Cordian popatrzył na klęczącą przed nim dziewczynę i potrząsnął głową, usiłując się nie roześmiać. Nie mógł uwierzyć, że zapuściła się tak głęboko w las tylko po to, żeby poczęstować go kupnym ciastem.
- Nie śmiałbym odmówić. - powiedział i zamiast jednego kawałka delikatnie oswobodził całą tackę z rąk dziewczyny. Następnie chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Czując, że stawia ona opór uśmiechnął się uspokajająco i wskazał na pień, zachęcając żeby usiadła koło niego. - Nie tarzaj się już w tej trawie. Po wczorajszym deszczu jest wciąż mokra.
Jego słowa najwyraźniej uspokoiły jasnowłosą kobietę, bo ta wstała i uprzednio otrzepawszy kolana zajęła miejsce obok niego na powalonym drzewie. Mężczyzna położył ciasto na swoich kolanach i wyciągnął spod foli ciemnobrązowy kawałek. Czuł jego ciepło w dłoni, a słodki, czekoladowy zapach jest wzmagany przez jego wilcze zmysły. Uniósł go do ust i ugryzł, drugą dłoń trzymając pod brodą jak talerz. Czuł na sobie wzrok dziewczyny, ale mimo tego on wpatrywał się przed siebie. Na chwilę otoczyła ich cisza. Żadna z siedzących osób nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po części żadne z nich nie wiedziało właściwie co powiedzieć, w końcu ich wiedza ograniczała się jedynie do imion i opisu wyglądu zewnętrznego. Cordian musiał jednak przyznać, że w niektórych momentach samo odczuwanie ciepła drugiej osoby oraz słyszenie jej miarowych oddechów było znacznie lepsze od głośnej rozmowy. Poczuł jak jej dłoń zbliża się w jego stronę i delikatnie wyciąga kawałek ciasta z pojemnika, niczym dzikie zwierze, które próbuje zdobyć kawałek pożywienia bez aktywowania zastawionej pułapki.
- Niedawno przyjechałaś i już nauczyłaś się obsługiwać piekarnik Hendersona? - zapytał, uśmiechając się delikatnie. Dziewczyna spojrzała się na niego, lekko zaskoczona tym nagłym pytaniem. W pierwszej chwili chciała opowiedzieć „a skąd wiesz, że dopiero przyjechałam” jednak w porę zauważyła, że zadawanie takiego pytania w miasteczku, które nie liczy nawet pięciuset mieszkańców ma mniej więcej tyle samo sensu co urządzanie wykładu na temat „czy powinniśmy pomagać starszym”. Zamiast tego postanowiła skorygować słowa mężczyzny.
- Piekarniki nigdy nie były dla mnie tematem taboo, jednak obawiam się, że trochę się pomyliłeś. Nigdy nie byłam w domu Willa. - Cordian uniósł jedną brew, tym samym zachęcając ją do kontynuowania swojej wypowiedzi. - Miejsca do spania potrzebowałam, to prawda jednak wątpię czy szukałabym go w domu jakiegoś samotnie mieszkającego chłopaka. Mieszkam w jednym z tych drewnianych domów wzdłuż drogi. Bardziej dokładnie nie wytłumaczę bo byłam tam tylko raz i to dość późno w nocy.
- Wiem, że to dość bezpośrednie pytanie, ale nie jesteś czasem jego dziewczyną? - odstawił tackę z ciastem na trawę i spojrzał na dziewczynę, krzyżując ręce na piersi.
- Przepraszam? - lekko się skrzywiła, po czym roześmiała. - Oczywiście, że nie. Znam go dopiero od kilkunastu godzin.
- W takim razie co tu robisz, Louiso? - Cordian przekrzywił głowę na bok. W mgnieniu oka powróciły do niego wszystkie uprzedzenia, które mężczyzna miał względem obcych. Chociaż kobieta, z którą właśnie rozmawiał miała bardzo sympatyczny charakter oraz udało jej się przekupić go ciastem, nadal była kimś obcym, nieznanym. A to jednoznacznie oznaczało zagrożenie dla watahy.
- Jestem tutaj z ważną misją. - powiedziała teatralnym tonem. - Otóż biorę udział w specjalnym projekcie, którego celem jest przygotowanie pewnego rodzaju reportażu o każdym kontynencie. Każda osoba z mojej grupy miała udać się w jedno miejsce i tam poznawać zwyczaje, tradycje, może trochę fauny i flory, zabytków. Wiesz co jest zabawne? Mówię to samo już drugi raz dzisiaj. - kobieta zakończyła swoją entuzjastyczną wypowiedź uśmiechem. Mimo tego mężczyzny nie rozbawił też żart. Wręcz przeciwnie, Cordian zacisnął usta powstrzymując się od wydania z siebie dźwięku przypominającego gardłowe warczenie. Tylko tego mu brakowało. Kolejnej osoby, która pod pretekstem jakiegoś szczytnego celu węszy zbyt blisko jego watahy. Zanim zdążył zareagować na opowieść kobiety, ta ubiegła go.
- Widziałam dzisiaj w kawiarence twoje zdjęcia. Właściwie ty pewnie wiedziałeś, że je widziałam, ale mniejsza z tym. Właściwie to przyszłam tutaj z takim ukrytym motywem. Otóż zastanawiam się, czy nie mógłbyś użyczyć kilku z nich do mojej książki? - zapytała, uważnie obserwując jego reakcję. Twarz Cordiana pozostała jednak bez zmian. Do czasu, aż dziewczyna podała mu kilkukrotnie złożoną kartkę. - Przepraszam, nie powinnam była tego zabierać ale… - zaczęła i zamilkła, nie mogąc znaleźć dobrej wymówki. Zamiast tego przyglądała się uważnie jak rozkłada on zwitek papieru.
Zawierał on wydruk zdjęcia. Było ono bardzo ciemne. Większość pracy stanowiły niemalże czarne przestrzenie. Kształt przedstawionych na fotografii obiektów można było rozpoznać jedynie dzięki otaczającej je charakterystycznej poświacie. Zupełnie jakby wszystko oświetlało bardzo mocne światło księżyca. Bo był to bynajmniej kadr zrobiony w lesie, w środku nocy. Wśród ciemnych kształtów można było wyróżnić te przypominające gałęzie świerków, kamienie i niskie rosnące w podszycie krzaki. Tym jednak co najbardziej przykuwało uwagę były liczne sylwetki, znikające w znajdującej się w oddali gęstej mgle. Wyglądało to niemal tak jakby ktoś użył specjalnej maszyny wykorzystywanej to tworzenia dymu na scenach. Cordian ścisnął mocniej kartkę, wpatrując się w wilcze sylwetki. Doskonale pamiętał to zdjęcie. Jedna z niewielu fotografii watahy oraz jedyna, którą upublicznił. W mgnieniu oka wróciły do niego wspomnienia. Wspomnienia lata, kiedy to obchodził swoje trzydzieste urodziny. Wtedy właśnie cała watahy zebrała się jednego wieczoru, aby świętować wejście ich przywódcy w trzecią dekadę życia. Mężczyzna musiał przyznać, że była to jedna z tych nielicznych chwil, kiedy wszyscy bez wyjątku byli ze sobą zgodni i wspólnie bawili się przez całą noc. Noc wilczych harców oraz polowań będących szaleńczą gonitwą za uciekającą zwierzyną. Mogli wtedy cieszyć się obecnością swoich wilczych braci, słyszeć uderzenia wolnych i nieujarzmionych przez kruche ludzkie ciało serc oraz śpiewać jedną wilczą pieśń. To zdjęcie basior wykonał przemieniając się na chwilę w ludzką postać podczas czy pozostali członkowie watahy przemierzali terytorium watahy w świetle księżyca, który tego dnia był jedną z największych i najjaśniejszych pełni jakie mężczyzna widział w swoim życiu. Czemu nie możemy zawsze być tak zgodni z sobą jak tamtego dnia? Zastanawiał się wielokrotnie Cordian. Czemu potrzeba specjalnej okazji żeby zapomnieć o podziałach i żądzy władzy?
Prawie podskoczył, kiedy poczuł jak czyjaś dłoń dotyka jego ramienia.
- Em… Alpha? - zapytała dziewczyna niepewnym głosem. Samiec uniósł brwi, przeżywając krótki wewnętrzny szok. Dopiero po chwili zrozumiał, że słowa dziewczyny nie odnosiły się od jego stanowiska, lecz do pseudonimu artystycznego, którego używał.
- Cordian wystarczy. - powiedział, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że będzie on zły iż zapomniała jego imienia i nazwiska.
- Cordian. - powtórzyła, starając się wyryć to słowo w swojej pamięci, dzięki czemu będzie w przyszłości mogła uniknąć podobnych sytuacji. - Jak widzę kontemplujesz swoją własną sztukę.
- To, że ja zrobiłem to zdjęcie nie znaczy, że nie mogę mówić iż mi się podoba. - uśmiechnął się.
- Oczywiście, że możesz. Po prostu… trochę się zamyśliłeś. Chciałam się upewnić czy wszystko w porządku.
- Chyba nie mam powodu, żeby ukrywać, że nie? - mówiąc to oparł łokcie na kolanach i uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na dziewczynę. Przez chwilę rozważał w głowie kilka odpowiedzi. W końcu zdecydował się zaryzykować i wybrał tą, na która odpowiedź chciał usłyszeć najbardziej. - Co myślisz o wilkach?
- O wilkach? - powtórzyła dziewczyna, lekko zbita z tropu. Szybko odnalazła wzrokiem fotografię, która Cordian wciąż trzymał w dłoni i przez chwilę przyglądała się uważnie uwiecznionym na niej sylwetkom.
- To zwierzęta. Zwierzęta leśne, jeśli mam być dokładna. - dodała, próbując zmienić tą pełną napięcia atmosferę żartem. Kiedy jednak nie doczekała się żadnej reakcji ze strony Cordiana, wciąż lustrującego ją wzrokiem, spoważniała. - To trochę taka jakby nieujarzmiona siła. W końcu są one przodkiem naszych udomowionych psów. Nikt nie może nad nimi zapanować. To znaczy, mogą je wyłapywać, ale nie słyszy się raczej o ludziach, których wilki słuchają. - mężczyzna pokiwał głową, zachęcając ją do dalszego mówienia. - Wilki to też drapieżniki. Żyją na wolności, więc muszą polować, żeby zdobyć pożywienie. Co niestety często sprowadza się do ataku na gospodarstwa wiejskie. I niekiedy na ludzi. - powiedziała cicho, a samiec zacisnął mocno pięści. To właśnie było jedno z jego głównych zmartwień. Jakimś cudem wśród ludzi wykreował się stereotyp, że wilki zaatakują każdego człowieka, którego zobaczą niczym żądne krwi bestie i jedyną szansą na ratunek jest postrzelenie tego potwora nim ten cię zauważy. Gdyby nie to, nie musiałby martwić się aż tak bardzo o to, aby nikt ich nie zauważył podczas nocnych polowań. Dość oczywiste było to, że osoba, która wyciąga broń nawet na widok zwykłego wilka zareaguje nawet gwałtowniej, kiedy dostrzeże wzrostem dorównującego koniowi Cordiana. - Z drugiej strony… wilki są piękne. - ta krótka uwaga sprawiła, że mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. - W końcu wszędzie można kupić jakieś przedmioty z motywem wilka. To taki symbol wolności.
Choć Louisa skończyła mówić, on wciąż wpatrywał się w nią, jakby miała powiedzieć coś jeszcze. Coś ważnego, niezwykle ważnego. Ale mimo tego dziewczyna spojrzała na poruszające się na wietrze korony drzew i zmieniła temat.
- Lubię te indiańskie legendy. Moi rodzice zawsze chcieli tutaj przyjechać. Byli pewnego rodzaju pasjonatami tej kultury, tradycji i zwyczajów. I pewnie dlatego w dzieciństwie zamiast słuchać jak inne dzieci opowieści o kopciuszku i pięknym księciu, ja każdego wieczoru przeżywałam od nowa historię o szumiącym lesie, wyjących wilkach i przemierzających kaniony kojotach. - mówiąc to wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok, jednak Cordian mógł przysiąść, że jej serce pokazuje dziewczynie w tej chwili zupełnie inny widok.
Ta spokojna atmosfera sprawiła, że obydwoje poczuli się w pewien sposób nostalgicznie. Zupełnie jakby wszystkie ich kłopoty, zmartwienie i problemy zniknęły w ciągu zaledwie jednej sekundy. Jakby cały projekt, Henderson i denerwujący reporter naprawdę nigdy nie istnieli. Jedynymi istotami na tym świecie byli tylko oni. Obserwując dzieło stworzenia i zachwycając się jego pięknem. Mężczyzna wsłuchał się w miarowe bicie ich serc i przez chwilę rozważał objęcie dziewczyny ramieniem. Nie miał jednak okazji podjąć decyzji, gdyż ciszę przerwało głośne rżenie konia.
Obydwoje poderwali głowy do góry, akurat w idealnym momencie, żeby być świadkami jak brązowo biały kształt z ogromną prędkością mija drewniany płot otaczający dom i znika wśród gęstych krzewów.
- On był przerażony… - wyszeptała dziewczyna, podrywają się do góry. Cordian zrobił to samo, uważnie wpatrują się w stronę, z której przybiegło zwierzę. Po chwili do jego nosa dotarła dość charakterystyczna woń i choć stłumiona przez jego ludzką formę, basior mógł bez problemu określić jej źródło.
- Pewnie przestraszył się jakiegoś rysia. - odpowiedział szybko, jednocześnie delikatnie nakierowując dziewczynę w stronę ścieżki. - Mimo wszystko powinnaś już iść, zanim zrobi się ciemno.
- Zaczekaj… - wyszeptała wciąż zaskoczona dziewczyna.
- Jak będziesz szła tą ścieżką bezpiecznie dotrzesz do głównej drogi. Tam pewnie znajdziesz kogoś, kto wskaże ci drogę do miasteczka. A jeśli chodzi o zdjęcia, to później jeszcze porozmawiamy. Ja mam dzisiaj jeszcze trochę pracy. - doprowadził dziewczynę do wąskiej wydeptanej dróżki i wskazał kierunek, w którym powinna się udać. - Jeszcze raz dziękuję za przepyszne, „własnoręcznie pieczone” ciasto i miło spędzony czas. Do zobaczenia Lousio.
- Pa, Cordian. - bez przekonania potrząsnęła jego wyciągniętą dłonią i ruszyła w stronę drogi.
Dopiero kiedy jej sylwetka całkowicie zniknęła wśród gałęzi drzew i krzaków, mężczyzna spojrzał za siebie. W tym samym momencie przez płot przeskoczył wilczur o sylwetce niedźwiedzia grizzly i ciemno brązowym futrze. Olbrzym stanął na szeroko rozstawionych łapach i pochylając lekko głowę, otrzepał futro z wody. Bieganie po deszczu, szczególnie kiedy krople wody osiadają na każdym liściu zawsze oznaczało mokrą i posklejaną od błota sierść.
Cordian uniósł ręce, próbując osłonić się przed lecącymi w jego stronę opryskami błota i wody, jednak jego wysiłki przyniosły dość marny rezultat. Mężczyzna pokręcił głową, wpatrując się w swoją, jeszcze chwilę temu czystą koszulę i podszedł do wpatrującego się w niego swoimi bursztynowymi ślepiami wilka. Wyciągnął dłoń i przeczesał nią futro na pysku basiora, co biorąc pod uwagę jego wzrosty wyglądało jakby głaskał konia rasy shire. Odczytując nieme pytanie, uśmiechnął się delikatnie.
- Nie mam dzisiaj siły na przemianę i polowanie. - wyszeptał, wciąż przeczesując ciemnobrązowe i sztywne włosy. Zwierzę pokiwało głową i odsunęło się kilka kroków do tyłu. Mężczyzna mógł obserwować jak kształt stojącej przed nim postaci stopniowo się zmienia. Najpierw futro, które stawało się coraz krótsze, odsłaniając jasnoróżową skórę oraz kości, które odkształcają się przy akompaniamencie głuchych pęknięć. Nie minęło nawet pół minuty, a w miejscu masywnego wilka klęczał teraz nagi mężczyzna o pokaźnych mięśniach, brązowych włosach i gęstej brodzie i bynajmniej typowo ludzkim wzroście. Trochę dłużej natomiast zajęło mu dojście do siebie. Cordian doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wielki ból wiąże się z przemianą i o ile łatwiej było go znieść, przechodząc w wytrzymalszą i bardziej odporną na ból wilczą postać, tak w drugą stronę bardzo czasami potrzebował on nawet kilku minut aby dojść do siebie i odgonić wszystkie ciemne plamy pojawiające się przed jego oczami.
Wpatrywał się jak mężczyzna wydaje bliżej nieokreślony gardłowy odgłos, po czym zaczyna przesuwać się w jego stronę na czworakach. Cordian położył mu dłoń na plecach w uspokajającym geście.
- Spokojnie, przyjacielu. Poczekaj tutaj chwilę, ochłoń a ja przyniosę ci coś do ubrania. - powiedział i zostawiając brodacza na środku trawnika ruszył biegiem w stronę domu. Garret odwiedzał go dość często, więc jednocześnie część jego garderoby na stałe zamieszkała u chłopaka. Wyciągnął z szafy parę dżinsów, skarpetek, bluzę i inne niezbędne części ubioru. Wszystko razem tak duże, że sam mógłby się w tym utopić i ruszył z powrotem na dwór, pokonując schody zaledwie kilkoma skokami.
Jak się okazało, drugi mężczyzna zdążył już dojść do siebie i właśnie przechadzał się po trawie z wypiętym torsem, dumnie obnosząc się z tym czym obdarowała go natura. Cordian zaśmiał się, widząc to przedstawienie. W takich chwilach jak ta cieszył się, iż jego dom znajduje się tak głęboko w lesie i jedynymi świadkami przemian odwiedzających go wilków są jelenie i siedzące na gałęziach ptaki.
- Hej, panie piękny, ubieraj się! - zawołał, obrzucając nagą postać stertą ubrań.
- W wilczej formie też nie mam ubrań, a ci to nie przeszkadza. - zażartował, wyławiając ciemne spodnie i bez pośpiechu je zakładając.
- Uwierz mi, nie chcesz abym kontynuował tą dyskusję. - Uciął długowłosy, opierając się do wystające ze ściany drewniane bele. W odpowiedzi usłyszał niskie śmiech.
- Pewnie tak. Swoją drogą, Goldie, wyglądasz na przygnębionego. - kiedy narzucił na siebie już ostatnią rzeczy – czarną bluzę z kapturem i napisem „Be yourself” podszedł do Coridana i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. Samiec uniósł brew, słysząc swoje przezwisko, które ostatnio stawało się coraz bardziej popularne. A może zawsze było, tylko on nigdy nie zwracał na to uwagi? - Wiem co doskonale poprawi ci humor. Opowiem ci co mi się wczoraj zdarzyło! - zaczął, a wnioskując po jego entuzjazmie odwiedzenie go od tego pomysłu może być trudniejsze od przekonania jelenia, żeby nie uciekał podczas gdy cała wataha wilków będzie okrążała go z każdej strony.
- Garret, nie. Uwierz mi, nie mam ochoty słuchać twoich opowieści o… sam dobrze wiesz czym. Prawdę mówiąc nie zdziwiłbym się, gdybyś powiedział mi że w końcu załapałeś HIV albo zaciążyłeś jakąś kobietę. - przerwał mu Cordian, desperacko próbując zasłonić dłonią usta drugiego mężczyzny. Ten jednak bez problemu wygrał ten drobny pojedynek i przez chwilę wpatrywał się w swojego alfę, który próbował wyrwać swoje dłonie z jego uścisku. Oczywiście bez większych rezultatów, gdyż dla umięśnionego samca jego ruchy były niczym ostatnie podrygi wyłowionej z wody ryby.
- Przecież dobrze wiesz, że nie możemy rozmnażać się z ludźmi ani zarazić żadną z ludzkich chorób. Sam to mówiłeś. Nazwałeś to… eee… uwarunkowanie gee… gen… geo… geometryczne! - powiedział brodacz, a Cordian zmierzył go wzrokiem. Kiedy po chwili zrozumiał, że mężczyzna wcale nie żartował, mentalnie przybił piątkę ze swoją twarzą.
- Genetyczne, ty analfabeto. - zaśmiał się rozpaczliwie i jak tylko oswobodził się z z zakleszczonych wokół jego nadgarstków dłoni, przeskoczył wspiął się na drewnianą barierkę, która otaczała werandę. - Chodź beto. - zawołał, teatralnie gestykulując. - Mamy ważną naradę wojenną w naszym zamku. - chociaż brzmiało to dość zabawnie, w rzeczywistości oznaczało kilka, lub też nawet kilkanaście godzin ciągłej dyskusji i powracania do problemów, o których Cordian tak bardzo chciał zapomnieć. Jednak mimo tego dobrze wiedział, że jeśli chce jak najlepiej dla swojej watahy są pewne rzeczy, których nie może odrzucić na bok. I są to obowiązki.
Mężczyzna otworzył drzwi i już prawie był w środku, kiedy za swoimi plecami usłyszał poważny głos basiora.
- Cordian… kim była ta dziewczyna? - samiec zamarł i przez krótką chwilę wpatrywał się w stojącą na środku salonu kanapę nieobecnym wzrokiem. Poczuł jak jeszcze raz przeżywa całą wcześniejszą rozmowę z brązowooką dziewczyną. Zacisnął powieki.
- Nikim. - odpowiedział cicho. - Zabłądziła. - odpowiedział szybko, dając drugiemu wilkowi zna, żeby nie drążył już dalej tego tematu. Bo kiedy alfa uważa jakiś temat za skończony, to jest on skończony. Garret wzruszył ramionami. Oboje w milczeniu weszli do środka. I każdy z nich dobrze wiedział, że nikt nie zabłądził...
- Nie śmiałbym odmówić. - powiedział i zamiast jednego kawałka delikatnie oswobodził całą tackę z rąk dziewczyny. Następnie chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Czując, że stawia ona opór uśmiechnął się uspokajająco i wskazał na pień, zachęcając żeby usiadła koło niego. - Nie tarzaj się już w tej trawie. Po wczorajszym deszczu jest wciąż mokra.
Jego słowa najwyraźniej uspokoiły jasnowłosą kobietę, bo ta wstała i uprzednio otrzepawszy kolana zajęła miejsce obok niego na powalonym drzewie. Mężczyzna położył ciasto na swoich kolanach i wyciągnął spod foli ciemnobrązowy kawałek. Czuł jego ciepło w dłoni, a słodki, czekoladowy zapach jest wzmagany przez jego wilcze zmysły. Uniósł go do ust i ugryzł, drugą dłoń trzymając pod brodą jak talerz. Czuł na sobie wzrok dziewczyny, ale mimo tego on wpatrywał się przed siebie. Na chwilę otoczyła ich cisza. Żadna z siedzących osób nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po części żadne z nich nie wiedziało właściwie co powiedzieć, w końcu ich wiedza ograniczała się jedynie do imion i opisu wyglądu zewnętrznego. Cordian musiał jednak przyznać, że w niektórych momentach samo odczuwanie ciepła drugiej osoby oraz słyszenie jej miarowych oddechów było znacznie lepsze od głośnej rozmowy. Poczuł jak jej dłoń zbliża się w jego stronę i delikatnie wyciąga kawałek ciasta z pojemnika, niczym dzikie zwierze, które próbuje zdobyć kawałek pożywienia bez aktywowania zastawionej pułapki.
- Niedawno przyjechałaś i już nauczyłaś się obsługiwać piekarnik Hendersona? - zapytał, uśmiechając się delikatnie. Dziewczyna spojrzała się na niego, lekko zaskoczona tym nagłym pytaniem. W pierwszej chwili chciała opowiedzieć „a skąd wiesz, że dopiero przyjechałam” jednak w porę zauważyła, że zadawanie takiego pytania w miasteczku, które nie liczy nawet pięciuset mieszkańców ma mniej więcej tyle samo sensu co urządzanie wykładu na temat „czy powinniśmy pomagać starszym”. Zamiast tego postanowiła skorygować słowa mężczyzny.
- Piekarniki nigdy nie były dla mnie tematem taboo, jednak obawiam się, że trochę się pomyliłeś. Nigdy nie byłam w domu Willa. - Cordian uniósł jedną brew, tym samym zachęcając ją do kontynuowania swojej wypowiedzi. - Miejsca do spania potrzebowałam, to prawda jednak wątpię czy szukałabym go w domu jakiegoś samotnie mieszkającego chłopaka. Mieszkam w jednym z tych drewnianych domów wzdłuż drogi. Bardziej dokładnie nie wytłumaczę bo byłam tam tylko raz i to dość późno w nocy.
- Wiem, że to dość bezpośrednie pytanie, ale nie jesteś czasem jego dziewczyną? - odstawił tackę z ciastem na trawę i spojrzał na dziewczynę, krzyżując ręce na piersi.
- Przepraszam? - lekko się skrzywiła, po czym roześmiała. - Oczywiście, że nie. Znam go dopiero od kilkunastu godzin.
- W takim razie co tu robisz, Louiso? - Cordian przekrzywił głowę na bok. W mgnieniu oka powróciły do niego wszystkie uprzedzenia, które mężczyzna miał względem obcych. Chociaż kobieta, z którą właśnie rozmawiał miała bardzo sympatyczny charakter oraz udało jej się przekupić go ciastem, nadal była kimś obcym, nieznanym. A to jednoznacznie oznaczało zagrożenie dla watahy.
- Jestem tutaj z ważną misją. - powiedziała teatralnym tonem. - Otóż biorę udział w specjalnym projekcie, którego celem jest przygotowanie pewnego rodzaju reportażu o każdym kontynencie. Każda osoba z mojej grupy miała udać się w jedno miejsce i tam poznawać zwyczaje, tradycje, może trochę fauny i flory, zabytków. Wiesz co jest zabawne? Mówię to samo już drugi raz dzisiaj. - kobieta zakończyła swoją entuzjastyczną wypowiedź uśmiechem. Mimo tego mężczyzny nie rozbawił też żart. Wręcz przeciwnie, Cordian zacisnął usta powstrzymując się od wydania z siebie dźwięku przypominającego gardłowe warczenie. Tylko tego mu brakowało. Kolejnej osoby, która pod pretekstem jakiegoś szczytnego celu węszy zbyt blisko jego watahy. Zanim zdążył zareagować na opowieść kobiety, ta ubiegła go.
- Widziałam dzisiaj w kawiarence twoje zdjęcia. Właściwie ty pewnie wiedziałeś, że je widziałam, ale mniejsza z tym. Właściwie to przyszłam tutaj z takim ukrytym motywem. Otóż zastanawiam się, czy nie mógłbyś użyczyć kilku z nich do mojej książki? - zapytała, uważnie obserwując jego reakcję. Twarz Cordiana pozostała jednak bez zmian. Do czasu, aż dziewczyna podała mu kilkukrotnie złożoną kartkę. - Przepraszam, nie powinnam była tego zabierać ale… - zaczęła i zamilkła, nie mogąc znaleźć dobrej wymówki. Zamiast tego przyglądała się uważnie jak rozkłada on zwitek papieru.
Zawierał on wydruk zdjęcia. Było ono bardzo ciemne. Większość pracy stanowiły niemalże czarne przestrzenie. Kształt przedstawionych na fotografii obiektów można było rozpoznać jedynie dzięki otaczającej je charakterystycznej poświacie. Zupełnie jakby wszystko oświetlało bardzo mocne światło księżyca. Bo był to bynajmniej kadr zrobiony w lesie, w środku nocy. Wśród ciemnych kształtów można było wyróżnić te przypominające gałęzie świerków, kamienie i niskie rosnące w podszycie krzaki. Tym jednak co najbardziej przykuwało uwagę były liczne sylwetki, znikające w znajdującej się w oddali gęstej mgle. Wyglądało to niemal tak jakby ktoś użył specjalnej maszyny wykorzystywanej to tworzenia dymu na scenach. Cordian ścisnął mocniej kartkę, wpatrując się w wilcze sylwetki. Doskonale pamiętał to zdjęcie. Jedna z niewielu fotografii watahy oraz jedyna, którą upublicznił. W mgnieniu oka wróciły do niego wspomnienia. Wspomnienia lata, kiedy to obchodził swoje trzydzieste urodziny. Wtedy właśnie cała watahy zebrała się jednego wieczoru, aby świętować wejście ich przywódcy w trzecią dekadę życia. Mężczyzna musiał przyznać, że była to jedna z tych nielicznych chwil, kiedy wszyscy bez wyjątku byli ze sobą zgodni i wspólnie bawili się przez całą noc. Noc wilczych harców oraz polowań będących szaleńczą gonitwą za uciekającą zwierzyną. Mogli wtedy cieszyć się obecnością swoich wilczych braci, słyszeć uderzenia wolnych i nieujarzmionych przez kruche ludzkie ciało serc oraz śpiewać jedną wilczą pieśń. To zdjęcie basior wykonał przemieniając się na chwilę w ludzką postać podczas czy pozostali członkowie watahy przemierzali terytorium watahy w świetle księżyca, który tego dnia był jedną z największych i najjaśniejszych pełni jakie mężczyzna widział w swoim życiu. Czemu nie możemy zawsze być tak zgodni z sobą jak tamtego dnia? Zastanawiał się wielokrotnie Cordian. Czemu potrzeba specjalnej okazji żeby zapomnieć o podziałach i żądzy władzy?
Prawie podskoczył, kiedy poczuł jak czyjaś dłoń dotyka jego ramienia.
- Em… Alpha? - zapytała dziewczyna niepewnym głosem. Samiec uniósł brwi, przeżywając krótki wewnętrzny szok. Dopiero po chwili zrozumiał, że słowa dziewczyny nie odnosiły się od jego stanowiska, lecz do pseudonimu artystycznego, którego używał.
- Cordian wystarczy. - powiedział, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że będzie on zły iż zapomniała jego imienia i nazwiska.
- Cordian. - powtórzyła, starając się wyryć to słowo w swojej pamięci, dzięki czemu będzie w przyszłości mogła uniknąć podobnych sytuacji. - Jak widzę kontemplujesz swoją własną sztukę.
- To, że ja zrobiłem to zdjęcie nie znaczy, że nie mogę mówić iż mi się podoba. - uśmiechnął się.
- Oczywiście, że możesz. Po prostu… trochę się zamyśliłeś. Chciałam się upewnić czy wszystko w porządku.
- Chyba nie mam powodu, żeby ukrywać, że nie? - mówiąc to oparł łokcie na kolanach i uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na dziewczynę. Przez chwilę rozważał w głowie kilka odpowiedzi. W końcu zdecydował się zaryzykować i wybrał tą, na która odpowiedź chciał usłyszeć najbardziej. - Co myślisz o wilkach?
- O wilkach? - powtórzyła dziewczyna, lekko zbita z tropu. Szybko odnalazła wzrokiem fotografię, która Cordian wciąż trzymał w dłoni i przez chwilę przyglądała się uważnie uwiecznionym na niej sylwetkom.
- To zwierzęta. Zwierzęta leśne, jeśli mam być dokładna. - dodała, próbując zmienić tą pełną napięcia atmosferę żartem. Kiedy jednak nie doczekała się żadnej reakcji ze strony Cordiana, wciąż lustrującego ją wzrokiem, spoważniała. - To trochę taka jakby nieujarzmiona siła. W końcu są one przodkiem naszych udomowionych psów. Nikt nie może nad nimi zapanować. To znaczy, mogą je wyłapywać, ale nie słyszy się raczej o ludziach, których wilki słuchają. - mężczyzna pokiwał głową, zachęcając ją do dalszego mówienia. - Wilki to też drapieżniki. Żyją na wolności, więc muszą polować, żeby zdobyć pożywienie. Co niestety często sprowadza się do ataku na gospodarstwa wiejskie. I niekiedy na ludzi. - powiedziała cicho, a samiec zacisnął mocno pięści. To właśnie było jedno z jego głównych zmartwień. Jakimś cudem wśród ludzi wykreował się stereotyp, że wilki zaatakują każdego człowieka, którego zobaczą niczym żądne krwi bestie i jedyną szansą na ratunek jest postrzelenie tego potwora nim ten cię zauważy. Gdyby nie to, nie musiałby martwić się aż tak bardzo o to, aby nikt ich nie zauważył podczas nocnych polowań. Dość oczywiste było to, że osoba, która wyciąga broń nawet na widok zwykłego wilka zareaguje nawet gwałtowniej, kiedy dostrzeże wzrostem dorównującego koniowi Cordiana. - Z drugiej strony… wilki są piękne. - ta krótka uwaga sprawiła, że mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. - W końcu wszędzie można kupić jakieś przedmioty z motywem wilka. To taki symbol wolności.
Choć Louisa skończyła mówić, on wciąż wpatrywał się w nią, jakby miała powiedzieć coś jeszcze. Coś ważnego, niezwykle ważnego. Ale mimo tego dziewczyna spojrzała na poruszające się na wietrze korony drzew i zmieniła temat.
- Lubię te indiańskie legendy. Moi rodzice zawsze chcieli tutaj przyjechać. Byli pewnego rodzaju pasjonatami tej kultury, tradycji i zwyczajów. I pewnie dlatego w dzieciństwie zamiast słuchać jak inne dzieci opowieści o kopciuszku i pięknym księciu, ja każdego wieczoru przeżywałam od nowa historię o szumiącym lesie, wyjących wilkach i przemierzających kaniony kojotach. - mówiąc to wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok, jednak Cordian mógł przysiąść, że jej serce pokazuje dziewczynie w tej chwili zupełnie inny widok.
Ta spokojna atmosfera sprawiła, że obydwoje poczuli się w pewien sposób nostalgicznie. Zupełnie jakby wszystkie ich kłopoty, zmartwienie i problemy zniknęły w ciągu zaledwie jednej sekundy. Jakby cały projekt, Henderson i denerwujący reporter naprawdę nigdy nie istnieli. Jedynymi istotami na tym świecie byli tylko oni. Obserwując dzieło stworzenia i zachwycając się jego pięknem. Mężczyzna wsłuchał się w miarowe bicie ich serc i przez chwilę rozważał objęcie dziewczyny ramieniem. Nie miał jednak okazji podjąć decyzji, gdyż ciszę przerwało głośne rżenie konia.
Obydwoje poderwali głowy do góry, akurat w idealnym momencie, żeby być świadkami jak brązowo biały kształt z ogromną prędkością mija drewniany płot otaczający dom i znika wśród gęstych krzewów.
- On był przerażony… - wyszeptała dziewczyna, podrywają się do góry. Cordian zrobił to samo, uważnie wpatrują się w stronę, z której przybiegło zwierzę. Po chwili do jego nosa dotarła dość charakterystyczna woń i choć stłumiona przez jego ludzką formę, basior mógł bez problemu określić jej źródło.
- Pewnie przestraszył się jakiegoś rysia. - odpowiedział szybko, jednocześnie delikatnie nakierowując dziewczynę w stronę ścieżki. - Mimo wszystko powinnaś już iść, zanim zrobi się ciemno.
- Zaczekaj… - wyszeptała wciąż zaskoczona dziewczyna.
- Jak będziesz szła tą ścieżką bezpiecznie dotrzesz do głównej drogi. Tam pewnie znajdziesz kogoś, kto wskaże ci drogę do miasteczka. A jeśli chodzi o zdjęcia, to później jeszcze porozmawiamy. Ja mam dzisiaj jeszcze trochę pracy. - doprowadził dziewczynę do wąskiej wydeptanej dróżki i wskazał kierunek, w którym powinna się udać. - Jeszcze raz dziękuję za przepyszne, „własnoręcznie pieczone” ciasto i miło spędzony czas. Do zobaczenia Lousio.
- Pa, Cordian. - bez przekonania potrząsnęła jego wyciągniętą dłonią i ruszyła w stronę drogi.
Dopiero kiedy jej sylwetka całkowicie zniknęła wśród gałęzi drzew i krzaków, mężczyzna spojrzał za siebie. W tym samym momencie przez płot przeskoczył wilczur o sylwetce niedźwiedzia grizzly i ciemno brązowym futrze. Olbrzym stanął na szeroko rozstawionych łapach i pochylając lekko głowę, otrzepał futro z wody. Bieganie po deszczu, szczególnie kiedy krople wody osiadają na każdym liściu zawsze oznaczało mokrą i posklejaną od błota sierść.
Cordian uniósł ręce, próbując osłonić się przed lecącymi w jego stronę opryskami błota i wody, jednak jego wysiłki przyniosły dość marny rezultat. Mężczyzna pokręcił głową, wpatrując się w swoją, jeszcze chwilę temu czystą koszulę i podszedł do wpatrującego się w niego swoimi bursztynowymi ślepiami wilka. Wyciągnął dłoń i przeczesał nią futro na pysku basiora, co biorąc pod uwagę jego wzrosty wyglądało jakby głaskał konia rasy shire. Odczytując nieme pytanie, uśmiechnął się delikatnie.
- Nie mam dzisiaj siły na przemianę i polowanie. - wyszeptał, wciąż przeczesując ciemnobrązowe i sztywne włosy. Zwierzę pokiwało głową i odsunęło się kilka kroków do tyłu. Mężczyzna mógł obserwować jak kształt stojącej przed nim postaci stopniowo się zmienia. Najpierw futro, które stawało się coraz krótsze, odsłaniając jasnoróżową skórę oraz kości, które odkształcają się przy akompaniamencie głuchych pęknięć. Nie minęło nawet pół minuty, a w miejscu masywnego wilka klęczał teraz nagi mężczyzna o pokaźnych mięśniach, brązowych włosach i gęstej brodzie i bynajmniej typowo ludzkim wzroście. Trochę dłużej natomiast zajęło mu dojście do siebie. Cordian doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wielki ból wiąże się z przemianą i o ile łatwiej było go znieść, przechodząc w wytrzymalszą i bardziej odporną na ból wilczą postać, tak w drugą stronę bardzo czasami potrzebował on nawet kilku minut aby dojść do siebie i odgonić wszystkie ciemne plamy pojawiające się przed jego oczami.
Wpatrywał się jak mężczyzna wydaje bliżej nieokreślony gardłowy odgłos, po czym zaczyna przesuwać się w jego stronę na czworakach. Cordian położył mu dłoń na plecach w uspokajającym geście.
- Spokojnie, przyjacielu. Poczekaj tutaj chwilę, ochłoń a ja przyniosę ci coś do ubrania. - powiedział i zostawiając brodacza na środku trawnika ruszył biegiem w stronę domu. Garret odwiedzał go dość często, więc jednocześnie część jego garderoby na stałe zamieszkała u chłopaka. Wyciągnął z szafy parę dżinsów, skarpetek, bluzę i inne niezbędne części ubioru. Wszystko razem tak duże, że sam mógłby się w tym utopić i ruszył z powrotem na dwór, pokonując schody zaledwie kilkoma skokami.
Jak się okazało, drugi mężczyzna zdążył już dojść do siebie i właśnie przechadzał się po trawie z wypiętym torsem, dumnie obnosząc się z tym czym obdarowała go natura. Cordian zaśmiał się, widząc to przedstawienie. W takich chwilach jak ta cieszył się, iż jego dom znajduje się tak głęboko w lesie i jedynymi świadkami przemian odwiedzających go wilków są jelenie i siedzące na gałęziach ptaki.
- Hej, panie piękny, ubieraj się! - zawołał, obrzucając nagą postać stertą ubrań.
- W wilczej formie też nie mam ubrań, a ci to nie przeszkadza. - zażartował, wyławiając ciemne spodnie i bez pośpiechu je zakładając.
- Uwierz mi, nie chcesz abym kontynuował tą dyskusję. - Uciął długowłosy, opierając się do wystające ze ściany drewniane bele. W odpowiedzi usłyszał niskie śmiech.
- Pewnie tak. Swoją drogą, Goldie, wyglądasz na przygnębionego. - kiedy narzucił na siebie już ostatnią rzeczy – czarną bluzę z kapturem i napisem „Be yourself” podszedł do Coridana i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. Samiec uniósł brew, słysząc swoje przezwisko, które ostatnio stawało się coraz bardziej popularne. A może zawsze było, tylko on nigdy nie zwracał na to uwagi? - Wiem co doskonale poprawi ci humor. Opowiem ci co mi się wczoraj zdarzyło! - zaczął, a wnioskując po jego entuzjazmie odwiedzenie go od tego pomysłu może być trudniejsze od przekonania jelenia, żeby nie uciekał podczas gdy cała wataha wilków będzie okrążała go z każdej strony.
- Garret, nie. Uwierz mi, nie mam ochoty słuchać twoich opowieści o… sam dobrze wiesz czym. Prawdę mówiąc nie zdziwiłbym się, gdybyś powiedział mi że w końcu załapałeś HIV albo zaciążyłeś jakąś kobietę. - przerwał mu Cordian, desperacko próbując zasłonić dłonią usta drugiego mężczyzny. Ten jednak bez problemu wygrał ten drobny pojedynek i przez chwilę wpatrywał się w swojego alfę, który próbował wyrwać swoje dłonie z jego uścisku. Oczywiście bez większych rezultatów, gdyż dla umięśnionego samca jego ruchy były niczym ostatnie podrygi wyłowionej z wody ryby.
- Przecież dobrze wiesz, że nie możemy rozmnażać się z ludźmi ani zarazić żadną z ludzkich chorób. Sam to mówiłeś. Nazwałeś to… eee… uwarunkowanie gee… gen… geo… geometryczne! - powiedział brodacz, a Cordian zmierzył go wzrokiem. Kiedy po chwili zrozumiał, że mężczyzna wcale nie żartował, mentalnie przybił piątkę ze swoją twarzą.
- Genetyczne, ty analfabeto. - zaśmiał się rozpaczliwie i jak tylko oswobodził się z z zakleszczonych wokół jego nadgarstków dłoni, przeskoczył wspiął się na drewnianą barierkę, która otaczała werandę. - Chodź beto. - zawołał, teatralnie gestykulując. - Mamy ważną naradę wojenną w naszym zamku. - chociaż brzmiało to dość zabawnie, w rzeczywistości oznaczało kilka, lub też nawet kilkanaście godzin ciągłej dyskusji i powracania do problemów, o których Cordian tak bardzo chciał zapomnieć. Jednak mimo tego dobrze wiedział, że jeśli chce jak najlepiej dla swojej watahy są pewne rzeczy, których nie może odrzucić na bok. I są to obowiązki.
Mężczyzna otworzył drzwi i już prawie był w środku, kiedy za swoimi plecami usłyszał poważny głos basiora.
- Cordian… kim była ta dziewczyna? - samiec zamarł i przez krótką chwilę wpatrywał się w stojącą na środku salonu kanapę nieobecnym wzrokiem. Poczuł jak jeszcze raz przeżywa całą wcześniejszą rozmowę z brązowooką dziewczyną. Zacisnął powieki.
- Nikim. - odpowiedział cicho. - Zabłądziła. - odpowiedział szybko, dając drugiemu wilkowi zna, żeby nie drążył już dalej tego tematu. Bo kiedy alfa uważa jakiś temat za skończony, to jest on skończony. Garret wzruszył ramionami. Oboje w milczeniu weszli do środka. I każdy z nich dobrze wiedział, że nikt nie zabłądził...