Gdy Lou otworzyła zaspane oczy, w kominku obok niej było już ciemno. Mimo, że ogień mógł wygasnąć jakieś dwie godziny temu, w drewnianym domku, na owczej wełnie dziewczyna nie mogła poskarżyć się na zimno. Przeciągnęła się leniwie i wyjrzała za okno. Jej oczom ukazał się bezkresny błękit nieba zwiastujący dobry dzień. Dziewczyna ledwo co zdążyła włączyć telefon i obejrzeć zdjęcia jej przyjaciół, który byli już na pozostałych kontynentach, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Cholera. Już? - szepnęła cicho włączając aparat w telefonie. Zrobiła dziwną minę i rozesłała zdjęcie z podpisem "Pierwszy dzień projektu, a już budzą mnie zbyt wcześnie".
- Chwila! Już otwieram! - krzyknęła wyczołgując się spod koca i idąc w kierunku drzwi. Gdy je otworzyła, jej oczom ukazała się znajoma twarz młodego chłopaka.
- Wyglądasz, jakby trafił cię piorun. - uśmiechnął się wskazując na jej głowę.
- Taki mam styl. Miło, że doceniasz. - przekręciła lekko oczyma.
- Czyżbym cię obudził? - uniósł brew w cwanym uśmieszku.
- W tych rejonach wszyscy wstają tak wcześnie? - ziewnęła i uniosła ręce rozciągając się
- Tak. Od rana pracujemy na pełnych obrotach, żeby jak najszybciej zabrać się za pracę.
- Ja nie lubię szybko. - Lou zmarszczyła czoło poprawiając koszulkę, która odsłoniła jej brzuch. - Ja lubię wolno.
- Zapamiętam. - chłopak mrugnął do Carter i poszedł do kuchni. - To jeśli chcesz, daję ci czas na ogarnięcie się, a ja zrobię w tym czasie herbatę.
Lou była mu wdzięczna. Nie każdy miałby ochotę poświęcać swój czas obcej osobie i oprowadzać ją po swoim, zdawałoby się, nudnym mieście, podczas gdy jest do zrobienia wiele ciekawszych rzeczy. Chyba, że to atrakcyjna młoda dziennikarka. To zmienia postać rzeczy.
- My mieszkamy na uboczu. - Zaczął Will podając blondynce kubek z ciepłym naparem. Dosłownie pięć minut zajęło dziewczynie szybkie ogarnięcie się. - Naprzeciw nas mieszka starsze małżeństwo. Nie przeszkadzają. Lubią siedzieć w domu. Założę się, że jak już cię zobaczą, będą prosić o wyprowadzenie ich psów na spacer. Bliżej lasu jest jeszcze jeden dom. Mieszka tam młody facet. Możesz niekiedy zobaczyć jak będzie przechodził obok bramy, ale raczej nie jest gadatliwy. Dość ponuro to do tej pory wygląda, ale.. - uśmiechnął się zawadiacko. - mamy jeszcze całe miasto do obejrzenia. Tam nie jest tak nudno. Szybko znajdziesz znajomych.
- Wypiję i pójdziemy. - uśmiechnęła się do niego przyglądając uważnie. Był wysokim brunetem o błękitnych jak niebo oczach i nieziemskim uśmiechu. Przypominał jej przyjaciela z rodzinnego miasta, ale w przeciwieństwie do niego, na jego twarzy widniał pięciodniowy zarost dodający mu lat. Flanelowa koszula w kratę sprawiała, że jego wizerunek "drwala" stawał się autentyczny.
O godzinie siódmej przekroczyli drzwi domu. Pogoda była bezwietrzna, choć jeszcze mroźna. Wyszli na polną drogę idąc blisko siebie. Oboje trzymali ręce w kieszeniach utrzymując ich ciepło.
- Więc.. Na czym dokładnie polega twój projekt? - zapytał chłopak zaczynając rozmowę
- Sama nie wiem. W grupie jest nas tylu, ile kontynentów na jakie się udaliśmy. Wszystko co musimy robić, to dokumentować obserwacje, poznawać tradycje.. Po prostu żyć i zapamiętywać wszystko co nas spotka. Potem wydamy książkę. - Lou mówiąc zauważyła, że z jej ust leci para. Zawsze gdy była mała, udawała wtedy, że jest smokiem, który zieje ogniem, lub zwyczajnie pali papierosy.
- Mogłaś lecieć do Europy, albo Azji. Zwiedzać świat! Dlaczego wybrałaś miejsce najbliżej domu? - zmarszczył brwi patrząc na nią.
- Mam tu pewną sprawę, którą muszę rozwiązać. Macie tu bibliotekę?
- Jak najbardziej. Jest w środkowej części miasta. Choć może ci być trudno zorientować się, gdzie jest tutaj środkowa część miasta. Całe Alpine jest posiatkowane jak nożem. Tam też cię zaprowadzę.
- Dziękuję - Lou spojrzała na swojego towarzysza z wdzięcznością. Jeśli już zdobędzie jego zaufanie, będzie mogła wyjawić mu sekret jej rodziców. Na razie musi być bardzo ostrożna. W tej chwili Lou postanowiła nie traktować tego jako priorytet. Zajmie się zniknięciem rodziców później, gdy zdobędzie zaufanie mieszkańców Alpine. Najpierw musi dokładnie poznać okolice. Zarówno te zamieszkane, jak i te dzikie. Musi też znaleźć kogoś, kto będzie wiedział cokolwiek o zawartości jej plecaka. Nie wie jak pozna, że to właściwa osoba. Nie wie czy w ogóle takową znajdzie i kiedy to nastąpi, ale jeśli nie tutaj, to gdzie?
Droga z lasu do najbliższego sklepu to jakieś dziesięć minut spaceru. Po drodze, przez pewien moment nie mija się żadnych domów, lecz za zakrętem ich ilość gwałtownie wzrasta. Miasteczko żyje własnym życiem. Mała liczba mieszkańców zbudowała tutaj własny świat. Pierwsze, na co Louisa zwróciła uwagę wkraczając do centralnego punktu Alpine było wszechobecne nazwisko "Henderson". Widniało na każdym sklepie i kafejce.
- Czekaj.. Czy ty czasem.. nie nazywasz się Henderson? - dziewczyna zmarszczyła brwi uświadamiając sobie, że to właśnie osoba o tym nazwisku przejęła wszystkie możliwe biznesy w tym mieście.
- Tak. - odpowiedział krótko, jakby chciał uniknąć niewygodnego tematu. Zdawałoby się, że szybko jednak zmienił zdanie. Być może w jednej chwili pomyślał, że przecież Lou będzie tu przez cały rok i i tak wszystkiego się dowie. Może pomyślał, że skoro mają być dla siebie kimś więcej, trzeba zbudować ten związek od zdrowych podstaw. Szkoda tylko.. - To wszystko należy do moich rodziców. Zaczęło się od dziadków. To oni zmonopolizowali to i kilka pobliskich miast.
- Rodzinny interes. Wiesz już co powinieneś robić w przyszłości. - Lou uśmiechnęła się lekko przyglądając się ludziom na ulicy. Po raz kolejny poczuła niesamowity klimat tego miejsca. Mimo, że mieszkała tu zaledwie od wczoraj, było w nim coś, co kazało jej tu zostać już na zawsze.
- Kiedyś w tej kawiarni znajdował się jedyny komputer w obrębie trzydziestu kilometrów. Każda minuta kosztowała jednego centa. Ludzie nie interesowali się jednak nim za bardzo. Teraz, gdy czasy się zmieniły, i wszyscy ludzie na świecie wiedzą co to smartfon czy laptop, tutaj zainteresowanie elektroniką nadal jest znikome. W barze przy wulkanizacji mamy piękną grającą szafę.
- Strasznie już mi się tu podoba. - stwierdziła Carter wchodząc do kawiarni.
- Daniel! Daj dwie gorące czekolady! - Will zawołał młodego pracownika, który wesoło zabrał się za obsługiwanie maszyny do napojów.
Chociaż w środku siedziało kilka osób, wzrok Lou zatrzymał się na mężczyźnie siedzącym do wszystkich tyłem. Miał długie, związane w kok włosy i nie był zainteresowany niczym, co działo się w kawiarni, czym wydał się jej trochę podejrzany.
- Kto to jest? - szepnęła do Hendersona marszcząc czoło. Przez chwilę pomyślała o tym, jak cudownie byłoby przywoływać kogoś siłą umysłu i sprawiać, żeby się do niej odwrócił. O tak. Lou zawsze miała dziwne myśli.
- To facet, o którym ci opowiadałem. Twój sąsiad spod lasu. Aż dziwne, że tu siedzi. Raczej nie wychyla się na światło dzienne. Dziwne. - skwitował nie przywiązując do niego więcej uwagi. Podziękował pięknie za czekoladę i podał Lou jeden kubek wypełniony u góry bitą śmietaną i czekoladowym sosem. - Spróbuj. Założę się, że nigdy nie piłaś lepszego trunku.