Dziewczyna z nieukrywaną przyjemnością wsłuchiwała się w głos fotografa. Każdy kolejny dźwięk był czysty jak łza, idealnie wyważony i głęboki. Miała wrażenie, że wpasowywał się idealnie nie tylko w klimat "Jesiennego liścia" ale i całego Alpine, pobliskich lasów, fauny, flory... Wilków. Przymknęła oczy kołysząc się delikatnie do rytmu piosenki. Zawsze pomagało to jej bardziej skupić się na muzyce. Gdy mózg nie odbiera żadnego obrazu, inne zmysły stają się aktywniejsze niż zazwyczaj, jeszcze dokładniej odbierając bodźce z zewnątrz. Lou w tamtej chwili miała do czynienia z tylko dwoma bodźcami. Pierwszym była piosenka - głos Cordiana oraz ciepłe brzmienie starego fortepianu. Drugi natomiast miał na imię "Gorąca czekolada" i właśnie stygł w kubkach. Jeszcze poczeka, bo Louisa mimo cudownego zapachu dobiegającego do jej nosa, nie zamierzała otwierać oczu.
Strumming my pain with his fingers
Singing my life with his words
Killing me softly with his song
Killing me softly... with his song
Telling my whole life with his words
Killing me softly..
... with his song
Piosenka chyliła się ku kolejnej zwrotce, a Lou poczuła czyiś wzrok na sobie. Ktoś ją obserwował, ale trudno było się dziwić. Byli w barze, w którym było chyba więcej ludzi, niż mieszkańców Alpine! Will mówił jej po drodze, że to jedyny tego typu bar w promieniu jakichś czterdziestu kilometrów. Na początku nie chciała uwierzyć, ale gdy tylko przekroczyła próg "Jesiennego liścia" wiedziała, że zjechały się tam chyba rzeczywiście wszystkie okoliczne miasteczka. Po chwili takiego uczucia gapienia się, poczuła na policzku powiew powietrza. Zmarszczyła brwi i zmusiła się aby podnieść powieki. Ku jej zaskoczeniu, pierwszym co zobaczyła, był nos. Nie więcej niż dziesięć centymetrów od niej. Irvin!
— Chyba nie zasnęłaś, nie? — prychnęła wesoło. — Bo już miałam cię budzić. — usiadła na fotelu kręcąc się aby zmieścić się obok Lou.
— Wsłuchałam się po prostu. — Na twarzy Lou pojawił się uśmiech. — Nie musisz sprawdzać czy żyję.
— Super wyje, nie? — zapytała podekscytowana trącając ją w ramię.
Uh, wyje? Dlaczego posłużyła się akurat tym słowem? Wyją przecież wilki, nie ludzie. Chociaż Cordian potrafił również zawyć niczym prawdziwy wilk, czym pochwalił jej się wczoraj podczas robienia zdjęć. A może... Oh, przestań Clark. Popadasz w paranoję.
— Tak, dlatego daj mi jeszcze posłuchać. — parsknęła Lou. Ta wojna myśli toczyła się w jej głowie i tylko tam miała pozostać. Gdy Goldteara zakończył swoją pieśń, po sali rozległy się oklaski, a osobami, które biły brawa najgłośniej były właśnie dwie jasnowłose "smarkule" siedzące na dużym fotelu. Niektórym mogłoby się wydawać, że Iv narusza przestrzeń osobistą Louisy, ale jej to zupełnie nie przeszkadzało. Przyjaciółka Cordiana była po prostu dziwna. Lou też. Czuła, że mogą się dogadać.
Długowłosy mężczyzna stał jeszcze przez chwilę na scenie. Spojrzał w stronę stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele i posłał im uśmiech, a jego wyraz twarzy mówił "Widzicie? Zrobiłem to!"
I w Lou coś drgnęło. Poczuła nagły niepokój. Chciała poderwać się i biec, ale powstrzymała się, bo.. no właśnie. Właściwie, co chciała zrobić? Chwyciła delikatnie oparcie fotela, jakby to miało ją przed tym powstrzymać. Fotograf zeskoczył ze sceny. Krok, krok. Nie wytrzyma, ona musi biec. Gdzie? Nie wie. Jak najdalej. Jak najdalej od tego miejsca, od tych ludzi, od Alpine, od tego, czego nikt nie chciał jej powiedzieć. Goldteara. On wiedział co się stało z jej rodzicami. Nie żyją, ale on nadal milczy. Ktoś ich zabił. Kto? On? Oh, był za młody. Jack? Możliwe. Jego rodzice? Też nie żyją. On ukrywa mordercę. Krew. Cichy złowrogi warkot i atak. To siedzi w jej głowie. Przed oczyma pojawiły się mroczki. Delikatny, łagodny śpiew, jakby znikąd i nagle krzyk. Czuła jak jej oczy wirują niebezpiecznie. Zamknęła je i potrząsnęła głową. Nie, STOP!
— Lou? — wyrwał ją dotyk na ramieniu. Natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Irvin... — westchnęła oddychając nieco ciężej niż zazwyczaj.
Irvin... Nie znała jej ani trochę. Dlaczego z takim entuzjazmem ją powitała? Po prostu jest miła. "Cieszę się, że w k o ń c u cię poznałam!" W końcu? Garret. Wilk w lesie, którego spotkała wczoraj. Coś tu nie gra. W jej głowie pojawiły się powiązania, niby nitki przenoszące ją z jednego punktu, do następnego, przerażająco prawdziwie skaczące po wszystkich zebranych przez nią informacjach. Nitki nabierały kolorów. Czarne, błękitne, krwistoczerwone, żółte.. Było ich coraz więcej, różne barwy i odcienie, a ostatni punkt na mapie...
— Wszystko w porządku? — Irvin zapytała zatroskana. Co ma jej powiedzieć? "Nie", "Chyba mam halucynacje", czy lepiej - "To była wizja"? Może od razu prosto z mostu - "Co wiesz o wilkach?" Carter uspokój się. To cię przerasta.
— Rozbolała mnie głowa.. — westchnęła w odpowiedzi, przykładając dłoń do skroni.
— O nie... Chyba nas już nie opuścisz, co? — blondynka przyłożyła swoją rękę do czoła Louisy. — A może masz gorączkę?
— Wezmę tabletkę. Przejdzie mi. Wiesz, chyba za dużo myślę.. — zdobyła się na uśmiech.
— Iv, Lou miała ostatnio bardzo dużo na głowie. To z pewnością zmęczenie. — nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawił się Cordian. Spojrzała na niego i bezgłośnie podziękowała.
— Wiesz co, Lou? Już cię lubię. Bardzo się cieszę, że się poznałyśmy. Już ci mówiłam. Nasz Alpha to odludek. Unika ludzi jak tylko może, a tu proszę! Znalazł nową znajomą! Wszyscy byliśmy w szoku! Prawda? — dziewczyna szukała przez jakąś sekundę aprobaty u Garreta i Jack'a. Znalazła ją. Cała trójka przytaknęła zgodnie.
— Oj wierzcie mi czy nie, ale to ona znalazła mnie. — uśmiech fotografa zrobił się jeszcze bardziej promienny mimo, że Carter nie potrafiła się już bardziej uśmiechnąć. Może by i dała radę, ale na pewno byłoby to nieszczere. Była zmieszana.
— Lou opowiedz nam coś o sobie. Skąd się tu wzięłaś, skąd jesteś, jak poznałaś naszego Goldtearę? — Garret wykonał taktyczny krok w przód. Chcieli dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek. Od Cordiana usłyszeli tylko tyle, że nie wiedział za dużo. Cała trójka plus fotograf rozsiadła się wygodnie i skupiła swój wzrok na jasnowłosej.
— Em.. Jasne. — kobieta wzięła głęboki wdech. Jeśli nie wiedzą za dużo, to był znak dla niej. Istniała pewna szansa, że nie rozmawiali o jej sytuacji. Jeśli wiedzą coś, co ukrywa Goldteara, mogą się wygadać, jeśli tylko odpowiednio nakieruje tok rozmowy. A w tym była prawdziwą mistrzynią. — Urodziłam się dwadzieścia cztery lata temu, tutaj, w Alpine.
— Czyli jesteś ode mnie o pięć lat młodsza, o rajuśku! — przerwała jej jak zwykle z uśmiechem na twarzy Attwood.
— Czyliii.. skoro ciebie Cordian przedstawił jako "smarkulę" to ja muszę być w takim razie noworodkiem. — parsknęła. — Ale jesteście starzy.. Wracając. Podobno żyłam tu przez rok, potem wyjechaliśmy, ale to wiecie dlaczego.. — mówiła dalej, zdawać się można było, że beznamiętnie, jednak zrobiła króciutką pauzę, podczas której Garret i Iv skinęli głowami. M a m w a s. Teraz trzeba było brnąć w to dalej, dopóki dwaj pozostali mężczyźni nie spostrzegli, że ona spostrzegła. Dla Louisy była to gra, a ona bawiła się świetnie i ponadto - czuła, że wyrywa, bo zaryzykowała i jednak jej się to opłaciło. — Zamieszkaliśmy w Kentucky u mojej babci. Tam przez dwa lata rosłam i razem w czwórkę tworzyliśmy super rodzinę. Później moi rodzice zostawili mnie i wrócili tutaj, a ja dorosłam, poszłam na studia dziennikarskie i tak, z przyjaciółmi wygraliśmy konkurs. Dostaliśmy ogromne dofinansowanie na projekt. Rozjechali się po kontynentach, a ja nie mogłam wybrać innego miejsca. Przyjechałam tutaj, w poszukiwaniu rodziców. Wiedziałam tylko tyle, że po prostu zaginęli bez śladu. A potem, Cordian ma rację, znalazłam go. — zaśmiała się. — I on opowiedział mi co się stało z moimi rodzicami, jak zginęli.. — TO było dopiero ryzyko. Jej wzrok utkwił w oczach mężczyzny, o którym mówiła. Obserwowała jak jego twarz nagle poważnieje.
— Znamy tą historię. Przykro mi Lou. — i już. Słowo się rzekło. W tej chwili było już za późno na wyjaśnienia, na kolejne kłamstwo, na fałszywy trop.
Dziewczyna fuknęła nie zdejmując oczu z trzydziestolatka siedzącego naprzeciwko niej i tylko zachowując totalny spokój uniosła lekko kąciki ust.
— Cordianie, zapomniałeś im powiedzieć, że nic nie wiem. — Oznajmiła całkiem poważnie. Nastała cisza, podczas której nikt się nie odezwał. Jedynie delikatne brzmienie pianina odejmowało sytuacji dramaturgii. — Przepraszam was, ale będę się już zbierać. — podniosła się z fotela i założyła włosy za ucho. — Cieszę się, że mogłam was poznać. Irvin, jesteś naprawdę super. Garret, ty również. Pozdrów ode mnie babcię Jack... Cordian... — urwała spoglądając na podłogę, po czym odwróciła się i wykonała pierwsze kroki.
I tyle. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Nikt nie krzyknął "Lou, zaczekaj!", zostawiła czwórkę przyjaciół w absolutnej ciszy kierując się spokojnym krokiem do wyjścia. Akurat gdy wyszła na zewnątrz, jej telefon zawibrował. Dzwonił Will, zapewne z propozycją odwiezienia do domu. Nie odebrała, tylko powoli wkroczyła na ciemną drogę. To był jeden z nielicznych momentów gdy chciała być sama.
Wszyscy wiedzieli, tylko nie ona. Czuła, że pożałuje swojej ciekawości. Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że ktoś zechce jej się pozbyć jak tylko odkryje prawdę. Trudno. Będzie gotowa.
W lesie rozpoczynała się noc. Trzaski gałęzi w pobliskim runie i szelest liści towarzyszyły jej przez całą drogę. W połowie natomiast, dołączył do niej jej nieodłączny towarzysz podróży.
— Cześć Duszku.. — wymruczała przesuwając zimną dłoń po jego ciepłej, włochatej szyi jednocześnie przeczesując długą grzywę. — Chodźmy do domu.
Z ogierem u boku czuła się bezpiecznie. Rumak szedł powoli, dotrzymując zmarzniętej dziewczynie kroku. Mogła usiąść na jego grzbiecie w każdej chwili, żeby po chwili galopu znaleźć się w domu, ale jakoś tak nagle stało jej się wszystko obojętne. Szła więc, chociaż nogi powoli się pod nią uginały, a palce mimo ciepła końskiego kłębu odmawiały posłuszeństwa. Wiatr świszczał w jej uszach, gałęzie drzew rzucały cienie na oszronioną drogę oświetloną jedynie przez Księżyc.
Co teraz, Louiso? Myśl...
Gdy weszła do salonu i usiadła na kanapie, odetchnęła z ulgą. Niekiedy trzeba wykonać krok do tyłu, żeby następnie zrobić dwa kroki w przód. Lepsze to, niż stanie w miejscu. Nie miała takiego luksusu jakim był czas. Zostało jej jedenaście miesięcy. Utkwiła wzrok w ścianę. Nic nadzwyczajnego, ot ściana, obok regału. Była jedną z większych w domu, nie wisiały na niej żadne obrazy, oprócz karnisza i zasłony. Zdecydowanie szerszego niż okno obok. Była idealna.
Skrawki papierów, nici i zdjęć leżały dosłownie wszędzie. Szczerze, lepiej, żeby to były takie przedmioty, niż żeby po raz kolejny miała się pakować. O nie. Teraz już się nie podda. Indiańskie przedmioty, sterta długopisów, pinezki i kłębek czerwonej wełny. Nie miała innych kolorów. Jeden musiał jej wystarczyć, żeby przelać wszystkie myśli z głowy na ten kawałek płaszczyzny.
Gdy skończyła, na dworze już świtało. Znowu zawaliła noc. Przyjrzała się swojemu dziełu. Może nie był tą samą feerią barw, która rozgrywała się w jej myślach, ale nie był najgorszy, a co najważniejsze, wszystko miało swoje miejsce i ład. Siedziała po turecku przed swojego rodzaju tablicą, zbiorem jej myśli i próbowała łączyć fakty. Okazał się o wiele większych rozmiarów niż się tego spodziewała. Było w nich za dużo znaków zapytania. Z rezygnacją opadła na plecy. Pracowała już na rezerwach snu, a to nadal się nie kleiło. Nie wiedziała co jeszcze mogła dodać, bo zdawało się, że ma już wszystko. Zarejestrowała nawet fakt, że Irvin nazwała Cordiana Alphą. Niczym w prawdziwej watasze.
Południowe słońce zaczęło ją oślepiać. Przeklęte okno! Zawsze działo się to samo, gdy zasypiała na dywanie w salonie. Przewróciła się na drugą stronę drapiąc się po nosie i ziewając. To jeszcze nie czas na pobudkę.
— Ej, patrzcie! Obudziła się! — czyiś głos dobiegł do jej uszu. Znała ten damski głos... Chwila, co?!
— Komu herbaty?! — krzyk z kuchni jeszcze bardziej ją zdziwił. Zmarszczyła brwi. Czyli to już. Gratulacje, Lou. Zwariowałaś.
— Louisie zrób coś mocniejszego, Leon i wlejcie jej do gardła, bo się nie obudzi.
— Rozumiecie coś z tym nitek? Daniel? — zapytała kolejna dziewczyna
— Nie, ale wyglądają super. Vanessa nie dotykaj tego bo odpadnie..
Tego było za wiele. Otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Im dłużej patrzyła tym bardziej nie mogła uwierzyć w to co widzi.
— A-a.. A... — otworzyła usta ale nie mogła wydusić z siebie słowa.
— Ale się cieszy, że nas widzi. — Caleb przewrócił oczyma.
— Aż jej mowę odjęło. Nic dziwnego. Wszystkie dziewczyny tak reagują na mój widok. — blondyn wyszczerzył się w uśmiechu kucając obok brutalnie obudzonej dziewczyny i podając jej herbatę.
— Co.. wy... tu... — dukała przecierając oczy.
— Wszyscy zjechaliśmy na święta do domu. Jeszcze jest trochę czasu, ale.. Znaleźliśmy lotnisko do którego większość z nas miała bezprzesiadkowy lot. — rudowłosa niemalże zatańczyła z kubkami w rękach.
— A to lotnisko jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów od ciebie, więc..
— Zrobiliśmy ci okrutną niespodziankę. — opowiadali jeden przez drugiego.
— Niejaki Will Handsome nas tu wpuścił. — ruda poruszyła znacząco brwiami przez co spotkała się z wszechobecnym "pfff!"
— O Boże, to mi się nie śni, wy tu naprawdę jesteście! — Carter aż podskoczyła łapiąc się za głowę. — Wszyscy..
Cała piątka podeszła do niej i zamknęła w jednym wielkim uścisku. Tańcząca z żyrafami Jude; cwaniak Daniel; roztańczona rudowłosa Vanessa; prosto z Australii Leon oraz najrozważniejszy z nich wszystkich, ten który pojechał do Brazylii - Caleb.
— Nie macie pojęcia jak się cieszę! — do oczu blondynki napłynęły łzy.
— Hej, nie płacz! Lepiej nam opowiedz jak się sprawy mają!
Zostali z nią na trochę. Dziewczyna pokazała im miasto, opowiedziała wszystko, czego się dowiedziała, objaśniła swoją "magiczną ścianę myśli", jak to zgrabnie powiedziała Jude, przedstawiła Ducha i zabrała wszystkich na czekoladę do Jesiennego Liścia. Nie była nawet w stanie opisać, jak bardzo jej pomogli. Zawsze zjawiali się w najtrudniejszych chwilach. W końcu co sześć głów to nie jedna. Mieli jechać dalej już tego samego dnia, żeby Daniel mógł zdążyć na urodziny siostry, a potem, po świętach, każdy do swojego kraju miał wybrać się już z Nowego Yorku, więc ten jeden dzień w roku mogli spędzić znowu w pełnym składzie. Louisa nie zaprowadziła ich jedynie do lasu. Wolała, żeby nie spotkali się twarzą w twarz z wilkiem.
Około godziny dziewiętnastej byli już z powrotem w drewnianym domku Carter zwyczajnie ciesząc się swoim towarzystwem i historiami jakie przydarzyły im się w wielkim świecie.
— Już w pierwszym tygodniu, gdy siedziałem przy barze, na otwartym powietrzu, podbiegł do mnie jakiś mały naczelny i ukradł mi okulary. Lubiłem je. Teraz mam takie różowe. Najlepsze jest to, że potem widziałem go z tymi okularami. Normalnie.. — opowieść Leona przerwał dzwonek do drzwi. — Zawsze to samo... — westchnął tylko i machnął ręką w geście poddania.
— Przepraszam, to pewnie Will. Pójdę otworzyć. — Carter zeskoczyła z kanapy i podeszła do drzwi otwierając je na oścież.
— Wchodź Wiiiii.. — zacięła się, gdy zamiast Hendersona zobaczyła fotografa.
— Witaj Lou. — przywitał się. Jego uśmiech z twarzy zniknął, gdy z salonu dobiegł go śmiech. — Masz gości.. Wybacz, nie chciałem przeszkadzać.. Lepiej jak już pójdę. — obrócił się i wykonał krok w kierunku furtki.
— Cordian, poczekaj! — nie potrafiła się na niego gniewać. Mimo, że ukrywał przed nią tak duży sekret. W końcu musiał mieć w tym jakiś cel. — Ja poznałam twoich przyjaciół. Teraz ty musisz poznać moich. — otworzyła drzwi szerzej, tym samym zapraszając go do środka.
Długowłosy mężczyzna stał jeszcze przez chwilę na scenie. Spojrzał w stronę stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele i posłał im uśmiech, a jego wyraz twarzy mówił "Widzicie? Zrobiłem to!"
I w Lou coś drgnęło. Poczuła nagły niepokój. Chciała poderwać się i biec, ale powstrzymała się, bo.. no właśnie. Właściwie, co chciała zrobić? Chwyciła delikatnie oparcie fotela, jakby to miało ją przed tym powstrzymać. Fotograf zeskoczył ze sceny. Krok, krok. Nie wytrzyma, ona musi biec. Gdzie? Nie wie. Jak najdalej. Jak najdalej od tego miejsca, od tych ludzi, od Alpine, od tego, czego nikt nie chciał jej powiedzieć. Goldteara. On wiedział co się stało z jej rodzicami. Nie żyją, ale on nadal milczy. Ktoś ich zabił. Kto? On? Oh, był za młody. Jack? Możliwe. Jego rodzice? Też nie żyją. On ukrywa mordercę. Krew. Cichy złowrogi warkot i atak. To siedzi w jej głowie. Przed oczyma pojawiły się mroczki. Delikatny, łagodny śpiew, jakby znikąd i nagle krzyk. Czuła jak jej oczy wirują niebezpiecznie. Zamknęła je i potrząsnęła głową. Nie, STOP!
— Lou? — wyrwał ją dotyk na ramieniu. Natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Irvin... — westchnęła oddychając nieco ciężej niż zazwyczaj.
Irvin... Nie znała jej ani trochę. Dlaczego z takim entuzjazmem ją powitała? Po prostu jest miła. "Cieszę się, że w k o ń c u cię poznałam!" W końcu? Garret. Wilk w lesie, którego spotkała wczoraj. Coś tu nie gra. W jej głowie pojawiły się powiązania, niby nitki przenoszące ją z jednego punktu, do następnego, przerażająco prawdziwie skaczące po wszystkich zebranych przez nią informacjach. Nitki nabierały kolorów. Czarne, błękitne, krwistoczerwone, żółte.. Było ich coraz więcej, różne barwy i odcienie, a ostatni punkt na mapie...
— Wszystko w porządku? — Irvin zapytała zatroskana. Co ma jej powiedzieć? "Nie", "Chyba mam halucynacje", czy lepiej - "To była wizja"? Może od razu prosto z mostu - "Co wiesz o wilkach?" Carter uspokój się. To cię przerasta.
— Rozbolała mnie głowa.. — westchnęła w odpowiedzi, przykładając dłoń do skroni.
— O nie... Chyba nas już nie opuścisz, co? — blondynka przyłożyła swoją rękę do czoła Louisy. — A może masz gorączkę?
— Wezmę tabletkę. Przejdzie mi. Wiesz, chyba za dużo myślę.. — zdobyła się na uśmiech.
— Iv, Lou miała ostatnio bardzo dużo na głowie. To z pewnością zmęczenie. — nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawił się Cordian. Spojrzała na niego i bezgłośnie podziękowała.
— Wiesz co, Lou? Już cię lubię. Bardzo się cieszę, że się poznałyśmy. Już ci mówiłam. Nasz Alpha to odludek. Unika ludzi jak tylko może, a tu proszę! Znalazł nową znajomą! Wszyscy byliśmy w szoku! Prawda? — dziewczyna szukała przez jakąś sekundę aprobaty u Garreta i Jack'a. Znalazła ją. Cała trójka przytaknęła zgodnie.
— Oj wierzcie mi czy nie, ale to ona znalazła mnie. — uśmiech fotografa zrobił się jeszcze bardziej promienny mimo, że Carter nie potrafiła się już bardziej uśmiechnąć. Może by i dała radę, ale na pewno byłoby to nieszczere. Była zmieszana.
— Lou opowiedz nam coś o sobie. Skąd się tu wzięłaś, skąd jesteś, jak poznałaś naszego Goldtearę? — Garret wykonał taktyczny krok w przód. Chcieli dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek. Od Cordiana usłyszeli tylko tyle, że nie wiedział za dużo. Cała trójka plus fotograf rozsiadła się wygodnie i skupiła swój wzrok na jasnowłosej.
— Em.. Jasne. — kobieta wzięła głęboki wdech. Jeśli nie wiedzą za dużo, to był znak dla niej. Istniała pewna szansa, że nie rozmawiali o jej sytuacji. Jeśli wiedzą coś, co ukrywa Goldteara, mogą się wygadać, jeśli tylko odpowiednio nakieruje tok rozmowy. A w tym była prawdziwą mistrzynią. — Urodziłam się dwadzieścia cztery lata temu, tutaj, w Alpine.
— Czyli jesteś ode mnie o pięć lat młodsza, o rajuśku! — przerwała jej jak zwykle z uśmiechem na twarzy Attwood.
— Czyliii.. skoro ciebie Cordian przedstawił jako "smarkulę" to ja muszę być w takim razie noworodkiem. — parsknęła. — Ale jesteście starzy.. Wracając. Podobno żyłam tu przez rok, potem wyjechaliśmy, ale to wiecie dlaczego.. — mówiła dalej, zdawać się można było, że beznamiętnie, jednak zrobiła króciutką pauzę, podczas której Garret i Iv skinęli głowami. M a m w a s. Teraz trzeba było brnąć w to dalej, dopóki dwaj pozostali mężczyźni nie spostrzegli, że ona spostrzegła. Dla Louisy była to gra, a ona bawiła się świetnie i ponadto - czuła, że wyrywa, bo zaryzykowała i jednak jej się to opłaciło. — Zamieszkaliśmy w Kentucky u mojej babci. Tam przez dwa lata rosłam i razem w czwórkę tworzyliśmy super rodzinę. Później moi rodzice zostawili mnie i wrócili tutaj, a ja dorosłam, poszłam na studia dziennikarskie i tak, z przyjaciółmi wygraliśmy konkurs. Dostaliśmy ogromne dofinansowanie na projekt. Rozjechali się po kontynentach, a ja nie mogłam wybrać innego miejsca. Przyjechałam tutaj, w poszukiwaniu rodziców. Wiedziałam tylko tyle, że po prostu zaginęli bez śladu. A potem, Cordian ma rację, znalazłam go. — zaśmiała się. — I on opowiedział mi co się stało z moimi rodzicami, jak zginęli.. — TO było dopiero ryzyko. Jej wzrok utkwił w oczach mężczyzny, o którym mówiła. Obserwowała jak jego twarz nagle poważnieje.
— Znamy tą historię. Przykro mi Lou. — i już. Słowo się rzekło. W tej chwili było już za późno na wyjaśnienia, na kolejne kłamstwo, na fałszywy trop.
Dziewczyna fuknęła nie zdejmując oczu z trzydziestolatka siedzącego naprzeciwko niej i tylko zachowując totalny spokój uniosła lekko kąciki ust.
— Cordianie, zapomniałeś im powiedzieć, że nic nie wiem. — Oznajmiła całkiem poważnie. Nastała cisza, podczas której nikt się nie odezwał. Jedynie delikatne brzmienie pianina odejmowało sytuacji dramaturgii. — Przepraszam was, ale będę się już zbierać. — podniosła się z fotela i założyła włosy za ucho. — Cieszę się, że mogłam was poznać. Irvin, jesteś naprawdę super. Garret, ty również. Pozdrów ode mnie babcię Jack... Cordian... — urwała spoglądając na podłogę, po czym odwróciła się i wykonała pierwsze kroki.
I tyle. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Nikt nie krzyknął "Lou, zaczekaj!", zostawiła czwórkę przyjaciół w absolutnej ciszy kierując się spokojnym krokiem do wyjścia. Akurat gdy wyszła na zewnątrz, jej telefon zawibrował. Dzwonił Will, zapewne z propozycją odwiezienia do domu. Nie odebrała, tylko powoli wkroczyła na ciemną drogę. To był jeden z nielicznych momentów gdy chciała być sama.
Wszyscy wiedzieli, tylko nie ona. Czuła, że pożałuje swojej ciekawości. Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że ktoś zechce jej się pozbyć jak tylko odkryje prawdę. Trudno. Będzie gotowa.
W lesie rozpoczynała się noc. Trzaski gałęzi w pobliskim runie i szelest liści towarzyszyły jej przez całą drogę. W połowie natomiast, dołączył do niej jej nieodłączny towarzysz podróży.
— Cześć Duszku.. — wymruczała przesuwając zimną dłoń po jego ciepłej, włochatej szyi jednocześnie przeczesując długą grzywę. — Chodźmy do domu.
Z ogierem u boku czuła się bezpiecznie. Rumak szedł powoli, dotrzymując zmarzniętej dziewczynie kroku. Mogła usiąść na jego grzbiecie w każdej chwili, żeby po chwili galopu znaleźć się w domu, ale jakoś tak nagle stało jej się wszystko obojętne. Szła więc, chociaż nogi powoli się pod nią uginały, a palce mimo ciepła końskiego kłębu odmawiały posłuszeństwa. Wiatr świszczał w jej uszach, gałęzie drzew rzucały cienie na oszronioną drogę oświetloną jedynie przez Księżyc.
Co teraz, Louiso? Myśl...
Gdy weszła do salonu i usiadła na kanapie, odetchnęła z ulgą. Niekiedy trzeba wykonać krok do tyłu, żeby następnie zrobić dwa kroki w przód. Lepsze to, niż stanie w miejscu. Nie miała takiego luksusu jakim był czas. Zostało jej jedenaście miesięcy. Utkwiła wzrok w ścianę. Nic nadzwyczajnego, ot ściana, obok regału. Była jedną z większych w domu, nie wisiały na niej żadne obrazy, oprócz karnisza i zasłony. Zdecydowanie szerszego niż okno obok. Była idealna.
Skrawki papierów, nici i zdjęć leżały dosłownie wszędzie. Szczerze, lepiej, żeby to były takie przedmioty, niż żeby po raz kolejny miała się pakować. O nie. Teraz już się nie podda. Indiańskie przedmioty, sterta długopisów, pinezki i kłębek czerwonej wełny. Nie miała innych kolorów. Jeden musiał jej wystarczyć, żeby przelać wszystkie myśli z głowy na ten kawałek płaszczyzny.
Gdy skończyła, na dworze już świtało. Znowu zawaliła noc. Przyjrzała się swojemu dziełu. Może nie był tą samą feerią barw, która rozgrywała się w jej myślach, ale nie był najgorszy, a co najważniejsze, wszystko miało swoje miejsce i ład. Siedziała po turecku przed swojego rodzaju tablicą, zbiorem jej myśli i próbowała łączyć fakty. Okazał się o wiele większych rozmiarów niż się tego spodziewała. Było w nich za dużo znaków zapytania. Z rezygnacją opadła na plecy. Pracowała już na rezerwach snu, a to nadal się nie kleiło. Nie wiedziała co jeszcze mogła dodać, bo zdawało się, że ma już wszystko. Zarejestrowała nawet fakt, że Irvin nazwała Cordiana Alphą. Niczym w prawdziwej watasze.
Południowe słońce zaczęło ją oślepiać. Przeklęte okno! Zawsze działo się to samo, gdy zasypiała na dywanie w salonie. Przewróciła się na drugą stronę drapiąc się po nosie i ziewając. To jeszcze nie czas na pobudkę.
— Ej, patrzcie! Obudziła się! — czyiś głos dobiegł do jej uszu. Znała ten damski głos... Chwila, co?!
— Komu herbaty?! — krzyk z kuchni jeszcze bardziej ją zdziwił. Zmarszczyła brwi. Czyli to już. Gratulacje, Lou. Zwariowałaś.
— Louisie zrób coś mocniejszego, Leon i wlejcie jej do gardła, bo się nie obudzi.
— Rozumiecie coś z tym nitek? Daniel? — zapytała kolejna dziewczyna
— Nie, ale wyglądają super. Vanessa nie dotykaj tego bo odpadnie..
Tego było za wiele. Otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Im dłużej patrzyła tym bardziej nie mogła uwierzyć w to co widzi.
— A-a.. A... — otworzyła usta ale nie mogła wydusić z siebie słowa.
— Ale się cieszy, że nas widzi. — Caleb przewrócił oczyma.
— Aż jej mowę odjęło. Nic dziwnego. Wszystkie dziewczyny tak reagują na mój widok. — blondyn wyszczerzył się w uśmiechu kucając obok brutalnie obudzonej dziewczyny i podając jej herbatę.
— Co.. wy... tu... — dukała przecierając oczy.
— Wszyscy zjechaliśmy na święta do domu. Jeszcze jest trochę czasu, ale.. Znaleźliśmy lotnisko do którego większość z nas miała bezprzesiadkowy lot. — rudowłosa niemalże zatańczyła z kubkami w rękach.
— A to lotnisko jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów od ciebie, więc..
— Zrobiliśmy ci okrutną niespodziankę. — opowiadali jeden przez drugiego.
— Niejaki Will Handsome nas tu wpuścił. — ruda poruszyła znacząco brwiami przez co spotkała się z wszechobecnym "pfff!"
— O Boże, to mi się nie śni, wy tu naprawdę jesteście! — Carter aż podskoczyła łapiąc się za głowę. — Wszyscy..
Cała piątka podeszła do niej i zamknęła w jednym wielkim uścisku. Tańcząca z żyrafami Jude; cwaniak Daniel; roztańczona rudowłosa Vanessa; prosto z Australii Leon oraz najrozważniejszy z nich wszystkich, ten który pojechał do Brazylii - Caleb.
— Nie macie pojęcia jak się cieszę! — do oczu blondynki napłynęły łzy.
— Hej, nie płacz! Lepiej nam opowiedz jak się sprawy mają!
Zostali z nią na trochę. Dziewczyna pokazała im miasto, opowiedziała wszystko, czego się dowiedziała, objaśniła swoją "magiczną ścianę myśli", jak to zgrabnie powiedziała Jude, przedstawiła Ducha i zabrała wszystkich na czekoladę do Jesiennego Liścia. Nie była nawet w stanie opisać, jak bardzo jej pomogli. Zawsze zjawiali się w najtrudniejszych chwilach. W końcu co sześć głów to nie jedna. Mieli jechać dalej już tego samego dnia, żeby Daniel mógł zdążyć na urodziny siostry, a potem, po świętach, każdy do swojego kraju miał wybrać się już z Nowego Yorku, więc ten jeden dzień w roku mogli spędzić znowu w pełnym składzie. Louisa nie zaprowadziła ich jedynie do lasu. Wolała, żeby nie spotkali się twarzą w twarz z wilkiem.
Około godziny dziewiętnastej byli już z powrotem w drewnianym domku Carter zwyczajnie ciesząc się swoim towarzystwem i historiami jakie przydarzyły im się w wielkim świecie.
— Już w pierwszym tygodniu, gdy siedziałem przy barze, na otwartym powietrzu, podbiegł do mnie jakiś mały naczelny i ukradł mi okulary. Lubiłem je. Teraz mam takie różowe. Najlepsze jest to, że potem widziałem go z tymi okularami. Normalnie.. — opowieść Leona przerwał dzwonek do drzwi. — Zawsze to samo... — westchnął tylko i machnął ręką w geście poddania.
— Przepraszam, to pewnie Will. Pójdę otworzyć. — Carter zeskoczyła z kanapy i podeszła do drzwi otwierając je na oścież.
— Wchodź Wiiiii.. — zacięła się, gdy zamiast Hendersona zobaczyła fotografa.
— Witaj Lou. — przywitał się. Jego uśmiech z twarzy zniknął, gdy z salonu dobiegł go śmiech. — Masz gości.. Wybacz, nie chciałem przeszkadzać.. Lepiej jak już pójdę. — obrócił się i wykonał krok w kierunku furtki.
— Cordian, poczekaj! — nie potrafiła się na niego gniewać. Mimo, że ukrywał przed nią tak duży sekret. W końcu musiał mieć w tym jakiś cel. — Ja poznałam twoich przyjaciół. Teraz ty musisz poznać moich. — otworzyła drzwi szerzej, tym samym zapraszając go do środka.