Uwaga!

czwartek, 20 grudnia 2018

Od Lou

Cała relacja między mieszkańcami Alpine, a fotografem-samotnikiem mieszkającym w lesie za jej domem wydawała się dziwna. Dziewczyna przez chwilę przestała o tym myśleć poświęcając całą swoją uwagę kolesiowi, który siedział z nią przy stole i opowiadał o tutejszych zwyczajach i o tym, że 4 lipca w Dzień Niepodległości mieszkańcy organizują świetną lokalną imprezę, a w jednym z konkursów można wygrać najprawdziwszego żywego prosiaka bynajmniej z jabłkiem w pysku.
— Muszę to koniecznie zapisać w dzienniku. — uśmiechnęła się jednocześnie subtelnie urywając temat. — Powiedz mi, czy w tych rejonach byli spotykani Indianie? — zmarszczyła brwi przykładając kubek z czekoladą do ust i dmuchając na zbyt gorący napój. 
— Właściwie, do niedawna żyła tu jedna taka starsza kobieta, ale wyjechała gdzieś do dalekiej rodziny. Skarżyła się na podeszły wiek i na to, że nie może się już opiekować koniem, którego przed wyjazdem wypuściła do lasu. Biedak zdziczał. Nie chciała niczyjej pomocy. Po prostu nas opuściła. — Henderson wzruszył bezradnie ramionami. — Pewnie wywiad z nią dałby ci o wiele więcej materiałów do książki... Przykro mi. — Wymawiając ostatnie słowa, Will odruchowo położył dłoń na dłoni Lou, która leżała swobodnie na stoliku, na co zamyślona Carter uśmiechnęła się tylko słabo wypuszczając z płuc powietrze.
— Czyli po tych lasach biega zdziczały koń? — Louisę zdziwił jej głupkowaty ton głosu. Chyba po prostu nie wierzyła własnym uszom. 
 Wtedy kątem oka mignął jej ktoś prawie wybiegający z kawiarni. Był to nie kto inny, niż pan Alpha. 
— Dlaczego stąd tak wyleciał? — jasnowłosa momentalnie zabrała rękę ze stołu oglądając się do tyłu, gdzie podekscytowany facet w garniturze wkładał ostatnie papiery do teczki. — Chyba dobili targu. 
— Mówiłem, to typ samotnika. Przebywanie wśród ludzi chyba wywiera na nim zły wpływ. — gdy chłopak zorientował się, że jego nowa znajoma odsunęła swoją dłoń, położył ją na swoim kubku z czekoladą. Blondynce zarejestrowanie tego zajęło dosłownie ułamek sekundy, bo jej czujny wzrok odprowadzał fotografa na zewnątrz. I właśnie wtedy, gdy miał powrócić na twarz Willa, trzydziestolatek odwrócił się patrząc akurat na nią. 
"O cholera, gdzie się gapisz, Carter?" — Zganiła się w myślach, jednak nie przestawała patrzeć mężczyźnie w oczy. Nie należała do tych osób, które pierwsze odwracają wzrok i jak się przekonała, Alpha też nie.  

— To jest to. — szepnęła zdecydowanym głosem Lou ku zdziwieniu jej towarzysza.
— Wiedziałem, że tajemniczy kolesie zawsze mają większe powodzenie. — Will zabawnie uniósł brew razem z jednym kącikiem ust na co Carter wybuchnęła śmiechem. 
— Nie, Sherlocku. — przewracając oczyma pacnęła lekko bruneta w czoło łyżeczką. — On robi na prawdę wspaniałe zdjęcia. Gdyby te widoki zdobiły moją część książki... 
— Byłaby najlepszą częścią ze wszystkich. — dopowiedział przymykając oczy.
— Dokładnie. — skwitowała obserwując w którą stronę idzie fotograf. Zmierzał w kierunku domu. 
— Chcesz do niego iść? Sama? — błękitnooki wlepił w nią swój zatroskany wzrok. 
— Znam się trochę na kontaktach międzyludzkich. Damsko-męskich też. Jeśli pójdę bez ciebie, szansa, że się zgodzi będzie większa. A wzrośnie jeszcze bardziej, jeśli pójdę teraz. 
— Szansa, że to psychopata, który tylko czeka, aż ładna samotna dziewczyna zapuka do jego drzwi też. — uniósł brwi pochylając się nad stołem.
— Nic mi nie będzie. Wrócę niedługo, nie martw się. Nie dam się zabić zanim nie pokażesz mi całej okolicy. Po ile ta czekolada?
— Ja płacę. — Odparł nadal nieco niespokojnie, jednak na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Dzięki.  — Rzuciła i szybkim ruchem oderwała się od krzesła, żeby złożyć na policzku Hendersona szybki pocałunek.

Nie minęła minuta, gdy Lou ubrana w ciepłe ubrania z ciastem czekoladowym na rękach opuściła lokal i swojego nowego znajomego, który prawdopodobnie oczekiwał od niej więcej, niż ta mogła mu dać. Wychodząc, tylko przez ułamek sekundy pomyślała o nim. Potem wyłączyła umysł kierując się w las.
W głowie cały czas wybrzmiewały jej słowa: "Ale nie ufałbym mu na tyle, żeby zostać z nim sam na sam". Co może być nie tak z samotnym kolesiem mieszkającym w lesie i unikającym ludzi? No chyba, że to samotny koleś z długimi włosami mieszkający w lesie i unikający ludzi. To na pewno czyni z niego psychopatę.
- Oh, well, Will. — pomyślała. —Wiesz jak skutecznie zatrzymać przy sobie miastowe dziunie.. Tyle, że ja nią nie jestem..
Gdy Carter dotarła na początek leśnej drogi, przystanęła na chwilę patrząc w mały, odchodzący punkt na szarym jej końcu. Widząc, że nie będzie w stanie dogonić go, zanim ten przekroczy próg swojego domu, skierowała się do swojego ogrodu. Wbiegła do salonu poszukując czegoś w nierozpakowanej walizce. W kosmetyczce, pomiędzy perfumami odnalazła małą puszkę od ciśnieniem. Przyjrzała jej się bliżej obracając w dłoniach, po czym umieściła w kieszeni kurtki. Na wszelki wypadek.

Gdy dziewczyna szła w stronę domu Alphy, mogła przyznać, że razem z odcinkiem, jaki musi pokonać, wprost proporcjonalnie igliwie sosen otaczających ścieżkę ciemnieje. Nie pomagał jej znakomity słuch, przez który słyszała nawet najmniejsze szelesty i łamane gałązki w podszyciu lasu. Towarzyszyło jej również wrażenie, że ktoś lub coś cały czas ją obserwuje i gaz pieprzowy, który kurczowo ściskała w ręce, może jej nie starczyć, chyba, że cokolwiek to jest, zadowoli się ciepłym jeszcze brownie. Wtem, usłyszała za sobą kroki czegoś, co na pewno nie miało dwóch nóg i biegło w jej stronę. Oczyma wyobraźni, jasnowłosa już widziała stworzenie, które tej nocy zbudziło ją przeraźliwym wyciem.
— Umrę. — skwitowała w głowie. — Już nie żyję. Trzeba było zabrać jakiś nóż, albo czołg.
Louisa wypuściła z ulgą powietrze z płuc, gdy odwracając się, zamiast drapieżnika, przywitał ją z odległości około dziesięciu metrów łaciaty koń. Zdziwiona jego widokiem uniosła brwi na pół czoła, jednak cieszyła się, że koniom bardziej smakuje trawa, niż samotne, młode kobiety, lat około 25.
— Co tu robisz, piękny? Musisz być koniem Indianki... No tak.  — spróbowała zrobić krok w jego stronę, ale ten nerwowo się cofnął. — Nie mam nic dla ciebie. Chyba, że lubisz ciasto czekoladowe, ale musi wystarczyć jeszcze dla fotografa. Inaczej nie da mi swoich zdjęć i będę w czarnej dupie. — Na jej twarzy ukazał się dziwny grymas, na co wierzchowiec tylko prychnął.
— Nie śmiej się. To ty mnie pewnie śledziłeś od dłuższego czasu. Chciałeś, żebym dostała zawału? — Lou zaśmiała się, widząc, że ogier przytakuje łbem. — Fajny jesteś. Mój koń też tak umie. Mówię to, dlatego, żebyś nie myślał, że jesteś jakiś szczególny. — Jednak ciemnooka właśnie tak myślała. Koń miał dobre 180 cm w kłębie, a jego maść pinto robiła ogromne wrażenie. Wyglądał, jakby białego konia, oblano z góry brązową farbą, która chaotycznie rozprysnęła się po całym jego ciele. Co więcej, podobno zdziczały koń podążał za nią. Gdy wykonała kilka kroków w stronę posiadłości Goldteary, ten poszedł za nią zachowując tą samą, bezpieczną według niego odległość. Zatrzymał się dopiero, gdy ta otwierała furtkę do ogrodu domownika i nie odważył się podejść bliżej.
— Myślę, że uporam się z tym w miarę szybko, więc możesz na mnie zaczekać. Mam w domu jakieś jabłka. — pożegnała się z niesamowitym koniem i zapukała kilka razy do drewnianych drzwi, jednak nikt nie raczył jej otworzyć nie wspominając o ciepłym przywitaniu. Pomyślała wtedy, czy to czysty przypadek, że może jednak Cordian nie poszedł do domu, lecz dalej w las, czy po prostu nie chce jej otworzyć.
Widząc, że dobijanie się do drzwi cudzego domu nie przynosi rezultatów, zeszła z ganku i obeszła ściany budynku, za dwoma z nich znajdując mężczyznę siedzącego do niej tyłem na pniu drzewa. Po incydencie ze śledzącym ją koniem, cały strach z niej uleciał. Bez wahania, podeszła do niego i w chwili gdy miała się odezwać, on zrobił to pierwszy, prawdopodobnie biorąc ją za kogoś innego.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić... — zaskomlał. Chwila, co zrobił? Wysoki mężczyzna, lat 30 wydał z siebie iście szczenięcy odgłos. Carter zdecydowała. że lepiej będzie wmówić sobie, że się przesłyszała. Coś najwyraźniej gryzło jej sąsiada i nie były to pchły.
— Em... Mam na imię Louisa. — gdy zdziwiony Alpha odwrócił się do niej, ta tylko słabo się uśmiechnęła. — Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? — Zmarszczyła brwi obserwując smutek w jego oczach.
— Tak. Tak. Wszystko w porządku. — Odparł, a Carter wiedziała już, że nic nie jest w porządku. 
— Dobrze... W końcu jakiej odpowiedzi może się spodziewać obca osoba.. — wlepiła wzrok w krople rosy na trawie. — Wiem jednak, co może poprawić humor każdemu. Przynajmniej każdemu, kto lubi czekoladę. — przyklękła przed mężczyzną z brownie w obu rękach.  — Nie oświadczam się. Proponuję jeszcze ciepłe ciasto. Sama piekłam... A ta cena nie wiem skąd się tu wzięła. — dorzuciła obrywając białą nalepkę z kilkoma cyframi z aluminiowej tacki, na co, mogłaby przysiąc, fotograf cicho się zaśmiał — Nie codziennie częstuję ludzi kupnym ciastem. Nie daj się prosić..