Do domu Cordian odwiózł Lou tuż przed świtem. Przed odjazdem pożegnała się ze wszystkimi. Nie obeszło się też bez uścisku Irvin. Naprawdę ją polubiła.
Zanim dojechali pod jej dom, niemalże zasnęła w aucie.
— Hej, śpisz? — z krainy snów wyrwał ją głos mężczyzny. Zerwała się nieco zbyt gwałtownie, przez co chłopak parsknął śmiechem.
— Co ty! — zamrugała kilka razy, przecierając zmęczone oczy.
— Wcale! Patrz, już dojeżdżamy. — rzeczywiście, kilkaset metrów od nich zabłysnął odblask kierujący na podjazd jej uroczego domku.
Zerknęła na niego, chociaż w ciemności widziała tylko jego zarys. Nie spodziewała się tego, że on też oderwie wzrok od drogi i spojrzy na nią.
— Lou... Ty chyba nie myślisz, że.. to ja zrobiłem coś złego twoim rodzicom?
Przymrużyła oczy wypuszczając z płuc powietrze. Zwlekała chwilę z odpowiedzią, jakby zastanawiała się, czy aby na pewno będzie ona poprawna. Niby gdzieś z tyłu głowy coś krzyczało do niej, że Cordian miał wtedy jakieś osiem lat, ale to niekoniecznie musiał być on. Przecież wtedy miał jeszcze rodzinę, prawda?
— Nie, Cordianie. — dojechali. — Ale nie sądzisz, że ukrywając przede mną prawdę, stajesz się współwinny? — otworzyła drzwi. — Dzięki. Za wszystko. — opuściła wnętrze pojazdu, w lekkim pośpiechu kierując się w stronę ganka.
— Lou!
— Cholera.. — blondwłosa przeklnęła w myślach. Mimo wszystko, odwróciła się jeszcze na chwilę. Cordian wyszedł z auta i oparł się o karoserię.
— Dowiesz się. W swoim czasie. Obiecuję. — mogłaby przysiąc, że ja jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju troski.
— Więc będę czekać. — przytaknęła, a jej ton głosu zabrzmiał dość poważnie tylko po to, żeby zaraz przybrać bardziej beznadziejno-prześmiewczy ton. — Tylko musisz zdążyć w dziesięć miesięcy, bo już nie zamierzam tutaj wracać. — Nie było jej do śmiechu. Skrzywiła się mówiąc do niego, lub gdzieś w przestrzeń. Nie była pewna, czy przytaknął. Po prostu weszła do domu.
Oczywiście, że nie zasnęła. Usiadła na podłodze z kartkami przed sobą. Potem, gdy kilka zgniecionych papierów wylądowało w losowych miejscach na deskach, dotarło do niej, że przecież nie tyle co nie lubi rysować, co zwyczajnie nie potrafi tego robić w sposób ją zadowalający. Na szczęście radziła sobie z photoshopem, więc efekt końcowy jaki uzyskała po nałożeniu na siebie kilku elementów wyglądał nawet nieźle. Swoje dzieło wydrukowała w formacie A6 i przytwierdziła na środku osobliwej mapy myśli. Obraz, bądź też zdjęcie przedstawiało oczy przypominające kształtem te należące do fotografa, o złotych tęczówkach połyskujących w świetle ognistych kul. Była już prawie pewna.
Pewna, że zwariowała. Wiedziała tylko, że nie ma pojęcia co robić. Nie chciała dowiedzieć się w swoim czasie. Chciała wiedzieć już, teraz, zaraz. Jak najszybciej. Z drugiej strony, bała się poznać prawdę. Co jeśli okaże się dla niej tak nie do zniesienia, że opuści Alpine znacznie szybciej? Poza tym czuła, że nie miała już sił. Potrzebowała jakiegoś elementu, bodźca do działania. Dlatego, zaplanowała, że nazajutrz wybierze się ponownie do biblioteki w miasteczku. Być może przeoczyła coś, co mogło ją naprowadzić?
Tym razem, dźwięk połączenia nie zbudził jej ze snu. Mało tego, obudziła się w sypialni, a nie na owczym futrze w salonie. Była już na nogach od dobrej godziny. Dzięki temu, zdążyła zrobić delikatny makijaż, a nawet ubrać coś innego niż pierwsze, lepsze ubrania, które wypadną z przepełnionej szafy. Wybór padł na dżinsowe spodnie z wysokim stanem, które miały nieco zbyt długie nogawki, więc musiała je podwinąć, do tego czarny, zwykły pasek i biała koszula z podwiniętymi do łokci rękawami. Dzięki temu, widoczny był tatuaż na jej przedramieniu, który zazwyczaj zakrywała. Przedstawiał różę wiatrów i był z nią już przez sześć lat. W takich ubraniach czuła się najlepiej, a biel i czerń to kolory, które nosiła zdecydowanie najchętniej.
Chciała spiąć niewygodne włosy, ale nie za bardzo jej to dziś wychodziło, więc przeczesała je tylko palcami do tyłu, żeby po dosłownie sekundzie znowu spłynęły do przodu. Były zdecydowanie za długie.
— Hej hej! — odebrała dość szybko, co nie uszło uwadze jej przyjaciół.
— Patrzcie Państwo! Myślałam, że będziemy czekać na ciebie trochę dłużej! — Vanessa nie byłaby sobą, gdyby tyle nie gadała.
— Kto by pomyślał, że ostatni będzie Caleb. — przytaknęła jej brunetka. — Poczekamy na niego i zaczniemy.
— Ładnie wyglądasz Lou. Nie, że coś. Wszystkie jesteście zawsze bardzo ładne. Ta, ty też Daniel. — głos zabrał Leon.
— Dzięki. — rzucił blondyn.
— Tylko dzisiaj jakoś tak inaczej. Chyba wszyscy jesteśmy w szoku, że już nie śpisz.
— Dzięki Leo. — posłała uśmiech do telefonu i chwyciła do ręki kubek z herbatą.
— Ta, Lou to nasz największy śpioch. — przytaknęła rudowłosa.
— Nie odzywaj się, Vani. Ty jesteś druga na podium.
Ich dokazywanie przerwało wyświetlenie się szóstego okienka na ekranie.
— Hej wszystkim! Uznałem, że Lou i tak nie będzie można dobudzić, więc skoczyłem po jakieś jedzenie do kuchni. O, Lou! — nie krył zdziwienia.
— Taaak, to ja. — na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.
— Okej, to w takim razie możemy zacząć. Każdy ma opłatek? — wszyscy przytaknęli.
— Właściwie to... — jasnowłosa wiedziała, że zaraz dostanie największą w swoim życiu naganę do Vanessy.
— NIE GADAJ, ŻE NIE MASZ. NO WAY.
— Oho.. Zaczyna się.. — pomyślała, bo raczej nie odważyłaby się powiedzieć tego na głos. — No bo wiecie... Nie pojechałam do domu..
— Lou, nie miałaś wigilii? Trzeba było mówić! Nie pozwolilibyśmy, żebyś została w tej dziurze! Co robiłaś? — zaczęli się przekrzykiwać.
— Biedactwo... Pewnie siedziała z książką w ręku.
— A ten twój sąsiad?
— Który?
— Obojętnie.
— Nie nie... Słuchajcie... Cordian mnie zaprosił. Miałam.. wigilię. Tylko zapomniałam o opłatku. Nie szkodzi. Miałam gdzieś jakieś andruty. To mniej więcej to samo. — zaczęła się rozglądać, po czym zorientowała się, że nie znajdzie ich raczej na kanapie w salonie, więc skierowała krok do kuchni i z najwyższej półki wyciągnęła paczkę czegoś co wyglądało prawie jak opłatek.
— Więc tak gramy.. Dobra. — Jude sięgnęła po paczkę ciastek. — podzielę się z wami ciastkami.
— Właściwie, to mi stygną właśnie naleśniki. — odezwał się Daniel pokazując talerz pięknie wysmażonego śniadania.
— Mam czekoladę!
— Najlepsze spaghetti carbonara mojej mamy.
— A ja pringelsy.
— Dobra, to ja zaczynam. — Jude rozsiadła się w fotelu, odłożyła laptopa na ławę i chwyciła paczkę ciastek. — Najpierw chłopcy. Leonie, tobie życzę żebyś w końcu zagadał do tej dziewczyny. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi. — przytaknęli. — Żeby egzamin na prawo jazdy na motor był tylko formalnością, i postaraj się rzadziej bronić honoru dam z Brazylii przez bicie się w barze. — ułamała kawałek ciastka po czym wpakowała go do ust. Nikt się nie odezwał, co jedynie zaśmiał, ale każdy potwierdzał jej życzenia. — Caleb, jesteś najrozsądniejszy z nas wszystkich. Trzymaj gardę, znajdź ten rzadki gatunek małpy, którego szukasz i już nigdy nie pomyl zlewu z prysznicem. — Kolejny gryz. Przez ostatnie zdanie wszyscy parsknęli śmiechem. — Daniel... Ty po prostu się ustatkuj, ale nie zmieniaj ani trochę, bo uwielbiamy twoje poczucie humoru. No i nie całuj się więcej po pijaku z Lou, ani z żadną z nas bo to dziwne.
Właśnie w tamtym momencie wszyscy ponownie przytaknęli z uśmiechami na twarzach, ale Lou patrzyła tylko na Daniela i była pewna, że on robi dokładnie to samo. Jasne, to było dawno, ale gdyby tylko wiedzieli całą prawdę... A co jeśli już wiedzą? Niemożliwe. Żadne z nich by się do tego nie przyznało. Jaką prawdę? Taką, że ta dwójka znała się ze sobą znacznie dłużej od reszty ich paczki. Ba, byli parą przez okrągłe cztery miesiące. Pewnie byliby nią do dzisiaj, gdyby nie fakt, iż mają zbyt podobne temperamenty i zwyczajnie nie mogli ze sobą żyć bez sprzeczek i kłótni. Poza tym, Daniel to naprawdę dobry chłopak, który Lou nigdy nie zdradził, ale dziewczyna czuła, że ten pozostając w związku z jedną dziewczyną zwyczajnie się męczy. Na dobrą sprawę, prędzej czy później by się pozabijali, więc pozostali w czystej przyjacielskiej relacji. No, prawie czystej.
— To teraz Vanessa. Kochanie, tobie życzę, żeby nigdy nie zabrakło ci pieniędzy na te twoje setki ubrań i dodatków na każdy dzień roku. Poza tym, nigdy się nie zmieniaj bo jesteś naszą najjaśniejszą gwiazdką. No i wisienka na torcie na sam koniec. Lou.. Pod tymi życzeniami myślę, że też podpiszemy się wszyscy. Chcemy dla ciebie jak najlepiej, słonko. Jak najszybciej dowiedz się o co chodzi z tym całym Alpine, a potem nogi za pas. My zwyczajnie.. Boimy się o ciebie. Twoi rodzice tam zginęli.
— Jeśli coś ci się stanie, przysięgam, że osobiście zabiorę AK-47, wsiądę w helikopter i wystrzelam wszystkich mieszkańców tego popapranego miasteczka jak kaczki, a potem wszystko zdetonuję. — Leon oczywiście jej zawtórował.
— ... Jasne. A ja uważam, że nie powinna uciekać. A co z tym zabójczo przystojnym fotografem?
— Chyba zabójczo dziwnym. — poprawił Venessę blondyn.
— Zwał jak zwał. — wzruszyła ramionami, a Caleb tylko przewrócił oczyma i chyba postanowił przemilczeć temat.
— Czekajcie.. Przecież była u niego wczoraj. Nie znamy najnowszych faktów. To jak?
Carter mogła powiedzieć, że jej przyjaciele, chociaż różni, mieli tylko jedną wadę. Byli zbyt ciekawscy. Nie wiedziała też jakim sposobem i w którym dokładnie momencie przeszli z dzielenia się 'opłatkiem' na temat jej znajomości z fotografem, ale nie dziwiło jej to zbytnio. Przywykła, że w ich grupie temat za tematem płynął jak rzeka. Tak było praktycznie od zawsze.
— A, no i co z Willem? On też jest super, tylko nie wieje od niego taką... yyy... grozą. hehe. Nie, to chyba nie najlepsze słowo. Tajemniczość. Już lepiej.
— Dobra, od początku, zaprosił cię i co?
— No i.. Poszłam? — blondynka skrzywiła się w akcie zażenowania.
— Jejku! Wiesz, że nie o to chodzi! Co robiliście?
— Noo.. Byli tam też jego przyjaciele. Zwyczajna wigilia, chociaż od progu przywitał mnie chłopak w samych bokserkach. Nevermind. No a po tym wszystkim poszliśmy na dwór i... — zwątpiła. Wyparła ten fakt z pamięci i dopiero teraz do niej dotarł. To w ogóle zdarzyło się naprawdę? Cholera, Lou. To zdarzyło się naprawdę. A nie powinno. Nigdy. Zwłaszcza, że nie było niczego, co usprawiedliwiło by ich czyn.
Dziewczyna wykonała coś w rodzaju facepalma. Zaschło jej w gardle, musiała napić się herbaty. Nastała chwila ciszy, którą przerwał rozentuzjazmowany jak zwykle głos Vanessy.
— Przespaliście się. — rudowłosa dziewczyna wzruszyła ramionami, a Carter wypluła na podłogę spory łyk herbaty tylko dlatego, żeby się nim nie zakrztusić.
— CO?! NIE. — dziewczyna odłożyła kubek. Jakoś tak nagle odechciało jej się pić. Pozostali parsknęli. Znali się zbyt dobrze, żeby być zaskoczonymi taką reakcją dziewczyn.
— Eh, sorrki. Liczyłam na jakiś zwrot akcji...
— Pocałował mnie. — przerwała i wróciła do picia herbaty tylko dlatego, żeby chociaż przes sekundę nie czuć na sobie wzroku swojej piątki przyjaciół.
W tle dało się słyszeć dźwięk stłuczonego szkła. Nastała cisza, niektórzy na miejscu ust mieli w tym momencie wielkie dziury. Tyle, że te należące do dwójki chłopaków były zakrzywione w górę, jakby nie wiedzieli, czy lepiej będzie zamknąć usta, czy jeszcze bardziej wyszczerzyć je w uśmiechu. Caleb uniósł brwi na pół czoła. Tylko Jude była wyraźnie niezadowolona z tego faktu. To do niej należała szklanka zbita na podłodze.
— COOO.
— No i to są konkrety! — wykrzyknął w końcu Leon.
— To świetnie! W końcu coś ruszyło do przodu. — Vanessa podskoczyła ze szczęścia. — Jak było?
— Chwila... I co teraz zrobisz?
— Co ON z tym zrobi. — poprawił ją Caleb.
— I dlaczego w ogóle to zrobił.
— Co ONI z tym zrobią, no halo.
— Wiedziałam, że tak będzie.
— Uspokójcie się, błagam. — blondwłosa westchnęła ciężko. — Nic. Zapomnę. W końcu to nic nie znaczy. Tak będzie najlepiej. Możemy wrócić do opłatka?
— NIE.
— Coś ty! Lou!
— Teraz to już się nie skupię, nie ma szans.
— Piliście coś? Ćpaliście! — rudowłosa przybliżyła swój tablet do twarzy tak, że było widać tylko jej oko. — Jeśli ma narkotyki, to lepiej rzeczywiście uciekaj.
— Albo nam trochę skołuj.
— Daniel!
— Co? — prychnął. — Żartuję.
— Nic już wam więcej nie powiem. Albo wracamy do życzeń, albo się rozłączam.
Groźba widocznie podziałała, bo już chwilę później głos zabrał Caleb, a następnie reszta ekipy.
Ledwo zdążyła wyłączyć laptopa, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Zajrzała przez okno, a jej oczom ukazała się znajoma postać. Momentalnie na jej twarzy zagościł uśmiech, gdy skierowała się w stronę drzwi. Przed ich otworzeniem, omiotła wzrokiem salon i zdała sobie sprawę, że nie zrobiła jednej rzeczy. Podbiegła do ściany i zasłoniła te wszystkie kartki i nitki zasłoną.
— Hej, Lou. — William trzymał w rękach wiklinowy koszyk.
— Hej, wejdziesz? — otworzyła drzwi nieco szerzej zapraszając go do środka.
— Jasne. — wzruszył ramionami. — Mam coś dla ciebie. — postawił koszyk na stole i wyciągnął z niego kilka pięknie pachnących rzeczy. — Pomyślałem, że jeśli wczoraj miałaś już plany, to dziś może będziesz miała chwilkę wolnego czasu, żeby zjeść ze mną te wszystkie dobre rzeczy, co? Wszystko jest z mojego rodzinnego domu, więc zapewniam cię, że jest wyśmienite. — posłał jej uśmiech czekając na odpowiedź.
— Pewnie, że tak. To bardzo miłe z twojej strony. — odwzajemniła uśmiech i wyciągnęła z szafki potrzebne naczynia.
— A potem może jakiś spacer?
— Właściwie, to.. Zamierzałam iść do biblioteki.
— Jeśli chcesz, możemy tam iść. — chłopak wyjął z szuflady nóż i sprawnie pokroił ciasto.
Carter uniosła lekko brwi.
— Mogę przełożyć to na inny dzień. Nie spieszy mi się. — przymrużyła oczy. Chociaż bardzo lubiła swojego sąsiada, to ich stosunki darzyła pewną dozą rezerwy. Był chyba jedyną nieco bliżej przez nią poznaną osoba w całym Alpine, która nie wiedziała o istnieniu "ogromnych wilków z lasu". I wolała, żeby tak zostało. Gdyby jednak natrafiła na coś w aktach, byłoby nieciekawie.
— Jeśli tak... Pokażę ci jedno miejsce w lesie. — mruknął podając jej kawałek szarlotki.
Normalna dziewczyna pewnie doszukiwałaby się jakiegoś drugiego dna tej wypowiedzi, jak na przykład " To miejsce to dziura - pół metra na dwa i dwa w dół", ale Lou nigdy nie zaliczała się do normalnych dziewczyn.
Godzinę później szli już leśną drogą w kierunku miejsca zamieszkania Cordiana. Z jednej strony, Carter była ciekawa, gdzie Henderson ją zabiera, ale z drugiej, modliła się, żeby skręcili gdzieś w boczną dróżkę i nie musieli przechodzić obok domu znajdującego się w środku lasu. Jej modlitwy zostały wysłuchane, bo jakiś czas później, odbili w lewo i szli cały czas prosto.
— Spójrz na ten strumyk. — Will wskazał ręką na strugę wody.
— Szczerze mówiąc, gdybyś mi go nie pokazał, to raczej bym go nie zauważyła. — dziewczyna ukucnęła i przyjrzała się płynącej dość wartko wodzie. Ciekawe gdzie miała źródło.
— To teraz chodźmy dalej.. Dokładnie... — wskazał kierunek, w którym płynęła woda. — Dokładnie w tę stronę.
Lou nie była nigdy osobą na której trudno wywrzeć wrażenie, dlatego samo to, co jej towarzysz podróży chce jej jeszcze pokazać ją ciekawiło.
Po kilku minutach marszu, strumień zaczął się zwiększać, a już po kilkunastu miał rozmiar dość pokaźnego kanału. Potem, do ich uszu dobiegł szum, w którego kierunku najpewniej zmierzali, bo stawał się on coraz głośniejszy. Gdy dotarli na miejsce, brunet zeskoczył na skałę poniżej, a następnie podał rękę Lou, by zrobiła to samo. Kilka skoków i znajdowali się u stóp wodospadu, skąd rzeka osiągała już pokaźniejszy rozmiar i płynęła powoli w dal.
— Gdy byłem mały, przychodziliśmy tu z przyjaciółmi. Puszczaliśmy własnoręcznie wykonane z patyków statki i urządzaliśmy wyścigi, który z nich jako pierwszy dopłynie do tamtej skały. — na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, a Louisa nie kryła totalnego zauroczenia tym miejscem. — Potem rozpalaliśmy ognisko w naszej 'tajnej bazie' na skałach za spadającą z góry wodą. Tobie też chciałem pokazać to miejsce. Dawno tu nie byłem, a jest tutaj tak pięknie..
Lou nie trzeba było dwa razy powtarzać. Schyliła sie i podniosła kilka patyków.
— Co robisz? — chłopak przykucnął obok niej.
— Jak to co? Łódkę. — spojrzała na niego i pokazała kilka patyków, które miała zamiar związać ze sobą za pomocą trawy. — Moja zaraz będzie gotowa, ale uprzedzam, że zabiera na pokład tylko jedną osobę. — uniosła jedną brew i wskazała na drewno leżące na ziemi.
I tak przez najbliższe dwadzieścia minut, dwójka dorosłych ludzi siedziała na ziemi w środku lasu składając swoje statki z patyków. Gdy były już gotowe, podeszli do miejsca startu i wypuścili swoje dzieła na wodę. Podążali za nimi brzegiem, a gdy drogę zatarasowała im dość gęsta roślinność, przystanęli i uważnie przyglądali się, jak dopływają do mety. Will stał obok niej i odwrócił wzrok od drewienek na dosłownie sekundę, by spojrzeć na blondwłosą, gdy serce Lou gwałtownie przyspieszyło do dwustu uderzeń na minutę. Czy to dlatego, że jej statek przegrywał? Nie. A może to po prostu wzrok jej towarzysza? Tym bardziej nie.
Centralnie obok dwumetrowej skały, która była metą, przystanął monstualnych rozmiarów wilk. Prawdopodobnie z początku ich nie zauważył, ale szybko odwrócił ogromny łeb w strone dwójki ludzi. Za nim, stały kolejne. Była tego pewna. Oh shit here we go again. Nim Loisa zdołała przywołać swój zdrowy rozsądek, chłopak zauważył jej przerażoną minę i odwrócił się w stronę mety. Jej reakcja była natychmiastowa. Przyłożyła dłoń do jego torsu, ścisnęła ją w pięść i trzymając kawałek jego koszulki przyciągnęła w swoim kierunku, całując zaskoczonego chłopaka.
Całe szczęście pocałunku nie odmówił. Gdy dziewczyna otworzyła oczy, pozostałe wilki zniknęły, a ten o niemalże złotej sierści odbijającej się na tle śniegu nadal tam stał i się gapił, tyle, że przechylił głowę nieco w bok. Po dobrej chwili wpatrywania, przeskoczył przez wodę i pobiegł dalej, a Lou mogła przestać.
— Czekaj.. To.. — rozkojarzony Will nie mógł zebrać słów w jedno sensowne zdanie, więc ta po prostu mu przerwała pokazując na statki uciekające już powoli z ich pola widzenia.
— Wygrałam.
Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że w sumie to już bardzo dawno narodził mi się w mojej roztrzepanej głowie taki plan. Napisałabym dalej, ale jest 1:25 i zasypiałabym na stojąco, gdybym tylko stała. Siedzę, więc zasypiam na siedząco, ot co.
A tutaj tatuaż Lou tak do podglądu:

(chcę taki)