Uwaga!

czwartek, 25 kwietnia 2019

Od Lou

Gdy drzwi domu zatrzasnęły się, a odgłos kroków ucichł, Lou stała jak wryta w korytarzu nie spuszczając wzroku z wyjścia. Co tu się właściwie stało? Fotograf jej zaufał, mało to! Dał przyzwolenie na odwiedziny w jego domu w lesie. Tańczący z wilkami dziwak ją polubił. Dziewczyna potrząsnęła lekko głową, gdy dotarło do niej, że jej mózg porządnie się zawiesił.
— Wszystko okej? — mruknął z troską stojący za nią Will. — Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
— ... Tak.. Tak. Wszystko w porządku. Po prostu... Tak jakoś.. Wiesz. — blondynka pacnęła się w głowę, gdy zorientowała się, że sytuacja, która miała miejsce chwilę temu sprawiła, że dziewczyna zapomniała języka w gębie. Pojedyncze krople gorącej herbaty spadły na drewnianą podłogę, bo Louisa zapomniała również, że w ręce trzyma coś, czego rozlania nie chciała. 
— Takie wrażenie na tobie zrobił, że zapomniałaś jak się mówi? — zaśmiał się odbierając z jej ręki kubek, zanim wrzątek, który się w nim znajdował zdążył po raz kolejny ewakuować się na podłogę lub nie daj Boże na nią. — Będę zazdrosny! — parsknął niby żartem.
— Nie.. To co innego. Czuję jakbym... Oswoiła. Tak. Oswoiła coś dzikiego. Nieuchwytnego dla nikogo innego. — wypowiedziała to na tyle cicho, że chłopak ledwo zdołał usłyszeć jej słowa. Uniósł brew czując, że dzieje się coś dziwnego, coś co nie może być dobre. Nie ufał fotografowi. Prawdę mówiąc wcale nie zdziwiłby się, gdyby ktoś kiedyś w jego domowej zamrażalce znalazł poćwiartowane ciała turystów. 
— No, dziki to on jest. — przytaknął — A z własnego doświadczenia wiem, że do dzikich osobników się nie podchodzi. Nie wiadomo co może zrobić. Chodź.— ruchem głowy wskazał na środek salonu, gdzie przy kominku wygodna kanapa tylko czekała, aż ktoś usiądzie na niej z kubkiem herbaty w ręku. 
— Nie masz do niego zaufania. To zrozumiałe. Jednak ja czuję, że go potrzebuję. Do projektu.. Do dowiedzenia się co stało się z moimi rodzicami. Serce mówi mi, że jest elementem tej całej zagmatwanej układanki. A mam mało tych elementów, więc każdy jest na wagę złota. — przyłożyła do ust kubek tylko po to, żeby podmuchać na jego zawartość. To co powiedziała Hendersonowi nie było całą prawdą. Cordian był jej potrzebny. Do jej własnych celów. Okay. Ale nie zamierzała go wykorzystać. Udawać miłej tylko dla wyciągnięcia zdjęć i informacji. Z resztą już sama myśl o tym, że mogłaby go potraktować w ten sposób ją brzydziła. To nie było w jej stylu. Szczerze go polubiła i miała nadzieję, że ta znajomość będzie trwać. Nawet, jeśli miałaby źle odczytać jego intencje. 

Poranek zleciał im szybko. Po południu zaś, chłopak zaprosił ją na obiad w jego rodzinnym domu, co dziewczyna odebrała jako przejaw ogromnej uprzejmości. Piętnaście minut drogi autem przez las starczyło by dojechać na miejsce. Gdyby tylko Louisa zwracała uwagę na rzeczy materialne, widok ogromnego, pięknego domu i ogród na wzgórzu ciągnący się w dal zmieniając w pole golfowe wprawiłby ją w osłupienie. Ona jednak cały czas wpatrywała się w jezioro znajdujące się jakieś dobre sto metrów od murów posiadłości. Wyglądało jak ukryte pomiędzy pagórkami szkło. Tafla była równa, niczym lustro, bo tego dnia w powietrzu nie dało się wyczuć choćby najmniejszego podmuchu wiatru. Słońce zmierzające ku zachodowi odbijało się w wodzie tworząc błyszczącą poświatę. Dziewczyna śmiało mogła wyznać, że mimo, że widziała w swoim życiu mnóstwo jezior, jeszcze nigdy nie widziała czegoś tak zachwycającego. Nic więc dziwnego, że pierwszym co zrobiła, było sięgnięcie po aparat i uchwycenie tego momentu na zdjęciu. Gdy zauważyła kątem oka, że jej przyjaciel przygląda jej się z ciekawością, z szyderczym uśmieszkiem obróciła aparat w jego stronę.
— Uśmiech proszę! — parsknęła, gdy William wytknął język prosto do obiektywu. — Piękne. 
— Chodź, rodzice pewnie już czekają. — chłopak posłał jej uśmiech kładąc dłoń na jej ramieniu, gdy szli obok siebie co Lou po prostu zignorowała. — Jak się czujesz? 
— Dobrze. — zmarszczyła brwi. Jeśli wyglądała słabo, to tylko dlatego, że nie potrafi zielenieć z zazdrości. Dlaczego nie ma takiego jeziora przy swoim domu?!
Państwo Henderson ogromnie ucieszyli się na widok blondynki. Od progu witali ją w 'swoich skromnych progach' z uśmiechami na twarzach po czym od razu zaprosili do stołu. Wnętrze domu było wspaniałe. Drewniane, ciemne meble i ogólna kolorystyka sprawiły, że Lou poczuła się jak w rodzinnym domu w Kentucky. Nie zdziwiłoby jej nawet gdyby nagle z kuchni wyszła jej babcia z szarlotką w ręku. Starsza Pani dała o sobie znać, ale już nieco później, gdy cała czwórka zdążyła zjeść obiad i dość dobrze się poznać. Telefon Lou zadzwonił, na wyświetlaczu pojawił się znany jej doskonale numer, którego nawet nie miała zapisanego, bo zawsze szybciej było jej go wpisać niż znaleźć, ale dziewczyna nie była przygotowana na to co usłyszy. Nigdy nie zdążyłaby się przygotować na to, co miała jej do powiedzenia babcia. Pusta już szklanka, którą trzymała przy twarzy, gdy roześmiana odebrała nieoczekiwane połączenie upadła najpierw na jej kolana, a następnie z hukiem zaliczyła spotkanie z podłogą. Wieści jakie otrzymała odebrały jej na kilka sekund wszystkie siły. Nawet te odpowiedzialne za utrzymanie w ręce 175 gramów szkła. 
— J-ja.. — jej ręka zadrżała gdy odłożyła telefon. — Przepraszam. — jej nieobecny wzrok wbił się w leżący na stole obrus. 
— Lou? — chłopak siedzący obok niej szybko chwycił ją za rękę i z troską w głosie spróbował uspokoić. — Co się stało? 
— Muszę iść. Jechać. Do domu... Przepraszam. — pisnęła niemalże gdy do oczu napłynęły jej łzy.
— Zawiozę cię. — pokiwał możliwie najspokojniej głową. Nie wiedział o co chodzi, ale bardzo się przejął. Musiało stać się coś złego. 
— Nie. Ja muszę do Kentucky. — jej drżący głos zaniepokoił całą trójkę siedzącą przy stole. 
— Dobrze. Pojadę z tobą. Spokojnie. — cicho mruknął podnosząc ją na równe nogi i obejmując rękoma. — Chodźmy. 
— Przepraszam... — wypuściła nierówno powietrze z płuc patrząc na Panią Henderson i odłamki szkła leżące na podłodze. 
— Nic się nie stało, kochanie. Jedźcie. — kobieta posłała jej ciepły uśmiech za co Louisa była ogromnie wdzięczna, a czego nie potrafiła okazać. Była w totalnym szoku. 
Siedząc w samochodzie w drodze do Alpine Carter nie odezwała się ani słowem. Siedziała wlepiając wzrok we wszystko co widziała po drodze, a jednocześnie w nic szczególnego. Jej wzrok był równie zagubiony co ona. Cały czas myślami była w swoim rodzinnym domu, w stajniach, w jego boksie.. Znali się od zawsze. Był pierwszym koniem na którym siedziała. Nie sama. Z mamą. Z tą samą, która tu zniknęła. Jej jedyne wspomnienie, w którym ją widziała wiązało się właśnie z nim. Właśnie dlatego tak bardzo go pokochała i nie pozwoliła na nim jeździć już nikomu. Miał 25 lat. Był o rok starszy od niej. We wrześniu, gdy opuszczała Kentucky obiecała mu, że spotkają się jak najszybciej. Teraz była na siebie zła. Wściekła. Nie dotrzymała obietnicy. Hanower już nie zdążył jej zobaczyć. Teraz miała jechać do domu, żeby pochować jego serce na torze Keeneland, choć czuła, że rozsypie się emocjonalnie do tego stopnia, że obok jego serca pochowają od razu jej. Pęknięte na milion małych kawałków. Teraz po rodzicach nie pozostało jej już nic. 
Gdy dojechali do drewnianego domu na obrzeżach Alpine, Lou wysiadła z auta i zaczęła kierować się w stronę drzwi. Powoli. Wszystkie siły jakie w sobie miała opadły do stopnia minimalnego umożliwiającego jej kroczenie jedynie chodem zombie. Zaraz opadły jednak całkowicie, gdy z padoku położonego obok domu zarżał głośno Duch wołając swoją panią. Przygalopował do ogrodzenia prężąc dumnie szyję zupełnie tak, jak robił to gniady hanower. Gdy tylko Lou spojrzała w jego źrenice, powieki dziwnie zaciążyły na jej oczach i ostatnim co poczuła był czyiś mocny uścisk w najwyższym czasie amortyzujący jej spotkanie z ziemią. 
Chłopak nie miał pojęcia co musiało się stać, żeby wywołać u jego przyjaciółki tak głęboki szok. Nie panowała nad sobą od chwili gdy odłożyła telefon. Był ogromnie ciekawy, ale nie miał okazji zapytać. Gdy położył jej nieprzytomne ciało na kanapę przez głowę przebiegła mu myśl, aby chwycić jej telefon i zadzwonić do kogo trzeba aby wszystkiego się dowiedzieć, ale nie należał do tego typu ludzi, którzy by to zrobili. Był zbyt uczciwy. Postanowił zaczekać aż Lou się obudzi. 
Ale Carter nie otwierała oczu. Nie zrobiła tego o dziewiątej gdy przykrywał ją kocem, ani o jedenastej, gdy dokładał drewna do kominka. Spała, więc Will doszedł do dość oczywistego wniosku, że będzie spać do rana. Jemu zaś pozostaje zasnąć obok niej płytkim snem cały czas ją pilnując. 
Ona zaś biegła. Biegła, choć przez pierwsze minuty nie wiedziała dokąd i po co. Miała przeczucie, że coś ją goni. Oglądała się za siebie co chwila, ale nikogo tam nie było. Tylko ciemność i oddalające się od niej pnie drzew. Była w lesie. Tutejszym lesie Alpine. Minęła totem po którym wspinał się Goldteara i gnała dalej, gdy przed nią pojawił się Duch. Stanął na przednie kopyta zakazując jej pójście dalej. Nie słuchała go. Wiedziała, że musi iść do przodu. Z tyłu goniła ją ciemność. Czas. Miała już mało czasu, a nadal nie wiedziała jak daleko i czy w ogóle jest jej cel. Do jej uszu dotarły krzyki. Głosy początkowo nie układały się w żadne słowa, potem mogła usłyszeć tylko strzępy. Totem. Tajemnica. Oczy. Bestia. Teraz!
Zegar wskazywał kilkanaście minut po drugiej, gdy Louisa Carter wróciła na jawę. Otworzyła szeroko oczy. Jej sen się urwał, a ona dyszała ciężko niczym po ciężkim biegu jakiego właśnie doświadczyła. Rozejrzała się dookoła i gdy tylko zauważyła Willa śpiącego na fotelu od razu spróbowała się wyciszyć. Nie chciała go budzić. Musiała wyjść, ale on nie mógł iść z nią. To była jej własna wojna. Ta w głowie, którą teraz musiała przełożyć na rzeczywistość. 
Narzucenie na siebie kurtki i ubranie butów było kwestią chwili. Ze skrzyni na buty stojącej w korytarzu zgarnęła jeszcze latarkę i jak najszybciej wyszła z domu. Musiała dotrzeć tam jak najszybciej. Totem. Tajemnica. Oczy. Bestia. Teraz. Totem. Tajemnica. Oczy. Bestia. Teraz.
Ale o co tak naprawdę chodziło? Jakie oczy? Bestia? Dziewczyna próbowała to sobie poukładać w głowie gdy kierowała się do stajni ogiera. Trzy z pięciu słów rozumiała. Tajemnica. Chodziło o jej rodziców. Była tego pewna. Totem. Tam miała się udać. Widziała go nawet. We śnie wydawał się jeszcze większy niż w rzeczywistości, gdy widziała go po raz pierwszy. Przypominał latarnię, która kierowała ją na właściwy szlak. Teraz. To było oczywiste. Musiała się tam znaleźć jak najszybciej. Nie dałaby sobie rady, gdyby nie Duch. Nigdy jeszcze nie cwałowali razem. Tej nocy, przy świetle pełni był na to czas najwyższy. Łaciaty koń jakby sam wiedział gdzie się udać. Nawet, jeśli po ciemku Lou myliła kierunki on jej po prostu nie słuchał. Biegł w swoją stronę. Niczym doskonale zaprogramowana nawigacja. Gdy znaleźli się na drodze przecinającą las, w którym to znajdował się posąg, ogier zarżał nerwowo i zatrzymał się. Dalej już nie mógł iść. Carter to wyczuła. Jej dalsza wędrówka musiała odbyć się w pojedynkę. Zawahała się tylko przez chwilę po czym odważnie stawiała pierwsze kroki na leśnym mchu. Jej latarka miała duży promień rażenia, więc gdy zauważyła na swojej drodze posąg z ptasimi skrzydłami po bokach wiedziała, że jej wędrówka dobiegła końca. Jednak.. Po co się tu znalazła? To był tylko sen.. Zwykły sen. Wymysł jej wyobraźni. Teraz jak idiotka stała po środku ciemnego lasu zupełnie sama. Ale nie. Jeśli już zdobyła się na taką wycieczkę, musiała dokończyć to, co zaczęła. Wolnym krokiem szła do totemu, gdy jej spokój zmącił szelest, a następnie trzask łamanej gałęzi gdzieś za nią. Nerwowo odwróciła się w tamtą stronę oświetlając drzewa latarką i szukając intruza. Nie było tam nikogo. Ma obsesję. Schizuje. Jest z nią naprawdę źle. Nie ma gorączki? Już miała odetchnąć z ulgą, gdy odwróciła się w stronę posągu, którego już tam nie było. Na pewno był. Tyle, że zasłonięty. Bestia miała dobre dwa metry. Stała zaraz przed nią obnażając kły i warcząc gardłowo. Serce podskoczyło Lou do gardła gdy kudłaty potwór otworzył swoje oczy, które nawet bez latarki, w samym świetle księżyca wyglądały imponująco głęboko. Odległość między oczyma dziewczyny i wilka stanowiła nie więcej niż trzydzieści centymetrów. Jego rudozłota sierść tańczyła razem z wiatrem i jej włosami, gdy usłyszała z oddali wycie. Pojedyncze i słabe, jednak sprawiło, że ucho wpatrującej się w nią bestii drgnęło lekko w stronę dobiegającego dźwięku po czym został on zignorowany. Pysk ogromnej bestii złagodniał nieco. Kły schowały się pod kufą, gdy jego łeb delikatnie się przekrzywił nie zdejmując wzroku z dziewczyny. Te oczy. Oczy. Widziała już ten kolor. Dokładnie taki sam wzór tęczówek i ciemniejszą plamę w prawym górnym rogu lewego oka. Tyle, że oczy jakie znała do których należały te tęczówki były ludzkie. 
Wilk pozwalał jej się przyjrzeć. on sam obserwował ją uważnie. Był to ten sam 'niedźwiedź' jakiego widziała już wcześniej i o którego istnieniu nikomu nie powiedziała. Nie wiedziała dlaczego to robi, pragnienie dotknięcia go było silniejsze od zdrowego rozsądku. Delikatnie uniosła palce. Najpierw na wysokość łokcia, potem ramienia, aż w końcu jej mała dłoń znalazła się na wysokości oczu potwora. Gdy ją zobaczył, odsunął łeb. Nieznacznie. Jakby zaskoczony jej gestem położył po sobie uszy szukając w jej wyrazie twarzy jakiegokolwiek przesłania. Widząc jego zawahanie, złotowłosa dziewczyna zrobiła to samo. Odsunęła nieco rękę może nieco zbyt głośno i raptownie biorąc oddech by nie odczytał tego za strach. Basior jednak powoli przymknął oczy i nim się obejrzała, przyłożył swój wielki łeb do jej dłoni. Poczuła niesamowicie miłą w dotyku sierść pomiędzy palcami od której biło ciepło i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że chyba niedługo od tego wiatru zamarznie. Jednak chwila, która właśnie trwała była niesamowita. Jedyna w swoim rodzaju i niecodzienna. Głowę Carter zajmowały tysiące myśli. Teraz wszystkie słowa jakie usłyszała w śnie były dla niej jasne, ale nie wiedziała do czego to prowadzi. Może donikąd i po prostu zaraz zginie. Poza tym ogromny wilk. Ten sam, który szedł na końcu watahy jaką widziała kilka miesięcy temu. Stał tutaj z nią, a ona miała nieodparte wrażenie, że go zna. I te oczy, którym zdążyła się przypatrzeć bardzo dobrze. W tej chwili, gdy skalkulowała całą tą sytuację ze swoim snem, coś w niej pękło. Wybuchnęła płaczem jakim prawdopodobnie jeszcze nigdy nie przyszło jej płakać. Pojawili się w jej śnie. Nie byłoby to przecież możliwe, gdyby nie...
— Oni nie żyją. — wydusiła z siebie cały czas wpatrując się w rudozłotą sierść wilka stojącego naprzeciwko niej. — Dlatego do mnie przyszli we śnie... Kazali mi tu przyjść, a teraz wiem dlaczego... — jęknęła zanosząc się łzami. Wiedziała, że jest to najprawdopodobniejsza wersja wydarzeń. Heath i Lucy nie żyją już od dawna. Inaczej by wrócili. Tak bardzo starała się o tym nie myśleć. Chciała oszukać czas i ich uratować. Tak bardzo chciała ich odnaleźć.