Uwaga!

sobota, 15 grudnia 2018

Od Cordiana - "Na razie"

    Cordian przeglądał strony z najnowszymi informacjami, co chwilę sprawdzając godzinę w dolnej części ekranu jego laptopa. Czuł, ze za chwilę puszczą jego nerwy. Miejsc takich jak to unikał jak ognia. Przebywanie wśród dużej grupy ludzi sprawiało, że czuł się niezręcznie. Chociaż znał wszystkich mieszkańców Alpine chociaż z widzenia, fakt iż w przeciwieństwie do członków jego watahy nie ma na nich żadnego wpływu bardzo go irytował. Za każdym razem, kiedy ktoś przypadkowo ocierał się o jego plecy, wszystkie jego zmysły automatycznie przestawiały się w stan najwyższej gotowości. Nie oznaczało to, że bał się ludzi. Nie, on po prostu nie czuł się komfortowo w ich otoczeniu. Jakim więc cudem siedział właśnie w jednej z miasteczkowych kawiarenek?
    Wszystko zaczęło się od nowego redaktora, który chciał wykorzystać jego zdjęcia w swoim artykule. Niestety, oferta była zbyt kusząca, żeby Cordian ją porzucił, nawet mimo tego, że mężczyzna nalegał na osobiste spotkanie. Zapraszanie go do własnego domu nie przeszło mu nawet przez głowę, a biorąc pod uwagę obecny obrót spraw w watasze, oddalanie się od miasteczka nie wchodziło w grę. I tak Cordian skończył w kafejce, nerwowo bębniąc palcami w blat stołu, oczkując spóźniającego się gościa. Kątem oka obserwował lokal i siedzące w nim osoby. Jak na ta dość osobliwą porę dnia, był on prawie pełny.
    Samiec starał się nazywać z imienia i nazwiska wszystkie osoby w swoich myślach. Choć mogło to już podchodzić pod paranoję, musiał być na bieżąco ze wszystkimi zmianami w miasteczku, aby zminimalizować ryzyko.
    Cordian westchnął i wrócił do ekranu swojego komputera. Myślenie o tych sprawach, sprawiało jedynie, że martwił się jeszcze bardziej. To iż przysiągł sobie, że pewna dość znacząca sytuacja z jego przeszłości już nigdy się nie powtórzy, sprawiało, że nie mógł on już poprawnie funkcjonować. Właśnie przeglądał plany przeprowadzenia badań geologicznych na terenie rezerwatu, kiedy usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Odruchowo spojrzał za siebie i widok, który ujrzał lekko go zaskoczył. Przez kilka sekund wpatrywał się w twarz jasnowłosej dziewczyny, która rozglądała się dookoła, uśmiechając się o rozmawiając. Dopiero po chwili Cordian zdał sobie sprawę z tego, że wpatruje się w nią przez ramię i szybko odwrócił głowę. Choć jego oczy były skierowane na ekran, przez jego głowę przelatywał potok myśli. Każda nowa i nieznana osoba w Alpine mogła być zagrożeniem. Jednak nie poświęciłby on jej więcej niż kilka minut, gdyby nie jej towarzysz. Will Henderson. Chłopak pełnił odpowiednika samca alfa w tym ludzkim stadzie i zdecydowanie zbyt często wpychał nosa w nie swoje sprawy. Zapuszczał się głęboko w las, a latem urządzał polowania z przyjaciółmi. Najgorsze było jednak to, że w świetle prawa był on czysty. Po prostu zwykły, nadziany dzieciak, który załatwia sobie legalne pozwolenia na polowania. 
    Cordian bezwiednie zacisnął pięści. Wiele by oddał, żeby trzymał się on z daleka od jego terytorium i rodziny. Szczególnie, kiedy biegnie ze swoimi nie zawsze trzeźwymi znajomymi z bronią w ręku. Dodatkowo, wyglądało na to, że znalazł sobie nową dziewczynę. Samiec potrząsnął głową. To nie była jego sprawa. Musiał jedynie uważać, żeby William nie wyruszył ze swoją wiatrówką popisywać się przed pięknością jego życia.
    Wtem do lokalu weszła jeszcze jedna osoba. Co tam weszła, wbiegła. Mężczyzna około trzydziestki, ubrany w pogięty i mokry od mżącego deszczu miał przy sobie kilka teczek wypełnionych papierami. Zatrzymał się zaraz przy drzwiach i zaczął nerwowo się rozglądać, najwyraźniej kogoś szukając. Kiedy spostrzegł Cordiana, przywitał go skinieniem głowy i ruszył w jego stronę, desperacko starając się nie zgubić żadnej z kartek. Niestety, w tej samej chwili pewna dziewczyna zwróciła się w tą samą stronę, najprawdopodobniej z zamiarem zajęcia miejsca przy najbliższym wolnym stolik. Efekt był dość spektakularny, gdyż dwie postacie zderzyły się ze sobą i cała góra papieru rozsypała się po całej kawiarni zupełnie tak samo jak w filmach komediowych. Jakby tego było mało, większość klientów porzuciła swoje dotychczasowa zajęcie i zaczęła schylać się, aby pomóc pozbierać niemalże zakrywające podłogę morze kartek. To samo zrobiła również kobieta, przyklękając i energicznym ruchem zgarniając je do siebie.
    Cordian obserwował całą akcję, starając się jednocześnie powstrzymać się od uśmiechania. Scena, która miała miejsce przed jego oczami była komiczna i każdy przechodzący przed kawiarnią z pewnością stwierdziłby, że nagrywają w niej jakąś komedię romantyczną. Zaraz z pewnością Will pochyli się, aby pomóc swojej piękności, ich dłonie przez przypadek się spotkają i wszystko zakończy się zupełnie przypadkowym pocałunkiem, pomyślał. Nic takiego jednak nie miała miejsca, gdyż chłopak stał w miejscu, śmiejąc się głośno i nic nie wyglądało na to żeby miał włączyć się do sprzątania. Natomiast dziewczyna zastygła z jedną z kartek w ręku. Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, po czym zwróciła się do patrzącego na całe zajście nieobecnym wzrokiem mężczyzny w garniturze.
- Najmocniej pana przepraszam! Jestem tutaj po raz pierwszy i jestem wciąż trochę roztargniona. Czy coś się panu stało? - zapytała. On zwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się.
- Wszystko w porządku. I nie ma pani za co przepraszać. To moja wina, śpieszyłem się i nie patrzyłem przed siebie. A poza tym też jestem tu pierwszy raz. - powiedział, odbierając stosik papierów z jej rąk. Wtedy dziewczyna wskazała na ten leżący na wierzchu.
- Bardzo interesująca fotografia. Nie mówię tego każdemu nieznajomemu, ale doprawdy w tej jest coś niesamowitego, nie sądzi pan? - Cordian mimowolnie spojrzał na kartkę. Dopiero teraz zauważył, że większość z tych rozsypanych zawierała wydruki jego zdjęć. To, które szczególnie spodobało się dziewczynie przedstawiało ujęcie ze słońcem prześwitującym przez liście i odbijającym się od tafli leśnego jeziora. Było to jedno z jego ulubionych i dobrze pamiętał jak wiele godzin spędził tego letniego popołudnia niż uzyskał to jedno idealny zdjęcie z najlepszym naświetleniem oraz intensywnością barw.
- Owszem, prawdę mówiąc muszę przyznać, że większość z nich to prawdziwe arcydzieła! - powiedział, wykonując zamaszyste ruchy rękami. - Ale nie są one moje. Ich autorem jest… - nie zdążył dokończyć, kiedy nagle czyjaś dłoń podsunęła plik kartek pod jego nos.
- To moje zdjęcia. - Cordian uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynę. Oparł lewą dłoń na kolanie i ignorując fakt, że wciąż siedzą na podłodze, wskazał na jedno z zdjęć. - A to jest jeden z kadrów wykonanych w czasie lata. Interpretacja dowolna.
- O… lata… - Wyjąkała dziewczyna, lekko zaskoczona. - Czekaj, twoje? Łał. Naprawdę cudowne. Brak słów. No, może nie aż tak ale przyciąga uwagę.
- No właśnie! I nasz drogi Cordian ma tylko 30 lat! A już taki wirtuoz sztuki! - wtrącił się mężczyzna w garniturze. Basior zignorował jego entuzjastyczną i jednocześnie niepoprawną odpowiedź i odebrawszy od dziewczyny papiery, wstał.
- Pragnę zauważyć, że i tak spóźnił się pan na umówione spotkanie i wolałbym go nie przeciągać zbędnymi… czynnościami. - powiedział chłodnym głosem i zajął miejsce przy stoliku.
- Ah, tak, oczywiście. Najmocniej przepraszam! - zawołał i poderwał się z miejsca, zbierając wszystkie pozostałe dokumenty od siedzących przy najbliższych stolikach ludzi. Zanim dotarł jednak do tego, przy którym siedział Cordian, odwrócił się w stronę dziewczyny.
- Polecam sprawdzić więcej zdjęć w internecie. Pod hasłem Alpha. Dziękuję za pomoc i życzę pani miłego dnia. - po czym usiadł koło samca i zaczął rozkładać dokumenty na stole.
    Fotograf poświęcił mu większość swojej uwagi, choć mógł on jeszcze usłyszeć strzępki rozmowy kobiety z Hendersonem.
- Nie wierzę! Jaka akcja! Nie codziennie mamy tutaj takie atrakcje, wiesz? - chłopak wciąż śmiał się, bezowocnie próbując zasłonić usta dłonia.
- Mi też pierwszy raz się coś takiego zdarzyło. Swoją drogą, to miejsce musi być istną kopalnią artystów. Że też o tym nie pomyślałam. Taki urokliwy krajobraz.
- Masz rację, chociaż Alpine to dziura, to jednak nadal piękna dziura. Zainspirowałaby nawet takie beztalencie jak ja. - przyznał jej Will, któremu w końcu udało się uspokoić swój napad śmiechu. Zajęli oni miejsce przy stoliku nakrytym obrusem w czerwoną kratkę, a drobna kelnerka, która jak dotąd obserwowała całą akcje zza lady, podbiegła aby wręczyć im kartę z napojami.
- Przecież to oczywiste, że w tym miejscu znajdzie się choć jedna uzdolniona osoba. Może mogłabym przeprowadzić z nią wywiad a potem zamieścić w moim projekcie. - stwierdziła entuzjastycznie, biorąc kartę do ręki.
- Z nim? - mężczyzna gestem głowy wskazał na Cordiana i skrzywił się. - Jak mam być szczery, to to jest raczej odludek i dziwak niż artysta. Masz racje, zdjęcia robi bardzo ładnie i wcale się nie dziwię, patrząc na to, że całe dnie spędza w lesie, ale nie ufałbym mu na tyle, że zostać z nim sam na sam. - wyszeptał i gdyby nie wyostrzony zmysł słuchu, który basior posiadał dzięki swojej wilczej formie, nie usłyszałby go. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego jaką opinię mają o nim ludzie, ale nie mógł powiedzieć, że usłyszenie tego bezpośrednio z czyiś ust nie dotknęło go. - Prawdę mówiąc jestem zaskoczony, że pojawił się w takim miejscu jak to.
- Trochę przesadzasz. Może po prostu jest trochę nieśmiały i jednocześnie pochłonięty swoją pasją? Yhym. To ja poproszę…
- Panie Goldteara? - głos mężczyzny w garniturze zmusił Cordiana do przerzucenia swojej uwagi z rozmawiającej pary na rozłożone przed nim dokumenty.
- Przepraszam, coś mnie rozproszyło. Czy mógłby pan powtórzyć jeszcze raz, panie…
- Franz. Albert Franz. Zaczynając od początku, tutaj są dokumenty z umową odnośnie wykorzystania pańskich fotografii w naszym magazynie. Zalecałbym przestudiować go w domu, a następnie przesłać nam skan z podpisem. W umowie znajduje się również lista zdjęć, do których chcemy uzyskać wyłączność i która została stworzona wedle naszych wcześniejszych ustaleń.
- I dlatego nalegał pan na to spotkanie, tylko po to żeby wręczyć mi ten zwitek papieru? - mruknął, wyraźnie pokazując swoje niezadowolenie.
- No i tutaj pan mnie ma. Właściwie to przyjeżdżając tutaj mam również drugi, ukryty motyw, a konkretniej: jest to projekt na coś nowego i rewolucyjnego! - Cordian zmierzył go wzrokiem. Doprawdy mężczyzna miał dar do budowania napięcia niczym śpiący leniwiec. O tym, że cała ta sprawa już brzmiała podejrzanie nie chciał wspominać. Najchętniej podniósłby się on z miejsca i opuścił lokal, gdyby nie to, że intrygował go dalszy obrót spraw.
- Przypuszczam, że w tym rewolucyjnym projekcie jest przewidziany mój udział? - zapytał, pakując papiery do torby, po czym układając dłonie w charakterystyczną piramidkę.
- Oczywiście. Otóż planujemy nakręcić nowy reportaż w przyrodzie. Coś jak national geographic, tylko z większą głębią artystyczną. - długowłosy mężczyzna uniósł brwi. Zdecydowanie nie kupował tego pomysłu. - Chodzi o to, żeby przedstawić naturę w nowy sposób. Z taką artystyczną wizją fotografa, która sprawi, że ludzie spojrzą na świat przyrody w inny sposób. Że będą mieli takie: Łał! I potrzebujemy tutaj właśnie pańskiego udziału, panie Goldteara. Mając takiego utalentowanego fotografa za przewodnika i kierownika zdjęć, nasz program znalazłby się w czołówce tych z najwyższą oglądalnością! Proszę tylko pomyśleć o tym jakie cuda matki natury znajdują się zaledwie kilka kilometrów od pańskiego domu! Co o tym pan sądzi? - Nie kupuję tego, warknął w myślach Cordian, ostatkiem sił powstrzymując się przed gwałtownym zerwaniem się z miejsca i trzaśnięcia krzesłem. Dobrowolne wprowadzenie grupy ludzi na terytorium watahy byłoby ostatnią rzeczą, którą zrobiłby w swoim życiu.
- Nie uważam, żeby ta idea zyskała wielu zwolenników. Obecnie emitowanych jest już wystarczająco wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Dodatkowo, ludzie coraz mniej czasu poświęcają na telewizję, a jeśli już to jest to jedynie z zakresie kanałów z serialami. - zaczął tłumaczyć, licząc że uda mu się przekonać mężczyznę do zmiany zdania. Chciał jedynie podpisać umowę odnośnie wykorzystania jego zdjęć i zwinąć się do domu, gdzie przez resztę dnia będzie mógł leżeć na kanapie w salonie, myśląc jedynie o sękach w deskach a suficie.
- Ma pan rację, ale mamy jeszcze jeden ukryty motyw. Otóż jest to projekt prowadzony we współpracy z wieloma szkołami, które będą mogły korzystać z naszych nagrań jak z materiału naukowego. A przecież edukacja młodzieży jest najważniejsza.
- Moja odpowiedź nadal brzmi nie. - Cordian zdążył już spakować swojego laptopa do torby, co było wyraźnym znakiem, że zamierzał opuścić lokal, z premedytacją ignorując zasady kulturalnego zachowania. W podobnych sytuacjach lubił tłumaczyć się tym, że skoro nie jest człowiekiem, nie obowiązują go ludzkie prawa. - A teraz, jeśli pan wybaczy, muszę już iść. Mam jeszcze dużo planów na dzisiaj. - ...takich jak na przykład liczenie wilczych włosów na jego dywanie, dodał w myślach.
- W porządku. W takim razie będę musiał znaleźć kogoś innego. Właściwie to znalazłem już osobę, która się na to zgodziła tutaj w Alpine… - powiedział zagadkowym głosem mężczyzna. Oczy Cordiana natychmiast odnalazły siedzącego naprzeciwko jasnowłosej dziewczyny chłopaka. Cieszył się, że nikt nie może zobaczyć jak zaciska zęby, usiłując zachować spokój. Jeżeli ten samozwańczy reżyser naprawdę współpracuje ze szkołami, to szanse na udowodnienie przed sądem iż projekt ten jest niepotrzebny były nikłe. Z drugiej strony, wpuszczanie na jego terytorium grupy ludzi z kamerami pod przewodnictwem Hendersona nie przechodziło mu nawet przez myśl. Wystarczył choć jeden nierozważny wilk, żeby sekret ich wszystkich wyszedł na światło dzienne.
    Cordian trwał w bezruchu, rozważając wszystkie za i przeciw. Siedzący koło niego człowiek irytowało go. A szczególnie fakt, że szantażował go przy użyciu jednej z najprostszych technik perswazyjnych, którą znają nawet dzieci, a która działała na niego tylko dlatego w jakiej sytuacji się znajdował. W końcu, wiedząc, że będzie przeklinał się za tę decyzję do końca swojego życia, spojrzał mężczyźnie prosto w oczy i wyciągnął prawą dłoń.
- Liczę na owocną współpracę, Albercie Franz. - praktycznie wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Goldteara. Jestem pewien, że nie pożałuje pan. W ciągu tego najbliższego tygodnia otrzyma pan drogą elektroniczną wstępne dokumenty i projekty. Oczywiście, jestem otwarty na wszystkie poprawki i propozycje. - Franz pochwycił dłoń Cordiana tak szybko, jakby obawiał się, że mężczyzna zmieni zdanie i zabierze ją w ostatniej chwili. Ten gest sprawił, że basior skrzywił się jeszcze bardziej. Niektórych ludzi respektował, innych tolerował, ale tymi ostatnimi po prostu gardził.
- Do widzenia. - zakończył rozmowę, zanim zdążyło wyniknąć z niej coś więcej i po uprzednim oswobodzeniu dłoni z mocnego uścisku, błyskawicznie udał się w stronę drzwi. Gdy tylko poczuł zimny powiew powietrzna na swojej twarzy poczuł się zdecydowanie lepiej. Nie zamierzał oglądać się za siebie. Nie chciał widzieć twarzy Franza, szczerzącego się głupkowato, ani opowiadającego historie swojego życia Hendersona. Jednak, Cordian odwrócił głowę. Tylko na chwilę. Tylko, żeby zobaczyć siedzącą za szybą jasnowłosą dziewczynę, popijającą gorącą czekoladę. I żeby zdać sobie sprawę, że ona patrzy się na niego.

                                                                     ***

    Zdenerwowany Cordian krążył wokół stojące w salonie kanapy, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Po raz setny pojawiła się na nim ikonka oczekiwania na połączenie. Mając dość tych głuchych, powtarzających się dźwięków, postanowił nagrać swoją wiadomość na skrzynkę głosową. Jego ręce za bardzo się trzęsły żeby był w stanie napisać wiadomość, a żaden tekst pisany i tak nie był w stanie odpowiednio dobrze przekazać uczuć, które nim targały. On potrzebował widzieć swoja przyjaciółkę. Czuć ciepło jej ciała i dotyk puszystego futra. Słyszeć jak ich wilcze oddechy mieszają się z szumem liści, a ich głowy wypełniają się słowami. Taki rodzaj rozmowy był jednocześnie bardzo intymny jak i pozwalał zrozumieć emocje drugiej osoby.
- Ivy, Musimy pogadać. To ważne. - wypowiedział na jednym wydechu, po czym zatwierdził wysyłanie, z nadzieją, że wilczyca odczyta ją najszybciej jak się da.
    Niestety mijały minuty i jedyną odpowiedzią jaką Cordian otrzymał była cisza. Po kwadransie, sfrustrowany mężczyzna, obawiając się, że zaraz wydepcze dziurę w swoim dywanie postanowił wyjść na dwór. Wyobrażał sobie co może powiedzieć Irvin. W końcu obydwoje doskonale wiedzieli co zaledwie poprzedniego wieczoru mówił na zgromadzeniu watahy. To iż najpierw utrzymywał, że kluczem do bezpieczeństwa jest dystans do ludzi, a następnie dobrowolnie wprowadza całą ich grupę na terytorium watahy mogło poważnie nadszarpnąć jego reputację. Miał już wystarczająco problemów z czarnym wilczurem. Taki obrót spraw mógłby jedynie dodać mu zwolenników. Basior wiedział, że nawet na chwilę obecną są w watasze osobniki, które tolerują jego przywództwo tylko z szacunku do jego ojca. Co prawda wciąż przeważają ci, którzy są wdzięczni Cordianowi za to iż mogą bez większych obaw o swoje życie spędzać czas w obydwu swoich formach. Na razie.
    Na razie. To cholerne słowo, które zaczynało go prześladować. Na każdym kroku przypominało mu  iż obecna sytuacja jest jedynie kwestią czasu. Mężczyzna usiadł na pniu powalonego drzewa, które leżało niedaleko jego domu. Zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. Miał ponad 30 lat, a nie potrafił poradzić sobie z tak wieloma problemami. Nie potrafił ochronić swojej rodziny.
    Usłyszał miękkie kroki, które ktoś stawiał po mokrej trawie. Gdy postać znalazła się koło niego, Cordian zaskomlał tak, jakby to zrobił w swojej wilczej formie, nawet na nią nie spoglądając.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić… - wyszeptał, pocierając dłońmi twarz. W całym tym zamieszaniu nie pomyślał nawet na chwilę o tym jak odzyskać zaufanie przyjaciółki. Może to, iż zdecydowała się do niego przyjść, znaczyło że jest jeszcze szansa?
    Gdy kobieta się odezwała, basior zrozumiał jak bardzo się pomylił.
- Emm… mam na imię Lousia. - ten delikatny głos, który Cordian miał szansę usłyszeć przez krótką chwilę zaledwie godzinę wcześniej, sprawił że jego oczy otworzyły się szeroko. Gwałtownie odwrócił się on w stronę kobiety. Nad nim pochylała się jasnowłosa dziewczyna Hendersona. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? - zapytała, a jej głos był pełen szczerego zatroskania.
- Tak. Tak. Wszystko w porządku. - powiedział, powtarzając swoje słowa kilka razy. Zupełnie jakby chciał się utwierdzić w przekonaniu, że była to prawda. Jak bardzo pragnął, żeby to była prawda.

<C.D. Lou>