Mężczyzna wreszcie westchnął i obrócił się, na powrót układając usta w delikatny uśmiech.
— Tylko na chwilę. Nie chciałbym przerywać waszego, prawdopodobnie jedynego w najbliższym czasie spotkania. — powiedział i wyciągnął z kieszeni spodni czarną frotkę, aby spiąć włosy upiąć swoje splątane w kapturze włosy w choć trochę porządniej wyglądający kok.
— Wchodź. Nie będziesz niczego przerywać. Już mamy za sobą cały dzień szaleństw. — rzuciła dziewczyna, po czym odwróciła się, żeby krzyknąć do wnętrza domu. — Kochani, zgadnijcie kto wpadł w odwiedziny?
— Pizza? — odpowiedział jej młody męski głos.
— Ta, pizza na takim odludziu. Pomyśl trochę Leon. — ten należał do kobiety.
— Ktokolwiek to jest niech szybko wchodzi bo wpuszczacie zimno do środka. — kolejny męski głos, choć tym razem bardziej stabilny i zrównoważony. Cordian bez dalszych wywodów przekroczył próg, a odgłos zamykanych sprawił, że przez ułamek sekundy jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Wieko pułapki opadło.
Bez słowa zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. W myślach pochwalił się za to, że zdecydował się założyć grubo pleciony, szary golf, który bądź co bądź był choć trochę bardziej elegancki od jego flanelowych koszuli. Dotychczas przesadnie duży jak dla jednej dziewczyny domek nagle zdawał się pękać w szwach pod naporem tylu gości. Zanim weszli do salonu Cordian słyszał urywki swobodnych rozmów, jednak kiedy oboje pojawili się w środku wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Przez chwilę stali w całkowitej ciszy, co umożliwiło mu przyjrzenie się kolejno każdemu z kompanów Louisy. Właściwie to nie wiedział czego miałby się spodziewać Wyglądali po prostu jak zwykli młodzi ludzie: w kwicie wieku, szaleni, roześmiani, z wielkimi ambicjami.
Pierwszą osobą, która zdecydowała się zabrać głos była stojąca obok niego dziewczyna.
— Kochani, poznajcie Cordiana. Poznałam go zaraz po przyjeździe i… no, pomaga mi zbierać informacje o tutejszym folklorze do projektu. — przedstawiła go, co sądząc po zwężonych oczach jednego z chłopaków było zbędnym zabiegiem. Oni już go znali. I doskonale wiedział skąd.
Wchodząc do pokoju mężczyźnie udało się zarejestrować kątem oka rozwieszoną po całej ścianie nową ‘osobliwą dekorację’. Nie tylko nie pamiętał jej ze swojej poprzedniej wizyty ale był wręcz pewien, że jest ona owocem ostatnich kilku nocy. Podobnie też doskonale domyślał się co jest jej celem i tematem. Nie podobało mu się jej ciągłe szukanie prawdy i gotowość do rozgrzebywania wszystkich sekretów, a z drugiej strony wręcz cenił ją za jej upór. Na razie jednak postanowił rozprawić się ze swoimi wilkami i ich długimi językami.
— Miło mi was poznać. Louisa dużo też dużo o was opowiadała. Doprawdy, jaki zbieg okoliczności. Nigdy nie sądziłem, że uda mi się was spotkać. — powiedział, układając usta w delikatnym uśmiechu. Na kilka sekund przeniósł wzrok na dziewczynę, zupełnie jakby chciał jej powiedzieć „widzisz, też umiem zmyślać”.
— Nam również. — mruknął w odpowiedzi jeden z chłopaków. Siedział on na kanapie ze skrzyżowanymi rękami, reprezentując najmniej przychylną mu postawę ze wszystkim zgromadzonych. W odróżnieniu od niego, dwie siedzące obok dziewczyny wpatrywały się w Cordiana niemal z iskierkami w oczach.
— Dobra, jednak mimo wszystko przypomnę ci ich imiona, tak na wszelki wypadek jakbyś kogoś zapomniał od mojej ostatniej opowieści. — dodała blondynka, niemal niezauważanie akcentując słowo ‘ostatniej’. Mężczyzna musiał się powstrzymać, aby nie zaśmiać się z tej reakcji. Co tu dużo mówić, prawda jest taka, że skoro nie było pierwszej to nie mogło też być i ostatniej. — Idąc od lewej: Leon, Daniel, Jude, Vanessa i Caleb.
Cordian podszedł do kanapy w celu uściśnięcia dłoni kolejno każdemu z członków zwariowanej ekipy dziewczyny. Kiedy się nachylił, z jego pleców zsunął się aparat i przewieszony przez ramię – zawisł pod brzuchem mężczyzny. Przedmiot niemal natychmiast zauważyła rudowłosa dziewczyna.
— O, masz aparat! Robisz zdjęcia? — zawołała, nie wiedzieć czemu głosem w którym dało się wyczuć nutę zaskoczenia.
— Nie, nosi dla dekoracji. Taki najnowszy krzyk mody. — zachichotał siedzący obok niej chłopak. — No, pomyśl Vanessa.
— Oj już przestań. Musisz mi wybaczyć Cordian, ale widzisz nasza droga Lou nie wspomniała słowem, że robisz zdjęcia. — jego brwi delikatnie uniosły się w górę. ‘Ale o innych rzeczach już wspominała…’ przeleciało mu przez głowę.
Przejechał palcami po obiektywie.
— Aaa, tak. Jestem fotografem z zawodu. — powiedział, gładząc sprzęt niczym dziecko. Iskierki w oczach dziewczyny zamieniły się w płomyki. Te zresztą idealnie pasowały do jej ognistych włosów.
— Czekaj, jesteś fotografem z Alpine, och, czy to możliwe, że ty… — spojrzał na nią pytająco. Dziewczyna szybko przeszukała kieszenie, w końcu wyjmując z jednej z nich telefon. Odblokowała urządzenie i przystawiła do jego twarzy tak blisko, iż rozpoznanie znajdującego się przed jego oczami obrazu zajęło mu chwilę. Dla większości osób ustawiona na ekranie tapeta przywodziłaby na myśl najpewniej jedną ze stockowych grafik wyskakujących po wpisaniu hasła „las” w wyszukiwarkę. Dla Cordiana znaczyła ona jednak znacznie więcej. Pewnie dlatego, że doskonale znał nie tylko miejsce, w którym zostało wykonane, ale i osobę, która je zrobiła. Uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w letnie zdjęcie o zielono—złotych barwach.
— Przyznaje, zeszłoroczne lato było naprawdę przeurocze.
— Nie wierzę, że cię spotkałam! Uwielbiam twoje zdjęcia! Są takie klimatyczne. — opowiadała entuzjastycznie dziewczyna.
— Prawdę mówiąc to ja jestem pod wrażeniem. Dzisiaj, w dobie nagminnego łamania praw autorskich i uznawania praktycznie wszystkiego co zostanie udostępnione w sieci za darmowe mało kto zadaje sobie tylko trudu aby skojarzyć zdjęcie z autorem. — pochwalił dziewczynę, z nieukrywaną satysfakcją. Miło było usłyszeć w końcu kilka prawdziwych słów, które paradoksalnie znaczyły dla niego więcej niż tysiące wynoszących go pod niebiosa komentarzy na portalach społecznościowych.
— No no, tego o tobie jeszcze nie wiedzieliśmy. Aż dziwne, że zgodziłaś się puścić Lou tutaj samą. — skomentował Leon co wywołał falę śmiechu wśród zgromadzonych. Uwadze Cordiana nie umknęło dość charakterystyczne zdrobnienie, którego używali, zwracając się do blondynki – Lou.
— Taki przystojniak i ona, sami w lesie… — rozmarzyła się rudowłosa. Długowłosy zaśmiał się cicho.
— Oj już bez przesady. Jeśli już mielibyśmy coś mówić o wyglądzie… — mówiąc to sięgnął po aparat, zdjął osłonę z obiektywu i wycelował go w stronę Louisy, jednocześnie wpatrując się w okienko wizjera. — To raczej tylko w jednej osobie z tej dwójki dopatrywałbym się samych idealnych kadrów. — powiedział nadzwyczajnie profesjonalnym głosem, który sprawił, iż drobne westchnienie wydobyło się z gardeł dwóch siedzący na kanapie dziewczyn. Dla niego jednak najbardziej satysfakcjonująca była delikatna zmiana na policzkach blondynki, na które teraz wdarło się trochę więcej niż zwykle czerwonej barwy.
— Już dobrze, dość o mnie. Przyjechaliście na długo? — zapytał, zajmując jedno z niewielu pozostałych wolnych miejsc w pokoju.
— Niee, jesteśmy tylko przejazdem. Chcemy na święta wrócić do domów, ale najpierw musieliśmy wpaść z wizytą. — Racja, święta, przypomniał sobie. Tego roku w Alpine wyjątkowo wciąż nie pojawił się jeszcze pierwszy śnieg, co sprawiało, nadchodzące wydarzenia wydawały się być jeszcze bardzo odległe. Odwrócił się i spojrzał pytającym wzrokiem na blondynkę, która oparta o ścianę obserwowała całą sytuację.
— A ty, Louiso? Planujesz wrócić do domu? — jego pytanie spotkało się jednak z brakiem odpowiedzi. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w nich nieobecnym wzrokiem, aż w końcu wzruszyła ramionami, udzielając zdawkowej wypowiedzi.
— Nie. Nie mam po co. — w jednej chwili atmosfera w pokoju stała się znacznie cięższa. Basior nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić, jednak równie dobrze wiedział, że nie był to najlepszy moment na dalsze pytania.
— Podejrzewam, że odbyliście już drobną wycieczkę po miasteczku. Niestety, nie jesteśmy w stanie zapewnić wam żadnych emocjonujących atrakcji. Drugi Nowy York to raczej nie jest. — zmienił temat.
— Bez obaw, tyle żyliśmy w mieście, że zdążyliśmy się nim zmęczyć. Ale fakt, żałuję, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć Alpine w całej swojej zimowej chwale. — do rozmowy w końcu włączył się najbardziej poważny chłopak, którego Louisa przedstawiła jako Caleb. Nagle jedna z dziewczyn podniosła się do góry i zaklaskała, zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
— Uwaga, uwaga moi drodzy. Widzę, że morale grupy znacznie podupadły, dlatego nalegam, aby każdy udało się do kuchni w celu zaopatrzenia się w kubek parującego napoju według preferencji i zajął miejsce naprzeciwko teleodbiornika, z którego będzie miał jak najlepszy widok na nasz pożegnalny świąteczny film! — wygłosiła iście motywującą przemowę Jude, która w jednej chwili spotkała się z głośną aprobatą.
— Co będziemy oglądać, powiedz! — pisnęła Vanessa, budując wokół siebie przytulne gniazdo z poduszek.
— Pójdę uruchomić czajnik. — dodał Caleb, podnosząc się z kanapy. Początkowo Cordian myślał nad jakąś zręczną wymówką, dzięki której mógłby wymknąć się od tego głośnego towarzystwa. Jednak delikatny uśmiech, który powracał na twarzy jasnowłosej dziewczyny sprawił, że zdecydował się zostać jeszcze na jakiś czas. Ostatnie kilka dni spędził przeglądając scenariusz filmu dokumentalnego i planując kolejne kadry, więc drobna przerwa w pracy z pewnością wyjdzie mu na dobre. Oparł się wygodnie o ścianę, wyciągając nogi na dywanie.
Minęło parę dobrych minut nim wszyscy zdążyli usadowić się wygodnie na wybranych przez siebie miejscach. Długowłosy mężczyzna, który ani na chwilę nie ruszył się ze swojego miejsca dostał kubek gorącej białej herbaty. Dodatkowo na stole pojawiła się wielka misa osobliwie wyglądających afrykańskich odpowiedników świątecznych pierników, które jak zapewniała Jude „miały wynagrodzić z nawiązką brak popcornu”.
Louisa, ku jego zdziwieniu również usiadła na podłodze, niemal stykając się z jego ramieniem. Nie mogło oczywiście zabraknąć przed—filmowego przemówienia, którego tym razem entuzjastycznie podjął się Daniel.
— Panie i panowie, dzisiaj pragnę wam przedstawić, specjalnie dla naszej wyjątkowej, rozkochanej w tym ciemnobrązowym złocie Lou – Charlie i Fabryka czekolady! — jego krótka wypowiedź została nagrodzona brawami, a zgaszone światło zwiastowało rozpoczęcie się filmu. Cordian uśmiechnął się delikatnie. Nie pamiętał dobrze, kiedy ostatnim razem miał czas na takie spędzanie czasu z przyjaciółmi. Gdy był małym szczeniakiem potrafił przesiadywać godziny przed telewizorem razem z Garretem, Irvin i drugim betą. Niestety wraz z wiekiem przybywało im też coraz więcej pożerających czas obowiązków. W związku z tym, wszystkie ich niedawne spotkania były naradami lub polowaniami.
Mężczyzna starał się śledzić historię chłopca, którego spotkało wielkie szczęście. Jednak w okolicach połowy zmęczenie zaczęło powoli przejmować nad nim kontrolę. Odchylił głowę do tyłu, opierając ją o ścianę i przymknął na chwilę oczy. Nagle poczuł delikatny dotyk po swojej prawej strony. Lekko uniósł powieki i wyizolował swój wilczy zmysł wzroku, tak że w ciemności mógł dostrzec coś więcej niż delikatne kontury zaznaczone przez światło wydobywające się z ekranu. Spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze jakiś czas temu siedziała blondynka i z zaskoczeniem zauważył, iż odpłynęła już zupełnie w krainę błogich (i pewnie czekoladowych) snów. Louisa siedziała ze skrzyżowanymi nogami, oplatając dłońmi jeszcze nie do końca pusty kubek. Jej oczy były zamknięte, a oddech spokojny i wyregulowany. Najwidoczniej resztkami świadomości zdecydowała, że jest on miększą opcją niż dywan, dlatego jej klatka piersiowa przechyliła się w lewą stronę, umożliwiając dziewczynie oparcie się o ramię długowłosego.
Widzą, że wszyscy są zbyt skupieni na filmie, aby poświęcić im choć jedno spojrzenie, Cordian zrezygnował z prób rozdzielenia jej z jego ramieniem. Ponownie zamknął oczy, pozwalając aby ogarnęła go pełna spokoju i harmonii ciemność.
Wraz z powracającą świadomością usłyszał ciche szmery sugerujące o drobnym poruszeniu wśród zebranych w pokoju ludzi. Przed otwarciem oczu powstrzymały go jednak ich szepty. Zachowując ostrożność, zmusił swoje ciało do zbliżenia się do granicy przemiany, dzięki czemu jego zmysły znacznie się wyostrzyły. Teraz mógł już wyłapać i zrozumieć większość słów, chociaż jak zaraz miało się okazać – niepotrzebnie. Zaledwie kilka sekund później spośród wszystkich wybił się mocny, męski głos.
— No patrzcie, patrzcie! — prychnął.
— Daniel, ciszej, bo ich obudzisz! — zganiła go dziewczyna, choć sama wypowiedziała te słowa jeszcze głośniej.
— A co, zamierzasz tak tu stać i się przyglądać bezczynnie?
— Co twoim zdaniem mam zrobić? — z każdą kolejną wypowiedzią ich wymiana zdań coraz bardziej się zaostrzała.
— Zapomniałaś niby co Lou nam o nim mówiła? To nie jest człowiek!
— Nie człowiek? A niby co. Duch? — do dyskusji włączył się trzeci, kobiecy głos.
— Nie wiem. Ale, przyznajcie, znacie Lou. Opowiadałaby nam zmyślonych historii z takim zaangażowaniem. Zresztą, to nie prima aprilis. Cokolwiek dziwnego by się tu nie działo, ona w to wierzy. — po jego słowach nastąpiła cisza,. Najprawdopodobniej wszyscy zwrócili teraz wzrok w ich stronę, rozważając słowa chłopaka. Cordian prawie wstrzymał oddech, starając się nie dawać po sobie oznak jakiegokolwiek zaangażowania w rozmowę.
— Posłuchajcie, rozumiem że wszyscy się o nią martwimy, ale co właściwie możemy zrobić? Wyrzucić go na dwór, a Lou zabrać z nami? — Spokojny i zrównoważony ton mogły wskazywać tylko na jedną osobę – Caleba. — Ja też uważam, że to najlepsze wyjście i sam chętnie bym to zrobił. Ale pomyślicie, co by ona wtedy zrobiła?
— Pewnie wsiadła w pierwszy lepszy samolot i wróciła tutaj dalej roztrząsać swoją tajemnicę. — powiedziała jedna z dziewczyn, a wilczur był pewien że pozostała czwórka pokiwała głowami, przyznając jej rację.
— Musimy zatem zostawić sprawy tak jak je zastaliśmy, pozwolić naszej przyjaciółce się tym zająć i mieć nadzieję, że nie zrobić nic lekkomyślnego bez konsultacji z nami.
— Ale mogę go teraz wywalić na dwór?
— Nie.
Kategoryczna odmowa kobiety i następujący po nim jęk pełen zawodu sprawiły, że mężczyzna prawie się uśmiechnął, zdradzając swój stan. Zachowanie grupki przyjaciół niewiele różniło się od igraszek wilków z watahy. Tak samo jak ci ludzie lubili się ze sobą przekomarzać, żartować i zaczepiać. Gdyby ktoś nagrał z ukrycia dyktafonem kilka z tych rozmów, być może nie znalazłby w nich żadnej różny. Dlaczego zatem te dwa oddzielne światy, w rzeczywistości mające ze sobą tak wiele wspólnego nigdy nie mogły koegzystować razem?
Dalszy tok jego myśli przerwał delikatny ruch po jego prawej stronie. Jeszcze chwilę temu dyskutujący w salonie ludzie zdążyli przenieść się do innego pokoju, zmieniając temat na sprawy codzienne, lub prywatne. Dzięki temu Cordian mógł otworzyć oczy i obserwować jak blondynka powoli zaczyna wracać do rzeczywistości. Najpierw jej usta otworzyły się nieznacznie. Potem delikatny ruch głowy sprawił, że część jej włosów, uprzednio rozrzucona po jego ramieniu zafalowała i kaskadą opadła do przodu, zasłaniając połowę twarzy. Louisa przeciągnęła się leniwie nim w końcu otworzyła oczy. Drobne szparki rozszerzały się stopniowo wraz z tym jak jej oko przyzwyczajało się do zapalonego w pokoju światła.
— Yhhh… ja nie śpię… — wymruczała.
— Jasne jasne. Tylko chrapiesz dla relaksu. — powiedział na tyle cicho, żeby nie usłyszeli go pozostali. Blondynka jednak najwyraźniej jeszcze nie zarejestrowała jego obecności.
— Cordian…? Co ty tu…
— Tylko robię za twoją poduszkę.
— Jesteś kiepską poduszką. Taką twardą. — skomentowała iście naukowym tonem, co sprawiło że mężczyzna omal nie wybuchnął śmiechem. W ostatniej chwili zdążył powstrzymać się przed powiedzeniem „a na wilku tu już dobrze się spało?”.
— Podobał się film? — zapytał, dobrze wiedząc, że odpłynęła w ciągu pierwszych piętnastu minut. Czoło dziewczyny zmarszczyło się, zupełnie jakby zaraz chciała zapytać „Jaki znowu film?”. Na szczęście jednak pamięć nie odmówiła do końca jej posłuszeństwa i już chwile później spojrzała na niego z uśmiechem.
— Bardzo fajny. Niesamowite jak niektórzy reżyserowie potrafią połączyć taką przyjemną rzecz jak czekolada z pouczającą nauką. — odpowiedziała spokojnym i pełnym powagi tonem. Aha! — pomyślał Cordian. On też znał tę sztuczkę: za sprawą Irvin i kilku szczeniaków sam oglądał ten go już kilka razy.
— Chociaż muszę przyznać, że przez następne kilka dni nie będę mógł tak samo patrzeć na gorącą czekoladę. — spróbował przekonać ją, że pozostał czujny aż do końca. Nie zdążył jednak zobaczyć jej reakcji, gdyż do pokoju wróciła grupa żywo dyskutujących przyjaciół, tym razem wyposażonych w kubki z herbatą lub kawą. Pierwszą osobą, która zwróciła na nich uwagę był wysoki blondyn.
— O! Dzień Dobry Lou! Witamy wśród żywych. Jak się spało? — zapytał, kucając obok nich.
— Źle. Jak zwykle gadaliście przez cały film. — odpowiedziała krótko, dopiero teraz odsuwając się od Cordiana. Złapała rękę, którą Daniel wyciągnął w jej stronę i pozwoliła, aby chłopak podciągnął ją do góry.
— A ty jak zwykle chrapałaś. — odcięła się Vanessa.
— No dobrze, było naprawdę super móc się tak spotkać, ale musimy już się zbierać bo samolot odleci bez nas. — dodawała z wyraźną nutą smutku w głosie druga dziewczyna.
— O nie… nie mogę uwierzyć, że znowu was tyle nie zobaczę. — westchnęła Louisa.
— Przestań. Nim się obejrzysz wpadniemy z powrotem. A jakby co, dzwoń w każdej chwili. — Leon uśmiechnął się i przyłożył do ucha ułożoną na kształt słuchawki dłoń.
— Jasne, dzięki. — spróbowała się uśmiechnąć.
— A poza tym, nie jesteś sama. Masz Cordiana do towarzystwa. — dorzucił Daniel, co sprawiło, że w powietrzu już po raz kolejny zawisła niezręczna cisza. Wszyscy spojrzeli się na niego, lustrując go wzrokiem, zupełnie jakby siedział tam już przemieniony w swoją wilczą postać.
— Po prostu, jakby coś się działo, dzwoń. — Caleb położył dłoń na jej ramieniu.
Następnie po dość długim pożegnaniu, pełnym uścisków i drobnych łez oraz ostatecznej wymianie życzeń Bożonarodzeniowych, piątka przyjaciół spakowała swoje torby do małego, prawdopodobnie wypożyczonego samochodu. Gdy w końcu ruszyli słońce zdążyło ledwie wznieść się ponad horyzont, barwiąc ich otoczenie pomarańczowymi i różowymi tonami. Louisa stała przy drodze wpatrując się w stronę, w którą odjechali jeszcze przez jakiś czas po tym jak pojazd znikł z pola widzenia. Cordian przez ten czas obserwował jak delikatny obłoczek pary, wydobywający się z jego ust układa się w najprzeróżniejsze kształty. Czasami miał wrażenie, że są to małe, białe zające, uciekające przed drapieżnikami. Innym razem – gałęzie drzew powiewające na wietrze, albo woda płynąca w leśnym strumyku.
Ze świata myśli wyrwało go spojrzenie dziewczyny, tym razem skierowane w jego stronę.
— Hm? — zapytał, delikatnie przechylając głowę niczym pies.
— I pojechali. — westchnęła.
— Pojechali. — przytaknął, wciskając dłonie do kieszeni kurtki. Po pierwsze, bo była to prawda, a po drugie i tak czuł, że nie ma nic lepszego do powiedzenia.
— Jutro nagranie? — zmieniła temat. Długowłosemu chwilę zajęło połączenie go z rzeczywistością.
— A, racja. Tak. Nagranie. Większość scenariuszy mam już przygotowane. A ty? Gotowa? — odpowiedział, przelatując w głowie chyba już po raz setny przez listę rzeczy do zrobienia w celu upewnienia się, czy wszystko jest gotowe.
— Tak sądzę. W sumie to nie wiem co właściwie mam przygotować. Nigdy nie nagrywała filmu. No, może w podstawówce. Ale tak na poważnie, za prawdziwy budżet, i nie mówię tu o pieniądzach od mamy na ciastka dla młodych kamerzystów, to nie. — potarła dłonie, lekko zaniepokojona.
— Bez obaw. Nie jesteś reżyserem. Po prostu pomożesz mi się z nimi dogadać. Będzie dobrze. Wierzę w ciebie. — spróbował dodać jej otuchy, delikatnie szturchając ją w bok.
— Dzięki. Przynajmniej jedno z nas wierzy we mnie. — dodała blondynka. Cordian nie mógł jednak wychwycić czy chodziło jej tylko o nagranie, czy może o całą sytuację, w której się znalazła.
— W takim razie, ja też będę musiał cię już opuścić. Zostało mi jeszcze kilka drobnych spraw do ostatecznego zamknięcia. Ty za to masz za zadanie dobrze się wyspać! To będzie kilka męczących dni.
— Jasne, jasne, postaram się. — przewróciła oczami.
— A co do ubrania, to pamiętaj, że nie ciebie będą tam nagrywać. Włóż cokolwiek byleby było ciepłe, wygodne i najlepiej nieprzemakalne. — instruował ją dalej.
— Cordian. Chyba wiem jak się ubrać do lasu. — jej głos stał się obojętny i znudzony.
— W porządku. — mężczyzna uniósł dłonie w obronnym geście. — Tylko się upewniałem. W takim razie, do zobaczenia. Jutro z samego rana. Nie zaśpij. — cofnął się kilka kroków, wciąż jednak zwrócony w jej stronę.
— Cordian.
— Już nic nie mówię. Trzymaj się.
— Ty też. — obdarzyła go ostatnim, pożegnalnym uśmiechem nim odwróciła się w stronę domu. Poczekał aż zniknie za pierwszą, cienką linią drzew i puścił się biegiem przed siebie, zbaczając z drogi.
Zatrzymał się dopiero po kilku minutach, kiedy gęstwina lasu była na tyle gęsta, aby w całości go ukryć. Wyjął ze swojego plecaka materiałowe zawiniątko. Po rozłożeniu zmieniło się ono w coś na kształt wielkiej, płóciennej torby. Wrzucił do niej wszystkie swoje rzeczy, włącznie z ubraniami i odsunął o kilka kroków, aby się przemienić. Wystarczyła krótka chwila głuchego chrzęstu kości, aby w miejscu gdzie jeszcze chwilę stał człowiek – teraz leżał spory wilczur o złoto—białej sierści. Basior podszedł do materiałowego zawiniątka i chwycił jego końce. Po uprzednim upewnieniu się, iż wszystko jest odpowiednio zabezpieczone dał wielkiego susa do przodu. Przedzierał się przez skupiska krzewów, których zmarznięte, nagie gałęzie drapały jego boki. Zamierzał jak najszybciej dotrzeć do domu, zostawić na werandzie swoje rzeczy i okrążyć choć część terytorium w celu sprawdzenia granic nim na powrót zasiądzie do pracy przed komputerem.
***
Ze snu wyrwał go głośny dźwięk przychodzącego połączenia. Ociągając się, w końcu odnalazł leżący na szafce telefon. Nacisnął przycisk, który równie dobrze mógł być zieloną słuchawką jak i czymkolwiek innym. Przycisnął urządzenie do ucha zaledwie kilka sekund przed tym jak usłyszał wydobywający się z niego kobiety głos.
— Pobudka! Wstajemy! Do pracy! Kto rano wstaje, ten Pan Bóg daje! — wyrecytowała, chociaż entuzjazm z jakim to wypowiedziała wskazywał, iż sama obudziła się co najwyżej piętnaście minut wcześniej.
— Też miło mi cię słyszeć Irv… — ziewnął i przewrócił się na plecy. Wpatrywał się we nierówne drewniane belki pod sufitem. Nie ważne ile razy na nie spoglądał, znajdujące się na nich sęki zawsze układały się w inny wzór. Dzisiaj uderzająco przypominał słonia. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, zdając sobie sprawę z niedorzeczności tego porównania. W tym całym cyrku, którym ostatnio było jego życie brakowało jeszcze tylko słoni. Chociaż właściwie, za kilka godzin całe ich stado uzbrojone w kamery miało wtargnąć do lasu.
— Cooooordian? Kurcze, zasnąłeś mi tam czy jak? — z jego rozmyślań wyrwał go głos dziewczyny.
— Jestem, jestem. Już wstaję. Pamiętacie co macie robić? Jakby coś to dzwońcie. Postaram się być pod telefonem.
— Jaaasne. Nacisnę łapą guzik i zadzwonię. — mruknęła sarkastycznie dziewczyna. — Powodzenia, Cordian.
— Do zobaczenia, trzymajcie się. — zakończył, rozłączając się. Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund leżenia, po czym z jękiem poniósł się z łóżka. Gdy rozciągał zesztywniałe ręce i nogi zauważył, że nie ma na sobie żadnych ubrań. Co, biorąc pod uwagę fakt, iż niewiele pamiętał z wczorajszej przemiany było całkiem niezłym osiągnięciem. Przynajmniej trafił do łóżka, a nie na kanapę. Rozejrzał się po pokoju i kiedy dostrzegł stojące koło drzwi zawiniątko ze swoimi rzeczami odetchnął z ulgą. Jeszcze tylko brakowało, żeby musiał szukać swoich ubrań w lesie pod wschodem słońca.
Z lewej komory szafy wyciągnął swój zimowy strój leśny – ciepły, przystosowany do pracy w terenie i przyzwoicie wyglądający. Do plecaka wrzucił teczkę z notatkami i scenariuszem, swoją kamerę i kilka różnych obiektywów, zapakowanych w specjalny kuferek i kilka przedmiotów sanitarnych. Nigdy nie wiadomo co właściwie może się przydać. Zszedł na dół, a zimne stopnie schodów oderwały go od przywołujących go resztek snu. Z niechęcią spojrzał na panujące za oknem ciemności. Wbrew pozorom, chociaż był wilkiem preferował długie letnie dni i wczesne wschody słońca. Dzięki swoim wilczym zmysłom ograniczenie pola widzenia nie było dla niego przeszkodą. Ale nocne zdjęcia nie wychodziły już tak ładnie.
Wszystkie swoje rzeczy zostawił w salonie na podłodze i udał się do łazienki w celu szybkiej kąpieli. Nie minęło pół godziny gdy stał już na werandzie, ubrany, z prowizorycznymi zapasami jedzenia w plecaku oraz czapką z daszkiem. Słońce zaczęło już wschodzić, więc nasunął na oczy proste przeciwsłoneczne okulary. Po raz ostatni przejrzał w głowie listę rzeczy do zrobienia i ruszył w głąb lasu.
***
Nim dotarł na ustalone miejsce, ponownie usłyszał dźwięk dzwonka. Wyciągnął telefon z kieszeni i odebrał, uprzednio zdejmując grube, czarne rękawice. Imię, które zobaczył na wyświetlaczu sprawiło, że jego kciuk zatrzymał się na kilka sekund, zupełnie jakby nie wiedział co ma zrobić.
— Dzień Dobry… Lou. — powiedział to słowo jakby na próbę, w myślach porównując je z dłuższym i bardziej dźwięcznym Louisa. — Jak się spało?
— Dobry, Dobry. Krótko, wiesz? Jeszcze z godzinkę bym się zdrzemnęła. — oświadczyła, jej głos równie entuzjastyczny co jego.
— E tam. Uśmiech, ręce do góry i takie tam. Musimy podnieść morale grupy. Pogoda dzisiaj nam nie pomoże. — spróbował dodać jej choć trochę otuchy. Znał jednak dziesiątki osób o niebo lepszych od niego. Mężczyzna mógł co najwyżej wspiąć się na drzewo i z góry wygłosić jakąś podbudowująca mowę przywódcy watahy, która w każdej innej sytuacji byłaby po prostu komiczna. Spojrzał w górę, na żółto—niebieskie plamy prześwitujące przez gęste liście. Prognozy pogody i tak okazały się dość łaskawe. Nie przewidywały żadnych opadów, a oni mogli liczyć na co najmniej kilka ładnych godzin.
— Do zobaczenia na miejscu. — dodał, rozłączając się. Dalsza drogę pokonał, rozglądając się dookoła. Nawet z wiecznie zielonymi drzewami iglastymi, otaczający go krajobraz wyglądał dość ponuro. Odkąd pamiętał w Alpine zalegały tony błyszczącego śniegu co najmniej kilka tygodni przed świętami. W tym roku szczeniaki najprawdopodobniej będą zmuszone rzucać w siebie kulkami zmarzniętego błota zamiast śnieżkami.
Koło szosy w umówionym punkcie stało kilka srebrnych pojazdów. Niektóre z nich były zwykłymi samochodami, inne przypominały karetki z antenami przyczepionymi na dachu. Po prowizorycznym obozowisku rozrzucone były niezliczone ilości kabli, które część zgromadzonej ekipy usiłowała choć w drobnym stopniu doprowadzić do porządku. Wśród nich Cordian rozpoznał niewielkie mężczyznę z krótko przystrzyżonymi, czarnymi włosami i okularami w żółto—złotych oprawkach. Przedstawił mu się jako John, reżyser i kierownik planu filmowego jednocześnie. Jako iż jego towarzyszka jeszcze się nie pojawiła, pozwolił mężczyźnie oprowadzić go po różnych samochodach. We wnętrzu każdego z nich umieszczone były fotele, monitory i konsole pełne przycisków. Choć nie było to dla niego nowością, słuchał jak nagrania przesyłane są do tych prowizorycznych punktów kontroli, dzięki czemu jeszcze przed końcem dnia będą wiedzieli jakie sceny trzeba powtórzyć, abo czego brakuje.
Kiedy opuścili ostatni z nich, ujrzeli biegnącą wzdłuż drogi dziewczynę. Cordian wykonał gest ręką, przywołując ją do nich.
— Przepraszam… za… spóźnienie… — wydyszała, opierając ręce na kolanach.
— Proszę się nie martwić, zdążyła pani idealnie. Właśnie kończymy przygotowania i za… 15 minut możemy wyruszać! — reżyser sprawdził godzinę po czym opuścił ich, w celu upewnienia się, że wszyscy są gotowi.
— Ja na razie przeżyłeś. — powiedziała Louisa, szturchając go łokciem.
— Przeżyłem, co?
— Ludzi. Przecież byłeś tu chwilę wcześniej. — przewróciła oczami.
— Tak. Ale powiedziałem tylko dwa słowa. Dzień Dobry. — uśmiechnął się delikatnie i oboje, w ślad za ekipą filmową przekroczyli granicę lasu.
***
Z pomocą blondynki dość szybko wypracował system efektywnego porozumiewania się z kamerzystami. Dodatkowo po kilkunastu ujęciach, w których Cordian musiał własnoręcznie ustawiać kadry, mężczyźni sami wypracowali coś w stylu zalążka „artystycznego oka”. Mimo tego, po upływie dwóch godzin, wszyscy z radością przyjęli wiadomość o przerwie. Basior odebrał ze specjalnego punktu kubek ciepłej herbaty, który okazał się zabawieniem dla jego zmarzniętych palców. Podziękował skinieniem głowy, po czym odszukał wzrokiem Lousię, która właśnie rozmawiała w reżyserem.
— I jak? — zapytał, włączając się do rozmowy.
— Jeżeli chodzi ci o zdjęcia, to wyśmienicie. Co prawda otaczający nas krajobraz pozostawia wiele do życzenia, ale z twoją pomocą pewnie i tak uda się wyłuskać coś niesamowitego. — odpowiedział entuzjastycznie mężczyzna. — Kto by pomyślał, że las ma w sobie tak wiele sekretów.
— O wiele za dużo sekretów. — dopowiedziała poważnym tonem dziewczyna. Obydwaj spojrzeli na nią, choć ta właśnie zabijała wzrokiem jedynie Cordiana.
— Pójdę sprawdzić jak sobie radzą inni. — rzucił mężczyzna, zostawiając ich samych. Długowłosy spojrzał na nią, po czym westchnął zrezygnowany.
— O co chodzi?
— Wiesz o co. O to wszystko co tu się dzieje, o czym ja nie wiem, a ty TAK. — wysyczała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. W odpowiedzi jedynie złapał ją ze rękę i wciągnął w gęstwinę drzew. Przez chwilę stali tak, odgrodzeni od innych gęstymi gałęziami nim Cordian przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie i wyszeptał. Jego głos był jednak lodowaty niczym grudniowe powietrze i poważny, jak ton alphy wydzielającego zadania innym wilkom z watahy.
— Jak już zauważyłaś, ten las kryje w sobie wiele sekretów. W tym jeden szczególny i zarazem największy sekret. Sekret, który ty chcesz poznać ponad wszystko. I sekret, za który ja jestem gotów zapłacić najwyższą cenę, aby pozostał w ukryciu. Daję ci dwie opcje. Albo odnajdziesz w sobie trochę tej cierpliwości i rozwagi oraz przestaniesz szukać na własną rękę, albo będziesz zmuszona opuścić to miejsce. — „nim cokolwiek gorszego ci się stanie…” dodał w myślach.
I tak dodatkowo małe zdjęcie. Mało oddaje realia bo jest z gry (o zupełnie innej tematyce zresztą), ale tak mniej-więcej.
