Uwaga!

czwartek, 2 kwietnia 2020

Od Cordiana

    Bez dłuższego zastanowienia Cordian ruszył przed siebie. Wystarczyło zaledwie kilka skoków, aby dogonić watahę. Jeszcze kilka i znalazł się już na przodzie. Prowadził wilki, przedzierając się przez śnieżne zaspy lecz nie zwalniając ani na chwilę. Minęło kilka minut nim brązowy basior zajął miejsce po jego prawej stronie.
„Hej, wszystko w porządku?” zagadnął, lekko trącając go w biegu. Złotowłosy samiec na chwilę oderwał wzrok od rozpościerającego się przed nim horyzontu.
„Wszystko w porządku.” Odpowiedział. Zdecydowanie zbyt szybko i stanowczo.
„Widzę. Albo raczej nie widzę, bo atmosfera tak gęsta, że można ją nożem kroić.” Cordian zbył tą uwagę milczeniem, udając, że znacznie bardziej interesują go mijane przez nich drzewa.
„Hej, mógłbyś trochę zejść z tonu i się uspokoić? Nie wiem czy jeszcze nie zauważyłeś, ale jesteś alfą i twoje humorki mają wpływ na innych.” Wilczur jeszcze bardziej odwrócił głowę. „Omegi już biegną z podkulonymi ogonami. Jeszcze trochę, a wszyscy będziemy się za tobą czołgać”.
    Dopiero wtedy usłyszał dobiegające z tyłu grupy ciche skomlenie. Przeklął w myślach kilka razy, zamknął oczy i unormował oddech, jednocześnie zwalniając. Niemalże od razu dało się wyczuć ja inne wilki odetchnęły z ulgą. Cordian uniósł pysk, szukając wzrokiem brązowego bety.
„Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.” zwrócił się do całej grupy.
„Mogę ci podpowiedzieć, że sprawa ma jakiś związek z tą jasnowłosą dziewczyną...” wtrącił się Yael, tym razem nawiązując prywatny kontakt między ich myślami.
„Co ty nie powiesz?” mruknął basior, unosząc brwi.
„Dużo ostatnio widziałem, złotko. A podobno to i tak nie wszystko.” biały wilk podszedł do niego i delikatnie pchnął go łapą.
„To nic. Po prostu… zareagowałem zbyt gwałtownie i tyle. Prawdę mówiąc, to pewnie nawet lepiej.”
„Lepiej?”
„Jak zajmie się Hendersonem, będę miał spokój z tą całą szopką.” znowu ruszył, tym razem wolnym truchtem. Gęste gałęzie sosen stopniowo ustępowały miejsca wiotkim i bezlistnym, przez które przedostawało się znacznie więcej światła słonecznego. Powoli wkraczali na liściastą część lasu, a to znaczyło, że niedługo dotrą na polanę. Było to jedno z ich ulubionych miejsc, głównie dzięki temu, iż było dobrze osłonięte i znacznie oddalone od jakichkolwiek zabudowań ludzkich.
„Jasne. Oboje wiemy, że dziewczyna tak łatwo nie odpuści.”
„A gdyby? W ten sposób zaoszczędzilibyśmy dużo...”
„Cordian. Pozwól, że ja zaoszczędzę ci trochę czasu i coś uświadomię.” Basior mógł już dostrzec granicę drzew.
„Hmm?” Rozpościerająca się za nimi otwarta przestrzeń była pokryta śniegiem, oślepiająco lśniącym w słońcu.
„Jesteś zazdrosny.”
    Cordian mógłby przysiąść, że przeskakując przez ostatnią barierę łysych krzaków wilczur miał na pysku szeroki uśmiech. W tej samej chwili wbił obie łapy w śnieg, hamując gwałtownie. Rozpędzona wataha w mgnieniu oka mięła go, podążając śladem białego bety. Został sam w cieniu jednego z nielicznych już drzew. Obserwował radosne wilki, tarzające i mocujące się w głębokim śniegu, jednocześnie walcząc z własną wewnętrzną dumą. Choć oświadczenie Yaela nie było dla niego zaskoczeniem, cały czas sądził, że ma kontrolę nad wszystkim co się dzieje. Że ma kontrolę… nad samym sobą.
    Obrócił pysk w kierunku płynącego w oddali strumienia. Przechylił delikatnie głowę, niemalże się uśmiechając. „Punkt dla ciebie złotowłosa. Zobaczymy kto zdobędzie następny”. Dał susa przez krzaki, dołączając do bawiących się w śniegu.

***


    Drobne igiełki lodu nieprzyjemnie kuły go w oczy, a lodowe kryształki raniły pysk. Jeszcze raz oparł obie łapy po obu stronach swojej głowy, bezskutecznie próbując podnieść się z zaspy. Siła z jaką jego łopatki były przyciskane do powierzchni śniegu uniemożliwiała jakikolwiek ruch.
„Poddajesz się?” usłyszał w głowie zwycięski głos Garreta.
„Nigdy.” spróbował odpowiedzieć mu warczeniem, ponieważ jednak jego głowa była w całości zasypana, wydał on z siebie odgłos przypominający niemrawe westchnięcie.
„Pfft. Widzę. Powiedz mi jak zacznie ci się kończyć powietrze. Nie mam ochoty cię reanimować.” Powiedział bez większych emocji basior. Chwilę później Cordian poczuł jak ciężar rozkłada się po całych jego plecach, co znaczyło że najprawdopodobniej zniknął właśnie pod ogromnym cielskiem wilczura. Wykonał jeszcze kilka bezowocnych prób poruszenia się choćby o kilkanaście centymetrów, aż w końcu zrezygnowany rozluźnił mięśnie.
„Dobra, poddaj się. Z tobą zapasów nikt nie wygra. Podnoś zadek.”
„Teoretycznie to w takiej sytuacji Garret powinien być przywódcą.” wtrąciła się Irvin, która najczęściej miała również dostęp do rozmów pomiędzy basiorami.
„Nie zamierzam mu rzucać wyzwania. Zresztą, po co mam być alfą jak równie dobrze, mogę sprawić żeby ten tu” ruchem głowy wskazał za wygrzebującego się ze śniegu Cordiana. „zrobił wszystko co zechcę.”
„Ta, jasne.” prychnął samiec o złotej sierści, który teraz znaczniej bardziej przypominał gatunek arktycznego strusia niż wilka.
„A pamiętasz jak ostatnim razem założyłeś się, że...”
„Nie pamiętaaam!”
    Nagle usłyszał, że coś zbliża się w jego stronę, tupiąc w śnieg mnóstwem małych łapek.
„Wujek Cordi!” dwie małe kulki uderzyły z impetem w jego bok, tym samym uwalniając go w końcu z lodowej pułapki. Basior otrzepały pysk, po czym spojrzał na dwa brązowo— czarne szczeniaki leżące na jego brzuchu i machające wesoło ogonami.
„Zima jest ekstra, wujku Cordi!”
„I śnieg! Śnieg jest taki fajny! Można w nim skakać, turlać się i nurkować!”
„No, jest, taki… ten… no… zajebisty!”
„Noah!” niemalże krzyknęła Irvin. „Tak się nie mówi! Skąd znasz takie słowa?!” wilczyca zrugała swojego brata, ściągając go z klatki piersiowej Cordiana.
„No bo… bo starszy braciszek Yael tak mówi.” szczeniak szybko stracił entuzjazm z jakim jeszcze przed chwilą szarżował na wilczura.
„Po pierwsze Yael nie jest, Bogu dzięki, żadnym waszym bratem, a po drugie najlepiej by było żebyście nie powtarzali tego co on mówi.” W momencie gdy samica prowadziła swoje kazanie, pozostała trójka, to jest Cordian, Garret i Sophie bawili się w najlepsze, odciskając swoje łapy na śniegu.
„Ale czemu nie mogę tak mówić? Co znaczy zajebiście?”
„Uhhhhh! To znaczy, że macie tego słowa nie używać i tyle! Jak was mama uczyła? No, jak Noah?”
Szczeniak niechętnie drapał śnieg, unikając kontaktu wzrokowego ze swoją siostrą.
„Że śnieg jest… niesamowity.”
„I?”
„...piękny”
„I?”
„...przecudny.”
„No, dobrze. I tak macie się wyrażać. Zrozumiano?” W odpowiedzi Noah wolno pokiwał głową.
„Wujku Garrecie...” odezwała się nieśmiało Sophie.
„Tak mała?”
„A co to znaczy zajebiście ruchać w śniegu?” w jednej chwili zapadła długa cisza, podczas której obydwa basiory, z oczami wielkimi jak spodki spoglądali raz na szczeniaka raz na siebie lub też na swoje łapy.
    Narastające napięcie przerwał pełen frustracji okrzyk Irvin.
„Arrrggh! Poczekajcie, już ja zabiję tego hu— …” urwała i spojrzała na szczeniaki. „… hultaja.” dokończyła, kładąc nacisk na dwie ostatnie sylaby. Następnie rozejrzała się za pewnym białym basiorem po czym odbiegła, zostawiając tarzające się w śniegu ze śmiechu wilczury.

***
    Cordian skończył obrabiać ostatnie zdjęcie z albumu i zamknął laptopa. Zrzucił z ramion futro, które był zawinięty i udał się w stronę kuchni, zabierając ze sobą pusty kubek. Ledwie zdążył nastawić nową porcję wody w czajniku, kiedy rozdzwoniła się jego komórka. Odebrał i podszedł do okna.
—  Niezły timing. Właśnie skończyłem. —  rzucił na powitanie, spoglądając w stronę lasu. Mimo ostrego słońca śniegu nie ubyło prawie wcale. Nadal cieszył on oczy swoją śnieżnobiałą, niemalże posypaną brokatem powierzchnią.
—  Wczoraj otworzyli w końcu wyciąg narciarski. Świetnie się składa, że skończyłeś. O której się jutro zbieramy?
—  Hola, hola, Yael. A nie zapytasz najpierw jakie są moje plany, albo czy w ogóle chcę jechać? —  zaśmiał się.
—  Yhym. Nie masz planów, chcesz jechać. A teraz dawaj godzinę. —  Cordian pokręcił głową, rozbawiony bezczelnością przyjaciela.
—  Nie wiem… otwierają o 9— tej prawda? To może koło 7— mej, u mnie pod domem? A co z Irvin i Garretem? Mam do nich dzwonić? —  kątem oka zauważył jak wśród drzew pojawił się pomarańczowy punkt.
—  Nie musisz. Też jadą. —  szybko zapewnił go Yael.
—  Ale pytałeś ich, czy znowu zakładasz? —  ognistoruda kulka zbliżyła się na tyle, iż mężczyzna mógł bez problemu obserwować jej ruchy. Nieduży lis co jakiś czas przykładał pysk do śniegu, szukając biegających pod jego powierzchnią gryzoni.
—  Ja to wiem. To jak, umówieni? —  nagle zwierzątko poderwało się do góry, wznosząc się ponad metr nad ziemię, wygięło w łuk swój grzbiet i z gracją zawodowego nurka wbiło się w biały puch.
—  Umówieni. Albo, poczekaj, mogę zabrać kogoś jeszcze?
—  Czyżby tę uroczą blondynkę? Zresztą, umie jeździć? —  udał zaskoczenie.
—  Ta „urocza blondynka” ma imię. I nie wiem, zaraz się przekonamy. Zadzwonię do niej. Szykuj sprzęt. —  powiedział, odchodząc od okna i zalewając wrzątkiem fusy od herbaty.
—  O to się nie martw, wszystko będzie elegancko nasmarowane. To do zobaczenia.
—  Trzymaj się. —  Cordian rozłączył się i oparł plecami o lodówkę. Od razu przeszedł do listy kontaktów i odnalazł na niej numer oznaczony imieniem dziewczyny.
    Przyłożył słuchawkę do ucha. Na odpowiedź nie musiał długo czekać.
—  Dzień Dobry Lou.
—  O? Dzień Dobry.
—  Co słychać? —  z trudem powstrzymał się od dorzucenia uszczypliwej uwagi w stylu „a co tam u Willa?”.
—  Wszystko w porządku. Pracuję nad projektem. W końcu po coś tu jestem, jeśli zapomniałeś.
—  Spokojnie, pamiętam. Ale nie możemy dać ci się zapracować, prawda? —  powiedział i mógłby przysiąść, że dziewczyna zmarszczyła brwi.
—  Co tym razem wymyśliłeś?
—  Aaaa… nic takiego. Po prostu… pomyślałem, że aż żal marnować taki śnieg, który aż prosi żeby pojeździć na nartach.
—  Na nartach? —  Louisa wydała się być naprawdę zdziwioną.
—  Niedaleko Alpine znajduje się kilka wyciągów. Ośrodek na tyle mały żeby nie ściągał tłumów turystów i na tyle duży żeby dało się w nim trochę poszaleć. Duży wybór tras. Od niebieskich po czarne. Co o tym myślisz?
—  Czekaj, czy ty właśnie pytasz się czy chciałabym z tobą pojechać?
—  I z moimi znajomymi. Umiesz jeździć? Narty, snowboard? —  razem z kubkiem herbaty wrócił do dużego pokoju.
—  Yyyy… w czasie studiów byłam ze dwa razy z przyjaciółmi. Ale nie nauczyłam się zbyt wiele jeśli o to pytasz.
—  A na czym próbowałaś?
—  Na snowboardzie.
—  O, dobrze się składa. Ja też wolę deskę. Pouczę cię. Będziesz miała prywatną lekcję z instruktorem Cordianem, co ty na to?
—  Daj mi chwilę, zaskoczyłeś mnie tą propozycją. Brzmi ekstra, ale słuchaj, ja tu nic nie mam. Żadnych specjalnych ubrań, sprzętu, nic. —  Cordian wszedł po schodach na górę i otworzył drzwi od pokoju w którym składował najróżniejsze rzeczy. Powoli przechodził pomiędzy kartonami i pudłami różnych rozmiarów, spoglądając na naklejone na każdy z nich kartkę.
—  To nie powinien być problem. Rzeczy możesz pożyczyć od Irvin, jesteście podobne wielkości, z pewnością ma coś duże w co się zmieścisz. Sprzęt natomiast wypożyczymy już na miejscu. —  Aha! —  ucieszył się odnajdując paczkę opisaną jako „snowboard”. Dodatkowo koło niej na wieszaku wisiał zapakowany w pokrowiec ochronny kombinezon, a koło niego, oparta o ścianę – deska.
—  Ale…
—  No już, bez żadnego ale. Nie będziesz mi się tam przepracowywać. Jutro o 6.30 widzę cię u mnie pod domem. Szybko cię przebierzemy i będziemy jechać. —  z trudem, mając jedynie jedną rękę do dyspozycji, wyciągnął karton na korytarz.
—  ...lubisz takie spontaniczne akcje, co? Masz szczęście, że nie mam w zwyczaju przepuszczać podobnych okazji. Widzimy się jutro rano.
—  Jasne, do zobaczenia. Jakbyś miała jakieś pytania, dzwoń śmiało. —  rozłączył się, schował komórkę od kieszeni i zabrał się do rozpakowywania pudła z rzeczami.
    A piętro niżej stygł sobie pewien kubek aromatycznej herbaty…

***

—  No proszę, pasuje niemal idealnie. —  oceniała Irvin, wcielając się w rolę krytyka mody narciarskiej. —  A co ty o tym sądzisz Cordian? —  mężczyzna spojrzał na nie znad telefonu, wyraźnie zdziwiony, że jego głos jest również wymagany.
—  Nooo… pasuje. —  powiedział, spoglądając na Louisę. Dziewczyna miała na sobie dobrze dopasowane jasnoniebieski spodnie i kurtkę w podobnym kolorze z motywem morskich fal. Irvin na jego komentarz zareagowała krótkim prychnięciem, znaczącym iż taki amator jak on nigdy nie dorośnie do takiego poziomu wyczucia stylu stokowego jak taki mistrz jak ona. —  Ocenę znacznie podnoszą te skarpetki w rożki lodowe. —  dodał, wracając do przerwanej wiadomości.
—  No nie?! Prawda, że są ekstra? —  zawołała entuzjastycznie dziewczyna. —  Ale lody to jeszcze nic. Zobacz na to! Awokado! —  odwróciła się w jego stronę i z gracją, której mógłby pozazdrościć jej nawet mistrz japońskiej sztuki walki, uniosła nogę i oparła stopę o ekran. Mężczyzna uniósł głowę, rzucając jej pytające spojrzenie, lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wielka dłoń złapała dziewczynę za kaptur.
—  No dobra, chodź no już, ty awokado jedne. —  mruknął Garret, odciągając Irvin w stronę drzwi. —  Ruszamy się, bo nam trasy porozjeżdżają.
—  Racja, racja. Idziemy. —  Cordian schował urządzenie do kieszeni, po czym chwycił wiszącą na oparciu kanapy kurtkę. Był to jego ulubiony zestaw: przód kombinezonu pokryty był czarno— białym, konturowym motywem graffiti, który stopniowo nabierał więcej kolorów, tak że jego plecy pokryte był niemalże tęczą. Wszystko oczywiście o rozmiar za duże, dla większego komfortu ruchów.
—  Yael pewnie już na nas czeka.
    W istocie, po wyjściu z domu okazało się, że jasnowłosy chłopak oczekuje ich koło samochodu. W dość unikalnej zresztą pozie, pół stojąc, pół leżąc na masce, drzemał w najlepsze. Cordian i Irvin wymienili porozumiewawcze spojrzenia i gestem nakazując pozostałej dwójce ciszę, zbliżyli się do pojazdu. Stanęli po obu stronach śpiącego, i na sygnał wydany przez dziewczynę zaczęli rytmicznie uderzać dłońmi w metalową obudowę. Louisa parsknęła śmiechem jak tylko rozpoznała wygrywaną przez nich melodię.
    Yael natomiast zdawał się nie robić sobie nic z ich występu i wciąż nieruchomo leżał na masce. Dopiero po kilku sekundach poderwał się do góry.
—  Rising up, back on the street…! —  dołączył się do ich występu, swoim zaspanym głosem omijając niemal wszystkie dźwięki.
—  Skończ z tym wyciem i ładuj się do auta, śpiochu. —  zaśmiał się Cordian, poklepując go po ramieniu, a następnie otwierając tyle drzwi.
—  Cooo? Ale ja chcę z przodu…! —  jęknął mężczyzna, niechętnie spoglądając na długie siedzisko.
—  Nie ma z przodu. Z przodu siedzi Lou, wy ciśniecie się na kanapie.
—  Coś ty, żaden problem, mogę siedzieć z tyłu. —  zapewniła ich szybko dziewczyna.
—  To faktycznie lepszy pomysł. —  włączyła się Irvin. —  Ty prowadzisz, więc ja z Lou i Yael’em zajmiemy tylne miejsca, a Garret jako największy z nas będzie jechał koło ciebie. Tak chyba będzie najlepiej.
—  Racja. Jakieś obiekcje? —  zignorował unoszącego dłoń blondyna. —  Okej, to wsiadajcie.
    Sprzęty wcześniej zapakowali do zapakowali do specjalnego kufra transportowego, dlatego mogli od razu wybrać się w drogę. Jak to się zwykle dzieje z piątką pasażerów i jednym radiem w samochodzie, niemalże od razu rozgorzała żywa dyskusja, w której celem każdego było udowodnienie czemu zaproponowana przez niego stacja jest lepsza od innych. Cordian postanowił zakończyć ten spór, jednogłośnie wybierając i ustawiając własny kanał. W odpowiedzi otrzymał kilka oburzonych i niezadowolonych jęków. Nie minęło jednak nawet kilka minut, a wszyscy już zgodnie wspierali swoimi głosami wokalistów z radia.
    Słońce powoli wznosiło się coraz wyżej, zlewając okolicę swoim złotym światłem. Pogoda zapowiadała się nadwyraz przecudnie, na błękitnym niebie nie zawieruszyła się ani jednak chmurka. Jadąc, wyglądali zza okna, obserwując przepływający przed ich oczami zielony krajobraz.  Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a nizinne tereny wypiętrzać. Coraz częściej mijali ogromne głazy i podwyższenia, aż w końcu podążali wzdłuż ciągnącej się po stromych stokach serpentyny, prowadzącej niemal na same szczyty gór.
    Kiedy dojechali do parkingu, ze niekrytym rozczarowaniem zauważyli, że nie tylko oni postanowili wybrać się na narty. Cordian zaparkował, po czym wszyscy wysiedli i zabrali się za ostatnie już przygotowania. Louisa z małym zaskoczeniem zauważyła, że przyjaciele tworzą grupę mieszaną, w której Fotograf i blondyn są snowboardzistami, a Garret i Irvin – narciarzami.
—  Dobra, ja pójdę z Louisą do wypożyczalni, a wy naszykujcie wszystkie rzeczy. —  zaproponował długowłosy i razem z dziewczyną udali się w stronę niewielkiego budynku stojącego u wyjścia z parkingu.
    Wewnątrz pachniało smarem i innymi chemikaliami. Za stojącymi przy kasach ekspedientami znajdowały się ogromne, wielopiętrowe szafy pełne butów, kasków, kijków, nart i desek. Część ludzi stała przy ladzie, dokonując ostatnich poprawek i formalności, podczas gdy inni, siedząc na ustawionych w rzędzie pod oknem siedziskach, przymierzali obuwie.
—  Dzień Dobry, co dla państwa? —  zapytała za uśmiechem ciemnowłosa dziewczyna.
—  Buty i deskę dla tej oto pani. —  powiedział Cordian, wskazując na swoją towarzyszkę.
—  Rozumiem. Początkujący, czy zaawansowany?
—  Początkujący.
—  Oczywiście. Zapraszam panią do mojego kolegi, o tam w rogu, pomoże dobrać odpowiedni rozmiar. Potem należy wrócić do kasy, aby dokończyć wypożyczanie. —  kobieta wskazała ręką gdzie powinna się udać.
—  Spokojnie, ja się wszystkim zajmę. —  zapewnił mężczyzna, wyjmując z kieszeni portfel i dowód.

***

    Po opuszczeniu wypożyczalni, okazało się, że ich przyjaciele są już gotowi.
—  Hej, nie musiałeś za mnie płacić. —  szepnęła dziewczyna, kiedy zbliżali się do samochodu.
—  Potraktuj to jako element zaproszenia.
—  Ale…
—  Bez dyskusji. —  uniósł dłonie. —  Karnet kupisz już sama. Może być?
—  Ciekawe czy podają tu gorącą czekoladę…
    Kiedy tylko Cordian zmienił buty, cała piątka udała się w kierunku kas. Na szczęście kolejka była krótka dlatego zaledwie kilka minut po 9— tej stali już pod równo wygładzonym stoku.
—  Mmmm… uwielbiam ten świeży sztruks. —  rozmarzały się Garret, wpinając narty. Louisa dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się wyposażeniu reszty ekipy. Bez watpienia nie zaliczało się ono do kategorii „początkujący”. Największy mężczyzna był właścicielem pokaźnych rozmiarów i prostej budowy nart firmy Head, Irvin korzystała z drobnych i eleganckich czerwonych Atomic’ów, a Yael przerzucał z jednego ramienia na drugie czarno— białą deskę burtona. Jednak najbardziej wyjątkowy zdawał się być snowboard Cordiana. Czarno— błękitny z białymi akcentami na spodzie, przedstawiającymi parę rąk trzymających rękojeść miecza. Na wierzchniej stronie, pomiędzy wiązaniami prezentowała się natomiast nieduża głowa wilka. Dodatkowo na końcach deski prezentował się napis „Salomon Assasin”. (zdjęcie pod opowiadaniem)
    Po oględzinach dziewczyna spojrzała w stronę, w która skierowane były spojrzenia pozostałej czwórki i jęknęła z nieukrywanym rozczarowaniem w głosie.
—  Orczyk? To tyle? —  Garret odpowiedział jej krótkim śmiechem.
—  Nie martw się, to dopiero początek. Trzeba się przedostać na drugą stronę góry. Dopiero tam znajduje się główny ośrodek. Ale zatrzymaliśmy się z tej strony, ponieważ opcja objeżdżania dookoła samochodem zajęła by zbyt dużo czasu. —  wyjaśnił, wpinając narty. Nie zauważył jak dziewczyna zacisnęła usta w prostą kreskę.
—  Yyyy… a nie da się wejść na piechotę? —  zapytała nieśmiało.
—  To nie ma sensu. Zmęczysz się. Dasz radę, to nie jest takie trudne. —  spróbował przekonać ją Cordian.
—  Z tego co pamiętam to chyba jednak jest.
—  E tam. To jak… jazda na koniu, nie? ...No dobra, może i nie. Ale nie chcesz teraz powiedzieć, że się poddajesz? —  najwyraźniej słowo „poddajesz” zadziałało na blondynkę jak czerwona płachta na byka.
—  Poddaję? Coś ty. —  prychnęła i ruszyła do przodu, na tyle szybko na ile pozwalał jej ten podłużny obiekt przyczepiony do lewej nogi. Zatrzymała się dopiero pod samymi bramkami, uważnie przyglądając się wsiadającym ludziom. Orczyki różniły się od tych których dotychczas próbowała. Zamiast okrągłego talerzyka przypominały raczej duże kotwice, które były w stanie jednocześnie ciągnąć dwójkę ludzi. Zaabsorbowaną tą czynnością, nie zwróciła uwagę na rozmowy prowadzone w tyle przez jej znajomych.
—  Ale pognała. —  zaśmiał się Yael.
—  Będzie dobrze, ja w nią wierzę. —  zapewnił przyjaciół Cordian.
—  A ty co tu jeszcze stoisz? —  skarciła go Irvin.
—  Hę?
—  Pomyśl trochę! Pomóż jej. Jedź z nią, już! —  mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście i wyprzedził ich, ślizgającym ruchem doganiając dziewczynę.
—  Hej, Lou, poczekaj! Pojedziemy razem! —  złapał ją niemal w ostatniej chwili.
—  O, jasne. —  odpowiedziała i chociaż siliła się na obojętny ton głosu, mężczyzna bez niemalże natychmiast wyczuł w nim ulgę. Poczekali jednak, aż dotrze do nich pozostała trójka.
—  Pójdę pierwszy. —  zarządził Yael.
—  My za tobą. —  dodał Cordian. Po czym zwrócił się do stojących za nim narciarzy. —  Jakby co, będziecie nas łapać.
—  Chciałbyś. —  prychnęła Irvin.
    Zgodnie z umową aktor ustawił się jako pierwszy. Bez problemu usadowił się na orczyku, w pełni korzystając z przywileju pojedynczej jazdy. Następnie nadeszła kolej na Louisę i Cordiana.
—  O rany. —  wymsknęło się dziewczynie.
—  Spokojnie, będzie dobrze. —  uspokajał ją fotograf, przysuwając się bliżej. —  Tylko pamiętaj, najważniejsze: trzymaj deskę prosto. Prościusieńko. I dalej już sama będzie jechała.
—  Aaaa… zbliża się!
—  Bez nerwów, złapię go…!
—  Ooooo…
—  Szeroko nogi!
—  Aj, ...oops!
—  Prosto! Prosto deska!
—  Yh, yhhh, aaaaa…
—  Ufff… jedziemy. —  mężczyzna odetchnął z ulgą. —  Widzisz, nie było tak źle.
—  J— jasne. —  niepewnie powiedziała dziewczyna, jednocześnie miażdżąc ramię Cordiana w stalowym uścisku.
—  Trzymaj deskę prosto. I rozluźnij się. Nie musisz się tak spinać. —  mówił, starając się, aby jego głos zabrzmiał jak najbardziej uspokajająco.
—  Łatwo ci powiedzieć… —  mruknęła, nadal z uporem wlepiając wzrok w koniec deski. Dopiero po jakimś czasie wyrównała oddech i zdecydowała się spojrzeć na długowłosego. Ten natomiast nieświadomie odchylił delikatnie głowę, zupełnie jakby był speszony ich bliskim kontaktem. Na szczęście lub nie szczęście, jeździli na przeciwne nogi, dlatego zwróceni byli do siebie przodem, a pomimo grubej warstwy ubrań, sposób w jaki byli ze sobą szczepieni zdawał się niemal intymny. Cordian przymknął oczy, starając się uspokoić szamoczącego się w nim wilka.
    Oczywiście nie byli oni jedynymi, którzy zdawali sobie sprawę z jakiej sytuacji się znajdują.   Następna para, czyli Irvin i Garret, będąc narciarzami bez problemu wjeżdżali na górę, oboje zwróceni do przodu, a co za tym idzie obserwującymi odgrywającą się przed nimi scenę. Nie minęła nawet minuta gdy zgodnie postanowili umilić swoim przyjaciołom czas i uraczyć jakąś klimatyczną piosenką.
—  „Miłość rośnie wokół nas...”
—  Nie no, ludzie! Błagam was! —  zawołał Cordian, jeszcze bardziej zażenowany.
—  „W spokojną, jas— … w spokojny jasny, dzieeeeeń!”
—  Irvin, Garret! —  mężczyzna bezskutecznie próbował odwrócić głowę w ich stronę.
—  „Nareszcie świat, zaczyna w zgodzie żyć...”
—  Poczekaj no, muszę czymś w nich rzucić. —  mruknął, próbując schylić się, aby zebrać trochę śniegu po drodze.
—  Cordian?! Co robisz? Nie schylaj się! —  Louisa jeszcze mocniej objęła dłońmi uchwyt od orczyka.
—  „Magiczną czując mooooc!”
—  Uh, waah! —  na chwilę stracił równowagę, próbując się podnieść.
—  Nie ruszaj się, proszę!
—  Prosto!
—  Aaaaaa…
—  Lou, nie zajeżdżaj!
—  Uaaaaa…!
—  Deska prosto! Prosto!
—  Oooops…
—  Aaaa…!
—  Oww! —  ten ostatni odgłos był jękiem Cordiana, który już po raz drugi w tym tygodniu zaliczył spotkanie twarzą ze śniegiem, tym razem w ludzkiej formie. Kiedy już otrząsnął się z pierwszego szoku, z ulgą zauważył, że mimo wszystko zadziałał jako poduszka amortyzująca dla Lou. Tymczasem ich upadkowi towarzyszył oddalający się już śmiech dwójki narciarzy. Napędzany nagłym uderzeniem adrenaliny, mężczyzna naprędce zbił wielką śnieżną kulę i z całej siły rzucił ją w ich stronę. Kiedy tylko pocisk z impetem rozbił się na tyłku Garreta, rozbawione towarzystwo musiało przerwać swoje żarty i na poważnie zająć się utrzymaniem własnej równowagi.
    Cordian wydał z siebie zwycięski okrzyk i z pozycji siedzącej w której się znajdowali, padł plecami na śnieg. Okazało się jednak, że przy upadku ich deski splotły się ze sobą, przez co dziewczyna poleciała zaraz za nim.


 (Taki wymarzony snowboard. Ale niestety rozmiarówka była beznadziejna)





   

wtorek, 18 lutego 2020

Od Lou

Do domu Cordian odwiózł Lou tuż przed świtem. Przed odjazdem pożegnała się ze wszystkimi. Nie obeszło się też bez uścisku Irvin. Naprawdę ją polubiła.
Zanim dojechali pod jej dom, niemalże zasnęła w aucie.
— Hej, śpisz? — z krainy snów wyrwał ją głos mężczyzny. Zerwała się nieco zbyt gwałtownie, przez co chłopak parsknął śmiechem.
— Co ty! — zamrugała kilka razy, przecierając zmęczone oczy.
— Wcale! Patrz, już dojeżdżamy. — rzeczywiście, kilkaset metrów od nich zabłysnął odblask kierujący na podjazd jej uroczego domku.
Zerknęła na niego, chociaż w ciemności widziała tylko jego zarys. Nie spodziewała się tego, że on też oderwie wzrok od drogi i spojrzy na nią.
— Lou... Ty chyba nie myślisz, że.. to ja zrobiłem coś złego twoim rodzicom?
Przymrużyła oczy wypuszczając z płuc powietrze. Zwlekała chwilę z odpowiedzią, jakby zastanawiała się, czy aby na pewno będzie ona poprawna. Niby gdzieś z tyłu głowy coś krzyczało do niej, że Cordian miał wtedy jakieś osiem lat, ale to niekoniecznie musiał być on. Przecież wtedy miał jeszcze rodzinę, prawda?
— Nie, Cordianie. — dojechali. — Ale nie sądzisz, że ukrywając przede mną prawdę, stajesz się współwinny? — otworzyła drzwi. — Dzięki. Za wszystko. — opuściła wnętrze pojazdu, w lekkim pośpiechu kierując się w stronę ganka.
— Lou!
— Cholera.. — blondwłosa przeklnęła w myślach. Mimo wszystko, odwróciła się jeszcze na chwilę. Cordian wyszedł z auta i oparł się o karoserię.
— Dowiesz się. W swoim czasie. Obiecuję. — mogłaby przysiąc, że ja jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju troski.
— Więc będę czekać. — przytaknęła, a jej ton głosu zabrzmiał dość poważnie tylko po to, żeby zaraz przybrać bardziej beznadziejno-prześmiewczy ton. — Tylko musisz zdążyć w dziesięć miesięcy, bo już nie zamierzam tutaj wracać. — Nie było jej do śmiechu. Skrzywiła się mówiąc do niego, lub gdzieś w przestrzeń. Nie była pewna, czy przytaknął. Po prostu weszła do domu.
Oczywiście, że nie zasnęła. Usiadła na podłodze z kartkami przed sobą. Potem, gdy kilka zgniecionych papierów wylądowało w losowych miejscach na deskach, dotarło do niej, że przecież nie tyle co nie lubi rysować, co zwyczajnie nie potrafi tego robić w sposób ją zadowalający. Na szczęście radziła sobie z photoshopem, więc efekt końcowy jaki uzyskała po nałożeniu na siebie kilku elementów wyglądał nawet nieźle. Swoje dzieło wydrukowała w formacie A6 i przytwierdziła na środku osobliwej mapy myśli. Obraz, bądź też zdjęcie przedstawiało oczy przypominające kształtem te należące do fotografa, o złotych tęczówkach połyskujących w świetle ognistych kul. Była już prawie pewna.

Pewna, że zwariowała. Wiedziała tylko, że nie ma pojęcia co robić. Nie chciała dowiedzieć się w swoim czasie. Chciała wiedzieć już, teraz, zaraz. Jak najszybciej. Z drugiej strony, bała się poznać prawdę. Co jeśli okaże się dla niej tak nie do zniesienia, że opuści Alpine znacznie szybciej? Poza tym czuła, że nie miała już sił. Potrzebowała jakiegoś elementu, bodźca do działania. Dlatego, zaplanowała, że nazajutrz wybierze się ponownie do biblioteki w miasteczku. Być może przeoczyła coś, co mogło ją naprowadzić?

Tym razem, dźwięk połączenia nie zbudził jej ze snu. Mało tego, obudziła się w sypialni, a nie na owczym futrze w salonie. Była już na nogach od dobrej godziny. Dzięki temu, zdążyła zrobić delikatny makijaż, a nawet ubrać coś innego niż pierwsze, lepsze ubrania, które wypadną z przepełnionej szafy. Wybór padł na dżinsowe spodnie z wysokim stanem, które miały nieco zbyt długie nogawki, więc musiała je podwinąć, do tego czarny, zwykły pasek i biała koszula z podwiniętymi do łokci rękawami. Dzięki temu, widoczny był tatuaż na jej przedramieniu, który zazwyczaj zakrywała. Przedstawiał różę wiatrów i był z nią już przez sześć lat. W takich ubraniach czuła się najlepiej, a biel i czerń to kolory, które nosiła zdecydowanie najchętniej.
Chciała spiąć niewygodne włosy, ale nie za bardzo jej to dziś wychodziło, więc przeczesała je tylko palcami do tyłu, żeby po dosłownie sekundzie znowu spłynęły do przodu. Były zdecydowanie za długie.
— Hej hej! — odebrała dość szybko, co nie uszło uwadze jej przyjaciół.
— Patrzcie Państwo! Myślałam, że będziemy czekać na ciebie trochę dłużej! — Vanessa nie byłaby sobą, gdyby tyle nie gadała.
— Kto by pomyślał, że ostatni będzie Caleb. — przytaknęła jej brunetka. — Poczekamy na niego i zaczniemy.
— Ładnie wyglądasz Lou. Nie, że coś. Wszystkie jesteście zawsze bardzo ładne. Ta, ty też Daniel. — głos zabrał Leon.
— Dzięki. — rzucił blondyn.
— Tylko dzisiaj jakoś tak inaczej. Chyba wszyscy jesteśmy w szoku, że już nie śpisz.
— Dzięki Leo. — posłała uśmiech do telefonu i chwyciła do ręki kubek z herbatą.
— Ta, Lou to nasz największy śpioch. — przytaknęła rudowłosa.
— Nie odzywaj się, Vani. Ty jesteś druga na podium.
Ich dokazywanie przerwało wyświetlenie się szóstego okienka na ekranie.
— Hej wszystkim! Uznałem, że Lou i tak nie będzie można dobudzić, więc skoczyłem po jakieś jedzenie do kuchni. O, Lou! — nie krył zdziwienia.
— Taaak, to ja. — na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.
— Okej, to w takim razie możemy zacząć. Każdy ma opłatek? — wszyscy przytaknęli.
— Właściwie to... — jasnowłosa wiedziała, że zaraz dostanie największą w swoim życiu naganę do Vanessy.
— NIE GADAJ, ŻE NIE MASZ. NO WAY.
— Oho.. Zaczyna się.. — pomyślała, bo raczej nie odważyłaby się powiedzieć tego na głos. — No bo wiecie... Nie pojechałam do domu..
— Lou, nie miałaś wigilii? Trzeba było mówić! Nie pozwolilibyśmy, żebyś została w tej dziurze! Co robiłaś? — zaczęli się przekrzykiwać.
— Biedactwo... Pewnie siedziała z książką w ręku.
— A ten twój sąsiad?
— Który?
— Obojętnie.
— Nie nie... Słuchajcie... Cordian mnie zaprosił. Miałam.. wigilię. Tylko zapomniałam o opłatku. Nie szkodzi. Miałam gdzieś jakieś andruty. To mniej więcej to samo. — zaczęła się rozglądać, po czym zorientowała się, że nie znajdzie ich raczej na kanapie w salonie, więc skierowała krok do kuchni i z najwyższej półki wyciągnęła paczkę czegoś co wyglądało prawie jak opłatek.
— Więc tak gramy.. Dobra. — Jude sięgnęła po paczkę ciastek. — podzielę się z wami ciastkami.
— Właściwie, to mi stygną właśnie naleśniki. — odezwał się Daniel pokazując talerz pięknie wysmażonego śniadania.
— Mam czekoladę!
— Najlepsze spaghetti carbonara mojej mamy.
— A ja pringelsy.
— Dobra, to ja zaczynam. — Jude rozsiadła się w fotelu, odłożyła laptopa na ławę i chwyciła paczkę ciastek. — Najpierw chłopcy. Leonie, tobie życzę żebyś w końcu zagadał do tej dziewczyny. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi. — przytaknęli. — Żeby egzamin na prawo jazdy na motor był tylko formalnością, i postaraj się rzadziej bronić honoru dam z Brazylii przez bicie się w barze.  — ułamała kawałek ciastka po czym wpakowała go do ust. Nikt się nie odezwał, co jedynie zaśmiał, ale każdy potwierdzał jej życzenia. — Caleb, jesteś najrozsądniejszy z nas wszystkich. Trzymaj gardę, znajdź ten rzadki gatunek małpy, którego szukasz i już nigdy nie pomyl zlewu z prysznicem. — Kolejny gryz. Przez ostatnie zdanie wszyscy parsknęli śmiechem. — Daniel... Ty po prostu się ustatkuj, ale nie zmieniaj ani trochę, bo uwielbiamy twoje poczucie humoru. No i nie całuj się więcej po pijaku z Lou, ani z żadną z nas bo to dziwne.
Właśnie w tamtym momencie wszyscy ponownie przytaknęli z uśmiechami na twarzach, ale Lou patrzyła tylko na Daniela i była pewna, że on robi dokładnie to samo. Jasne, to było dawno, ale gdyby tylko wiedzieli całą prawdę... A co jeśli już wiedzą? Niemożliwe. Żadne z nich by się do tego nie przyznało. Jaką prawdę? Taką, że ta dwójka znała się ze sobą znacznie dłużej od reszty ich paczki. Ba, byli parą przez okrągłe cztery miesiące. Pewnie byliby nią do dzisiaj, gdyby nie fakt, iż mają zbyt podobne temperamenty i zwyczajnie nie mogli ze sobą żyć bez sprzeczek i kłótni. Poza tym, Daniel to naprawdę dobry chłopak, który Lou nigdy nie zdradził, ale dziewczyna czuła, że ten pozostając w związku z jedną dziewczyną zwyczajnie się męczy. Na dobrą sprawę, prędzej czy później by się pozabijali, więc pozostali w czystej przyjacielskiej relacji. No, prawie czystej.
— To teraz Vanessa. Kochanie, tobie życzę, żeby nigdy nie zabrakło ci pieniędzy na te twoje setki ubrań i dodatków na każdy dzień roku. Poza tym, nigdy się nie zmieniaj bo jesteś naszą najjaśniejszą gwiazdką. No i wisienka na torcie na sam koniec. Lou.. Pod tymi życzeniami myślę, że też podpiszemy się wszyscy. Chcemy dla ciebie jak najlepiej, słonko. Jak najszybciej dowiedz się o co chodzi z tym całym Alpine, a potem nogi za pas. My zwyczajnie.. Boimy się o ciebie. Twoi rodzice tam zginęli.
— Jeśli coś ci się stanie, przysięgam, że osobiście zabiorę AK-47, wsiądę w helikopter i wystrzelam wszystkich mieszkańców tego popapranego miasteczka jak kaczki, a potem wszystko zdetonuję. — Leon oczywiście jej zawtórował.
— ... Jasne. A ja uważam, że nie powinna uciekać. A co z tym zabójczo przystojnym fotografem?
— Chyba zabójczo dziwnym. — poprawił Venessę blondyn.
— Zwał jak zwał. — wzruszyła ramionami, a Caleb tylko przewrócił oczyma i chyba postanowił przemilczeć temat.
— Czekajcie.. Przecież była u niego wczoraj. Nie znamy najnowszych faktów. To jak?
Carter mogła powiedzieć, że jej przyjaciele, chociaż różni, mieli tylko jedną wadę. Byli zbyt ciekawscy. Nie wiedziała też jakim sposobem i w którym dokładnie momencie przeszli z dzielenia się 'opłatkiem' na temat jej znajomości z fotografem, ale nie dziwiło jej to zbytnio. Przywykła, że w ich grupie temat za tematem płynął jak rzeka. Tak było praktycznie od zawsze.
— A, no i co z Willem? On też jest super, tylko nie wieje od niego taką... yyy... grozą. hehe. Nie, to chyba nie najlepsze słowo. Tajemniczość. Już lepiej.
— Dobra, od początku, zaprosił cię i co?
— No i.. Poszłam? — blondynka skrzywiła się w akcie zażenowania.
— Jejku! Wiesz, że nie o to chodzi! Co robiliście?
— Noo.. Byli tam też jego przyjaciele. Zwyczajna wigilia, chociaż od progu przywitał mnie chłopak w samych bokserkach. Nevermind. No a po tym wszystkim poszliśmy na dwór i... — zwątpiła. Wyparła ten fakt z pamięci i dopiero teraz do niej dotarł. To w ogóle zdarzyło się naprawdę? Cholera, Lou. To zdarzyło się naprawdę. A nie powinno. Nigdy. Zwłaszcza, że nie było niczego, co usprawiedliwiło by ich czyn.
Dziewczyna wykonała coś w rodzaju facepalma. Zaschło jej w gardle, musiała napić się herbaty. Nastała chwila ciszy, którą przerwał rozentuzjazmowany jak zwykle głos Vanessy.
— Przespaliście się. — rudowłosa dziewczyna wzruszyła ramionami, a Carter wypluła na podłogę spory łyk herbaty tylko dlatego, żeby się nim nie zakrztusić.
— CO?! NIE. — dziewczyna odłożyła kubek. Jakoś tak nagle odechciało jej się pić. Pozostali parsknęli. Znali się zbyt dobrze, żeby być zaskoczonymi taką reakcją dziewczyn.
— Eh, sorrki. Liczyłam na jakiś zwrot akcji...
— Pocałował mnie. — przerwała i wróciła do picia herbaty tylko dlatego, żeby chociaż przes sekundę nie czuć na sobie wzroku swojej piątki przyjaciół.
W tle dało się słyszeć dźwięk stłuczonego szkła. Nastała cisza, niektórzy na miejscu ust mieli w tym momencie wielkie dziury. Tyle, że te należące do dwójki chłopaków były zakrzywione w górę, jakby nie wiedzieli, czy lepiej będzie zamknąć usta, czy jeszcze bardziej wyszczerzyć je w uśmiechu. Caleb uniósł brwi na pół czoła. Tylko Jude była wyraźnie niezadowolona z tego faktu. To do niej należała szklanka zbita na podłodze.
— COOO.
— No i to są konkrety! — wykrzyknął w końcu Leon.
— To świetnie! W końcu coś ruszyło do przodu. — Vanessa podskoczyła ze szczęścia. — Jak było?
— Chwila... I co teraz zrobisz?
— Co ON z tym zrobi. — poprawił ją Caleb.
— I dlaczego w ogóle to zrobił.
— Co ONI z tym zrobią, no halo.
— Wiedziałam, że tak będzie.
— Uspokójcie się, błagam. — blondwłosa westchnęła ciężko. — Nic. Zapomnę. W końcu to nic nie znaczy. Tak będzie najlepiej. Możemy wrócić do opłatka?
— NIE.
— Coś ty! Lou!
— Teraz to już się nie skupię, nie ma szans.
— Piliście coś? Ćpaliście! — rudowłosa przybliżyła swój tablet do twarzy tak, że było widać tylko jej oko. — Jeśli ma narkotyki, to lepiej rzeczywiście uciekaj.
— Albo nam trochę skołuj.
— Daniel!
— Co? — prychnął. — Żartuję.
— Nic już wam więcej nie powiem. Albo wracamy do życzeń, albo się rozłączam.
Groźba widocznie podziałała, bo już chwilę później głos zabrał Caleb, a następnie reszta ekipy.

Ledwo zdążyła wyłączyć laptopa, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Zajrzała przez okno, a jej oczom ukazała się znajoma postać. Momentalnie na jej twarzy zagościł uśmiech, gdy skierowała się w stronę drzwi. Przed ich otworzeniem, omiotła wzrokiem salon i zdała sobie sprawę, że nie zrobiła jednej rzeczy. Podbiegła do ściany i zasłoniła te wszystkie kartki i nitki zasłoną.
— Hej, Lou. — William trzymał w rękach wiklinowy koszyk.
— Hej, wejdziesz? — otworzyła drzwi nieco szerzej zapraszając go do środka.
— Jasne. — wzruszył ramionami. — Mam coś dla ciebie. — postawił koszyk na stole i wyciągnął z niego kilka pięknie pachnących rzeczy. — Pomyślałem, że jeśli wczoraj miałaś już plany, to dziś może będziesz miała chwilkę wolnego czasu, żeby zjeść ze mną te wszystkie dobre rzeczy, co? Wszystko jest z mojego rodzinnego domu, więc zapewniam cię, że jest wyśmienite. — posłał jej uśmiech czekając na odpowiedź.
— Pewnie, że tak. To bardzo miłe z twojej strony. — odwzajemniła uśmiech i wyciągnęła z szafki potrzebne naczynia.
— A potem może jakiś spacer?
— Właściwie, to.. Zamierzałam iść do biblioteki. 
— Jeśli chcesz, możemy tam iść. — chłopak wyjął z szuflady nóż i sprawnie pokroił ciasto.
Carter uniosła lekko brwi.
— Mogę przełożyć to na inny dzień. Nie spieszy mi się.  — przymrużyła oczy. Chociaż bardzo lubiła swojego sąsiada, to ich stosunki darzyła pewną dozą rezerwy. Był chyba jedyną nieco bliżej przez nią poznaną osoba w całym Alpine, która nie wiedziała o istnieniu "ogromnych wilków z lasu". I wolała, żeby tak zostało. Gdyby jednak natrafiła na coś w aktach, byłoby nieciekawie. 
— Jeśli tak... Pokażę ci jedno miejsce w lesie. — mruknął podając jej kawałek szarlotki.
Normalna dziewczyna pewnie doszukiwałaby się jakiegoś drugiego dna tej wypowiedzi, jak na przykład " To miejsce to dziura - pół metra na dwa i dwa w dół", ale Lou nigdy nie zaliczała się do normalnych dziewczyn. 

Godzinę później szli już leśną drogą w kierunku miejsca zamieszkania Cordiana. Z jednej strony, Carter była ciekawa, gdzie Henderson ją zabiera, ale z drugiej, modliła się, żeby skręcili gdzieś w boczną dróżkę i nie musieli przechodzić obok domu znajdującego się w środku lasu. Jej modlitwy zostały wysłuchane, bo jakiś czas później, odbili w lewo i szli cały czas prosto. 
— Spójrz na ten strumyk. — Will wskazał ręką na strugę wody. 
— Szczerze mówiąc, gdybyś mi go nie pokazał, to raczej bym go nie zauważyła. — dziewczyna ukucnęła i przyjrzała się płynącej dość wartko wodzie. Ciekawe gdzie miała źródło.
— To teraz chodźmy dalej.. Dokładnie... — wskazał kierunek, w którym płynęła woda. — Dokładnie w tę stronę. 
Lou nie była nigdy osobą na której trudno wywrzeć wrażenie, dlatego samo to, co jej towarzysz podróży chce jej jeszcze pokazać ją ciekawiło. 
Po kilku minutach marszu, strumień zaczął się zwiększać, a już po kilkunastu miał rozmiar dość pokaźnego kanału. Potem, do ich uszu dobiegł szum, w którego kierunku najpewniej zmierzali, bo stawał się on coraz głośniejszy. Gdy dotarli na miejsce, brunet zeskoczył na skałę poniżej, a następnie podał rękę Lou, by zrobiła to samo. Kilka skoków i znajdowali się u stóp wodospadu, skąd rzeka osiągała już pokaźniejszy rozmiar i płynęła powoli w dal. 
— Gdy byłem mały, przychodziliśmy tu z przyjaciółmi. Puszczaliśmy własnoręcznie wykonane z patyków statki i urządzaliśmy wyścigi, który z nich jako pierwszy dopłynie do tamtej skały. — na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, a Louisa nie kryła totalnego zauroczenia tym miejscem. — Potem rozpalaliśmy ognisko w naszej 'tajnej bazie' na skałach za spadającą z góry wodą. Tobie też chciałem pokazać to miejsce. Dawno tu nie byłem, a jest tutaj tak pięknie.. 
Lou nie trzeba było dwa razy powtarzać. Schyliła sie i podniosła kilka patyków. 
— Co robisz? — chłopak przykucnął obok niej. 
— Jak to co? Łódkę. — spojrzała na niego i pokazała kilka patyków, które miała zamiar związać ze sobą za pomocą trawy. — Moja zaraz będzie gotowa, ale uprzedzam, że zabiera na pokład tylko jedną osobę. — uniosła jedną brew i wskazała na drewno leżące na ziemi. 
I tak przez najbliższe dwadzieścia minut, dwójka dorosłych ludzi siedziała na ziemi w środku lasu składając swoje statki z patyków. Gdy były już gotowe, podeszli do miejsca startu i wypuścili swoje dzieła na wodę. Podążali za nimi brzegiem, a gdy drogę zatarasowała im dość gęsta roślinność, przystanęli i uważnie przyglądali się, jak dopływają do mety. Will stał obok niej i odwrócił wzrok od drewienek na dosłownie sekundę, by spojrzeć na blondwłosą, gdy serce Lou gwałtownie przyspieszyło do dwustu uderzeń na minutę. Czy to dlatego, że jej statek przegrywał? Nie. A może to po prostu wzrok jej towarzysza? Tym bardziej nie. 
Centralnie obok dwumetrowej skały, która była metą, przystanął monstualnych rozmiarów wilk. Prawdopodobnie z początku ich nie zauważył, ale szybko odwrócił ogromny łeb w strone dwójki ludzi. Za nim, stały kolejne. Była tego pewna. Oh shit here we go again. Nim Loisa zdołała przywołać swój zdrowy rozsądek, chłopak zauważył jej przerażoną minę i odwrócił się w stronę mety. Jej reakcja była natychmiastowa. Przyłożyła dłoń do jego torsu, ścisnęła ją w pięść i trzymając kawałek jego koszulki przyciągnęła w swoim kierunku, całując zaskoczonego chłopaka. 
Całe szczęście pocałunku nie odmówił. Gdy dziewczyna otworzyła oczy, pozostałe wilki zniknęły, a ten o niemalże złotej sierści odbijającej się na tle śniegu nadal tam stał i się gapił, tyle, że przechylił głowę nieco w bok. Po dobrej chwili wpatrywania, przeskoczył przez wodę i pobiegł dalej, a Lou mogła przestać. 
— Czekaj.. To.. — rozkojarzony Will nie mógł zebrać słów w jedno sensowne zdanie, więc ta po prostu mu przerwała pokazując na statki uciekające już powoli z ich pola widzenia.
—  Wygrałam. 


Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że w sumie to już bardzo dawno narodził mi się w mojej roztrzepanej głowie taki plan. Napisałabym dalej, ale jest 1:25 i zasypiałabym na stojąco, gdybym tylko stała. Siedzę, więc zasypiam na siedząco, ot co. 

A tutaj tatuaż Lou tak do podglądu:

Znalezione obrazy dla zapytania: róża wiatrów tatuaż
(chcę taki)

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Od Lou (bonus w oczekiwaniu na opowiadanie)

Lou uniosła brwi w geście zdziwienia. Co to było? Ma zacząć mu oddawać, czy dać w twarz? Zupełnie przeoczyła moment w którym jej ręce powędrowały w górę i opierając się o jego barki splotły za jego szyją, jednocześnie jej nie dotykając. Cordian przerwał odsuwając głowę, po czym spróbował wybadać jej reakcję wzrokiem, co dziewczyna uznała za kompletnie urocze. Ten sam chłopak, który stanowczo zabronił jej śledztwa na własną rękę, wyglądał jakby w tej chwili czekał na pozwolenie. Była dużo niższa, więc odruchowo stanęła na palcach. Oddała delikatnie, co długowłosy mężczyzna od razu podłapał.
Czuła na sobie spojrzenia tych wszystkich jego przyjaciół. Do jej uszu dobiegł cichy, stłumiony pisk, który z całą pewnością należał do Irvin. Wiedziała, że będzie tego żałować, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że coś ją do niego ciągnęło. Coś z czym absolutnie chciała walczyć za każdą cenę, a co było od niej zdecydowanie silniejsze. Jej ciało przeszył dziwny skurcz, gdy o jego rękach na jej talii przypomniał jej ich nieco mocniejszy, pewny uścisk. Nie, Lou. Nie rób tego. Jak ty mu potem spojrzysz w oczy? To tylko znajomy. To tak jakbyś całowała się z Calebem, albo Leonem. Nie do pomyślenia! ... Daniel się nie liczy, byliście pijani. 
Ale mimo wszystko nie przestawała. W tej chwili zapomniała nawet o swoich podejrzeniach względem jego osoby. Ta cała wyimaginowana otoczka złego człowieka stojącego za śmiercią jej rodziców zniknęła, dosłownie rozprysła się jak mydlana bańka. Byli tylko oni, lekki mróz i zapach brownie unoszący się w powietrzu. 
Wbrew pozorom, pocałunek wcale nie był długi. Trwał zaledwie parę sekund. Carter otworzyła oczy i zeszła na ziemię. Dosłownie, bo stanie na palcach nie jest jakąś super wygodną czynnością. Przez chwilę patrzyła w dół, ale podniosła wzrok. Był tam. Oczywiście, że był, do cholery, Lou! Przecież nie zniknął. Posłał jej uśmiech. Nie służbowy. Ciepły i szczery co mogła stwierdzić po lekko zmrużonych oczach. 
— WOOHOOOO!!! — ciszę przerwała Irv drąca się w wniebogłosy. Inni szybko jej zawtórowali, przez co cała scena wyglądała komicznie. Mimo ogólnych wrzasków, braw i wiwatów ze strony przyjaciół fotografa, ten nie oderwał wzroku od Lou. Parsknęli tylko śmiechem, po czym zamknął ją w uścisku. 
— Wesołych Świąt, Cordianie. 

niedziela, 19 stycznia 2020

Od Cordiana (rozdział dodatkowy: Wigilia)

— Ty to naprawdę czasem nie myślisz. — stwierdziła twardo kobieta stojąca koło niego.
— Po prostu nie sądziłem, że będziecie chcieli… — próbował się tłumaczyć choć dobrze wiedział, iż w kłótni z wilczycą nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo.
— A nie sądziłeś, że ona nie będzie chciała siedzieć sama w święta? — prychnęła, opierając dłonie na biodrach.
— A co jeśli Henderson chciałby ją zaprosić? W końcu wiesz, ten dom należy do niego i kontaktują się ze sobą…
— No to masz jeszcze większą motywację, żeby zrobić to jak najszybciej. — Irvin rzuciła mu telefon na kolana.
— Jesteś tego pewna? W końcu, wiesz, nie będziecie mogli się… przemieniać? — zapytał, niepewnie podnosząc urządzenie.
— Przeżyjemy. Poza tym pierwszego dnia spotykamy się całą watahą, prawda? Wtedy się wybiegam. No, już, już. Dzwoń.
    Cordian westchnął przeciągle i wyszukał numer dziewczyny zapisany w kontaktach. Przyłożył aparat do ucha i wygodnie ułożył na oparciu kanapy. Drobna postać wciąż stała nad jego głową, prawdopodobnie pilnując czy aby nie powie niczego głupiego. Z drugiej strony wciąż nie było odpowiedzi. Dopiero po trzech sygnałach, kiedy już chciał odsunąć komórkę od ucha, usłyszał dobiegający z niej delikatny kobiecy głos.
— Dzień Dobry, Cordian.
— Cześć, cześć, nie przeszkadzam?
— Nie, spokojnie. Porządkuję tylko notatki do projektu i takie tam.
— Jasne. Jak się trzymasz? Wypoczęłaś? Po nagraniu…
— Na moje oko to ty bardziej potrzebowałeś odpoczynku. Jak dotąd nie spotkałam się z kimś kto po kilku dniach przebywania wśród dużej grupy ludzi dostaje czegoś co można porównać do ataku astmy. — powiedziała, jej żartobliwy i delikatny głos był przesiąknięty sarkazmem. — Może powinnam to dodać do mojego projektu? Nowa choroba, na którą cierpią jednostki samotnie mieszkające w środku lasu. Co o tym sądzisz?
— Przezabawne, Lou. — mruknął, jego usta ściągnęły się w prostą kreskę.
— Okej, przegięłam, masz rację. Przepraszam. Zmieniając temat, wątpię, że zadzwoniłeś do mnie tylko po to, aby sprawdzić czy się wysypiam.
— Jak zwykle, w samo sedno. Słuchaj… masz już jakieś plany na jutrzejszy wieczór? — zapytał, sam nie wiedząc dlaczego to pytanie sprawiło mu tyle trudności.
— Jutrzejszy wieczór? Nie, a czemu? Czy dzieje się coś specjalnego? — jej głos był zupełnie poważny.
— No… chyba. To znaczy… o ile nie jesteś muzułmanką, buddystką, czy kimś tam jeszcze… Po prostu urządzam małą wigilię dla kilku najbliższych znajomych. Taki zwyczaj. I em… czuj się zaproszona.
— Oh… — cisza, która nastąpiła wydawała się trwać wieczność i Cordian odsunął aparat od ucha, aby się upewnić czy czasem przypadkowo nie zakończył połączenia. Ale nie. Ona nadal tam była. Mężczyzna zacisnął pięść wolnej ręki. Usłyszał cichy szmer po lewej stronie. Obecność wilczycy szybko przywołała go do porządku. Przecież to tylko zaproszenie na wspólną kolację.
— Kompletnie o tym zapomniałam. W sumie, czemu nie. Czy mam coś… przynieść, przygotować? Nie wiem czy uda mi się znaleźć jakieś prezenty… Jest już późno… i nie wiem kto przyjdzie.
— Czekaj, co? Nie, nie, spokojnie, nie musisz nic przynosić. Najwyżej… najwyżej to pyszne brownie. Wiesz które. — powiedział i bez zastanowienia puścił oczko. Gdy zorientował się, że stojąca obok niego wilczyca jest świadkiem tego jak robi dziwne miny w kierunku stojącego naprzeciwko fotela, jego twarz natychmiastowo przybrała czerwony kolor.
— Myślę, że da się załatwić. Gdzie?
— U mnie w domu. O 19.00. Ale poczekaj na drodze. Teraz o tej godzinie jest już ciemno, a wolałbym żebyś nic sobie nie zrobiła chodząc po nocy po lesie.
— Mam latarkę. — odparła lekko urażonym tonem.
— Nie wątpię w twoje umiejętności survivalowe. Ale mimo wszystko wolałbym uniknąć szukania cię godzinami, gdybyś zabłądziła. — co w rzeczywistości dzięki jego wilczemu węchowi nie mogło zająć więcej niż pół godziny.
— Dobrze, poczekam przy wejściu do lasu. Tyle, że jak będziesz kazał mi długo czekać na mrozie to sama poszukam ścieżki.
— Jasne, jasne. Spokojna głowa, postaram się zdążyć. Do zobaczenia i miłego dnia.
— Pa, Cordian.
    Kiedy dziewczyna się rozłączyła, jego ręce opadły bezwładnie na poduszki, a on wydał z siebie długi jęk. Chwilę później uniósł prawą dłoń do góry i zacisnął pięść.
— Jest! — stojąca obok niego Irvin wybuchnęła śmiechem.
— Cordian, słonko, chyba nie muszę ci mówić, że mimika twarzy nie przydaje się zbytnio przy flirtach przez telefon? O ile nie oczywiście nie podrywasz fotela. — w odpowiedzi spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek.
— Mam ci pokazać to nagranie na którym ślinisz się do telewizora? — zapytał z delikatnym uśmiechem, rozkładając się wygodnie na kanapie. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi.
— Do aktora, który jest dużo ładniejszy od twojego włochatego wilczego zadka… a zresztą i tak być nie zrozumiał. — prychnęła.
— Jak by to ujął Garret… — uniósł rękę do góry niczym lecący na ratunek superman i krzyknął, przeciągając sylaby. — Chędożyć to!
— Taaaaaak! — zawtórował mu męski głos. Obydwoje spojrzeli w stronę, z której dobiegał. Cordian wystawił głowę za oparcie kanapy i zobaczył rozwalonego na podłodze w niedbałej pozie rozgwiazdy mężczyznę o masywnej budowie ciała. Spał on w najlepsze, z otwartymi ustami, bez świadomości, iż jeszcze chwilę temu był uczestnikiem toczącej się w pokoju wymiany zdań. Wilki wstrzymały na chwilę oddech, po czym wspólnie wybuchnęły śmiechem. Zataczając się na kanapie w końcu, spleceni w delikatnym uścisku, z głuchym uderzeniem wylądowali na dywanie. Irvin otworzyła oczy i spojrzała się na niego, wycierając łzy z policzków.
— Cordian?
— Tak?
— Obiecasz mi coś?
— Najpierw musisz powiedzieć mi co. — uśmiechnął się delikatnie, odgarniając włosy z jej twarzy.
— A nie mógłbyś tego zrobić już teraz? Tak, żebym nie obawiała się, że odmówisz…
— Nie ma tak dobrze, Irv.
— Cordian…?
— Hmm?
— Obiecasz mi, że już zawsze będziemy razem?
— Czemu miałoby być inaczej? Jesteśmy watahą, jedną rodziną, zawsze będziemy trzymać się razem. — jego ciepły głos zdawał się splatać z gorącym oddechem. Twarz kobiety momentalnie spoważniała.
— To nie dzieje się pierwszy raz. Kiedy pojawiają się ludzie, wszystko się zmienia. — powiedziała cicho i wstała, wyplątując się z jego uścisku. Cordian został sam na podłodze, wpatrując się we włosy dywanu poruszające się wraz z wydychanym powietrzem oraz miarowe chrapanie dobiegające zza kanapy.

    Noc przyniosła ze sobą zimny północy wiatr. Cordian stał na skraju drogi, przestępując z nogi na nogę. W prawej ręce, wciśniętej do kieszeni trzymał telefon, gotowy na wyłapanie choćby najmniejszej wibracji świadczącej o nadchodzącym połączeniu. Zdawało mu się, iż przez gęste gałęzie drzew widzi drobny błysk światła z okien swojego domu. Znajdował się on jednak w zbyt dużej odległości dlatego obrazy ludzi żywo krzątających się po jego ciepłym wnętrzu były jedynym co pobudzało jego wyobraźnię. Oddychał głęboko, wpatrując się w obłoki pary wydobywające się z jego ust i tańczące w świetle księżyca.
    Nagrzany przez ostre słońce asfalt teraz stopniowo się ochładzał, tworząc nad sobą delikatny obłok mgły. Rozpływał się on we wszystkich kierunkach, przykrywając ziemię niczym dywan z chmur. Nagle jego oczy wyłapały delikatny ruch w oddali. Z ciemności wyłaniała się postać, która idąc wolnym krokiem, oświetlała drogę przed sobą latarką z komórki. Kiedy Cordian uniósł rękę aby jej pomachać, dziewczyna przyśpieszyła kroku, podbiegając do niego.
— Rety, rety, jaka dziwna pogoda. Już się bałam, że cię minęłam i zaraz dojdę do miasteczka. — powiedziała, rozcierając ręce.
— Duch nie przyszedł, żeby cię poprowadzić? — mężczyzna przywołał w głowie wizerunek łaciatego konia.
— Nie, poza tym – jest późno. Może śpi. Albo świętuje razem ze swoimi przyjaciółmi. — uśmiechnęła się delikatnie spod swojego ogromnego kaptura.
— Chodź, nasi też czekają. — wyciągnął w jej stronę rękę. Dziewczyna wpatrzyła się w nią, nie wykonując żadnego ruchu.
— Chciałeś powiedzieć, Twoi.
— Niech pierwszy rzuci kamieniem kto nie polubi Irvin. — uniósł wymownie brwi. Louisa w odpowiedzi w końcu złapała dłoń Cordiana.
— Mam brownie, wiesz? — powiedziała cicho, ruszając w stronę lasu i ciągnąc go za sobą.
    Chwilę później mężczyzna wysunął się na prowadzenie, kierując ich wzdłuż wąskiej ścieżki, niemal niedostrzegalnej w ciemności. Bezbłędnie omijał wszystkie doły i wystające korzenie, zupełnie jakby znał na pamięć cały ich układ. Co jakiś czas słyszeli dobiegający z lasu szelest, czasami widzieli fragment przemykającego przez gęstwinę jelenia bądź ptaka. Wciąż jednak, bez zatrzymania, parli do przodu aż ich oczom ukazało się delikatne, żółte światło wypływające z okien drewnianego domu. Miejsce to, wręcz emanujące ciepłem i zapraszające wszystkich do środka, kontrastowało z zimnym i surowym krajobrazem, który ich otaczał. Szybkim krokiem dotarli do drzwi, a Cordian zapukał do drzwi. Ze środka dało się słyszeć cichy, zaskoczony okrzyk, odgłosy krzątaniny i niemal niewyłapywane odgłosy przypominające psie skomlenie. Niespodziewanie drzwi zostały otwarte, a oni odskoczyli do tyłu, ze wzrokiem utkwionym w dość niecodziennego osobnika.
    W przejściu stał młody mężczyzna, wzrostem przewyższał Cordiana zaledwie o kilka centymetrów. Choć z pewnością musiał już być dorosły, jego twarz wciąż przywodziła na myśl 17—letniego chłopaka. Miał on średniej długości jasne włosy, które kręcąc się układały się na wszystkie strony. Gładką cerę dopełniały duże, jasne oczy i delikatne usta. Jego szczupłe acz delikatnie umięśnione ciało było pokryte wręcz idealną, kremową skórą. Krótko mówiąc, wyglądał zupełnie jakby został wyrwany z okładki jednego z magazynów o modzie. To ostatnie zauważyli zresztą z łatwością, gdyż miał on na sobie jedynie komiczne czerwone bokserki, którym finezji dodawały mały dzwoneczek uczepiony u paska.
    Oboje w milczeniu spojrzeli na dzwoneczek, na siebie, na twarz mężczyzny i znowu na dzwoneczek, po czym Cordian rzucił się na drzwi i wpychając jasnowłosego do środka – zamknął je z głośnym hukiem.
— Przepraszam cię bardzo, ale co to ma być? — chłopak wlepił w niego wzrok, po czym uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
— Świąteczne bokserki. Chcesz? Mam jeszcze jedną parę, powinny pasować. — powiedział najspokojniej w świecie, zupełnie jakby paradowanie w samej bieliźnie było dla niego codziennością.
— Nie, nie będą pasować. Jest wigilia. Obowiązuje choć trochę ogłady.
— Ale nie chce mi się rozbierać za każdym razem, kiedy będę chciał się przemienić.
— Ciszej! — syknął. — Nie będzie żadnego przebierania, więc rusz swój zad i załóż spodnie.
— Jak to nie będzie…? Ale przecież…
— Ona nie wie. — basior pokręcił głową. — I niech tak zostanie. Przynajmniej jeszcze przez chwilę. — w odpowiedzi mężczyzna spojrzał na niego błagalnym wzrokiem, ale już po kilku sekundach odwrócił się i z głośnym westchnieniem udał się na górę w celu odnalezienia reszty swojego ubioru. Gdy tylko zniknął za poręczą schodów, z kuchni wyszła Irvin, nucąc pod nosem jakąś świąteczną piosenkę. Włosy miała splecione w luźny warkocz, trochę w stylu Elsy z krainy lodu, a z jej czerwonego swetra wyskakiwał renifer z pokaźnym pomponem w miejscu nosa. W rękach niosła miskę wypełnioną jakąś apetycznie pachnącą sałatką.
— O, już jesteś. Gdzie Lou? Nie przyszła? — zapytała, odstawiając naczynie na stół, wśród innych potraw. Cordian uniósł brwi i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu swojej towarzyszki. Wtedy jednak zdał sobie sprawę, iż wciąż stoi ona przed drzwiami. W mgnieniu oka skoczył w ich stronę, energicznie naciskając na klamkę.
— O rany, wybacz, musiałem ogarnąć tego szczeniaka, to znaczy chłopaka… yy… po prostu wchodź i czuj się jak u siebie. — wyrzucił z siebie na jednym wydechu, gestem ręki zapraszając dziewczynę do środka. Ta powoli przestąpiła próg, mrużąc oczy w jasnym świetle.
— Czy często zapraszasz ludzi, a następnie zatrzaskujesz im drzwi przed nosem? — zapytała, choć z tonu jej głosu wynikało iż jest bardziej rozbawiona niż zła. Cordian podszedł do niej, aby pomóc jej zdjąć kurtkę. Bez zbytnich pytań zaakceptowała ten gest, pozwalając mu na zsunięcie odzienia z ramion.
— Raczej nie. Czuj się wyjątkowa. — mruknął pod nosem, przyglądając się jej. Ubrała się ładnie i gustownie.
    On sam postarał się wyglądać choć odrobinę bardziej elegancko niż na co dzień. Grubo pleciony sweter z golfem dopełniały dobrze skrojone szare jeansy. Po zdjęciu butów zaproponował jasnowłosej parę wygodnych kapci, pozostając jednak w skarpetkach, o dziwo, ze świątecznym motywem. Irvin wciąż znajdowała się w głównym pomieszczeniu, tym razem jednak stała oparta o bok kanapy. Z uśmiechem na ustach przyglądała się ich zachowaniu. W tej samej chwili do pokoju wszedł niemal zupełnie odmieniony Garret. Jego ciemne włosy były ułożone, a jego tors wręcz idealnie opinała prosta biała koszula. Nieduży krawat w choinki doskonale dopełniał cały strój.
— Ktoś się założy, że ta bielutka koszula nie przetrwa nawet zupy? — zapytała dziewczyna, szczerząc zęby.
— Oj zdziwisz się jeszcze Irv. Miało być ładnie i jest. — powiedział, mrugając w stronę Cordiana. Następnie oboje podeszli i uściskali dłoń stojącej u jego boku blondynki. Kilka sekund później dało się słychać kroki na schodach, po czym ich oczom ukazał się chłopak z wcześniej, tym razem w jasnych jeansach i granatowo—czerwonym norweskim swetrze. Podbiegł do nich i wyciągnął rękę w stronę Louisy.
— Hejka, jestem Yael. — przywitał się, wyraz jego twarzy nad wyraz promienny.
— Eee… Louisa. — z wahaniem odpowiedziała na jego gest.
— Yael jest moim przyjacielem z dzieciństwa. — wtrącił się Cordian. I drugim betą watahy, dodał w głowie. — Niestety z powodu pracy ostatnio mamy coraz mniej okazji, aby się spotykać. Dlatego pewnie jeszcze go nie spotkałaś.
— Co nie znaczy, że mnie nie kojarzysz. Zapewne coś ci świta w głowie, pozwól, że wyjaśnię. Jestem aktorem. Głównie filmowym. Często jednak występuję również w różnych programach rozrywkowych. — powiedział szybko, przyjmując jeden ze swoich zawodowych uśmiechów. Dziewczyna przybrała lekko zaskoczony wyraz twarzy, co świadczyło o tym, iż faktycznie w jej głowie mógł pojawić się jakiś nikły obraz. Ale co się dziwić. W obecnych czasach aktorów jest tak wiele.
    Dlaczego zatem beta? Jaki jest pożytek w zastępcy alfy, którego prawie nigdy nie ma w watasze? Otóż to. Żyjąc w większości w ludzki świecie, Yael automatycznie stał się świetnym przekaźnikiem, łącznikiem z tym do czego pozostałe wilki bały się wtrącać. Jego pomoc okazała się nieoceniona nie tylko przy zdobywaniu nowinek, ale i podczas zdobywania kontaktów do różnych politycznych i zarządowych spraw. Cordian liczył również, iż może kiedyś uda im się w ten sposób natrafić na ślad innej watahy. Chłopak, który zresztą pomimo swojego wyglądu był rówieśnikiem basiora, idealnie wywiązywał się ze swoich obowiązków i dogadywał z pozostałymi wilkami. Nie można jednak było ukryć faktu, iż przesiąknięty swoim życiem zawodowym, uwielbiał od czasu do czasu pogwiazdożyć.
— No dobrze, dobrze, siadajmy już do stołu bo jedzonko stygnie. — przerwała im kobieta w sweterku z reniferem, energicznie zacierając dłonie.
— Mi nie trzeba dwa razy powtarzać. — Garret bez wahania zajął miejsce przy stole. Choć mebel ten miał początkowo swoje miejsce w kuchni, przykryty białym obrusem zdawał się on idealnie pasować do wystroju pokoju.
— Chwila, chwila, o mały włos bym zapomniała! — zawołała Irvin i rzuciła się w stronę konika. Gdy się odwróciła, w dłoniach trzymała talerz, a na nim równo rozłożone opłatki. Podeszła do każdego z uczestników wigilii, częstując ich. Cordian podświadomie, kierując się instynktem dominującego samca, wybrał największy. Rozejrzał się dookoła, szukając pierwszej potencjalnej ofiary. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Yaela. Mężczyźni bez słowa ruszyli w swoim kierunku. Kątem oka zdążył jednak zauważyć jak blondynka podnosi opłatek z wahaniem, niepewnie rozglądając się dookoła.
    Kiedy w końcu przeszedł on przez trzy tury radosnych, niekiedy wypełnionych ironicznymi uwagami partii życzeń, znalazł się on na powrót naprzeciw dziewczyny.
— Zabawni są. — powiedziała, wyraźnie rozbawiona po konfrontacji z Irvin zaledwie kilka sekund temu.
— Ale za swoimi pewnie i tak tęsknisz.
— Oczywiście. Inaczej nie mogłabym nazywać ich moimi przyjaciółmi.
— No dobrze, to czego mógłbym ci życzyć… dużo uśmiechów, szczęścia, pomyślności, dzikich koni ciekawych przygód, żebyś nie zabłądziła nigdy w lesie… i hm… dużo czekolady…
— O matko, zapomniałam o brownie! — zawołała nagle, szykując się do natychmiastowego skoku w stronę stojącej koło kanapy torby.
— Spokojnie. — roześmiał się Cordian. — Zaraz się tym zajmiemy. Czekolada nie zając, nie ucieknie. No, chyba, że ją Garret wyniucha.
— Miejmy nadzieję, że nie. No dobra, czyli teraz moja kolej. Nie jestem dobra w składaniu życzeń. Zawsze to jakoś dziwnie wychodzi. Życzę ci żebyś już zawsze robił takie wyśmienite zdjęcia, podążał za swoją pasją…
    Mężczyzna z uwagą wpatrywał się prosto w oczy Louisy. Jej słowa w pewnym momencie zaczęły wymykać się jego uwadze. Wpadł jakby w trans, wszystkie bodźce; dźwięki kolęd, smak i zapach potraw oraz delikatne złote światło lampek choinkowych zdawały się być jakieś odległe. Zupełnie jakby oglądał je zza szklanej ściany, odgradzającej go od tego świata. Co jakiś czas spoglądał jednak w stronę jasnowłosej dziewczyny, tylko po to aby upewnić się, iż po swojej stronie bariery nie znajduje się on sam.
— Koniec jedzenia moi kochani. Niedługo północ, czas wyjść na dwór i się rozruszać! — zawołała entuzjastycznie Irvin, podnosząc się z miejsca. Dopiero myśl o rześkim nocnym powietrzu zdołała rozbudzić Cordiana. Zamrugał kilka razy, po czym podniósł się z miejsca, tym samym zachęcając resztę do wyjścia. Ku zdziwieniu Louisy, wszyscy ochoczo przyjęli pomysł porzucenia ciepłego i przytulnego domu na rzecz liżącego po plecach zimnego wiatru w lesie. Z westchnieniem jednak podniosła się z miejsca. I tak była przegłosowana.
    Ponownie uniosła brwi, kiedy przy drzwiach zdała sobie sprawę, iż jako jedyna sięga ona po  okrycie wierzchnie. Długowłosy mężczyzna bez słowa pomógł jej założyć kurtkę i nacisnął klamkę, otwierając drzwi. Uwadze blondynki nie umknął fakt, iż Yael trzymał w ręce torbę wypakowaną przedmiotami o różnych kształtach.
    Gdy wyszli na zewnątrz, okazało się, że wiatr ucichł i zastąpił go jedynie delikatny mróz, szczypiący w policzki. Pozostała czwórka zdawała się jednak nie zdawać sobie z tego sprawy, zupełnie jakby był to ciepły wiosenny wieczór. Przeszli na tyły domu, gdzie powalone pnie zostały ułożone w okręgu, trochę jakby wokół dużego ogniska. Dziewczyna mogła dokładnie rozejrzeć się po otoczeniu, kiedy Cordian podszedł do płotu i zapalił wiszącą na nim latarnię. Następnie wraz z Irvin przystąpił do przygotowania ich obecnego miejsca świętowania. W błyskawicznym tempie na drzewach pojawił się wielkie wełniane koce, a na prowizorycznym stoliku ze ściętego pniaka ustawione zostały termosy z herbatą i przykryty folią talerz z brownie.
    Mniejsza kobieta ściągnęła z pleców podłużny czarny pokrowiec, rozsunęła go i wyciągnęła ze środka skrzypce ze smyczkiem. Rozsiadła się wygodnie na pniu i ułożyła instrument na ramieniu.
— Umiesz grać? — zaciekawiła się Louisa. Kątem oka dostrzegła jak pozostała trójka wciąż krząta się z boku.
— Powiedzmy. Ale tylko proste rzeczy. Dzieci w szpitalu lubią jak im czasami gram. Szczególnie do snu. To je uspokaja. — powiedziała, uśmiechając się lekko i próbując palcami struny. — A ty? Umiesz na czymś grać? Oprócz swojego nieziemskiego głosu?
— Tak. Można powiedzieć, że muzykalność mam po matce. Najbardziej lubię… — nie zdążyła dokończyć, gdyż Cordian zbliżył się do nich szybkim krokiem i zajął miejsce na kocu obok dziewczyny. Chwilę później na środek okręgu wszedł Yael, trzymając w rękach dwie metalowe kule, zawieszone na cienkich łańcuchach. Obydwie były wysmarowane pewnego rodzaju czarną mazią, która przy każdym gwałtownym ruchu ściekała na ziemię.
— Zaraz się zacznie. — szepnął wyraźnie podekscytowany długowłosy.
— Hm? — Louisa spojrzała na niego, wymownie unosząc brwi.
— Zobaczysz. On jest w tym świetny. Aż zapiera dech w piersiach.
    Dziewczyna połączyła fakty dopiero kiedy zobaczyła jak Garret z zapalniczką w dłoni klęka  koło trzymającego kule chłopaka. Oba przedmioty momentalnie zajęły się ogniem, początkowo wściekle sycząc i trzaskając. Kiedy ucichły, zmniejszając swoje rozmiary, do momentu aż płomień zaczął rytmicznie drgać, mężczyzna przestąpił krok do przodu. Sygnałem dla niego był instrument Irvin. Gdy tylko smyczek dotknął strun, uwalniając w przepełnioną ciszą noc czysty dźwięk, rozpoczął swój taniec.
    Poruszał się powoli, czasami po okręgu, przyśpieszając w rytm muzyki tylko po to aby zaraz po chwili zwolnić. Wirujące w powietrzu kule wciąż zmieniały swój tor ruchu, pozostawiając za sobą w powietrzu długie ogniste ślady. Czasami znajdowały się bardzo nisko, niemal smagając płomieniem źdźbła trawy, innym razem wzlatywały wysoko w górę zmuszając ich o zadarcia głów. Czasami znajdowały się tak blisko ciała chłopaka, iż siedzieli w napięciu z obawą wyczekując zapachu palonego ciała, a już po chwili były od niego tak daleko, iż wydawało się to niemal niemożliwe.
    Wszyscy byli do tego stopnia zauroczeni występem, że wydawało im się, iż trwa on w nieskończoność, iż siedzą na dworze już od kilku godzin, nie czując ani odrobiny zimna. Nagle wzrok jasnowłosego spotkał się ze spojrzeniem Cordiana. Bezgłośnie wymienili się oni jakimś nierozpoznawalnym dla innych sygnałem. W jednej chwili mężczyzna poderwał się ze swojego miejsca u boku Louisy i wbiegł na środek okręgu, pomiędzy ramiona Yaela, wciąż kręcącego świetliste młynki w powietrzu. Przylgnął ciasno plecami do jego klatki piersiowej, czując jak jego mięśnie napinają się przy każdym ruchu. Cordian oddychał jednak głęboko, starając się rozluźnić swoje ciało. Robił to już wiele razy i wiedział, że kluczem do powodzenia całej sztuczki jest zachowanie spokoju. Opanowanie panicznego strachu i chęci ucieczki, za każdym razem gdy dociera do niego nowa fala ciepła oraz całkowite oddanie się drugiej osobie. Alfa rzadko kiedy pozwalał komuś innemu na przejęcie kontroli. Dlatego właśnie ten moment podniecał go jeszcze bardziej. Myśl o tym, że jego życie zależy teraz od chłopaka stojącego za jego plecami.
    Powoli poruszali się razem, wykonując skomplikowane figury, zupełnie jak para tancerzy, którzy latami uczą się kroków jakiegoś niezwykle trudnego tańca. Cordian obracał się dookoła, poruszał na boki, raz uciekając, raz niemal łapiąc płonące ogniki. Zatrzymali się dopiero kiedy znów stanęli naprzeciwko Louisy. Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał prosto na jej twarz. Czuł jak jego ciało od środka rozpala ogień jeszcze większy od tego, który go otacza. Dobrze wiedział, że oczy, które teraz na nią patrzą są niesamowicie złote, niemal świecące w ciemności z wielkimi czarnymi źrenicami. Mimo tego nie przerywał kontaktu wzrokowego. Trwali tak w bezruchu, ich wizję co jakiś czas przerywała smuga ognia zostawiona przez przelatującą przed jego twarzą kulę. Dopiero po chwili zamknął on oczy, usłyszał ostatni brzęk łańcucha i cichy syk świadczący o ostatecznym wypaleniu się płomieni. Kiedy dźwięk skrzypiec został zastąpiony przez głośne brawa i okrzyki zachwytu, odwrócił się i objął swojego przyjaciela w ciasnym uścisku.
— Dzięki, że mnie nie podpaliłeś. — powiedział, poklepując go delikatnie po plecach.
— Cała przyjemność po mojej stronie. — uśmiechnął się chłopak, po czym odszedł na bok w celu wrzucenia kuli do specjalnego pojemnika. Tymczasem Cordian podszedł do siedzącej bez ruchu dziewczyny.
— I… jak? — zapytał się z wahaniem.
— I jak, pytasz się? Wow. Po prostu wow. — odpowiedziała cicho. Mężczyzna doskonale wiedział, że myśli ona o czymś jeszcze. Równie dobrze wiedział jednak, że nie wypowie tego na głos. Zachowa to we wnętrzu siebie. Będzie to ich drobny sekret. Jeszcze jeden mały kawałek układanki, którego żadne z nich nie odważy się jeszcze włożyć na miejsce, z obawy jaką całość może on odsłonić.
    Cordian schylił się i chwycił dziewczynę za rękę, podrywając ją do góry. Stała, wpatrując się w niego wzrokiem, który wyrażał tak dużo emocji, iż nie był on w stanie wyłapać choćby kilku z nich. Nagle spostrzegł drobny fragment zielonego liścia nad ich głowami. Nabrał głęboko powietrza.
— Wesołych Świąt Lou. — powiedział cicho i pochylił głowę, delikatnie całując dziewczynę w usta.


**taki trochę epilog**


    Jeszcze przez wschodem słońca Cordian odwiózł Louisę do domu. Kiedy wrócił, spostrzegł, iż pozostała trójka skorzystała z jego nieobecności i rozłożyła się na włochatym dywanie, śpiąc w najlepsze. Mężczyzna spojrzał na stół pełen naczyń czekających na sprzątanie, wzruszył ramionami i położył się koło nich, leniwie się przeciągając. Nie minęło kilka minut jak i on odpłynął w krainę słodkich zimowych snów.
    Rano zbudziła go czyjaś ręka, energicznie szarpiąca za jego ramię.
— Cordian, Cordian, wstawaj! Zbudź się, śpiochu! No już! — wołała Irvin, pochylona nad jego głową.
— O rany… Irv… co jest… — jęknął, osłaniając dłonią oczy przed ostrym światłem poranka.
— Śnieg! Cordian, w nocy spadł śnieg! Cała kupa śniegu! Jest wszędzie! — dziewczyna nie skończyła nawet mówić, kiedy poderwał się z podłogi i rzucił się w stronę okna niczym mały szczeniak, niemal wpadając na stojący w pokoju stół.
    Dziewczyna miała rację. Cała okolica lśniła od światła które odbijało się od śnieżnobiałej pierzyny przykrywającej ziemię, gałęzie drzew i właściwie wszystko co znajdowało się w lesie. Stał tak przez chwilę, z nosem i dłońmi przyciśniętymi do szyby, szczerząc się szeroko. Dobrze zdawał sobie sprawę jak bardzo będą cieszyły się szczeniaki, które po przebudzeniu znajdą prezent tysiąc razy lepszy od tych leżących pod choinką. On sam nie mógł się doczekać – jego wewnętrzny wilk szarpał się w środku, w każdej chwili gotowy aby wyskoczyć i zaryć pyskiem w tą grubą warstwę iskrzącego puchu. Odwrócił się i spostrzegł, że pozostali siedzący na dywanie zdają się być równie podekscytowani jak on. Bez dłuższego zastanowienia rzucił się w stronę drzwi i otworzył je z impetem.
— Na co czekacie? — zawołał. — Biegniemy! Chyba nie chcecie pozwolić aby inni zniszczyli ten piękny świeży śnieg przed nami! — roześmiał się, kiedy cała trójka w mgnieniu oka minęła go, zrzucając w biegu swoje ubrania. On również szybko ściągnął z siebie ciepły sweter, spodnie i resztę garderoby. Wyszedł na dwór, nie zważając na zimno, zamknął drzwi i klucz wrzucił pomiędzy leżący na werandzie stos desek. Za plecami słyszał jak ciche okrzyki przemieniają się w delikatne skomlenie i poszczekiwanie. Odwrócił się i zobaczył jak w śniegu stoją trzy rosłe wilki. Pierwszy z nich — ogromny o ciemno brązowej sierści przetykanej czarnymi pasmami, drugi biały jak śnieg, od otoczenia odróżniający się jedynie czarnym nosem i przenikliwymi oczami oraz ostatni, najmniejszy o szarawym futrze. Ruszył biegiem w ich kierunku, bose stopy stawiając ostrożnie na deskach. Gdy dobiegł do pierwszego schodka, wyskoczył w górę, zamykając oczy. Zaledwie kilka sekund później na śnieg opadła duża łapa. Potem kolejna, a potem jeszcze pozostałe dwie. I oto przed domem stał czwarty wilk. O złotej sierści, która mieniła się jeszcze bardziej w zimowej aurze. Uniósł wysoko łeb i zawył przeciągle, czystym i aksamitnym głosem, pełnym siły, radości i jeszcze wielu innych targających nim uczuć. A potem dał susa przed siebie, znikając w gęstwinie lasu razem z pozostałymi wilkami podążającymi jego śladem.



Coś dla ucha: (może to Irv grała na skrzypcach?)

I jakby co, to chodziło mi o to: