Uwaga!

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Od Lou

W tamtej chwili wpatrywała się w stojącego zdecydowanie za blisko niej Cordiana i widziała tylko, jak bardzo musiał być zdesperowany. Miała wrażenie, że każde wypowiadane przez niego słowo stawiało kolejne cegły w murze powstającym między nimi. Tyle, że za każdym razem, gdy tak się działo, Louisa Carter wlatywała w niego jak Miley Cyrus w teledysku "Wrecking ball". Na samą myśl o tym, dziewczyna miała ochotę parsknąć mu śmiechem w twarz. Boże, dlaczego zawsze gdy musi być poważna, jej mózg mówi N I E.
Nie zamierzała się wycofywać. Nawet, jeśli nie miała pojęcia o jakiej dokładnie najwyższej cenie mówił Goldteara. Poza tym gdzieś w środku poczuła maleńki zalążek strachu. Mężczyzna był nie tylko większy i silniejszy, ale ona była w Alpine prawie zupełnie sama. Nie było tu nikogo, kto mógłby jej pomóc. Poczuciu bezpieczeństwa nie pomagał również fakt, że Cordian wie jak zginęli jej rodzice. A co jeśli byli tacy sami? Chcieli się czegoś dowiedzieć, a gdy to zrobili - pozbyto się świadków. Nie mogła pokazać strachu. I tylko dlatego, stała naprzeciw niego patrząc mu głęboko w oczy prawie zupełnie beznamiętnie, z nutą goryczy, której w sobie miała w tamtym momencie pełno. Tylko w oczy. Z tym uporem, który był jej nieodłączną częścią. Bo w końcu miała okazję. 
Okazję przyjrzenia się jego oczom, dokładnie tęczówkom. Bo doskonale pamiętała kolor oczu wilka, którego spotkała w nocy w lesie, a bez którego obudziła się nazajutrz, gdy jedyne co po nim zostało, to ugnieciony od jego ciężaru mech. To nie było złudzenie. On był rzeczywisty. Podobnie jak jego ciemna plama w górnym kąciku prawego oka. 
Pytanie jakie cisnęło jej się na usta wydawało jej się, zależnie od faktycznego stanu wydarzeń, albo zupełnie idiotyczne, albo jednak posiadające trochę sensu. Wiedziała, że Cordian nie odpowie. Nie zamierzała go nawet przymuszać do odpowiedzi. Wystarczyło, że te słowa padną z jej ust, a będzie wiedziała już wszystko.
— Czy ty jesteś wilkiem? — uniosła brew, gdy spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zaobserwowała tylko, jak jego mięśnie żwacza napinają się, gdy zacisnął zęby i gdy tylko chciał się odezwać, przerwała mu. — Wiesz co? Nieważne. — parsknęła kręcąc lekko głową. — Zapomnij. Już w nic się nie mieszam. — machnęła ręką odwracając się w kierunku, z którego weszli. 
Gdy zrobiła krok na zewnątrz, odwróciła się w jego stronę. 
— Idziesz? Obiecałam, że ci pomogę. 
Przynajmniej wiedziała, że śmierć jej rodziców była połączona z tymi wilkami. 

sobota, 21 grudnia 2019

Od Cordiana

Cordian zatrzymał się w półkroku, bez słowa, zupełnie jakby czekał na dalsze słowa. Coś w stylu „o ile chcesz” lub „jeżeli masz czas”. Te jednak nie nadchodziły i czuł, że drzwi za jego plecami są nadal otwarte, zupełnie jak klapa pułapki myśliwskiej, gotowa zamknąć się w chwili gdy jakieś zwierze wejdzie do środka. Nie chciał wchodzić do środka, nie nawiązywać kontaktu z nowymi ludźmi. Kilka tygodni temu pojawienie się zaledwie jednej dziewczyny wystarczyło, aby wytrącić jego świat z równowagi. Teraz było ich pięć razy więcej. Poza tym, był pewien, że wiedzą więcej niż przeciętni turyści, którzy zresztą w Alpine byli tak częstym zjawiskiem jak śnieg w lato. Już przychodząc pod drzwi nie miał najmniejszego pojęcia jak się zachować, a ich obecność zdecydowanie nie polepszała sytuacji. Jedno było oczywiste. Jasnowłosa dziewczyna dobrze wiedziała co robi, i należało wyjaśnić sytuację nim swoimi dalszymi działaniami doprowadzi do nieszczęścia.
    Mężczyzna wreszcie westchnął i obrócił się, na powrót układając usta w delikatny uśmiech.
— Tylko na chwilę. Nie chciałbym przerywać waszego, prawdopodobnie jedynego w najbliższym czasie spotkania. — powiedział i wyciągnął z kieszeni spodni czarną frotkę, aby spiąć włosy upiąć swoje splątane w kapturze włosy w choć trochę porządniej wyglądający kok.
— Wchodź. Nie będziesz niczego przerywać. Już mamy za sobą cały dzień szaleństw. — rzuciła dziewczyna, po czym odwróciła się, żeby krzyknąć do wnętrza domu. — Kochani, zgadnijcie kto wpadł w odwiedziny?
— Pizza? — odpowiedział jej młody męski głos.
— Ta, pizza na takim odludziu. Pomyśl trochę Leon. — ten należał do kobiety.
— Ktokolwiek to jest niech szybko wchodzi bo wpuszczacie zimno do środka. — kolejny męski głos, choć tym razem bardziej stabilny i zrównoważony. Cordian bez dalszych wywodów przekroczył próg, a odgłos zamykanych sprawił, że przez ułamek sekundy jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Wieko pułapki opadło.
     Bez słowa zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. W myślach pochwalił się za to, że zdecydował się założyć grubo pleciony, szary golf, który bądź co bądź był choć trochę bardziej elegancki od jego flanelowych koszuli. Dotychczas przesadnie duży jak dla jednej dziewczyny domek nagle zdawał się pękać w szwach pod naporem tylu gości. Zanim weszli do salonu Cordian słyszał urywki swobodnych rozmów, jednak kiedy oboje pojawili się w środku wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Przez chwilę stali w całkowitej ciszy, co umożliwiło mu przyjrzenie się kolejno każdemu z kompanów Louisy. Właściwie to nie wiedział czego miałby się spodziewać Wyglądali po prostu jak zwykli młodzi ludzie: w kwicie wieku, szaleni, roześmiani, z wielkimi ambicjami.
    Pierwszą osobą, która zdecydowała się zabrać głos była stojąca obok niego dziewczyna.
— Kochani, poznajcie Cordiana. Poznałam go zaraz po przyjeździe i… no, pomaga mi zbierać informacje o tutejszym folklorze do projektu. — przedstawiła go, co sądząc po zwężonych oczach jednego z chłopaków było zbędnym zabiegiem. Oni już go znali. I doskonale wiedział skąd.
    Wchodząc do pokoju mężczyźnie udało się zarejestrować kątem oka rozwieszoną po całej ścianie nową ‘osobliwą dekorację’. Nie tylko nie pamiętał jej ze swojej poprzedniej wizyty ale był wręcz pewien, że jest ona owocem ostatnich kilku nocy. Podobnie też doskonale domyślał się co jest jej celem i tematem. Nie podobało mu się jej ciągłe szukanie prawdy i gotowość do rozgrzebywania wszystkich sekretów, a z drugiej strony wręcz cenił ją za jej upór. Na razie jednak postanowił rozprawić się ze swoimi wilkami i ich długimi językami.
— Miło mi was poznać. Louisa dużo też dużo o was opowiadała. Doprawdy, jaki zbieg okoliczności. Nigdy nie sądziłem, że uda mi się was spotkać. — powiedział, układając usta w delikatnym uśmiechu. Na kilka sekund przeniósł wzrok na dziewczynę, zupełnie jakby chciał jej powiedzieć „widzisz, też umiem zmyślać”.
— Nam również. — mruknął w odpowiedzi jeden z chłopaków. Siedział on na kanapie ze skrzyżowanymi rękami, reprezentując najmniej przychylną mu postawę ze wszystkim zgromadzonych. W odróżnieniu od niego, dwie siedzące obok dziewczyny wpatrywały się w Cordiana niemal z iskierkami w oczach.
— Dobra, jednak mimo wszystko przypomnę ci ich imiona, tak na wszelki wypadek jakbyś kogoś zapomniał od mojej ostatniej opowieści. — dodała blondynka, niemal niezauważanie akcentując słowo ‘ostatniej’. Mężczyzna musiał się powstrzymać, aby nie zaśmiać się z tej reakcji. Co tu dużo mówić, prawda jest taka, że skoro nie było pierwszej to nie mogło też być i ostatniej. — Idąc od lewej: Leon, Daniel, Jude, Vanessa i Caleb.
    Cordian podszedł do kanapy w celu uściśnięcia dłoni kolejno każdemu z członków zwariowanej ekipy dziewczyny. Kiedy się nachylił, z jego pleców zsunął się aparat i przewieszony przez ramię – zawisł pod brzuchem mężczyzny. Przedmiot niemal natychmiast zauważyła rudowłosa dziewczyna.
— O, masz aparat! Robisz zdjęcia? — zawołała, nie wiedzieć czemu głosem w którym dało się wyczuć nutę zaskoczenia.
— Nie, nosi dla dekoracji. Taki najnowszy krzyk mody. — zachichotał siedzący obok niej chłopak. — No,  pomyśl Vanessa.
— Oj już przestań. Musisz mi wybaczyć Cordian, ale widzisz nasza droga Lou nie wspomniała słowem, że robisz zdjęcia. — jego brwi delikatnie uniosły się w górę. ‘Ale o innych rzeczach już wspominała…’ przeleciało mu przez głowę.
    Przejechał palcami po obiektywie.
— Aaa, tak. Jestem fotografem z zawodu. — powiedział, gładząc sprzęt niczym dziecko. Iskierki w oczach dziewczyny zamieniły się w płomyki. Te zresztą idealnie pasowały do jej ognistych włosów.
— Czekaj, jesteś fotografem z Alpine, och, czy to możliwe, że ty… — spojrzał na nią pytająco. Dziewczyna szybko przeszukała kieszenie, w końcu wyjmując z jednej z nich telefon. Odblokowała urządzenie i przystawiła do jego twarzy tak blisko, iż rozpoznanie znajdującego się przed jego oczami obrazu zajęło mu chwilę. Dla większości osób ustawiona na ekranie tapeta przywodziłaby na myśl najpewniej jedną ze stockowych grafik wyskakujących po wpisaniu hasła „las” w wyszukiwarkę. Dla Cordiana znaczyła ona jednak znacznie więcej. Pewnie dlatego, że doskonale znał nie tylko miejsce, w którym zostało wykonane, ale i osobę, która je zrobiła. Uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w letnie zdjęcie o zielono—złotych barwach.
— Przyznaje, zeszłoroczne lato było naprawdę przeurocze.
— Nie wierzę, że cię spotkałam! Uwielbiam twoje zdjęcia! Są takie klimatyczne. — opowiadała entuzjastycznie dziewczyna.
— Prawdę mówiąc to ja jestem pod wrażeniem. Dzisiaj, w dobie nagminnego łamania praw autorskich i uznawania praktycznie wszystkiego co zostanie udostępnione w sieci za darmowe mało kto zadaje sobie tylko trudu aby skojarzyć zdjęcie z autorem. — pochwalił dziewczynę, z nieukrywaną satysfakcją. Miło było usłyszeć w końcu kilka prawdziwych słów, które paradoksalnie znaczyły dla niego więcej niż tysiące wynoszących go pod niebiosa komentarzy na portalach społecznościowych.
— No no, tego o tobie jeszcze nie wiedzieliśmy. Aż dziwne, że zgodziłaś się puścić Lou tutaj samą. — skomentował Leon co wywołał falę śmiechu wśród zgromadzonych. Uwadze Cordiana nie umknęło dość charakterystyczne zdrobnienie, którego używali, zwracając się do blondynki – Lou.
— Taki przystojniak i ona, sami w lesie… — rozmarzyła się rudowłosa. Długowłosy zaśmiał się cicho.
— Oj już bez przesady. Jeśli już mielibyśmy coś mówić o wyglądzie… — mówiąc to sięgnął po aparat, zdjął osłonę z obiektywu i wycelował go w stronę Louisy, jednocześnie wpatrując się w okienko wizjera. — To raczej tylko w jednej osobie z tej dwójki dopatrywałbym się samych idealnych kadrów. — powiedział nadzwyczajnie profesjonalnym głosem, który sprawił, iż drobne westchnienie wydobyło się z gardeł dwóch siedzący na kanapie dziewczyn. Dla niego jednak najbardziej satysfakcjonująca była delikatna zmiana na policzkach blondynki, na które teraz wdarło się trochę więcej niż zwykle czerwonej barwy.
— Już dobrze, dość o mnie. Przyjechaliście na długo? — zapytał, zajmując jedno z niewielu pozostałych wolnych miejsc w pokoju.
— Niee, jesteśmy tylko przejazdem. Chcemy na święta wrócić do domów, ale najpierw musieliśmy wpaść z wizytą. — Racja, święta, przypomniał sobie. Tego roku w Alpine wyjątkowo wciąż nie pojawił się jeszcze pierwszy śnieg, co sprawiało, nadchodzące wydarzenia wydawały się być jeszcze bardzo odległe. Odwrócił się i spojrzał pytającym wzrokiem na blondynkę, która oparta o ścianę obserwowała całą sytuację.
— A ty, Louiso? Planujesz wrócić do domu? — jego pytanie spotkało się jednak z brakiem odpowiedzi. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w nich nieobecnym wzrokiem, aż w końcu wzruszyła ramionami, udzielając zdawkowej wypowiedzi.
— Nie. Nie mam po co. — w jednej chwili atmosfera w pokoju stała się znacznie cięższa. Basior nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić, jednak równie dobrze wiedział, że nie był to najlepszy moment na dalsze pytania.
— Podejrzewam, że odbyliście już drobną wycieczkę po miasteczku. Niestety, nie jesteśmy w stanie zapewnić wam żadnych emocjonujących atrakcji. Drugi Nowy York to raczej nie jest. — zmienił temat.
— Bez obaw, tyle żyliśmy w mieście, że zdążyliśmy się nim zmęczyć. Ale fakt, żałuję, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć Alpine w całej swojej zimowej chwale. — do rozmowy w końcu włączył się najbardziej poważny chłopak, którego Louisa przedstawiła jako Caleb. Nagle jedna z dziewczyn podniosła się do góry i zaklaskała, zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
— Uwaga, uwaga moi drodzy. Widzę, że morale grupy znacznie podupadły, dlatego nalegam, aby każdy udało się do kuchni w celu zaopatrzenia się w kubek parującego napoju według preferencji i zajął miejsce naprzeciwko teleodbiornika, z którego będzie miał jak najlepszy widok na nasz pożegnalny świąteczny film! — wygłosiła iście motywującą przemowę Jude, która w jednej chwili spotkała się z głośną aprobatą.
— Co będziemy oglądać, powiedz! — pisnęła Vanessa, budując wokół siebie przytulne gniazdo z poduszek.
— Pójdę uruchomić czajnik. — dodał Caleb, podnosząc się z kanapy. Początkowo Cordian myślał nad jakąś zręczną wymówką, dzięki której mógłby wymknąć się od tego głośnego towarzystwa. Jednak delikatny uśmiech, który powracał na twarzy jasnowłosej dziewczyny sprawił, że zdecydował się zostać jeszcze na jakiś czas. Ostatnie kilka dni spędził przeglądając scenariusz filmu dokumentalnego i planując kolejne kadry, więc drobna przerwa w pracy z pewnością wyjdzie mu na dobre. Oparł się wygodnie o ścianę, wyciągając nogi na dywanie.
    Minęło parę dobrych minut nim wszyscy zdążyli usadowić się wygodnie na wybranych przez siebie miejscach. Długowłosy mężczyzna, który ani na chwilę nie ruszył się ze swojego miejsca dostał kubek gorącej białej herbaty. Dodatkowo na stole pojawiła się wielka misa osobliwie wyglądających afrykańskich odpowiedników świątecznych pierników, które jak zapewniała Jude „miały wynagrodzić z nawiązką brak popcornu”.
    Louisa, ku jego zdziwieniu również usiadła na podłodze, niemal stykając się z jego ramieniem. Nie mogło oczywiście zabraknąć przed—filmowego przemówienia, którego tym razem entuzjastycznie podjął się Daniel.
— Panie i panowie, dzisiaj pragnę wam przedstawić, specjalnie dla naszej wyjątkowej, rozkochanej w tym ciemnobrązowym złocie Lou – Charlie i Fabryka czekolady! — jego krótka wypowiedź została nagrodzona brawami, a zgaszone światło zwiastowało rozpoczęcie się filmu. Cordian uśmiechnął się delikatnie. Nie pamiętał dobrze, kiedy ostatnim razem miał czas na takie spędzanie czasu z przyjaciółmi. Gdy był małym szczeniakiem potrafił przesiadywać godziny przed telewizorem razem z Garretem, Irvin i drugim betą. Niestety wraz z wiekiem przybywało im też coraz więcej pożerających czas obowiązków. W związku z tym, wszystkie ich niedawne spotkania były naradami lub polowaniami.
    Mężczyzna starał się śledzić historię chłopca, którego spotkało wielkie szczęście. Jednak w okolicach połowy zmęczenie zaczęło powoli przejmować nad nim kontrolę. Odchylił głowę do tyłu, opierając ją o ścianę i przymknął na chwilę oczy. Nagle poczuł delikatny dotyk po swojej prawej strony. Lekko uniósł powieki i wyizolował swój wilczy zmysł wzroku, tak że w ciemności mógł dostrzec coś więcej niż delikatne kontury zaznaczone przez światło wydobywające się z ekranu. Spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze jakiś czas temu siedziała blondynka i z zaskoczeniem zauważył, iż odpłynęła już zupełnie w krainę błogich (i pewnie czekoladowych) snów. Louisa siedziała ze skrzyżowanymi nogami, oplatając dłońmi jeszcze nie do końca pusty kubek. Jej oczy były zamknięte, a oddech spokojny i wyregulowany. Najwidoczniej resztkami świadomości zdecydowała, że jest on miększą opcją niż dywan, dlatego jej klatka piersiowa przechyliła się w lewą stronę, umożliwiając dziewczynie oparcie się o ramię długowłosego.
    Widzą, że wszyscy są zbyt skupieni na filmie, aby poświęcić im choć jedno spojrzenie, Cordian zrezygnował z prób rozdzielenia jej z jego ramieniem. Ponownie zamknął oczy, pozwalając aby ogarnęła go pełna spokoju i harmonii ciemność.
    Wraz z powracającą świadomością usłyszał ciche szmery sugerujące o drobnym poruszeniu wśród zebranych w pokoju ludzi. Przed otwarciem oczu powstrzymały go jednak ich szepty. Zachowując ostrożność, zmusił swoje ciało do zbliżenia się do granicy przemiany, dzięki czemu jego zmysły znacznie się wyostrzyły. Teraz mógł już wyłapać i zrozumieć większość słów, chociaż jak zaraz miało się okazać – niepotrzebnie. Zaledwie kilka sekund później spośród wszystkich wybił się mocny, męski głos.
— No patrzcie, patrzcie! — prychnął.
— Daniel, ciszej, bo ich obudzisz! — zganiła go dziewczyna, choć sama wypowiedziała te słowa jeszcze głośniej.
— A co, zamierzasz tak tu stać i się przyglądać bezczynnie?
— Co twoim zdaniem mam zrobić? — z każdą kolejną wypowiedzią ich wymiana zdań coraz bardziej się zaostrzała.
— Zapomniałaś niby co Lou nam o nim mówiła? To nie jest człowiek!
— Nie człowiek? A niby co. Duch? — do dyskusji włączył się trzeci, kobiecy głos.
— Nie wiem. Ale, przyznajcie, znacie Lou. Opowiadałaby nam zmyślonych historii z takim zaangażowaniem. Zresztą, to nie prima aprilis. Cokolwiek dziwnego by się tu nie działo, ona w to wierzy. — po jego słowach nastąpiła cisza,. Najprawdopodobniej wszyscy zwrócili teraz wzrok w ich stronę, rozważając słowa chłopaka. Cordian prawie wstrzymał oddech, starając się nie dawać po sobie oznak jakiegokolwiek zaangażowania w rozmowę.
— Posłuchajcie, rozumiem że wszyscy się o nią martwimy, ale co właściwie możemy zrobić? Wyrzucić go na dwór, a Lou zabrać z nami? — Spokojny i zrównoważony ton mogły wskazywać tylko na jedną osobę – Caleba. — Ja też uważam, że to najlepsze wyjście i sam chętnie bym to zrobił. Ale pomyślicie, co by ona wtedy zrobiła?
— Pewnie wsiadła w pierwszy lepszy samolot i wróciła tutaj dalej roztrząsać swoją tajemnicę. — powiedziała jedna z dziewczyn, a wilczur był pewien że pozostała czwórka pokiwała głowami, przyznając jej rację.
— Musimy zatem zostawić sprawy tak jak je zastaliśmy, pozwolić naszej przyjaciółce się tym zająć i mieć nadzieję, że nie zrobić nic lekkomyślnego bez konsultacji z nami.
— Ale mogę go teraz wywalić na dwór?
— Nie.
    Kategoryczna odmowa kobiety i następujący po nim jęk pełen zawodu sprawiły, że mężczyzna prawie się uśmiechnął, zdradzając swój stan. Zachowanie grupki przyjaciół niewiele różniło się od igraszek wilków z watahy. Tak samo jak ci ludzie lubili się ze sobą przekomarzać, żartować i zaczepiać. Gdyby ktoś nagrał z ukrycia dyktafonem kilka z tych rozmów, być może nie znalazłby w nich żadnej różny. Dlaczego zatem te dwa oddzielne światy, w rzeczywistości mające ze sobą tak wiele wspólnego nigdy nie mogły koegzystować razem?
    Dalszy tok jego myśli przerwał delikatny ruch po jego prawej stronie. Jeszcze chwilę temu dyskutujący w salonie ludzie zdążyli przenieść się do innego pokoju, zmieniając temat na sprawy codzienne, lub prywatne. Dzięki temu Cordian mógł otworzyć oczy i obserwować jak blondynka powoli zaczyna wracać do rzeczywistości. Najpierw jej usta otworzyły się nieznacznie. Potem delikatny ruch głowy sprawił, że część jej włosów, uprzednio rozrzucona po jego ramieniu zafalowała i kaskadą opadła do przodu, zasłaniając połowę twarzy. Louisa przeciągnęła się leniwie  nim w końcu otworzyła oczy. Drobne szparki rozszerzały się stopniowo wraz z tym jak jej oko przyzwyczajało się do zapalonego w pokoju światła.
— Yhhh… ja nie śpię… — wymruczała.
— Jasne jasne. Tylko chrapiesz dla relaksu. — powiedział na tyle cicho, żeby nie usłyszeli go pozostali. Blondynka jednak najwyraźniej jeszcze nie zarejestrowała jego obecności.
— Cordian…? Co ty tu…
— Tylko robię za twoją poduszkę.
— Jesteś kiepską poduszką. Taką twardą. — skomentowała iście naukowym tonem, co sprawiło że mężczyzna omal nie wybuchnął śmiechem. W ostatniej chwili zdążył powstrzymać się przed powiedzeniem „a na wilku tu już dobrze się spało?”.
— Podobał się film? — zapytał, dobrze wiedząc, że odpłynęła w ciągu pierwszych piętnastu minut. Czoło dziewczyny zmarszczyło się, zupełnie jakby zaraz chciała zapytać „Jaki znowu film?”. Na szczęście jednak pamięć nie odmówiła do końca jej posłuszeństwa i już chwile później spojrzała na niego z uśmiechem.
— Bardzo fajny. Niesamowite jak niektórzy reżyserowie potrafią połączyć taką przyjemną rzecz jak czekolada z pouczającą nauką. — odpowiedziała spokojnym i pełnym powagi tonem. Aha! — pomyślał Cordian. On też znał tę sztuczkę: za sprawą Irvin i kilku szczeniaków sam oglądał ten go już kilka razy.
— Chociaż muszę przyznać, że przez następne kilka dni nie będę mógł tak samo patrzeć na gorącą czekoladę. — spróbował przekonać ją, że pozostał czujny aż do końca. Nie zdążył jednak zobaczyć jej reakcji, gdyż do pokoju wróciła grupa żywo dyskutujących przyjaciół, tym razem wyposażonych w kubki z herbatą lub kawą. Pierwszą osobą, która zwróciła na nich uwagę był wysoki blondyn.
— O! Dzień Dobry Lou! Witamy wśród żywych. Jak się spało? — zapytał, kucając obok nich.
— Źle. Jak zwykle gadaliście przez cały film. — odpowiedziała krótko, dopiero teraz odsuwając się od Cordiana. Złapała rękę, którą Daniel wyciągnął w jej stronę i pozwoliła, aby chłopak podciągnął ją do góry.
— A ty jak zwykle chrapałaś. — odcięła się Vanessa.
— No dobrze, było naprawdę super móc się tak spotkać, ale musimy już się zbierać bo samolot odleci bez nas. — dodawała z wyraźną nutą smutku w głosie druga dziewczyna.
— O nie… nie mogę uwierzyć, że znowu was tyle nie zobaczę. — westchnęła Louisa.
— Przestań. Nim się obejrzysz wpadniemy z powrotem. A jakby co, dzwoń w każdej chwili. — Leon uśmiechnął się i przyłożył do ucha ułożoną na kształt słuchawki dłoń.
— Jasne, dzięki. — spróbowała się uśmiechnąć.
— A poza tym, nie jesteś sama. Masz Cordiana do towarzystwa. — dorzucił Daniel, co sprawiło, że w powietrzu już po raz kolejny zawisła niezręczna cisza. Wszyscy spojrzeli się na niego, lustrując go wzrokiem, zupełnie jakby siedział tam już przemieniony w swoją wilczą postać.
— Po prostu, jakby coś się działo, dzwoń. — Caleb położył dłoń na jej ramieniu.
    Następnie po dość długim pożegnaniu, pełnym uścisków i drobnych łez oraz ostatecznej wymianie życzeń Bożonarodzeniowych, piątka przyjaciół spakowała swoje torby do małego, prawdopodobnie wypożyczonego samochodu. Gdy w końcu ruszyli słońce zdążyło ledwie wznieść się ponad horyzont, barwiąc ich otoczenie pomarańczowymi i różowymi tonami. Louisa stała przy drodze wpatrując się w stronę, w którą odjechali jeszcze przez jakiś czas po tym jak pojazd znikł z pola widzenia. Cordian przez ten czas obserwował jak delikatny obłoczek pary, wydobywający się z jego ust układa się w najprzeróżniejsze kształty. Czasami miał wrażenie, że są to małe, białe zające, uciekające przed drapieżnikami. Innym razem – gałęzie drzew powiewające na wietrze, albo woda płynąca w leśnym strumyku.
    Ze świata myśli wyrwało go spojrzenie dziewczyny, tym razem skierowane w jego stronę.
— Hm? — zapytał, delikatnie przechylając głowę niczym pies.
— I pojechali. — westchnęła.
— Pojechali. — przytaknął, wciskając dłonie do kieszeni kurtki. Po pierwsze, bo była to prawda, a po drugie i tak czuł, że nie ma nic lepszego do powiedzenia.
— Jutro nagranie? — zmieniła temat. Długowłosemu chwilę zajęło połączenie go z rzeczywistością.
— A, racja. Tak. Nagranie. Większość scenariuszy mam już przygotowane. A ty? Gotowa? — odpowiedział, przelatując w głowie chyba już po raz setny przez listę rzeczy do zrobienia w celu upewnienia się, czy wszystko jest gotowe.
— Tak sądzę. W sumie to nie wiem co właściwie mam przygotować. Nigdy nie nagrywała filmu. No, może w podstawówce. Ale tak na poważnie, za prawdziwy budżet, i nie mówię tu o pieniądzach od mamy na ciastka dla młodych kamerzystów, to nie. — potarła dłonie, lekko zaniepokojona.
— Bez obaw. Nie jesteś reżyserem. Po prostu pomożesz mi się z nimi dogadać. Będzie dobrze. Wierzę w ciebie. — spróbował dodać jej otuchy, delikatnie szturchając ją w bok.
— Dzięki. Przynajmniej jedno z nas wierzy we mnie. — dodała blondynka. Cordian nie mógł jednak wychwycić czy chodziło jej tylko o nagranie, czy może o całą sytuację, w której się znalazła.
— W takim razie, ja też będę musiał cię już opuścić. Zostało mi jeszcze kilka drobnych spraw do ostatecznego zamknięcia. Ty za to masz za zadanie dobrze się wyspać! To będzie kilka męczących dni.
— Jasne, jasne, postaram się. — przewróciła oczami.
— A co do ubrania, to pamiętaj, że nie ciebie będą tam nagrywać. Włóż cokolwiek byleby było ciepłe, wygodne i najlepiej nieprzemakalne. — instruował ją dalej.
— Cordian. Chyba wiem jak się ubrać do lasu. — jej głos stał się obojętny i znudzony.
— W porządku. — mężczyzna uniósł dłonie w obronnym geście. — Tylko się upewniałem. W takim razie, do zobaczenia. Jutro z samego rana. Nie zaśpij. — cofnął się kilka kroków, wciąż jednak zwrócony w jej stronę.
— Cordian.
— Już nic nie mówię. Trzymaj się.
— Ty też. — obdarzyła go ostatnim, pożegnalnym uśmiechem nim odwróciła się w stronę domu. Poczekał aż zniknie za pierwszą, cienką linią drzew i puścił się biegiem przed siebie, zbaczając z drogi.
    Zatrzymał się dopiero po kilku minutach, kiedy gęstwina lasu była na tyle gęsta, aby w całości go ukryć. Wyjął ze swojego plecaka materiałowe zawiniątko. Po rozłożeniu zmieniło się ono w coś na kształt wielkiej, płóciennej torby. Wrzucił do niej wszystkie swoje rzeczy, włącznie z ubraniami i odsunął o kilka kroków, aby się przemienić. Wystarczyła krótka chwila głuchego chrzęstu kości, aby w miejscu gdzie jeszcze chwilę stał człowiek – teraz leżał spory wilczur o złoto—białej sierści. Basior podszedł do materiałowego zawiniątka i chwycił jego końce. Po uprzednim upewnieniu się, iż wszystko jest odpowiednio zabezpieczone  dał wielkiego susa do przodu. Przedzierał się przez skupiska krzewów, których zmarznięte, nagie gałęzie drapały jego boki. Zamierzał jak najszybciej dotrzeć do domu, zostawić na werandzie swoje rzeczy i okrążyć choć część terytorium w celu sprawdzenia granic nim na powrót zasiądzie do pracy przed komputerem.

***

    Ze snu wyrwał go głośny dźwięk przychodzącego połączenia. Ociągając się, w końcu odnalazł leżący na szafce telefon. Nacisnął przycisk, który równie dobrze mógł być zieloną słuchawką jak i czymkolwiek innym. Przycisnął urządzenie do ucha zaledwie kilka sekund przed tym jak usłyszał wydobywający się z niego kobiety głos.
— Pobudka! Wstajemy! Do pracy! Kto rano wstaje, ten Pan Bóg daje! — wyrecytowała, chociaż entuzjazm z jakim to wypowiedziała wskazywał, iż sama obudziła się co najwyżej piętnaście minut wcześniej.
— Też miło mi cię słyszeć Irv… — ziewnął i przewrócił się na plecy. Wpatrywał się we nierówne drewniane belki pod sufitem. Nie ważne ile razy na nie spoglądał, znajdujące się na nich sęki zawsze układały się w inny wzór. Dzisiaj uderzająco przypominał słonia. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, zdając sobie sprawę z niedorzeczności tego porównania. W tym całym cyrku, którym ostatnio było jego życie brakowało jeszcze tylko słoni. Chociaż właściwie, za kilka godzin całe ich stado uzbrojone w kamery miało wtargnąć do lasu.
— Cooooordian? Kurcze, zasnąłeś mi tam czy jak? — z jego rozmyślań wyrwał go głos dziewczyny.
— Jestem, jestem. Już wstaję. Pamiętacie co macie robić? Jakby coś to dzwońcie. Postaram się być pod telefonem.
— Jaaasne. Nacisnę łapą guzik i zadzwonię. — mruknęła sarkastycznie dziewczyna. — Powodzenia, Cordian.
— Do zobaczenia, trzymajcie się. — zakończył, rozłączając się. Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund leżenia, po czym z jękiem poniósł się z łóżka. Gdy rozciągał zesztywniałe ręce i nogi zauważył, że nie ma na sobie żadnych ubrań. Co, biorąc pod uwagę fakt, iż niewiele pamiętał z wczorajszej przemiany było całkiem niezłym osiągnięciem. Przynajmniej trafił do łóżka, a nie na kanapę. Rozejrzał się po pokoju i kiedy dostrzegł stojące koło drzwi zawiniątko ze swoimi rzeczami odetchnął z ulgą. Jeszcze tylko brakowało, żeby musiał szukać swoich ubrań w lesie pod wschodem słońca.
    Z lewej komory szafy wyciągnął swój zimowy strój leśny – ciepły, przystosowany do pracy w terenie i przyzwoicie wyglądający. Do plecaka wrzucił teczkę z notatkami i scenariuszem, swoją kamerę i kilka różnych obiektywów, zapakowanych w specjalny kuferek i kilka przedmiotów sanitarnych. Nigdy nie wiadomo co właściwie może się przydać. Zszedł na dół, a zimne stopnie schodów oderwały go od przywołujących go resztek snu. Z niechęcią spojrzał na panujące za oknem ciemności. Wbrew pozorom, chociaż był wilkiem preferował długie letnie dni i wczesne wschody słońca. Dzięki swoim wilczym zmysłom ograniczenie pola widzenia nie było dla niego przeszkodą. Ale nocne zdjęcia nie wychodziły już tak ładnie.
    Wszystkie swoje rzeczy zostawił w salonie na podłodze i udał się do łazienki w celu szybkiej kąpieli. Nie minęło pół godziny gdy stał już na werandzie, ubrany, z prowizorycznymi zapasami jedzenia w plecaku oraz czapką z daszkiem. Słońce zaczęło już wschodzić, więc nasunął na oczy proste przeciwsłoneczne okulary. Po raz ostatni przejrzał w głowie listę rzeczy do zrobienia i ruszył w głąb lasu.

***

    Nim dotarł na ustalone miejsce, ponownie usłyszał dźwięk dzwonka. Wyciągnął telefon z kieszeni i odebrał, uprzednio zdejmując grube, czarne rękawice. Imię, które zobaczył na wyświetlaczu sprawiło, że jego kciuk zatrzymał się na kilka sekund, zupełnie jakby nie wiedział co ma zrobić.
— Dzień Dobry… Lou. — powiedział to słowo jakby na próbę, w myślach porównując je z dłuższym i bardziej dźwięcznym Louisa. — Jak się spało?
— Dobry, Dobry. Krótko, wiesz? Jeszcze z godzinkę bym się zdrzemnęła. — oświadczyła, jej głos równie entuzjastyczny co jego.
— E tam. Uśmiech, ręce do góry i takie tam. Musimy podnieść morale grupy. Pogoda dzisiaj nam nie pomoże. — spróbował dodać jej choć trochę otuchy. Znał jednak dziesiątki osób o niebo lepszych od niego. Mężczyzna mógł co najwyżej wspiąć się na drzewo i z góry wygłosić jakąś podbudowująca mowę przywódcy watahy, która w każdej innej sytuacji byłaby po prostu komiczna. Spojrzał w górę, na żółto—niebieskie plamy prześwitujące przez gęste liście. Prognozy pogody i tak okazały się dość łaskawe. Nie przewidywały żadnych opadów, a oni mogli liczyć na co najmniej kilka ładnych godzin.
— Do zobaczenia na miejscu. — dodał, rozłączając się. Dalsza drogę pokonał, rozglądając się dookoła. Nawet z wiecznie zielonymi drzewami iglastymi, otaczający go krajobraz wyglądał dość ponuro. Odkąd pamiętał w Alpine zalegały tony błyszczącego śniegu co najmniej kilka tygodni przed świętami. W tym roku szczeniaki najprawdopodobniej będą zmuszone rzucać w siebie kulkami  zmarzniętego błota zamiast śnieżkami.
    Koło szosy w umówionym punkcie stało kilka srebrnych pojazdów. Niektóre z nich były zwykłymi samochodami, inne przypominały karetki z antenami przyczepionymi na dachu. Po prowizorycznym obozowisku rozrzucone były niezliczone ilości kabli, które część zgromadzonej ekipy usiłowała choć w drobnym stopniu doprowadzić do porządku. Wśród nich Cordian rozpoznał niewielkie mężczyznę z krótko przystrzyżonymi, czarnymi włosami i okularami w żółto—złotych oprawkach. Przedstawił mu się jako John, reżyser i kierownik planu filmowego jednocześnie. Jako iż jego towarzyszka jeszcze się nie pojawiła, pozwolił mężczyźnie oprowadzić go po różnych samochodach. We wnętrzu każdego z nich umieszczone były fotele, monitory i konsole pełne przycisków. Choć nie było to dla niego nowością, słuchał jak nagrania przesyłane są do tych prowizorycznych punktów kontroli, dzięki czemu jeszcze przed końcem dnia będą wiedzieli jakie sceny trzeba powtórzyć, abo czego brakuje.
    Kiedy opuścili ostatni z nich, ujrzeli biegnącą wzdłuż drogi dziewczynę. Cordian wykonał gest ręką, przywołując ją do nich.
— Przepraszam… za… spóźnienie… — wydyszała, opierając ręce na kolanach.
— Proszę się nie martwić, zdążyła pani idealnie. Właśnie kończymy przygotowania i za… 15 minut możemy wyruszać! — reżyser sprawdził godzinę po czym opuścił ich, w celu upewnienia się, że wszyscy są gotowi.
— Ja na razie przeżyłeś. — powiedziała Louisa, szturchając go łokciem.
— Przeżyłem, co?
— Ludzi. Przecież byłeś tu chwilę wcześniej. — przewróciła oczami.
— Tak. Ale powiedziałem tylko dwa słowa. Dzień Dobry. — uśmiechnął się delikatnie i oboje, w ślad za ekipą filmową przekroczyli granicę lasu.

***

    Z pomocą blondynki dość szybko wypracował system efektywnego porozumiewania się z kamerzystami. Dodatkowo po kilkunastu ujęciach, w których Cordian musiał własnoręcznie ustawiać kadry, mężczyźni sami wypracowali coś w stylu zalążka „artystycznego oka”. Mimo tego, po upływie dwóch godzin, wszyscy z radością przyjęli wiadomość o przerwie. Basior odebrał ze specjalnego punktu kubek ciepłej herbaty, który okazał się zabawieniem dla jego zmarzniętych palców. Podziękował skinieniem głowy, po czym odszukał wzrokiem Lousię, która właśnie rozmawiała w reżyserem.
— I jak? — zapytał, włączając się do rozmowy.
— Jeżeli chodzi ci o zdjęcia, to wyśmienicie. Co prawda otaczający nas krajobraz pozostawia wiele do życzenia, ale z twoją pomocą pewnie i tak uda się wyłuskać coś niesamowitego. — odpowiedział entuzjastycznie mężczyzna. — Kto by pomyślał, że las ma w sobie tak wiele sekretów.
— O wiele za dużo sekretów. — dopowiedziała poważnym tonem dziewczyna. Obydwaj spojrzeli na nią, choć ta właśnie zabijała wzrokiem jedynie Cordiana.
— Pójdę sprawdzić jak sobie radzą inni. — rzucił mężczyzna, zostawiając ich samych. Długowłosy spojrzał na nią, po czym westchnął zrezygnowany.
— O co chodzi?
— Wiesz o co. O to wszystko co tu się dzieje, o czym ja nie wiem, a ty TAK. — wysyczała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. W odpowiedzi jedynie złapał ją ze rękę i wciągnął w gęstwinę drzew. Przez chwilę stali tak, odgrodzeni od innych gęstymi gałęziami nim Cordian przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie i wyszeptał. Jego głos był jednak lodowaty niczym grudniowe powietrze i poważny, jak ton alphy wydzielającego zadania innym wilkom z watahy.
— Jak już zauważyłaś, ten las kryje w sobie wiele sekretów. W tym jeden szczególny i zarazem największy sekret. Sekret, który ty chcesz poznać ponad wszystko. I sekret, za który ja jestem gotów zapłacić najwyższą cenę, aby pozostał w ukryciu. Daję ci dwie opcje. Albo odnajdziesz w sobie trochę tej cierpliwości i rozwagi oraz przestaniesz szukać na własną rękę, albo będziesz zmuszona opuścić to miejsce. — „nim cokolwiek gorszego ci się stanie…” dodał w myślach.






I tak dodatkowo małe zdjęcie. Mało oddaje realia bo jest z gry (o zupełnie innej tematyce zresztą), ale tak mniej-więcej.

środa, 11 grudnia 2019

Od Lou

Dziewczyna z nieukrywaną przyjemnością wsłuchiwała się w głos fotografa. Każdy kolejny dźwięk był czysty jak łza, idealnie wyważony i głęboki. Miała wrażenie, że wpasowywał się idealnie nie tylko w klimat "Jesiennego liścia" ale i całego Alpine, pobliskich lasów, fauny, flory... Wilków. Przymknęła oczy kołysząc się delikatnie do rytmu piosenki. Zawsze pomagało to jej bardziej skupić się na muzyce. Gdy mózg nie odbiera żadnego obrazu, inne zmysły stają się aktywniejsze niż zazwyczaj, jeszcze dokładniej odbierając bodźce z zewnątrz. Lou w tamtej chwili miała do czynienia z tylko dwoma bodźcami. Pierwszym była piosenka - głos Cordiana oraz ciepłe brzmienie starego fortepianu. Drugi natomiast miał na imię "Gorąca czekolada" i właśnie stygł w kubkach. Jeszcze poczeka, bo Louisa mimo cudownego zapachu dobiegającego do jej nosa, nie zamierzała otwierać oczu. 


Strumming my pain with his fingers
Singing my life with his words
Killing me softly with his song
Killing me softly... with his song
Telling my whole life with his words
Killing me softly..
... with his song


Piosenka chyliła się ku kolejnej zwrotce, a Lou poczuła czyiś wzrok na sobie. Ktoś ją obserwował, ale trudno było się dziwić. Byli w barze, w którym było chyba więcej ludzi, niż mieszkańców Alpine! Will mówił jej po drodze, że to jedyny tego typu bar w promieniu jakichś czterdziestu kilometrów. Na początku nie chciała uwierzyć, ale gdy tylko przekroczyła próg "Jesiennego liścia" wiedziała, że zjechały się tam chyba rzeczywiście wszystkie okoliczne miasteczka. Po chwili takiego uczucia gapienia się, poczuła na policzku powiew powietrza. Zmarszczyła brwi i zmusiła się aby podnieść powieki. Ku jej zaskoczeniu, pierwszym co zobaczyła, był nos. Nie więcej niż dziesięć centymetrów od niej. Irvin! 
— Chyba nie zasnęłaś, nie? — prychnęła wesoło. — Bo już miałam cię budzić. — usiadła na fotelu kręcąc się aby zmieścić się obok Lou. 
— Wsłuchałam się po prostu. — Na twarzy Lou pojawił się uśmiech. — Nie musisz sprawdzać czy żyję. 
— Super wyje, nie? — zapytała podekscytowana trącając ją w ramię. 
Uh, wyje? Dlaczego posłużyła się akurat tym słowem? Wyją przecież wilki, nie ludzie. Chociaż Cordian potrafił również zawyć niczym prawdziwy wilk, czym pochwalił jej się wczoraj podczas robienia zdjęć. A może... Oh, przestań Clark. Popadasz w paranoję.
— Tak, dlatego daj mi jeszcze posłuchać. — parsknęła Lou. Ta wojna myśli toczyła się w jej głowie i tylko tam miała pozostać. Gdy Goldteara zakończył swoją pieśń, po sali rozległy się oklaski, a osobami, które biły brawa najgłośniej były właśnie dwie jasnowłose "smarkule" siedzące na dużym fotelu. Niektórym mogłoby się wydawać, że Iv narusza przestrzeń osobistą Louisy, ale jej to zupełnie nie przeszkadzało. Przyjaciółka Cordiana była po prostu dziwna. Lou też. Czuła, że mogą się dogadać.
Długowłosy mężczyzna stał jeszcze przez chwilę na scenie. Spojrzał w stronę stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele i posłał im uśmiech, a jego wyraz twarzy mówił "Widzicie? Zrobiłem to!"
I w Lou coś drgnęło. Poczuła nagły niepokój. Chciała poderwać się i biec, ale powstrzymała się, bo.. no właśnie. Właściwie, co chciała zrobić? Chwyciła delikatnie oparcie fotela, jakby to miało ją przed tym powstrzymać. Fotograf zeskoczył ze sceny. Krok, krok. Nie wytrzyma, ona musi biec. Gdzie? Nie wie. Jak najdalej. Jak najdalej od tego miejsca, od tych ludzi, od Alpine, od tego, czego nikt nie chciał jej powiedzieć. Goldteara. On wiedział co się stało z jej rodzicami. Nie żyją, ale on nadal milczy. Ktoś ich zabił. Kto? On? Oh, był za młody. Jack? Możliwe. Jego rodzice? Też nie żyją. On ukrywa mordercę. Krew. Cichy złowrogi warkot i atak. To siedzi w jej głowie. Przed oczyma pojawiły się mroczki. Delikatny, łagodny śpiew, jakby znikąd i nagle krzyk. Czuła jak jej oczy wirują niebezpiecznie. Zamknęła je i potrząsnęła głową. Nie, STOP!
— Lou? — wyrwał ją dotyk na ramieniu. Natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Irvin... — westchnęła oddychając nieco ciężej niż zazwyczaj.
Irvin... Nie znała jej ani trochę. Dlaczego z takim entuzjazmem ją powitała? Po prostu jest miła. "Cieszę się, że w k o ń c u cię poznałam!" W końcu? Garret. Wilk w lesie, którego spotkała wczoraj. Coś tu nie gra. W jej głowie pojawiły się powiązania, niby nitki przenoszące ją z jednego punktu, do następnego, przerażająco prawdziwie skaczące po wszystkich zebranych przez nią informacjach. Nitki nabierały kolorów. Czarne, błękitne, krwistoczerwone, żółte.. Było ich coraz więcej, różne barwy i odcienie, a ostatni punkt na mapie...
— Wszystko w porządku? — Irvin zapytała zatroskana. Co ma jej powiedzieć? "Nie", "Chyba mam halucynacje", czy lepiej - "To była wizja"? Może od razu prosto z mostu - "Co wiesz o wilkach?" Carter uspokój się. To cię przerasta.
— Rozbolała mnie głowa.. — westchnęła w odpowiedzi, przykładając dłoń do skroni.
— O nie... Chyba nas już nie opuścisz, co? — blondynka przyłożyła swoją rękę do czoła Louisy. — A może masz gorączkę?
— Wezmę tabletkę. Przejdzie mi. Wiesz, chyba za dużo myślę.. — zdobyła się na uśmiech.
— Iv, Lou miała ostatnio bardzo dużo na głowie. To z pewnością zmęczenie. — nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawił się Cordian. Spojrzała na niego i bezgłośnie podziękowała.
— Wiesz co, Lou? Już cię lubię. Bardzo się cieszę, że się poznałyśmy. Już ci mówiłam. Nasz Alpha to odludek. Unika ludzi jak tylko może, a tu proszę! Znalazł nową znajomą! Wszyscy byliśmy w szoku! Prawda? — dziewczyna szukała przez jakąś sekundę aprobaty u Garreta i Jack'a. Znalazła ją. Cała trójka przytaknęła zgodnie.
— Oj wierzcie mi czy nie, ale to ona znalazła mnie. —  uśmiech fotografa zrobił się jeszcze bardziej promienny mimo, że Carter nie potrafiła się już bardziej uśmiechnąć. Może by i dała radę, ale na pewno byłoby to nieszczere. Była zmieszana.
— Lou opowiedz nam coś o sobie. Skąd się tu wzięłaś, skąd jesteś, jak poznałaś naszego Goldtearę? — Garret wykonał taktyczny krok w przód. Chcieli dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek. Od Cordiana usłyszeli tylko tyle, że nie wiedział za dużo. Cała trójka plus fotograf rozsiadła się wygodnie i skupiła swój wzrok na jasnowłosej.
— Em.. Jasne. — kobieta wzięła głęboki wdech. Jeśli nie wiedzą za dużo, to był znak dla niej. Istniała pewna szansa, że nie rozmawiali o jej sytuacji. Jeśli wiedzą coś, co ukrywa Goldteara, mogą się wygadać, jeśli tylko odpowiednio nakieruje tok rozmowy. A w tym była prawdziwą mistrzynią. — Urodziłam się dwadzieścia cztery lata temu, tutaj, w Alpine.
— Czyli jesteś ode mnie o pięć lat młodsza, o rajuśku! — przerwała jej jak zwykle z uśmiechem na twarzy Attwood.
— Czyliii.. skoro ciebie Cordian przedstawił jako "smarkulę" to ja muszę być w takim razie noworodkiem.  — parsknęła. — Ale jesteście starzy.. Wracając. Podobno żyłam tu przez rok, potem wyjechaliśmy, ale to wiecie dlaczego.. — mówiła dalej, zdawać się można było, że beznamiętnie, jednak zrobiła króciutką pauzę, podczas której Garret i Iv skinęli głowami. M a m   w a s. Teraz trzeba było brnąć w to dalej, dopóki dwaj pozostali mężczyźni nie spostrzegli, że ona spostrzegła. Dla Louisy była to gra, a ona bawiła się świetnie i ponadto - czuła, że wyrywa, bo zaryzykowała i jednak jej się to opłaciło.  — Zamieszkaliśmy w Kentucky u mojej babci. Tam przez dwa lata rosłam i razem w czwórkę tworzyliśmy super rodzinę. Później moi rodzice zostawili mnie i wrócili tutaj, a ja dorosłam, poszłam na studia dziennikarskie i tak, z przyjaciółmi wygraliśmy konkurs. Dostaliśmy ogromne dofinansowanie na projekt. Rozjechali się po kontynentach, a ja nie mogłam wybrać innego miejsca. Przyjechałam tutaj, w poszukiwaniu rodziców. Wiedziałam tylko tyle, że po prostu zaginęli bez śladu. A potem, Cordian ma rację, znalazłam go. — zaśmiała się. —  I on opowiedział mi co się stało z moimi rodzicami, jak zginęli.. — TO było dopiero ryzyko. Jej wzrok utkwił w oczach mężczyzny, o którym mówiła. Obserwowała jak jego twarz nagle poważnieje.
— Znamy tą historię. Przykro mi Lou. — i już. Słowo się rzekło. W tej chwili było już za późno na wyjaśnienia, na kolejne kłamstwo, na fałszywy trop.
Dziewczyna fuknęła nie zdejmując oczu z trzydziestolatka siedzącego naprzeciwko niej i tylko zachowując totalny spokój uniosła lekko kąciki ust.
— Cordianie, zapomniałeś im powiedzieć, że nic nie wiem. — Oznajmiła całkiem poważnie. Nastała cisza, podczas której nikt się nie odezwał. Jedynie delikatne brzmienie pianina odejmowało sytuacji dramaturgii. — Przepraszam was, ale będę się już zbierać. — podniosła się z fotela i założyła włosy za ucho. — Cieszę się, że mogłam was poznać. Irvin, jesteś naprawdę super. Garret, ty również. Pozdrów ode mnie babcię Jack... Cordian... — urwała spoglądając na podłogę, po czym odwróciła się i wykonała pierwsze kroki.
I tyle. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Nikt nie krzyknął "Lou, zaczekaj!", zostawiła czwórkę przyjaciół w absolutnej ciszy kierując się spokojnym krokiem do wyjścia. Akurat gdy wyszła na zewnątrz, jej telefon zawibrował. Dzwonił Will, zapewne z propozycją odwiezienia do domu. Nie odebrała, tylko powoli wkroczyła na ciemną drogę. To był jeden z nielicznych momentów gdy chciała być sama.
Wszyscy wiedzieli, tylko nie ona. Czuła, że pożałuje swojej ciekawości. Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że ktoś zechce jej się pozbyć jak tylko odkryje prawdę. Trudno. Będzie gotowa.
W lesie rozpoczynała się noc. Trzaski gałęzi w pobliskim runie i szelest liści towarzyszyły jej przez całą drogę. W połowie natomiast, dołączył do niej jej nieodłączny towarzysz podróży.
— Cześć Duszku.. — wymruczała przesuwając zimną dłoń po jego ciepłej, włochatej szyi jednocześnie przeczesując długą grzywę. — Chodźmy do domu.
Z ogierem u boku czuła się bezpiecznie. Rumak szedł powoli, dotrzymując zmarzniętej dziewczynie kroku. Mogła usiąść na jego grzbiecie w każdej chwili, żeby po chwili galopu znaleźć się w domu, ale jakoś tak nagle stało jej się wszystko obojętne. Szła więc, chociaż nogi powoli się pod nią uginały, a palce mimo ciepła końskiego kłębu odmawiały posłuszeństwa. Wiatr świszczał w jej uszach, gałęzie drzew rzucały cienie na oszronioną drogę oświetloną jedynie przez Księżyc.
Co teraz, Louiso? Myśl...
Gdy weszła do salonu i usiadła na kanapie, odetchnęła z ulgą. Niekiedy trzeba wykonać krok do tyłu, żeby następnie zrobić dwa kroki w przód. Lepsze to, niż stanie w miejscu. Nie miała takiego luksusu jakim był czas. Zostało jej jedenaście miesięcy. Utkwiła wzrok w ścianę. Nic nadzwyczajnego, ot ściana, obok regału. Była jedną z większych w domu, nie wisiały na niej żadne obrazy, oprócz karnisza i zasłony. Zdecydowanie szerszego niż okno obok. Była idealna.
Skrawki papierów, nici i zdjęć leżały dosłownie wszędzie. Szczerze, lepiej, żeby to były takie przedmioty, niż żeby po raz kolejny miała się pakować. O nie. Teraz już się nie podda.  Indiańskie przedmioty, sterta długopisów, pinezki i kłębek czerwonej wełny. Nie miała innych kolorów. Jeden musiał jej wystarczyć, żeby przelać wszystkie myśli z głowy na ten kawałek płaszczyzny.
Gdy skończyła, na dworze już świtało. Znowu zawaliła noc. Przyjrzała się swojemu dziełu. Może nie był tą samą feerią barw, która rozgrywała się w jej myślach, ale nie był najgorszy, a co najważniejsze, wszystko miało swoje miejsce i ład. Siedziała po turecku przed swojego rodzaju tablicą, zbiorem jej myśli i próbowała łączyć fakty. Okazał się o wiele większych rozmiarów niż się tego spodziewała. Było w nich za dużo znaków zapytania. Z rezygnacją opadła na plecy. Pracowała już na rezerwach snu, a to nadal się nie kleiło. Nie wiedziała co jeszcze mogła dodać, bo zdawało się, że ma już wszystko. Zarejestrowała nawet fakt, że Irvin nazwała Cordiana Alphą. Niczym w prawdziwej watasze.

Południowe słońce zaczęło ją oślepiać. Przeklęte okno! Zawsze działo się to samo, gdy zasypiała na dywanie w salonie. Przewróciła się na drugą stronę drapiąc się po nosie i ziewając. To jeszcze nie czas na pobudkę.
— Ej, patrzcie! Obudziła się! — czyiś głos dobiegł do jej uszu. Znała ten damski głos... Chwila, co?!
— Komu herbaty?! — krzyk z kuchni jeszcze bardziej ją zdziwił. Zmarszczyła brwi. Czyli to już. Gratulacje, Lou. Zwariowałaś.
— Louisie zrób coś mocniejszego, Leon i wlejcie jej do gardła, bo się nie obudzi.
— Rozumiecie coś z tym nitek? Daniel? — zapytała kolejna dziewczyna
— Nie, ale wyglądają super. Vanessa nie dotykaj tego bo odpadnie..
Tego było za wiele. Otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Im dłużej patrzyła tym bardziej nie mogła uwierzyć w to co widzi.
— A-a.. A... — otworzyła usta ale nie mogła wydusić z siebie słowa.
— Ale się cieszy, że nas widzi. — Caleb przewrócił oczyma.
— Aż jej mowę odjęło. Nic dziwnego. Wszystkie dziewczyny tak reagują na mój widok. — blondyn wyszczerzył się w uśmiechu kucając obok brutalnie obudzonej dziewczyny i podając jej herbatę.
— Co.. wy... tu... — dukała przecierając oczy.
— Wszyscy zjechaliśmy na święta do domu. Jeszcze jest trochę czasu, ale.. Znaleźliśmy lotnisko do którego większość z nas miała bezprzesiadkowy lot. — rudowłosa niemalże zatańczyła z kubkami w rękach.
— A to lotnisko jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów od ciebie, więc..
— Zrobiliśmy ci okrutną niespodziankę. — opowiadali jeden przez drugiego.
— Niejaki Will Handsome nas tu wpuścił. — ruda poruszyła znacząco brwiami przez co spotkała się z wszechobecnym "pfff!"
— O Boże, to mi się nie śni, wy tu naprawdę jesteście! — Carter aż podskoczyła łapiąc się za głowę. — Wszyscy..
Cała piątka podeszła do niej i zamknęła w jednym wielkim uścisku. Tańcząca z żyrafami Jude; cwaniak Daniel; roztańczona rudowłosa Vanessa; prosto z Australii Leon oraz najrozważniejszy z nich wszystkich, ten który pojechał do Brazylii - Caleb.
— Nie macie pojęcia jak się cieszę! — do oczu blondynki napłynęły łzy.
— Hej, nie płacz! Lepiej nam opowiedz jak się sprawy mają!

Zostali z nią na trochę. Dziewczyna pokazała im miasto, opowiedziała wszystko, czego się dowiedziała, objaśniła swoją "magiczną ścianę myśli", jak to zgrabnie powiedziała Jude, przedstawiła Ducha i zabrała wszystkich na czekoladę do Jesiennego Liścia. Nie była nawet w stanie opisać, jak bardzo jej pomogli. Zawsze zjawiali się w najtrudniejszych chwilach. W końcu co sześć głów to nie jedna. Mieli jechać dalej już tego samego dnia, żeby Daniel mógł zdążyć na urodziny siostry, a potem, po świętach, każdy do swojego kraju miał wybrać się już z Nowego Yorku, więc ten jeden dzień w roku mogli spędzić znowu w pełnym składzie. Louisa nie zaprowadziła ich jedynie do lasu. Wolała, żeby nie spotkali się twarzą w twarz z wilkiem.
Około godziny dziewiętnastej byli już z powrotem w drewnianym domku Carter zwyczajnie ciesząc się swoim towarzystwem i historiami jakie przydarzyły im się w wielkim świecie.
— Już w pierwszym tygodniu, gdy siedziałem przy barze, na otwartym powietrzu, podbiegł do mnie jakiś mały naczelny i ukradł mi okulary. Lubiłem je. Teraz mam takie różowe. Najlepsze jest to, że potem widziałem go z tymi okularami. Normalnie.. — opowieść Leona przerwał dzwonek do drzwi. — Zawsze to samo... — westchnął tylko i machnął ręką w geście poddania.
— Przepraszam, to pewnie Will. Pójdę otworzyć. — Carter zeskoczyła z kanapy i podeszła do drzwi otwierając je na oścież.
— Wchodź Wiiiii.. — zacięła się, gdy zamiast Hendersona zobaczyła fotografa.
— Witaj Lou. — przywitał się. Jego uśmiech z twarzy zniknął, gdy z salonu dobiegł go śmiech. — Masz gości.. Wybacz, nie chciałem przeszkadzać.. Lepiej jak już pójdę. — obrócił się i wykonał krok w kierunku furtki.
— Cordian, poczekaj! — nie potrafiła się na niego gniewać. Mimo, że ukrywał przed nią tak duży sekret. W końcu musiał mieć w tym jakiś cel. — Ja poznałam twoich przyjaciół. Teraz ty musisz poznać moich. — otworzyła drzwi szerzej, tym samym zapraszając go do środka.