro. Bezwiednie przyśpieszał przy kolejnych krokach, w wyniku czego schody pokonywał już niemal w biegu. Minął swoją szczerzącą się w szerokim uśmiechu przyjaciółkę i dotarł do drzwi. W międzyczasie zdążył się już pozbyć swojej koszulki w kolorze khaki, która teraz wisiała bezładnie na oparciu stojącego w salonie fotela. Przekręcił zamek i nacisnął klamkę, z impetem otwierając drzwi na oścież. W jednej chwili poczuł jak zalewa go fala wilgotnego, chłodnego nocnego powietrza, przesycona zapachami deszczu i lasu. Tego co czuł nie potrafił opisać żadnymi słowami. Jedyne co mógłby powiedzieć, to to, że współczuje zwykłym ludziom, którzy nie mogą dostąpić zaszczytu posiadania wilczych zmysłów. O tak, to właśnie powietrze które głęboko wdychał, którego orzeźwiający smak czuł na języku, chłodny wiatr, który przesuwał się po jego skórze oraz wręcz nierealne światło księżyca sprawiały, że nie obchodziło go nic innego. Czuł jak wypełnia go życie, a adrenalina pobudza wszystkie komórki ciała. W mgnieniu oka jego oddech przyśpieszył, a on sam skoczył z tarasu na mokrą trawę.
    Choć żaden odgłos nie zmącił pieśni szumiących na wietrze gałęzi drzew, Cordian mógłby przysiąc, że wyraźnie słyszy dźwięk łamiących się i na nowo zrastających kości. Dźwięk rwących i rozciągających się mięśni oraz pełne bólu sapanie, które powoli zmieniało się w niskie, gardłowe warczenie. Przez chwilę nie otwierał oczu, starając się rozgonić pędzące pod powiekami czerwone plamy bólu. Dopiero po kilkunastu sekundach mógł odetchnąć z ulgą, nie czując żadnego ucisku w klatce piersiowej. Nawet jeśli w swoim życiu przemieniał się już tysiące razy, a czas spędzony w wilczym ciele był wart każdej ceny, Cordian nigdy nie przyzwyczaił się do zmiany formy. Basior spojrzał pod siebie, w myślach witając swoje wielkie, pokryte białym futrem łapy oraz składając kondolencje strzępkom porwanych spodni. Kiedy usłyszał rytmiczne uderzenia łap o grunt za sobą, odwrócił się. Za nim stała niewielka wilczyca o smukłej sylwetce i szarej sierści. Gdzieniegdzie można było dostrzec pasma ciemnego futra, sprawiające że wadera wyglądem przypominała skrzyżowanie wilka z dalmatyńczykiem. Tym, co sprawiało, że wyróżniała się ona wśród innych wilków był niezwykły kolor oczu. Na basiora właśnie spoglądały duże, turkusowo-zielone tęczówki. Cordian lubił porównywać je do barwy oświetlonych księżycowym światłem paproci, a w momencie, kiedy spoglądała na swoją ofiarę – zimowego lodu, który skuł powierzchnię leśnego strumyka. Mężczyzna bał się, że kiedyś jego przyjaciółka spotka w lesie kłusownika, który przerażony niecodziennym kolorem bezmyślnie wystrzeli.
    Basior przestał rozmyślać dopiero kiedy wadera zbliżyła się do niego i polizała jego ucho w przyjaznym geście. W odpowiedzi samiec złapał ją delikatnie zębami za kark i przewrócił na trawę. Przed dłużą chwilę wilki siłowały się ze sobą, z przyjemnością korzystając z możliwości, które dawało nowe ciało. Ich zabawę przerwał odgłos wilczego wycia, niosący się niczym echo nad koronami drzew. Cordian uniósł głowę, ciężko dysząc i spojrzał na swoją przyjaciółkę… a właściwie to omegę. Mała wadera zajmowała najniższe stanowisko w watasze, jednak dzięki swojemu optymistycznemu charakterowi zdołała zaskarbić sobie sympatię prawie wszystkich członków watahy. Nigdy nie skarżyła się na swoją pozycję, zwłaszcza, że każdy chętnie bawił się z nią i pomagał w różnych obowiązkach. I choć Cordian nigdy nie przyznałby tego na głos, bardzo troszczył się o Irvin i bez wątpienia sprawiłby, że każdy kto ją skrzywdził zapłaciły odpowiednią cenę.
    Kiedy upewnił się, że podczas zabawy wadera nie została ranna, wolnym truchtem ruszył w stronę linii drzew stanowiącej granicę gęstego lasu. Mijał kolejne drzewa, czując jak ich gałęzie drapią jego boki a łapy zagłębiają się w mokrą i błotnistą ściółkę. Zaraz za nim biegła mała wadera, bez trudu przemykając pomiędzy krzewami i dotrzymując wilkowi kroku. Przedzierali się tak przez kolejne strefy terytorium watahy, nie zważając na upływ czasu i jedynie napawając się wszystkimi bodźcami jakie wysyłała otaczająca ich natura. Cordian mógł również wyczuć coraz to silniejszą woń innego wilka, który podążał tą samą ścieżką co oni tego wieczoru. Gdy minęli gęsty żywopłot stanowiący barierę osłaniającą jedną z licznych leśnych polan, ich oczom ukazał się stojący na polanie olbrzym. Wilczur był jeszcze większy od Cordiana, który sam był ponad normą z racji na swoją pozycję alfy. Stojący przed nimi basior przypominał bardziej niedźwiedzia niż wilka, zwłaszcza iż jego masywnie zbudowane ciało pokrywało grube, ciemnobrązowe futro. Samiec bez wątpienia budził strach i przerażenie nawet najodważniejszych przeciwników. Ci jednak, którzy myśleli o nim jako o jedynie niebezpiecznym i wielkim potworze w znacznym stopniu mijali się z prawdą. A przecież wystarczyło jedynie spojrzeć w ciepłe, bursztynowe oczy samca, które wręcz emanowały spokojem. Alfa lubił porównywać je do rozgrzanego przez słońce złocistego piasku na plaży. To właśnie one ujawniały prawdziwy charakter basiora. Miał on niesamowite podejście do dzieci, pomagał słabszym i troszczył się chyba o każdego członka watahy. To właśnie te cechy sprawiały, że był on idealną Betą i jednocześnie drugą najbliższą Cordianowi osobą zaraz po Irvin.  Choć samiec widział go jedynie kilka razy w ludzkiej formie, mógł śmiało powiedzieć, że jest on doskonałym przykładem na to iż obydwa ciała są do siebie bardzo podobne. Beta był typowym przedstawicielem fanów mody „na drwala” o czym świadczyła jego długa broda oraz nigdy nie prasowane flanelowe koszule na każdą okazję. Jednak, jak każdy oprócz zalet posiadał on również i wady. A właściwie to tylko jedną, zaś skutecznie doprowadzającą Cordiana do szału. Otóż samiec uwielbiał włączać do swojej rutyny dnia codzienne regularne wypady, które określał mianem „eskapad na dziwki”. Prawda była taka, że samca nie obchodziło to w czyim łóżku i z kim spędzał noce, byleby tylko spełnić swoje żądze. Alfa wiele razy krzywił się, słysząc jego opowieści o jego ekscentrycznych przygodach. Postanowił jednak, że dopóki jego przyjaciel nie zaniedbuje swoich obowiązków względem watahy i nie przystawia się do innych wilków, będzie ignorował to co rozpustny Beta robi ze swoim ludzkim ciałem.
    Cordian wyszedł na polanę i wydał głęboki pomruk aprobaty, kiedy basior schylił głowę w geście uniżenia przed liderem watahy. Następnie zbliżył się do niego i polizał jego ucho, w międzyczasie posyłając krótkie spojrzenie stojące z tyłu waderze. Ta w odpowiedzi zaszczekała i podbiegła, aby otrzeć się bokiem o jego przednią nogę. Alfa uśmiechnął się w myślach widząc jak jego przyjaciółka bez problemu może przebiegać pod brzuchem ogromnego basiora. Zanim zdążył on odpowiedzieć na jej zagrywki, w głowie zebranych na polanie wilków odezwał się niski głos.
„Jak miło, że wpadłeś w odwiedziny, Złotko.” wszyscy odwrócili się w stronę wychodzącego z zarośli wilki. Miał on czarne jak noc futro, które sprawiało że wyglądał jak cień przemykający między drzewami. Jedyną cechą przypominającą o jego cielesności były niemal świecące w ciemnościach, typowo wilcze żółte oczy. Cordian skrzywił się. Nie lubił kiedy inne wilkołaki używały telepatycznego sposobu komunikacji. Był on dla niego czymś sprzecznym z naturą. Głównie dlatego, że przypominał o ich ludzkiej formie, ale również ponieważ nikt nie był pewny jak on właściwie działa, ani kiedy został odkryty. Po prostu, od zawsze mogli oni porozumiewać się telepatycznie jako wilki, dzięki czemu byli w stanie przekazać komunikaty zbyt trudne do zawarcia jedynie w języku ciała. Ten sposób komunikacji był wygodny głównie dlatego, że mógł służyć do porozumiewania się z całą grupą lub jedynie jednostką. Tak, czy siak, basior preferował ograniczenie jego użycia do minimum. Dodatkowo nie faworyzował użytego przez samca przezwiska. Powstało ono w oparciu o kolor jego futra, które począwszy od białego na nogach przechodziło w niemal złote kosmyki na grzbiecie.
„Jak miło, że wyszedłeś nas powitać, Matt.” powiedział Cordian, z całych sił powstrzymując warczenie. Obsydianowy basior od wielu lat dumnie piastował stanowisko gammy, które wyraźnie go nie satysfakcjonowało. Jednak wiele wilków, włącznie z samcem alfa widziało, że ze swoim porywczym i agresywnym charakterem nie zasługiwał na nic więcej. Niestety, pomyślał ze smutkiem Cordian, nie wszyscy.
„To dość wyjątkowo okazja widzieć cię w tej części terytorium.”  Brązowy wilk stanął koło niego, gotów wspierać swoją alfę.
„Przecież to nadal terytorium watahy, a nie prywatny teren złocistego. Mam takie same prawo żeby tu być jak ty, Garret.” prychnął, szczerząc kły w dziwnie ludzkim uśmiechu.
„Przestańcie się gryźć. Zadałeś sobie wystarczająco trudu żeby tu przyjść, więc mów czego chcesz.” Cordian przerwał ich walkę na spojrzenia. W odpowiedzi czarny basior wskazał pyskiem stronę, z której przyszedł.
„Wataha już czeka. Chodźmy, opowiem ci po drodze.” alfa westchnął, zdając sobie sprawę z tego, że szanse na przyjemnie spędzoną noc spadły do zera. Ruszył śladem Matt’a, co jakiś czas spoglądając na podążającą za nim waderę. Ta co i rusz rzucała mu krótkie, ostrzegawcze spojrzenia. Gdyby był w swojej ludzie formie, Cordian najchętniej wzruszyłby ramionami. W końcu co mógł zrobić?
    Kiedy dotarli na jedną z największych polan w lesie, większość członków watahy już się zebrała. Basior rozejrzał się dookoła, w myślach łącząc imiona z gęstymi futrami. Otaczało go ponad 40 wilków różnych rozmiarów i kolorów. W całym składzie wataha obecnie liczyła sobie 47 wilków oraz dwa mioty szczeniąt. Jej członkowie wiedli własne życie, często zupełnie różne od siebie. Jednak tylko niektórzy z zebranych wyglądem przypominali prawdziwe wilki. Większość była znacznie większa niż przedstawiciele tej rasy, a ich futra miały niespotykane kolory i odcienie. Jednak cechą, która wyglądała najbardziej niezwykle były oczy. Niemal ludzkie, we wręcz sprzecznych z naturą kolorach. Cordian zatrzymał się, kiedy jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem rudej niczym lis wilczycy. Uśmiechnął się w myślach, skinieniem głowy pozdrawiając deltę o fiołkowych oczach. Dokładał on wszelkich starań aby utrzymać stały kontakt i pozytywne stosunki z innymi członkami watahy. Walki spowodowane nieporozumieniami były ostatnią rzeczą, której pragnął.
    Jednocześnie starał się nie spuszczać czarnego basiora z oczu. Nawet bez pomocy jego przyjaciółki doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Matt za nim nie przepada. Natomiast przy takim obrocie zdarzeń jego uprzejme zachowanie względem alfy było nawet więcej niż lekko podejrzane.
„Drodzy członkowie watahy. Moja droga rodzino. Zebraliśmy się tutaj pod błogosławieństwem księżyca w pełni, aby śpiewać wilczą pieśń, która zjednoczy nasze serca…” Onkysowy samiec wystąpił z szeregu i stanął pośrodku kręgu wilków stojących na polanie. Cordian zauważył jak stojący koło niego beta marszczy skórę na pysku. O tak, ta przemowa nie może się dobrze skończyć.
„Dlatego pytam was: jak długo macie zamiar wysłuchiwać tych bzdur? Mistycyzm, magia, wyjątkowość… i w końcu kłusownicy. Powiedzcie, czy nie irytuje was zakaz kontaktów z ludźmi? Czy nie irytuje was fakt, że jesteście ograniczanie przez własnego przywódcę? Czy nie czujecie, że robi się z nas odmieńców? Jedni mówią, że nie jesteśmy ani ludźmi, ani wilkami. Że nie pasujemy do żądnego z tych światów. Ja powiem wam tak: jesteśmy wyjątkowi. Jesteśmy i ludźmi i wilkami. A z naszym życiem powinniśmy robić co tylko chcemy!” zakrzyknął wilczur, wywołując pomruki aprobaty wśród ponad połowy zgromadzonych. „...a nie jedynie słuchać kogoś z traumą z dzieciństwa” dodał cicho.
    Zaledwie kilka zdań wystarczyło żeby Cordian posłał basiorowi mordercze spojrzenie. Nie sądził, że tak szybko podejmie on aż tak bezpośrednie próby przejęcia władzy. Ponownie obejrzał się na stojącego za nim ogromnego wilka. Był pewien, że w razie ewentualnego konfliktu stanie on po jego stronie, a samcowi o posturze niedźwiedzia mało kto się oprze. Wolał jednak uniknąć używania siły. Uporczywie mierzył wzrokiem poszczególnych członków watahy i ich reakcje. Zawsze się obawiał, że powodem rozpadu watahy może być nie tyle zewnętrzne zagrożenie ale konflikty między jej członkami. Myśl, myśl, powtarzał sobie, zaciskając zęby i powstrzymując się od nerwowego drapania łapą ziemi. W tej chwili liczył się czas. Jeżeli podjąłby działania wystarczająco szybko, dopóki wilki jeszcze się wahały, miałby szansę na przynajmniej tymczasowe uspokojenie sytuacji. Kiedy do głowy nie wpadł mu żaden dobry pomysł, postanowił zaryzykować. Wystąpił z tłumu i stanął na miejsce pośrodku polany, z którego jeszcze przed chwilą przemawiał basior o ciemnym futrze. Wziął głęboki oddech i rozpoczął swój monolog, licząc iż wystarczy on aby przekonać jego pobratymców.                                                                     
„Siostry, bracia. Może moje słowa brzmią pusto i srogo, pragnę jednak abyście zrozumieli, że wszystkie działania, które podjąłem były z troską o was. To prawda, że zakazałem kontaktu z ludźmi. Nie zrobiłem tego z powodu własnej traumy powiązanej z dobrze znanymi nam wszystkim wydarzeniami z przeszłości, lecz z czystego rozsądku. To prawda, że każdy człowiek, którego spotykamy nie może być w pełni negatywnie nastawiony do naszego gatunku. Pewnie istnieją tacy, którzy byliby tym faktem zainteresowani. Inni przyjęliby to tak samo jak jesienny deszcz. Pamiętajcie jednak, że nie ma też osób, którzy w stu procentach by nas zaakceptowali. Jest tylko jedna, grupa, której możemy zawsze ufać. I jesteśmy to my. Ponieważ jesteśmy rodziną. Rodziną, która dla mojego ojca znaczyła wszystko, tak samo jak dla mnie. Dlatego pytam was wszystkich jak i każdego z osobna. Czy jesteście ze mną?” ostatnie zdanie Cordian niemal wykrzyczał. Wiedział, że telepatycznie przesłany krzyk potrafi ogłuszyć niczym bardzo głośna muzyka i zaślepić wszystkie zmysły. Bynajmniej, był to efekt, który chciał osiągnąć. I przyniósł on oczekiwane skutki. Wszystkie wilki niemal w tym samym momencie uniosły swoje pyski ku niebu i wydały wspólny okrzyk – niosące się echem wilcze wycie. Może u zwykłych przedstawicieli tego gatunku oznaczało ono jedynie zakończenie polowania sukcesem, jednak Cordian sumiennie starał się podtrzymywać tradycję, według której wilcza pieśń miała być czynnikiem jednoczącym watahę. Basior uwielbiał wsłuchiwać się we wszystkie głosy, które choć odmienne od siebie, wspólnie tworzyły jedną całość. Skierował głowę do góry, dołączając się do innych. Uśmiechnął się w myślach, słysząc jak pozostały wycia podłapują dźwięki od głosu alfy. Wiódł on swój śpiew najdłużej ze wszystkich, aż do momentu kiedy palący ból w piersi przypomniał mu o potrzebie oddychania. Opuścił pysk, ciężko dysząc. Kiedy odwrócił głowę, ujrzał zbliżającą się w jego stronę przyjaciółkę. Choć dołączyła się do wspólnego wycia, nie wyglądała na zadowoloną.
„Przekonałeś ich.” powiedziała, uważając żeby jej przekaz dotarł jedynie do niego.
„Irvin, ja powiedziałem tylko praw…” zaczął Cordian, podchodząc do samicy z zamiarem polizania jej ucha. Ta jednak zwinnie wyminęła go i przeszła obok, nawet nie ocierając się o jego futro.
„Na razie.” po tych dwóch słowach nie poświęciła mu nawet chwili uwagi. Basior odruchowo obnażył kły, cicho warcząc. Jako alfa nie lubił kiedy inni mu się sprzeciwiali. Bardziej jednak nie podobał mu się jego wewnętrzne przeczucie, że jego przyjaciółka ma rację. Spojrzał w stronę górującego nad innymi wilkami bety. Kiedy ich spojrzenia się spotkały beta pokiwał głową. Nawet jeśli nie popierał decyzji alfy, nie mógł pokazać tego tak otwarcie jak omega. Jednego Cordian był jednak pewien. Nie ważne co przyniesie przyszłość, dzisiejszą noc spędzi na polowaniu. I postara się o to, aby do rana nie musiał myśleć o niczym innym.

<C.D. Lou>