Carter idąc ciemną ścieżką pośrodku lasu nie wiedziała sama, czy ma być zawiedziona przeprowadzoną rozmową i jej rezultatami, zaskoczona pytaniem jej rozmówcy i szybkim obrotem spraw, przerażona otaczającą ją scenerią oraz faktem, że jej jedyny towarzysz podróży uciekł stąd w popłochu, czy wściekła na fotografa, który jak najzwyklejsza świnia wyprosił ją z jego ogrodu znajdując marną wymówkę, i wystawił ją na pastwę tego, czego chwilę temu tak przestraszył się dziki rumak. W jej głowie roiło się tyle pytań.. Co tak zajęło głowę Alphy? Kim jest Irvin? Dlaczego, przez chwilę gdy rozmawiali, w Lou zatliła się iskierka nadziei na dobre stosunki z brunetem, które on tak nagle zgasił? Jaki do cholery ryś? I przede wszystkim, czemu wilki? No właśnie, wilki. Dlaczego facet, który na własne oczy widział sporych rozmiarów watahę wilków, co więcej, sfotografował ją, tłumaczy, że konia na pewno spłoszyło inne zwierze?
Gdy jasnowłosa uszła już tyle, by, gdy tylko się odwróciła, uznać, że dom fotografa zniknął jej z oczu, przystanęła i usiadła na pniu obok niej wypuszczając z płuc powietrze. Gotująca się w niej wściekłość musiała ulecieć i pozostawić miejsce bezradności. Nie miała pojęcia gdzie jest. Wiedziała, że jeśli pójdzie dalej, wyjdzie nie wiadomo gdzie, wtedy zapyta kogoś o drogę do miasta, a jeśli nikogo nie spotka, będzie w ciemnej dupie. Nie miała nawet pojęcia, w którą stronę musiałaby zboczyć ze ścieżki, aby dojść do prostej drogi, jaką tu doszła. Wpatrując się w jej 'krzesło', pomyślała o numerze telefonu, jaki wyryła w korze drzewa, na jakim siedziała z długowłosym. Wiedziała, że nawet jeśli ta rozmowa skończy się tak, jak się skończyła, mężczyzna nielubujący się w kontaktach międzyludzkich szybciej wróci na to miejsce, niż do miasta i zauważy szereg cyfr 'wypisany' na pniu za pomocą klucza od domu Lou.
Gdy zamyślona Carter wyciągnęła z kieszeni telefon, ze zdziwieniem spostrzegła w rogu ekranu jedną kreskę zasięgu, jednak nawet nie łudziła się na połączenie od trzydziestolatka. W ostatnich numerach, z jakimi się kontaktowała, odszukała numer podpisany "Właściciel domu". Pomyślała, że teraz, gdy już zna go z imienia i nazwiska, nadeszła pora na zaktualizowanie kilku informacji w jej komórce. Zawahała się przez chwilę oglądając za siebie i niepewnie wybrała zieloną słuchawkę.
Już po jakichś piętnastu minutach, do uszu Louisy dobiegł znajomy odgłos, który pozostawiał ją jednak w niepewności co do osoby, która go wydaje. Wśród sylwetek drzew, wyłoniła się jedna, która bynajmniej sosną nie była, a na której widok dziewczynie bardzo ulżyło.
— Twoja lokalizacja była dla mnie nie lada zagadką, Panno Carter. — uśmiechnął się błękitnooki mężczyzna, gdy doszedł na miejsce podając jej rękę. Ta wstała i uśmiechnęła z wdzięcznością.
— Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. Pewnie błądziła po tym lesie, aż w końcu zaadoptowałyby mnie jakieś wilki i wychowały jak szczenię. — blondynka teatralnie chwyciła się za głowę dodając sytuacji sztucznego tragizmu.
— Jak dobrze, że każda dama ma swojego rycerza zdolnego w każdej chwili przybyć jej z odsieczą. — zaśmiał się brunet. — Niestety bez konia.. Ani innego środka transportu. W lesie lepiej nie hałasować motorem. A co z Goldtearą? — chłopak wskazał ręką w kierunku domu "pustelnika".
— To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem. Czyli... Sama nie wiem gdzie. Niczego nie osiągnęłam, a ciasto wciągnął jak odkurzacz. — skwitowała widząc złość w oczach towarzysza.
— Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać. Teraz, lub następnym razem, gdy go spotkam. — zatroskany uniósł brwi stojąc bardzo blisko jasnowłosej.
— Nie zaprzątaj sobie głowy. To sprawa między nim, a mną. — westchnęła spuszczając wzrok. — Przynajmniej nie okazał się psychopatą. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że możemy się polubić... Obiecał, że się ze mną skontaktuje.
— Ale mógł cię chociaż odprowadzić jak prawdziwy facet. Zwłaszcza, że nie znasz tych stron..
— Nie każdy jest tak wspaniałomyślny jak ty, Panie Hendersonie. Chodźmy. — odrzuciła dziewczyna podążając razem z mężczyzną w głąb lasu.
Gdy dotarli do drogi, pod jasnowłosą nieoczekiwanie ugięły się nogi, a właściwie prawa kostka. Dziewczyna zaklęła cicho z grymasem bólu na twarzy robiąc sobie przymusowy przystanek wśród leśnego mchu.
— Boli? — zapytał Will szybko zdając sobie sprawę z idiotyzmu pytania.
— Jak myślisz? — zaśmiała się przez chwilę Lou trzymając się za piekące miejsce. — Chyba skręciłam kostkę. Daleko jeszcze do domu?
— Obawiam się, że dobre dziesięć minut drogi marszem. — przykucnął obok niej przyglądając się jej uważnie.
— Czekaj. Jakim sposobem znalazłeś się przy mnie w piętnaście minut, skoro my maszerujemy już tyle czasu i dopiero doszliśmy do drogi? — blondwłosa podejrzliwie zmrużyła oczy.
— Biegłem po ciebie. Nie chciałem, żeby cię coś zjadło. Dasz radę wstać? — położył delikatnie dłoń na jej kostce wyszukując w jej ciemnych oczach prawdy.
— Boję się, że nie. Może.. Mógłbyś pójść w drodze wyjątku po jakiś samochód, czy motor, a ja tu grzecznie zaczekam?
— Nie ma mowy. Nie zostawię cię tutaj choćby na minutę. — to mówiąc, chłopak wstał i jednym ruchem uniósł zdziwioną młodą dziennikarkę na rękach.
— Scena jak z komedii romantycznej. — pomyślała Carter cicho się śmiejąc i przewracając oczyma oplotła szyję jej rycerza rękoma. Mimo, że oddechy młodych przez całą drogę praktycznie się mieszały, to żadne nie miało w planach tego wykorzystywać.
W pewnym momencie, dziewczyna usłyszała za sobą ciche rżenie.
— Słyszałeś? — gdy obejrzeli się za siebie, ich oczom, wśród leśnego krajobrazu ukazał się rudo-biały koń obserwujący ich uważnie.
— Będziemy musieli przełożyć nasze wspólne zajadanie jabłek, na inny dzień, Duchu! Dziś mam już transport! — brązowooka krzyknęła do rumaka, który zdawało się, że dokładnie zrozumiał o co jej chodzi.
— Nie wierzę.. — brunet z uśmiechem pokiwał głową i w chwili, gdy Louisa spodziewała się pytania w stylu "Jak udało ci się to zrobić?" usłyszała pełne powagi — ..Jesteś Indianką? — Po którym momentalnie wybuchnęła śmiechem
Obiecane dziesięć minut później, znaleźli się już około sto metrów od domów. Dziewczyna spoczywająca cały czas w objęciach Hendersona, miała dokładnie dwa pytania. Pierwsze, czy nie jest za ciężka? Drugie, które zdecydowała się zadać, brzmiało nieco inaczej. — Teraz zaniesiesz mnie do mojego domu?
— Oczywiście, że nie. Mam zamiar skorzystać z okazji, że nie możesz chodzić, zanieść cię do siebie i wykorzystać. — Jak powiedział, tak zrobił. W pewnym sensie.
Zadanie Carter polegało na odkluczeniu drzwi, ponieważ z przyczyn oczywistych, Henderson nie był w stanie tego zrobić. Gdy już jej się to udało, chłopak przyznał, że dziennikarka jest pierwszą dziewczyną, jaką przenosi przez próg własnego domu.
Lou musiała przyznać, że makaron z serem podawany przez jej sąsiada, był najlepszym jaki do tej pory jadła, a pomieszczenie, w jakim się znajdowała, zupełnie skradło jej serce swym kanadyjskim charakterem.
— To co mi powiesz o naszym sąsiedzie z lasu? — zagadał mężczyzna jedząc swoją porcję.
— Hmm. — jasnowłosa zastanowiła się przez chwilę wpatrując w danie. — Myślę, że coś ukrywa... Coś więcej niż zeznania podatkowe. Prawdopodobnie ma znajomych, bo nie widząc, kto przyszedł, zwrócił się do mnie innym imieniem. Ma też obsesję na punkcie wilków... i kontakt z nimi. Uważa, że nie są agresywne. Dał się sprowokować i jego ciało zdradziło odmienne poglądy gdy wspomniałam, że mogą rzekomo zaatakować człowieka. Do guzika jego koszuli przyczepiło się kilka wilczych włosów. Takich samych, jak do płotu, przez który mnie wypuszczał. Tak myślę. Nie należą do psa. Z resztą, mam ich trochę.