Bez dłuższego zastanowienia Cordian ruszył przed siebie. Wystarczyło zaledwie kilka skoków, aby dogonić watahę. Jeszcze kilka i znalazł się już na przodzie. Prowadził wilki, przedzierając się przez śnieżne zaspy lecz nie zwalniając ani na chwilę. Minęło kilka minut nim brązowy basior zajął miejsce po jego prawej stronie.
„Hej, wszystko w porządku?” zagadnął, lekko trącając go w biegu. Złotowłosy samiec na chwilę oderwał wzrok od rozpościerającego się przed nim horyzontu.
„Wszystko w porządku.” Odpowiedział. Zdecydowanie zbyt szybko i stanowczo.
„Widzę. Albo raczej nie widzę, bo atmosfera tak gęsta, że można ją nożem kroić.” Cordian zbył tą uwagę milczeniem, udając, że znacznie bardziej interesują go mijane przez nich drzewa.
„Hej, mógłbyś trochę zejść z tonu i się uspokoić? Nie wiem czy jeszcze nie zauważyłeś, ale jesteś alfą i twoje humorki mają wpływ na innych.” Wilczur jeszcze bardziej odwrócił głowę. „Omegi już biegną z podkulonymi ogonami. Jeszcze trochę, a wszyscy będziemy się za tobą czołgać”.
Dopiero wtedy usłyszał dobiegające z tyłu grupy ciche skomlenie. Przeklął w myślach kilka razy, zamknął oczy i unormował oddech, jednocześnie zwalniając. Niemalże od razu dało się wyczuć ja inne wilki odetchnęły z ulgą. Cordian uniósł pysk, szukając wzrokiem brązowego bety.
„Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.” zwrócił się do całej grupy.
„Mogę ci podpowiedzieć, że sprawa ma jakiś związek z tą jasnowłosą dziewczyną...” wtrącił się Yael, tym razem nawiązując prywatny kontakt między ich myślami.
„Co ty nie powiesz?” mruknął basior, unosząc brwi.
„Dużo ostatnio widziałem, złotko. A podobno to i tak nie wszystko.” biały wilk podszedł do niego i delikatnie pchnął go łapą.
„To nic. Po prostu… zareagowałem zbyt gwałtownie i tyle. Prawdę mówiąc, to pewnie nawet lepiej.”
„Lepiej?”
„Lepiej?”
„Jak zajmie się Hendersonem, będę miał spokój z tą całą szopką.” znowu ruszył, tym razem wolnym truchtem. Gęste gałęzie sosen stopniowo ustępowały miejsca wiotkim i bezlistnym, przez które przedostawało się znacznie więcej światła słonecznego. Powoli wkraczali na liściastą część lasu, a to znaczyło, że niedługo dotrą na polanę. Było to jedno z ich ulubionych miejsc, głównie dzięki temu, iż było dobrze osłonięte i znacznie oddalone od jakichkolwiek zabudowań ludzkich.
„Jasne. Oboje wiemy, że dziewczyna tak łatwo nie odpuści.”
„A gdyby? W ten sposób zaoszczędzilibyśmy dużo...”
„Cordian. Pozwól, że ja zaoszczędzę ci trochę czasu i coś uświadomię.” Basior mógł już dostrzec granicę drzew.
„Hmm?” Rozpościerająca się za nimi otwarta przestrzeń była pokryta śniegiem, oślepiająco lśniącym w słońcu.
„Jesteś zazdrosny.”
Cordian mógłby przysiąść, że przeskakując przez ostatnią barierę łysych krzaków wilczur miał na pysku szeroki uśmiech. W tej samej chwili wbił obie łapy w śnieg, hamując gwałtownie. Rozpędzona wataha w mgnieniu oka mięła go, podążając śladem białego bety. Został sam w cieniu jednego z nielicznych już drzew. Obserwował radosne wilki, tarzające i mocujące się w głębokim śniegu, jednocześnie walcząc z własną wewnętrzną dumą. Choć oświadczenie Yaela nie było dla niego zaskoczeniem, cały czas sądził, że ma kontrolę nad wszystkim co się dzieje. Że ma kontrolę… nad samym sobą.
Obrócił pysk w kierunku płynącego w oddali strumienia. Przechylił delikatnie głowę, niemalże się uśmiechając. „Punkt dla ciebie złotowłosa. Zobaczymy kto zdobędzie następny”. Dał susa przez krzaki, dołączając do bawiących się w śniegu.
***
Drobne igiełki lodu nieprzyjemnie kuły go w oczy, a lodowe kryształki raniły pysk. Jeszcze raz oparł obie łapy po obu stronach swojej głowy, bezskutecznie próbując podnieść się z zaspy. Siła z jaką jego łopatki były przyciskane do powierzchni śniegu uniemożliwiała jakikolwiek ruch.
„Poddajesz się?” usłyszał w głowie zwycięski głos Garreta.
„Nigdy.” spróbował odpowiedzieć mu warczeniem, ponieważ jednak jego głowa była w całości zasypana, wydał on z siebie odgłos przypominający niemrawe westchnięcie.
„Pfft. Widzę. Powiedz mi jak zacznie ci się kończyć powietrze. Nie mam ochoty cię reanimować.” Powiedział bez większych emocji basior. Chwilę później Cordian poczuł jak ciężar rozkłada się po całych jego plecach, co znaczyło że najprawdopodobniej zniknął właśnie pod ogromnym cielskiem wilczura. Wykonał jeszcze kilka bezowocnych prób poruszenia się choćby o kilkanaście centymetrów, aż w końcu zrezygnowany rozluźnił mięśnie.
„Dobra, poddaj się. Z tobą zapasów nikt nie wygra. Podnoś zadek.”
„Teoretycznie to w takiej sytuacji Garret powinien być przywódcą.” wtrąciła się Irvin, która najczęściej miała również dostęp do rozmów pomiędzy basiorami.
„Nie zamierzam mu rzucać wyzwania. Zresztą, po co mam być alfą jak równie dobrze, mogę sprawić żeby ten tu” ruchem głowy wskazał za wygrzebującego się ze śniegu Cordiana. „zrobił wszystko co zechcę.”
„Ta, jasne.” prychnął samiec o złotej sierści, który teraz znaczniej bardziej przypominał gatunek arktycznego strusia niż wilka.
„A pamiętasz jak ostatnim razem założyłeś się, że...”
„Nie pamiętaaam!”
Nagle usłyszał, że coś zbliża się w jego stronę, tupiąc w śnieg mnóstwem małych łapek.
„Wujek Cordi!” dwie małe kulki uderzyły z impetem w jego bok, tym samym uwalniając go w końcu z lodowej pułapki. Basior otrzepały pysk, po czym spojrzał na dwa brązowo— czarne szczeniaki leżące na jego brzuchu i machające wesoło ogonami.
„Zima jest ekstra, wujku Cordi!”
„I śnieg! Śnieg jest taki fajny! Można w nim skakać, turlać się i nurkować!”
„No, jest, taki… ten… no… zajebisty!”
„I śnieg! Śnieg jest taki fajny! Można w nim skakać, turlać się i nurkować!”
„No, jest, taki… ten… no… zajebisty!”
„Noah!” niemalże krzyknęła Irvin. „Tak się nie mówi! Skąd znasz takie słowa?!” wilczyca zrugała swojego brata, ściągając go z klatki piersiowej Cordiana.
„No bo… bo starszy braciszek Yael tak mówi.” szczeniak szybko stracił entuzjazm z jakim jeszcze przed chwilą szarżował na wilczura.
„Po pierwsze Yael nie jest, Bogu dzięki, żadnym waszym bratem, a po drugie najlepiej by było żebyście nie powtarzali tego co on mówi.” W momencie gdy samica prowadziła swoje kazanie, pozostała trójka, to jest Cordian, Garret i Sophie bawili się w najlepsze, odciskając swoje łapy na śniegu.
„Ale czemu nie mogę tak mówić? Co znaczy zajebiście?”
„Uhhhhh! To znaczy, że macie tego słowa nie używać i tyle! Jak was mama uczyła? No, jak Noah?” Szczeniak niechętnie drapał śnieg, unikając kontaktu wzrokowego ze swoją siostrą.
„Uhhhhh! To znaczy, że macie tego słowa nie używać i tyle! Jak was mama uczyła? No, jak Noah?” Szczeniak niechętnie drapał śnieg, unikając kontaktu wzrokowego ze swoją siostrą.
„Że śnieg jest… niesamowity.”
„I?”
„...piękny”
„I?”
„...przecudny.”
„I?”
„...piękny”
„I?”
„...przecudny.”
„No, dobrze. I tak macie się wyrażać. Zrozumiano?” W odpowiedzi Noah wolno pokiwał głową.
„Wujku Garrecie...” odezwała się nieśmiało Sophie.
„Tak mała?”
„A co to znaczy zajebiście ruchać w śniegu?” w jednej chwili zapadła długa cisza, podczas której obydwa basiory, z oczami wielkimi jak spodki spoglądali raz na szczeniaka raz na siebie lub też na swoje łapy.
Narastające napięcie przerwał pełen frustracji okrzyk Irvin.
„Arrrggh! Poczekajcie, już ja zabiję tego hu— …” urwała i spojrzała na szczeniaki. „… hultaja.” dokończyła, kładąc nacisk na dwie ostatnie sylaby. Następnie rozejrzała się za pewnym białym basiorem po czym odbiegła, zostawiając tarzające się w śniegu ze śmiechu wilczury.
***
Cordian skończył obrabiać ostatnie zdjęcie z albumu i zamknął laptopa. Zrzucił z ramion futro, które był zawinięty i udał się w stronę kuchni, zabierając ze sobą pusty kubek. Ledwie zdążył nastawić nową porcję wody w czajniku, kiedy rozdzwoniła się jego komórka. Odebrał i podszedł do okna.
— Niezły timing. Właśnie skończyłem. — rzucił na powitanie, spoglądając w stronę lasu. Mimo ostrego słońca śniegu nie ubyło prawie wcale. Nadal cieszył on oczy swoją śnieżnobiałą, niemalże posypaną brokatem powierzchnią.
— Wczoraj otworzyli w końcu wyciąg narciarski. Świetnie się składa, że skończyłeś. O której się jutro zbieramy?
— Hola, hola, Yael. A nie zapytasz najpierw jakie są moje plany, albo czy w ogóle chcę jechać? — zaśmiał się.
— Yhym. Nie masz planów, chcesz jechać. A teraz dawaj godzinę. — Cordian pokręcił głową, rozbawiony bezczelnością przyjaciela.
— Nie wiem… otwierają o 9— tej prawda? To może koło 7— mej, u mnie pod domem? A co z Irvin i Garretem? Mam do nich dzwonić? — kątem oka zauważył jak wśród drzew pojawił się pomarańczowy punkt.
— Nie musisz. Też jadą. — szybko zapewnił go Yael.
— Ale pytałeś ich, czy znowu zakładasz? — ognistoruda kulka zbliżyła się na tyle, iż mężczyzna mógł bez problemu obserwować jej ruchy. Nieduży lis co jakiś czas przykładał pysk do śniegu, szukając biegających pod jego powierzchnią gryzoni.
— Ja to wiem. To jak, umówieni? — nagle zwierzątko poderwało się do góry, wznosząc się ponad metr nad ziemię, wygięło w łuk swój grzbiet i z gracją zawodowego nurka wbiło się w biały puch.
— Umówieni. Albo, poczekaj, mogę zabrać kogoś jeszcze?
— Czyżby tę uroczą blondynkę? Zresztą, umie jeździć? — udał zaskoczenie.
— Ta „urocza blondynka” ma imię. I nie wiem, zaraz się przekonamy. Zadzwonię do niej. Szykuj sprzęt. — powiedział, odchodząc od okna i zalewając wrzątkiem fusy od herbaty.
— O to się nie martw, wszystko będzie elegancko nasmarowane. To do zobaczenia.
— Trzymaj się. — Cordian rozłączył się i oparł plecami o lodówkę. Od razu przeszedł do listy kontaktów i odnalazł na niej numer oznaczony imieniem dziewczyny.
Przyłożył słuchawkę do ucha. Na odpowiedź nie musiał długo czekać.
— Dzień Dobry Lou.
— O? Dzień Dobry.
— Co słychać? — z trudem powstrzymał się od dorzucenia uszczypliwej uwagi w stylu „a co tam u Willa?”.
— Wszystko w porządku. Pracuję nad projektem. W końcu po coś tu jestem, jeśli zapomniałeś.
— Spokojnie, pamiętam. Ale nie możemy dać ci się zapracować, prawda? — powiedział i mógłby przysiąść, że dziewczyna zmarszczyła brwi.
— Co tym razem wymyśliłeś?
— Aaaa… nic takiego. Po prostu… pomyślałem, że aż żal marnować taki śnieg, który aż prosi żeby pojeździć na nartach.
— Na nartach? — Louisa wydała się być naprawdę zdziwioną.
— Niedaleko Alpine znajduje się kilka wyciągów. Ośrodek na tyle mały żeby nie ściągał tłumów turystów i na tyle duży żeby dało się w nim trochę poszaleć. Duży wybór tras. Od niebieskich po czarne. Co o tym myślisz?
— Czekaj, czy ty właśnie pytasz się czy chciałabym z tobą pojechać?
— I z moimi znajomymi. Umiesz jeździć? Narty, snowboard? — razem z kubkiem herbaty wrócił do dużego pokoju.
— Yyyy… w czasie studiów byłam ze dwa razy z przyjaciółmi. Ale nie nauczyłam się zbyt wiele jeśli o to pytasz.
— A na czym próbowałaś?
— Na snowboardzie.
— O, dobrze się składa. Ja też wolę deskę. Pouczę cię. Będziesz miała prywatną lekcję z instruktorem Cordianem, co ty na to?
— Daj mi chwilę, zaskoczyłeś mnie tą propozycją. Brzmi ekstra, ale słuchaj, ja tu nic nie mam. Żadnych specjalnych ubrań, sprzętu, nic. — Cordian wszedł po schodach na górę i otworzył drzwi od pokoju w którym składował najróżniejsze rzeczy. Powoli przechodził pomiędzy kartonami i pudłami różnych rozmiarów, spoglądając na naklejone na każdy z nich kartkę.
— To nie powinien być problem. Rzeczy możesz pożyczyć od Irvin, jesteście podobne wielkości, z pewnością ma coś duże w co się zmieścisz. Sprzęt natomiast wypożyczymy już na miejscu. — Aha! — ucieszył się odnajdując paczkę opisaną jako „snowboard”. Dodatkowo koło niej na wieszaku wisiał zapakowany w pokrowiec ochronny kombinezon, a koło niego, oparta o ścianę – deska.
— Ale…
— No już, bez żadnego ale. Nie będziesz mi się tam przepracowywać. Jutro o 6.30 widzę cię u mnie pod domem. Szybko cię przebierzemy i będziemy jechać. — z trudem, mając jedynie jedną rękę do dyspozycji, wyciągnął karton na korytarz.
— ...lubisz takie spontaniczne akcje, co? Masz szczęście, że nie mam w zwyczaju przepuszczać podobnych okazji. Widzimy się jutro rano.
— Jasne, do zobaczenia. Jakbyś miała jakieś pytania, dzwoń śmiało. — rozłączył się, schował komórkę od kieszeni i zabrał się do rozpakowywania pudła z rzeczami.
A piętro niżej stygł sobie pewien kubek aromatycznej herbaty…
***
— No proszę, pasuje niemal idealnie. — oceniała Irvin, wcielając się w rolę krytyka mody narciarskiej. — A co ty o tym sądzisz Cordian? — mężczyzna spojrzał na nie znad telefonu, wyraźnie zdziwiony, że jego głos jest również wymagany.
— Nooo… pasuje. — powiedział, spoglądając na Louisę. Dziewczyna miała na sobie dobrze dopasowane jasnoniebieski spodnie i kurtkę w podobnym kolorze z motywem morskich fal. Irvin na jego komentarz zareagowała krótkim prychnięciem, znaczącym iż taki amator jak on nigdy nie dorośnie do takiego poziomu wyczucia stylu stokowego jak taki mistrz jak ona. — Ocenę znacznie podnoszą te skarpetki w rożki lodowe. — dodał, wracając do przerwanej wiadomości.
— No nie?! Prawda, że są ekstra? — zawołała entuzjastycznie dziewczyna. — Ale lody to jeszcze nic. Zobacz na to! Awokado! — odwróciła się w jego stronę i z gracją, której mógłby pozazdrościć jej nawet mistrz japońskiej sztuki walki, uniosła nogę i oparła stopę o ekran. Mężczyzna uniósł głowę, rzucając jej pytające spojrzenie, lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wielka dłoń złapała dziewczynę za kaptur.
— No dobra, chodź no już, ty awokado jedne. — mruknął Garret, odciągając Irvin w stronę drzwi. — Ruszamy się, bo nam trasy porozjeżdżają.
— Racja, racja. Idziemy. — Cordian schował urządzenie do kieszeni, po czym chwycił wiszącą na oparciu kanapy kurtkę. Był to jego ulubiony zestaw: przód kombinezonu pokryty był czarno— białym, konturowym motywem graffiti, który stopniowo nabierał więcej kolorów, tak że jego plecy pokryte był niemalże tęczą. Wszystko oczywiście o rozmiar za duże, dla większego komfortu ruchów.
— Yael pewnie już na nas czeka.
W istocie, po wyjściu z domu okazało się, że jasnowłosy chłopak oczekuje ich koło samochodu. W dość unikalnej zresztą pozie, pół stojąc, pół leżąc na masce, drzemał w najlepsze. Cordian i Irvin wymienili porozumiewawcze spojrzenia i gestem nakazując pozostałej dwójce ciszę, zbliżyli się do pojazdu. Stanęli po obu stronach śpiącego, i na sygnał wydany przez dziewczynę zaczęli rytmicznie uderzać dłońmi w metalową obudowę. Louisa parsknęła śmiechem jak tylko rozpoznała wygrywaną przez nich melodię.
Yael natomiast zdawał się nie robić sobie nic z ich występu i wciąż nieruchomo leżał na masce. Dopiero po kilku sekundach poderwał się do góry.
— Rising up, back on the street…! — dołączył się do ich występu, swoim zaspanym głosem omijając niemal wszystkie dźwięki.
— Skończ z tym wyciem i ładuj się do auta, śpiochu. — zaśmiał się Cordian, poklepując go po ramieniu, a następnie otwierając tyle drzwi.
— Cooo? Ale ja chcę z przodu…! — jęknął mężczyzna, niechętnie spoglądając na długie siedzisko.
— Nie ma z przodu. Z przodu siedzi Lou, wy ciśniecie się na kanapie.
— Coś ty, żaden problem, mogę siedzieć z tyłu. — zapewniła ich szybko dziewczyna.
— To faktycznie lepszy pomysł. — włączyła się Irvin. — Ty prowadzisz, więc ja z Lou i Yael’em zajmiemy tylne miejsca, a Garret jako największy z nas będzie jechał koło ciebie. Tak chyba będzie najlepiej.
— Racja. Jakieś obiekcje? — zignorował unoszącego dłoń blondyna. — Okej, to wsiadajcie.
Sprzęty wcześniej zapakowali do zapakowali do specjalnego kufra transportowego, dlatego mogli od razu wybrać się w drogę. Jak to się zwykle dzieje z piątką pasażerów i jednym radiem w samochodzie, niemalże od razu rozgorzała żywa dyskusja, w której celem każdego było udowodnienie czemu zaproponowana przez niego stacja jest lepsza od innych. Cordian postanowił zakończyć ten spór, jednogłośnie wybierając i ustawiając własny kanał. W odpowiedzi otrzymał kilka oburzonych i niezadowolonych jęków. Nie minęło jednak nawet kilka minut, a wszyscy już zgodnie wspierali swoimi głosami wokalistów z radia.
Słońce powoli wznosiło się coraz wyżej, zlewając okolicę swoim złotym światłem. Pogoda zapowiadała się nadwyraz przecudnie, na błękitnym niebie nie zawieruszyła się ani jednak chmurka. Jadąc, wyglądali zza okna, obserwując przepływający przed ich oczami zielony krajobraz. Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a nizinne tereny wypiętrzać. Coraz częściej mijali ogromne głazy i podwyższenia, aż w końcu podążali wzdłuż ciągnącej się po stromych stokach serpentyny, prowadzącej niemal na same szczyty gór.
Kiedy dojechali do parkingu, ze niekrytym rozczarowaniem zauważyli, że nie tylko oni postanowili wybrać się na narty. Cordian zaparkował, po czym wszyscy wysiedli i zabrali się za ostatnie już przygotowania. Louisa z małym zaskoczeniem zauważyła, że przyjaciele tworzą grupę mieszaną, w której Fotograf i blondyn są snowboardzistami, a Garret i Irvin – narciarzami.
— Dobra, ja pójdę z Louisą do wypożyczalni, a wy naszykujcie wszystkie rzeczy. — zaproponował długowłosy i razem z dziewczyną udali się w stronę niewielkiego budynku stojącego u wyjścia z parkingu.
Wewnątrz pachniało smarem i innymi chemikaliami. Za stojącymi przy kasach ekspedientami znajdowały się ogromne, wielopiętrowe szafy pełne butów, kasków, kijków, nart i desek. Część ludzi stała przy ladzie, dokonując ostatnich poprawek i formalności, podczas gdy inni, siedząc na ustawionych w rzędzie pod oknem siedziskach, przymierzali obuwie.
— Dzień Dobry, co dla państwa? — zapytała za uśmiechem ciemnowłosa dziewczyna.
— Buty i deskę dla tej oto pani. — powiedział Cordian, wskazując na swoją towarzyszkę.
— Rozumiem. Początkujący, czy zaawansowany?
— Początkujący.
— Oczywiście. Zapraszam panią do mojego kolegi, o tam w rogu, pomoże dobrać odpowiedni rozmiar. Potem należy wrócić do kasy, aby dokończyć wypożyczanie. — kobieta wskazała ręką gdzie powinna się udać.
— Spokojnie, ja się wszystkim zajmę. — zapewnił mężczyzna, wyjmując z kieszeni portfel i dowód.
***
Po opuszczeniu wypożyczalni, okazało się, że ich przyjaciele są już gotowi.
— Hej, nie musiałeś za mnie płacić. — szepnęła dziewczyna, kiedy zbliżali się do samochodu.
— Potraktuj to jako element zaproszenia.
— Ale…
— Bez dyskusji. — uniósł dłonie. — Karnet kupisz już sama. Może być?
— Ciekawe czy podają tu gorącą czekoladę…
Kiedy tylko Cordian zmienił buty, cała piątka udała się w kierunku kas. Na szczęście kolejka była krótka dlatego zaledwie kilka minut po 9— tej stali już pod równo wygładzonym stoku.
— Mmmm… uwielbiam ten świeży sztruks. — rozmarzały się Garret, wpinając narty. Louisa dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się wyposażeniu reszty ekipy. Bez watpienia nie zaliczało się ono do kategorii „początkujący”. Największy mężczyzna był właścicielem pokaźnych rozmiarów i prostej budowy nart firmy Head, Irvin korzystała z drobnych i eleganckich czerwonych Atomic’ów, a Yael przerzucał z jednego ramienia na drugie czarno— białą deskę burtona. Jednak najbardziej wyjątkowy zdawał się być snowboard Cordiana. Czarno— błękitny z białymi akcentami na spodzie, przedstawiającymi parę rąk trzymających rękojeść miecza. Na wierzchniej stronie, pomiędzy wiązaniami prezentowała się natomiast nieduża głowa wilka. Dodatkowo na końcach deski prezentował się napis „Salomon Assasin”. (zdjęcie pod opowiadaniem)
Po oględzinach dziewczyna spojrzała w stronę, w która skierowane były spojrzenia pozostałej czwórki i jęknęła z nieukrywanym rozczarowaniem w głosie.
— Orczyk? To tyle? — Garret odpowiedział jej krótkim śmiechem.
— Nie martw się, to dopiero początek. Trzeba się przedostać na drugą stronę góry. Dopiero tam znajduje się główny ośrodek. Ale zatrzymaliśmy się z tej strony, ponieważ opcja objeżdżania dookoła samochodem zajęła by zbyt dużo czasu. — wyjaśnił, wpinając narty. Nie zauważył jak dziewczyna zacisnęła usta w prostą kreskę.
— Yyyy… a nie da się wejść na piechotę? — zapytała nieśmiało.
— To nie ma sensu. Zmęczysz się. Dasz radę, to nie jest takie trudne. — spróbował przekonać ją Cordian.
— Z tego co pamiętam to chyba jednak jest.
— E tam. To jak… jazda na koniu, nie? ...No dobra, może i nie. Ale nie chcesz teraz powiedzieć, że się poddajesz? — najwyraźniej słowo „poddajesz” zadziałało na blondynkę jak czerwona płachta na byka.
— Poddaję? Coś ty. — prychnęła i ruszyła do przodu, na tyle szybko na ile pozwalał jej ten podłużny obiekt przyczepiony do lewej nogi. Zatrzymała się dopiero pod samymi bramkami, uważnie przyglądając się wsiadającym ludziom. Orczyki różniły się od tych których dotychczas próbowała. Zamiast okrągłego talerzyka przypominały raczej duże kotwice, które były w stanie jednocześnie ciągnąć dwójkę ludzi. Zaabsorbowaną tą czynnością, nie zwróciła uwagę na rozmowy prowadzone w tyle przez jej znajomych.
— Ale pognała. — zaśmiał się Yael.
— Będzie dobrze, ja w nią wierzę. — zapewnił przyjaciół Cordian.
— A ty co tu jeszcze stoisz? — skarciła go Irvin.
— Hę?
— Pomyśl trochę! Pomóż jej. Jedź z nią, już! — mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście i wyprzedził ich, ślizgającym ruchem doganiając dziewczynę.
— Hej, Lou, poczekaj! Pojedziemy razem! — złapał ją niemal w ostatniej chwili.
— O, jasne. — odpowiedziała i chociaż siliła się na obojętny ton głosu, mężczyzna bez niemalże natychmiast wyczuł w nim ulgę. Poczekali jednak, aż dotrze do nich pozostała trójka.
— Pójdę pierwszy. — zarządził Yael.
— My za tobą. — dodał Cordian. Po czym zwrócił się do stojących za nim narciarzy. — Jakby co, będziecie nas łapać.
— Chciałbyś. — prychnęła Irvin.
Zgodnie z umową aktor ustawił się jako pierwszy. Bez problemu usadowił się na orczyku, w pełni korzystając z przywileju pojedynczej jazdy. Następnie nadeszła kolej na Louisę i Cordiana.
— O rany. — wymsknęło się dziewczynie.
— Spokojnie, będzie dobrze. — uspokajał ją fotograf, przysuwając się bliżej. — Tylko pamiętaj, najważniejsze: trzymaj deskę prosto. Prościusieńko. I dalej już sama będzie jechała.
— Aaaa… zbliża się!
— Bez nerwów, złapię go…!
— Ooooo…
— Szeroko nogi!
— Aj, ...oops!
— Prosto! Prosto deska!
— Yh, yhhh, aaaaa…
— Ufff… jedziemy. — mężczyzna odetchnął z ulgą. — Widzisz, nie było tak źle.
— J— jasne. — niepewnie powiedziała dziewczyna, jednocześnie miażdżąc ramię Cordiana w stalowym uścisku.
— Trzymaj deskę prosto. I rozluźnij się. Nie musisz się tak spinać. — mówił, starając się, aby jego głos zabrzmiał jak najbardziej uspokajająco.
— Łatwo ci powiedzieć… — mruknęła, nadal z uporem wlepiając wzrok w koniec deski. Dopiero po jakimś czasie wyrównała oddech i zdecydowała się spojrzeć na długowłosego. Ten natomiast nieświadomie odchylił delikatnie głowę, zupełnie jakby był speszony ich bliskim kontaktem. Na szczęście lub nie szczęście, jeździli na przeciwne nogi, dlatego zwróceni byli do siebie przodem, a pomimo grubej warstwy ubrań, sposób w jaki byli ze sobą szczepieni zdawał się niemal intymny. Cordian przymknął oczy, starając się uspokoić szamoczącego się w nim wilka.
Oczywiście nie byli oni jedynymi, którzy zdawali sobie sprawę z jakiej sytuacji się znajdują. Następna para, czyli Irvin i Garret, będąc narciarzami bez problemu wjeżdżali na górę, oboje zwróceni do przodu, a co za tym idzie obserwującymi odgrywającą się przed nimi scenę. Nie minęła nawet minuta gdy zgodnie postanowili umilić swoim przyjaciołom czas i uraczyć jakąś klimatyczną piosenką.
— „Miłość rośnie wokół nas...”
— Nie no, ludzie! Błagam was! — zawołał Cordian, jeszcze bardziej zażenowany.
— „W spokojną, jas— … w spokojny jasny, dzieeeeeń!”
— Irvin, Garret! — mężczyzna bezskutecznie próbował odwrócić głowę w ich stronę.
— „Nareszcie świat, zaczyna w zgodzie żyć...”
— Poczekaj no, muszę czymś w nich rzucić. — mruknął, próbując schylić się, aby zebrać trochę śniegu po drodze.
— Cordian?! Co robisz? Nie schylaj się! — Louisa jeszcze mocniej objęła dłońmi uchwyt od orczyka.
— „Magiczną czując mooooc!”
— Uh, waah! — na chwilę stracił równowagę, próbując się podnieść.
— Nie ruszaj się, proszę!
— Prosto!
— Aaaaaa…
— Lou, nie zajeżdżaj!
— Uaaaaa…!
— Deska prosto! Prosto!
— Oooops…
— Aaaa…!
— Oww! — ten ostatni odgłos był jękiem Cordiana, który już po raz drugi w tym tygodniu zaliczył spotkanie twarzą ze śniegiem, tym razem w ludzkiej formie. Kiedy już otrząsnął się z pierwszego szoku, z ulgą zauważył, że mimo wszystko zadziałał jako poduszka amortyzująca dla Lou. Tymczasem ich upadkowi towarzyszył oddalający się już śmiech dwójki narciarzy. Napędzany nagłym uderzeniem adrenaliny, mężczyzna naprędce zbił wielką śnieżną kulę i z całej siły rzucił ją w ich stronę. Kiedy tylko pocisk z impetem rozbił się na tyłku Garreta, rozbawione towarzystwo musiało przerwać swoje żarty i na poważnie zająć się utrzymaniem własnej równowagi.
Cordian wydał z siebie zwycięski okrzyk i z pozycji siedzącej w której się znajdowali, padł plecami na śnieg. Okazało się jednak, że przy upadku ich deski splotły się ze sobą, przez co dziewczyna poleciała zaraz za nim.
(Taki wymarzony snowboard. Ale niestety rozmiarówka była beznadziejna)
(Taki wymarzony snowboard. Ale niestety rozmiarówka była beznadziejna)

