Cordian rzucił ich niespodziewanemu gościowi krótkie spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Część jego umysłu nadal dążyła do poprzedniego stanu, w którym się znajdował, czyli spokojnego snu. W jego głowie zdążyło pojawić się już kilka uszczypliwych uwag, jednak ze względu na obecność dziewczyny postanowił zachować je dla siebie.
— Dzień Dobry, Will. Podejrzewam, że obecna sytuacja może budzić wątpliwości, chciałbym jednak zapewnić, iż z pewnością nie jest to o czym właśnie myślisz. — powiedział, powoli i dokładnie dobierając każde słowo. W międzyczasie dziewczyna zdążyła wyplątać się spod jego ramienia i właśnie siedziała wyprostowana na kanapie, ze skrzyżowanym nogami.
— A skąd wiesz o czym myślę? Słuchaj, nie mam nic przeciwko tobie latającemu całymi dniami po lesie, ale jednak miło by było, gdybyś tam pozostał. — mówiąc to, oparł ręce na biodrach, co ewidentnie oznaczało iż nie zamierza zmieniać swojego zdania. Nim Cordian zdążył odwdzięczyć się równie uprzejmym komentarzem, siedząca obok niego blondynka głośno westchnęła.
— Z tej strony cię jeszcze nie znałam, Will. Uspokój się. Pan Goldteara przyszedł mnie odwiedzić po tym jak niechcący zabrałam jedno z jego zdjęć. Wtedy, w kawiarni, wpadło mi do torebki. Trochę pogadaliśmy, zaczęliśmy oglądać film, a potem nie miałam już serca wysyłać go z powrotem do domu przez las w środku nocy. Tyle. — Louisa szybko zrelacjonowała całą historię, jednocześnie przenosząc wzrok z jednego mężczyzny na drugiego.
Po jej słowach zapadła krótka cisza, którą Henderson przerwał długim westchnięciem.
— Może znamy się od niedawna, ale uwierz mi, martwię się o ciebie. A jak pewnie się domyślasz zapraszanie nieznajomych na noc raczej dobrze się nie kończy.
— Jasne. W bajkach. — dziewczyna uśmiechnęła się i przekrzywiła głowę na bok. — Myślisz, że jestem jak czerwony kapturek? Bezbronna i zjedzona przez wilka? — mówiąc to, zeskoczyła z kanapy, kierując się w stronę kuchni. Cordian natomiast zamarł, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu siedziała kobieta z szeroko otwartymi oczami. Przez jego głowę w jednej chwili przeleciało tysiące pytania. „Czy byłem zbyt nieostrożny?”, „Jak się dowiedziała?”, „Kiedy?”, „Czy mówiła to dosłownie, czy jednie jako żart?”. Nie mógł jednak przypomnieć sobie żadnej chwili, w której mógł się zdradzić swoim zachowaniem. Jeśli wtedy w lesie zobaczyła jego pazury, to dlaczego wciąż to ukrywała. Przecież wywołałoby to u niej dość duży szok. Przynajmniej powinno.
Do rzeczywistości przywrócił go dopiero głos wciąż stojącego w pokoju mężczyzny.
— Wilka? — zapytał, unosząc jedną brew.
— No tak. A jak myślisz, co zjadło czerwonego kapturka? Babcia? — dało się słyszeć głos kobiety, a chwilę później szum gotującej się wody. — Chcesz herbaty czy kawy, Will?
— Kawy. Ale nadal nie rozumiem. Czerwony kapturek… co? — zawołał, a Cordian zaczął się zastanawiać jak długo będą prowadzić tą swoją rozmowę przez pół domu, nim zorientują się, że lepiej byłoby, gdyby któreś z nich po prostu tam poszło. Mimo tego on postanowił o pozostaniu na kanapie i bacznemu przyglądanie się dalszej wymianie zdań.
— Ratujcie, tracę wiarę w ludzkość! — zawołał Louisa i długowłosy chłopak mógłby przysiąść, że widzi jak zamaszyście wymachuje rękami. — Nigdy rodzice ci bajek nie czytali? Wilk zjadł czerwonego kapturka, bo za bardzo ufał obcym. Tak mi się powiedziało, bo akurat ten przykład dobrze obrazował zaistniałą sytuację. Naprawdę tak ciężko to zrozumieć?
— Nie, po prostu zbiłaś mnie z tropu. — zaśmiał się mężczyzna. Cordian jedynie zmierzył go wzrokiem, chcąc jednocześnie powiedzieć „Oh really?”. W końcu to właśnie on przeżył taki drobny szok połączony z zawałem serca zaledwie kilkanaście sekund temu.
— Tak to jest z kobietami. Trzeba być gotowym na wszystko. — odpowiedziała wręcz śpiewającym głosem. — A ty Cordian? Co chcesz? Kawy, herbaty?
— Nie, podziękuję. I tak zostałem dużo dłużej niż planowałem. Muszę już wracać, robota czeka. — powoli podniósł się z kanapy i udał się w kierunku drzwi. Przed wyjściem podniósł swoją torbę z aparatem oraz zdjął kurtkę z wieszaka. Na dworze było pewnie ciepło, dlatego zamiast je zakładać, jedynie przerzucił okrycie wierzchnie przez ramię.
— Zaczekaj! Już wychodzisz? — Louisa wybiegła z kuchni z dwoma kubkami parującej kawy. Biegnąc przez korytarz jeden wcisnęła Willowi, po czym wolną ręką złapała mężczyznę za ramię.
— Wybacz, że tak szybko. Ale naprawdę muszę już iść. — powiedział, po czym nachylił się, zupełnie jakby chciał pocałować dziewczynę z policzek. Zamiast tego jednak cicho wyszeptał do jej ucha. — Ufam, że nadal pamiętasz gdzie mieszkam? Duch z pewnością tak. — po czym uśmiechnął się delikatnie najpierw w jej stronę, a potem w stronę stojącego na końcu przedpokoju mężczyzny. Dla niego wyglądało to jak zwykłe pożegnanie. Chociaż, właściwie, czyż nie takie właśnie było? On jedynie wypowiedział kilka słów. Dziewczyna może zrobić z tą informacją co tylko zechce.
Odwrócił się i nacisnął klamkę, otwierając drzwi. Jasne, poranne słońce zmusił go do przymrużenia oczu. Schodząc po schodach posłał ostatnie spojrzenie dwójce ludzi stojących w domu z kubkami kawy w dłoniach.
— Życzę miłego dnia. — po tych słowach wsunął ręce w kieszenie i udał się wzdłuż drogi w stronę swojego domu. Pogoda była iście malownicza, doskonale oddająca ten pocztówkowy charakter Alpine. Żywo—zielone gałęzie przydrożnych drzew prawie niezauważalnie uchylały swoje gałęzie za każdym razem gdy docierał do nich lekki podmuch ciepłego wiatru. Natomiast pomiędzy nimi radośnie skakały ptaki, nawołując się wzajemnie do swojego tańca. Mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo nietaktowne jego zachowanie było jego zachowanie. Jednak, znając nastawienie Hendersona do niego, stwierdził iż najlepiej będzie jak dalszą rozmowę Louisa przeprowadzi bez jego udziału.
Kiedy już znacznie oddalił się od kwatery dziewczyny, nagle poczuł jak jego telefon zaczyna wibrować. Wyciągnął komórkę z kieszeni kurtki i przez kilka sekund wpatrywał się w nieznany numer na wyświetlaczu, próbując połączyć go z jedną ze znanych mu osób.
— Goldteara, słucham?
— Dzień Dobry. Z tej strony Albert Franz. Kilka dni temu rozmawialiśmy na temat projektu w kawiarni…
— Oczywiście, pamiętam. — odpowiedział, żałując, że nie może po prostu się rozłączyć. Zresztą, zapewne kilka dni temu jeszcze by to zrobił. Ale czas spędzony z dziewczyną sprawił, że Cordian nie był już tak bardzo negatywnie nastawiony względem ludzi. A poza tym unikanie problemów nie jest dobrym sposobem na ich rozwiązywanie. — Przejrzałem dokumenty i mogę dziś wieczorem przesłać ich skan, włącznie z podpisem. Pytanie tylko, czy projekt nadal aktualny.
— Zdecydowanie! — samiec mógł doskonale wyczuć entuzjazm w głosie rozmówcy. — Zdjęcia chcielibyśmy zacząć jeszcze w tym tygodniu, o ile nie jest to problemem.
— Naturalnie. Oczywiście pod warunkiem, że będę mógł całkowicie kierować zespołem. Pragnę przypomnieć, iż nie jest to teren, w którym mile widziana jest ingerencja człowieka. A za niszczenie środowiska bardzo łatwo kogoś pociągnąć do odpowiedzialności.
— Doskonale rozumiem pańskie wątpliwości. Proszę się nie martwić. Ręczę, iż wszyscy pracujący przy projekcie są bardzo odpowiedzialni i nie powinny wystąpić żadne problemy.
— Liczę na to. Dalsze informacje odnośnie terminu i programu proszę przesłać na moją pocztę. Przejrzę wszystko po południu.
— Już się robi. Życzę miłego dnia. Do widzenia. — gdy tylko mężczyzna się rozłączył, Cordian schował telefon do kieszeni i zamknął oczy. Poszło… lepiej i łatwiej niż się spodziewał. Po mimo swojego wyglądu, nie mógłby nazwać siebie człowiekiem. Z tego również powodu kontakty z ludźmi nie przychodziły mu łatwo. Można wręcz powiedzieć, że specjalnie się od nich dystansował, zupełnie jakby każda napotkana osoba miała w stosunku do niego złe zamiary. Teraz był jednak pewien jednej rzeczy. Tak długo jak będzie zachowywał się jak człowiek ludzie będą traktować go jako część ich sfory. To zabawne jak bardzo przypominają oni zdziczałe psy. Każdy z nich chce rządzić i być w centrum uwagi, ale nie potrafią przeżyć bez siebie.
Gdy mężczyzna otworzył oczy ponownie spojrzał na ekran urządzenia i wybrał kilkadziesiąt kontaktów. Następnie otworzył skrzyknę pocztową i napisał krótką wiadomość. Przeczytawszy tekst kilka razy w celu wyłapania jakichkolwiek błędów, nacisnął „wyślij”. Teraz będzie musiał się zmierzyć z tym czego nie miał odwagi zrobić od kilku lat. Nie mógł uwierzyć jak wiele zaledwie jeden wieczór spędzony z jakąś dziewczyną mógł zmienić. Chłopak gwałtowanie się zatrzymał i obejrzał za siebie. Chociaż niewielki przydrożny domek już dawno temu zniknął z zasięgu jego pola widzenia, coś wciąż ciągnęło jego uwagę w tamtą stronę.
— Cholera… — jęknął przykładając dłoń do czoła. Gdyby to rzeczywiście była tylko „jakaś dziewczyna”. Nie potrafił zrozumieć co tak bardzo ciągnęło go do tej intrygującej dziewczyny. Jednego był jednak pewien. Nieprędko opuści ona jego myśli. Na tą chwilę musiał jednak skupić się na ważnych sprawach. Jeżeli zdąży wrócić do domu przed południe będzie miał jeszcze trochę czasu aby przygotować się na wieczór. Który z pewnością nie będzie najłatwiejszy.
***
W czasie kiedy Cordian spacerował jedną z szos prowadzących do Alpine, Garret właśnie prowadził jedną z kilkunastu prywatnych sesji treningowych zaplanowanych na ten dzień. Ocierając twarz ręcznikiem z pomarańczowym logiem siłowni, otworzył swoją szafkę i odnalazł swoją komórkę, leżącą w stosie wciśniętych do środka ubrań. Drugą ręką wyciągnął butelkę z wodą i przystawił do ust, pijąc łapczywie. Był to jednak zły wybór, gdyż w momencie kiedy odblokował urządzenie prawie zakrztusił zakrztusił się napojem. Głośno kaszląc, oparł się o szafkę, po czym ponownie spojrzał na wyświetlacz, zupełnie jakby otrzymana wiadomość była jedynie wytworem jego umysłu. Jednak godzina wysłania, 11.27 była równie rzeczywista co autor tekstu. Coś ty znowu wymyślił i w co zamierzasz się wpakować tym razem? — zastanawiał się, wyjmując z szafki rzeczy pod prysznic. Nie ważne jak wiele niespodzianek szykował ten wieczór, nic nie zwalniało go z czekającej na niego pracy i obowiązków.
***
— Hej, hej, Irvin! Słuchasz mnie? — zawołała jedna z pielęgniarek, wchodząc do gabinetu. Kiedy dziewczyna ją zauważyła, odłożyła trzymany w ręce telefon na biurko.
— Tak, oczywiście, przepraszam… ja tylko… — wyjąkała, wpatrując się w kobietę nieobecnym wzrokiem.
— Kochana, co się stało? Czyżby chłopak z tobą zerwał? Nie mów, że jednym sms-em! Jeśli tak to zaraz się z nim policzę! — kobieta w jednej chwili przybrała postawę solidarnej koleżanki i obrończyni pokrzywdzonych zarazem.
— Nie, spokojnie. Na szczęście nie mam chłopaka, więc nie zapowiada się na to żebym miała dolegliwości uczuciowe w najbliższej przyszłości. — zaśmiała się dziewczyna, choć wciąż niepewnym głosem. — To tylko… dość niespodziewana wiadomość.
— Mam nadzieję, że nie jest to zła wiadomość.
— To się dopiero okaże. — westchnęła.
— Bądźmy dobrej myśli. No, już, powtarzaj za mną. Pozytywna energia i te sprawy. Bądźmy dobrej myśli.
— Alice, proszę cię…
— Bądźmy dobrej myśli… no, dawaj! — kobieta w białym fartuchu z ciemnymi włosami upiętymi i wysoki i dość szalony kok zachęcała ją, żywo gestykulując rękami.
— Bądźmy dobrej myśli… — powiedziała cichym głosem, choć te słowa wcale nie dodawały jej pewności siebie.
— O właśnie! Zobaczysz. Wszystko jakoś się ułoży. A teraz chodź. Ania ma już założony gips i chciała, żebyś się jej na nim podpisała. — Irvin uśmiechnęła się, słysząc imię jednej z jej ostatnich pacjentek – małej dziewczynki, która złamała nogę podczas zabawy na huśtawce.
— Okej. Chodźmy. — powiedziała, wstając. — Narysuję jej coś. Może wilka.
— Wilka? A czemu wilka? — zaśmiała się kobieta, otwierając drzwi od gabinetu.
— Żeby wierzyła, że niedługo będzie znowu biegać po lesie tak energicznie jak one.
Obie kobiety opuściły pomieszczenie. W środku natomiast została komórka leżąca na białym blacie. Lekarka zapomniała jej wyłączyć, dlatego wyświetlacz wciąż pokazywał otwartą pocztę, a w niej jedną, krótką wiadomość.
„Droga Rodzino,
chcę się dzisiaj z Wami spotkać. To ważne. Prawdopodobnie ważniejsze od wszystkiego co dotąd Wam powiedziałem. Jak dobrze wiecie, nie jesteśmy sami na tym świecie. Czas przestać wypierać się tego faktu.
Wasz Alfa, Cordian.”
***
Tego dnia słońce schowało się za horyzont znacznie szybciej niż zwykle. Albo przynajmniej Cordian tak uważał. Kiedy ostatnie promienie złocistego słońca układały się z przedziwne wzory na jego dywanie, on wciąż uparcie wpatrywał się w kilka zapisanych stron na monitorze swojego komputera. Zaledwie kilka stron, a tysiące scenariuszy, z których każdy i tak mógł pójść źle. Co właściwie miał im powiedzieć? Najpierw byłem przeciwko, ale potem spotkałem pewną kobietę i się pozmieniało? Albo to tylko jednorazowa sytuacja, bo jeżeli ja tego nie zrobię to wpuścimy jakiegoś przygłupa do naszego lasu? Wątpliwe.
Mężczyzna westchnął i przeniósł wzrok na stojącą obok komputera filiżankę. Choć była już pusta, na dnie naczynie fusy ułożyły się w w jakiś przedziwny wzór. Cordian przez chwilę im się przyglądał, próbując skojarzyć je z jakimś znanym mu kształtem. Jednak fusy od herbaty nadal pozostawały jedynie nieokreśloną fusowatą paćką. Zupełnie jak sytuacja, w której się znajdował. Żadnych schematów zachowań, które mógłby przewiedzieć. Wrócił do otwartego dokumentu.
1. Ustanowić stan zagrożenia na kilka dni. Zakończyć sprawę i udawać, że nigdy się nie wydarzyła.
Dwie opcje:
Tak Nie
Dalej:
2. Zmienić zachowanie względem ludzi. Pozwolić, żeby nagrali wilki, może czas przestać się ukrywać.
„I pozwolić, żeby goście z bronią wytłukli połowę, a połowę poddali badaniom genetycznym jeszcze tego samego dnia?” prychnął, usuwając dwie pierwsze linijki dokumentu. Spojrzał na okno. Na niebie nie było żadnych chmur, więc zapowiadała się kolejna przepiękna noc. Z rozgwieżdżonym niebem i jasną tarczą księżyca.
Cordian westchnął i położył się na kanapie, zamykając laptopa. Chłodne dłonie oparł na skroniach, zupełnie jakby chciał wyczuć trybiki w jego mózgu obracające się wraz z każdą intensywną myślą. Jednej rzeczy był pewien. Jako alfa będzie walczył o to co najlepsze dla jego watahy. Tyle, że to już nie on będzie ustalał co jest najlepsze. Zbyt długo grał rolę władcy wydającego rozkazy. Teraz to on musi zrobić coś dla nich.
***
Brązowy basior niecierpliwie drapał łapami w ziemi. Na polanie zebrała się już ponad czterdziestka wilków i wciąż przychodziły nowe. Dorośli, dzieci i starszyzna. Wszyscy. Czyli nie tylko on otrzymał tą wiadomość. Skoro tak, to co właściwie planował jej nadawca? Ujawnić się? Nie, to niemożliwie. W końcu to właśnie on, on ze wszystkich wilków ma chyba najwięcej powodów, żeby ich unikać…
„Hej, spokojnie bo zaraz dołek tutaj wydepczesz.” Jego potok myśli przerwał chichoczący głos w jego głowie. Choć wilczur już znał jego właściciela, obejrzał się aby ujrzeć pysk drobnej wadery.
„Irvin. Dobrze cię widzieć. Jak twoje rodzeństwo?” Zapytał, pozwalając żeby niższa od niego rangą samica podeszła do niego i polizała go pod pyskiem.
„Dobrze. Już dokazują, szczeniaki jedne. Ale nie zebraliśmy się tutaj żeby o tym rozprawiać, jak mniemam.”
„Cordian szykuje dla nas jakąś niespodziankę...” Westchnął, wpatrując się w biegające po polanie wilki. Omegi i szczeniaki wystarczająco dojrzałe, żeby brać udział w spotkaniach biegały pomiędzy starszymi, bawiąc się w gonienie ofiary, mocowanie się lub też inne gry. Dorośli byli ustawieni w mniejszych bądź większych grupach, prawdopodobnie rozprawiając na temat ich codziennego życia i oraz wymieniając się różnymi uwagami. Starszyzna jak zwykle zajęła już miejsce u spodu stojącej pod lasem wielkiej skały, obserwując całe zgromadzenie swoimi wielkimi i zmęczonymi oczami. Ciekawe ile biegających lub jeżdżących na rowerze przez okoliczne miasteczka dzieciaków domyśla się, że te starsze panie, siedzące cały dnie na tarasie w bujanym fotelu i robiące na szydełku, w środku nocy biegając po lesie jako żądne krwi bestie. W dużym uogólnieniu oczywiście. Mógłby się założyć, że babci Francesce nie został już ani jeden kieł.
„Tsh. Widzę, że Matt i jego banda już są.” Warknęła samica. Garett spojrzał w tą samą stronę co ona, czyli na nieduże drzewo, wokół którego rozłożyła się banda czarnych wilków. Kilka z nich miało złote bądź srebrne kolczyki w uszach, ale nie budziły strachu. Jedynie nieliczne z nich były dużo większe od Irvin, dlatego samiec mógł bez problemu odnaleźć wśród nich masywnego, czarnego basiora.
„Nie wyglądają na pilnych słuchaczy” Mruknął, mrużąc oczy.
„Oh, Cordian, przysięgam jak coś dzisiaj odjebiesz, to cię razem z nimi dojadę.” Wilczur jedynie przewrócił oczami, słysząc uszczypliwy komentarz.
„Widzę, że pięknie nam się pani doktor wyraża.”
„Oj proszę cię. Zresztą, cicho. Zobacz. Już jest!”
Jakby na potwierdzenie słów samicy wśród tłumu pojawiło się drobne poruszenie, które było coraz bardziej widoczne z każdą sekundą. Szczeniaki przestały ganiać się w kółko i wszystkie naraz rzuciły się aby zająć jak najlepsze miejsca pod skałą. Niestety jeden z nich, mały rudo-szary wilczek nie zdążył wyhamować i z piskiem wpadł pomiędzy łapy sędziwego, łysiejącego basiora. Garett zaśmiał się pod nosem, przypominając sobie swoje własne szczenięce wpadki i przypały. Chwilę później do młodych dołączyła reszta wilków, znajdując sobie dogodne miejsca pod skałą. Jednak zarówno delta i jego przyjaciele oraz jeszcze kilka innych wilków pozostało w tyle, spoglądając w stronę zgromadzonych z powątpiewaniem.
„Do zobaczenia później. Oby.” Powiedział i zostawił swoją przyjaciółkę, kierując się w stronę kamiennego monumentu. To właśnie tak było miejsce bety. U boku swojego alfy.
Dotarłszy na sam szczyt, obejrzał się, żeby zobaczyć wyłaniającego się spod cienia rzucanego przez gęste gałęzie sosen wilka. Szedł do przodu zdecydowanym krokiem. Kiedy wspinał się na skałę, nie dało się dostrzec żadnej oznaki niepewności czy wahania.
„Cordian.” Wyszeptał, kiedy basior przechodził przed jego pyskiem. Wilczur zatrzymał się i spojrzał w jego stronę. Spojrzenie, którym go obdarzył sprawiło, że betę przeszedł dreszcz. Ogromne oczy nie zdradzały ani strachu ani bezradności. Tylko desperację.
„Czy jesteś ze mną?” Zapytał, jego głos rozchodzący się w głowie niczym echo.
„Zawsze.” I uśmiech. Delikatny. Jakby ulga. Nieme podziękowanie.
Cordian wystąpił do przodu. Szeroko rozłożone łapy oparł na krawędzi skały i uniósł wysoko pysk. Jasne światło księżyca padało na jego futro i odbijało się, zupełnie jakby było zrobione z czystego złota. Brązowy wilk mógł wyczuć napięcie wśród zgromadzonych wywołane jego obecnością. Przed nim nie stał nie kto inny jak Alfa. Alfa Cordian.
„Dziękuję za wasze przybycie.
Przepraszam ze tak nagłą i zapewne szokującą wiadomość. Ale jest coś co chcę wam powiedzieć.
Zapewne doskonale znacie, lub też pamiętacie historię, która wydarzyła się ponad dwadzieścia lat temu. To właśnie od tego momentu przyrzekłem sobie, iż taka sytuacja nigdy się nie powtórzy. Za główny cel obrałem sobie jedną rzecz. Żeby człowiek i wilk już nigdy się nie spotkali.” Powiedziawszy to, przerwał a wśród zgromadzonych zapadła cisza. Każdy w duchu przeżywał te słowa, z niecierpliwością czekając na ciąg dalszy.
„Ostatnio jednak trochę rzeczy się zmieniło. Rozmawiałem z wieloma z was i zrozumiałem, że chroniąc was, w rzeczywistości robiłem coś zupełnie przeciwnego. W końcu wilka nie można zamykać w klatce. Dlatego też bracia, apeluję o to, żebyśmy przestali paranoicznie oglądać się za siebie i uważać na każdego kto stoi za naszymi plecami. Wiem jak dziwnie to brzmi, ale przekaz jest prosty. Nie należmy ani do ludzi, ani do wilków. Tego nie da się zmienić. Uważam jednak, że to nie znaczy, iż jesteśmy od nich inni. Czujemy tak samo. Wszyscy się cieszymy, bawimy, staramy, chcemy chronić swoich i opłakujemy ich stratę. Moja propozycja jest prosta. Zacząć powoli. Współpracować z nimi, ale nie unikać. I mówię to ja, doznawszy tak wielkiej straty. Mówię to, bo jesteście dla mnie ważni. Przez tyle lat byłem głuchy na wasze głosy, stawiałem limity i bariery, myśląc, że robię dobrze. Ale to koniec. Od dziś. Małymi krokami. Zawalczmy o lepsze jutro. Czy jesteście ze mną?”
Wśród wilków wciąż panowała cisza. Żadnej, nawet najmniejszej reakcji na jego słowa. Wszyscy wciąż wpatrywali się w niego w milczeniu. Ich pyski nie wyrażające żadnych emocji. Cordian nie mógł jednak okazać swoich uczuć. Nie mógł pozwolić, żeby wyczuli od niego strach i zwątpienie. Nie w takim momencie. Dlatego po prostu stał, licząc upływające sekundy.
Nagle tłum zaczął się ruszać. Wszystkie wilki rozstępowały na boki, tworząc przejście prowadzące aż do skały. Spomiędzy nich wyłonił się czarny basior, prześlizgujący się nad gęstą trawą niczym nocny cień. Jedynie jego oczy obijały światło, zupełnie jakby świeciły jasnym blaskiem. Wilczur zatrzymał się w stóp Cordiana i uniósł pysk spoglądając prosto na niego.
„Wreszcie otworzyłeś oczy.” powiedział, co wywołało małe poruszenie wśród zgromadzonych. „Nie wiem jak innym, ale mi podobają się zmiany. A jak coś zepsujesz to zawsze mogę rzucić ci wyzwanie. Fajnie by było zostać alfa. Chociaż, myślę, że na chwilę obecną zostawię ten cały bałagan tobie. Jestem z tobą.”
Słysząc jego słowa, złoty basior szeroko otworzył oczy. Spodziewał się wielu rzeczy, ale Matt był ostatnią osobą w watasze, która chciała słuchać jego słów. A może… może znowu się pomylił? Może ten zbuntowany samiec w rzeczywistości miał po prostu wystarczająco dużo własnego rozumu, żeby nie przymykać oczu na wszystkie jego wygłupy?
Cordian zamknął oczy, wsłuchując się w odgłos wilczego wycia, do którego z każdą chwilą dołączały nowe. Udało się. Przekonał tych, na których najbardziej mu zależało. Teraz musiał jeszcze dać coś od siebie. Jedna rozmowa nie rozwiąże wszystkich problemów, myślał, schodząc na dół, żeby przywitać się ze swoją przyjaciółką i innymi wilkami. Na chwilę obecną ma dwie skomplikowane sprawy niecierpiące zwłoki. Jedna ma na imię Albert. A Druga Louisa.