Uwaga!

środa, 23 lutego 2022

poniedziałek, 21 lutego 2022

Od Lou

 Światło księżyca nerwowo dobijało się w wielkie okno pokoju numer 13. Irvin przewróciła się na drugi bok, zamlaskała kilka razy i powoli otworzyła oczy, które dość szybko przywykły do otoczenia. Spojrzała na zegar, choć i bez tego potrafiłaby określić godzinę. Wpół do drugiej w nocy. Następnie wlepiła wzrok w sufit. Zdawało jej się, że usłyszała szmer po jej prawej stronie. 

— Ty też nie możesz spać? — Zagadała ściszonym głosem, ale nie usłyszała odpowiedzi. Mimo wszystko pomyślała, że Lou pewnie tylko ruszyła ręką przez sen czy coś w tym stylu. A może w ogóle jej się tylko przesłyszało. Uśmiechnęła się lekko, a jej oczy powędrowały za okno. Pogoda była wspaniała. Pełno śniegu... Pełnia... A jej wataha była daleko Alpine. Zapragnęła wyjść na zewnątrz, ale wiedziała, że nie może. Zamiast tego, spojrzała na śpiącą Lou. 
Chwila. Śpiąca Lou. 
No właśnie. Irv przetarła oczy próbując dostrzec blondynkę leżącą w drugim łóżku. Mogła przysiąc, że jej serce na chwilę się zatrzymało. Zamarła. 
Lou nie ma. 
Prawie jak "Kevin is not here.", ale jej wcale nie było do śmiechu. Wstała jak oparzona i podeszła do łóżka dziewczyny. Pusto. Momentalnie odwróciła się w stronę łazienki. Ciemno. 
— Lou? ... Lou?! — Półgłosem spróbowała ją nawołać, ale na próżno. Odpowiadała jej głucha cisza. 
Trzeba powiadomić chłopaków. Cordian na pewno pójdzie jej szukać.
Ubrała się na szybko i wybiegła z pokoju. Na korytarzu rozległo się nerwowe stukanie do drzwi. Gdzieś z tyłu głowy, do wadery przemawiał głos rozsądku nakazujący zachować ciszę, żeby nie obudzić pozostałych gości hotelu, ale chciała, żeby chłopacy jak najszybciej jej otworzyli. 
— Irvin? Coś się stało? — Zaspany Garret otworzył drzwi. Z drugiego łóżka wychylił głowę ich kolega. 
— Carter. Carter zniknęła. 
— Pfff. — Głowa blondyna opadła z powrotem na poduszkę, a na jego twarzy ukazał się prześmiewczy gest. — Przecież my nie znamy żadnej Carter. — ułożył się jeszcze wygodniej w swojej pościeli. 
— Na litość boską! Lou! Louisy nie ma! — Irvin była już blisko płaczu. 
— A...  — chłopak wstał. — To zmienia nieco postać rzeczy. Obudźcie Alfę. — rozciągnął się i przetarł zaspane oczy. 
Irvin pognała do pokoju fotografa, a za nią Garret i na prędce Yael. Otworzyli drzwi już biorąc głębokie wdechy, aby krzyknąć jego imię, ale... 
Pokój był pusty. Irvin stanęła jak wryta. Garret zaniemówił. Blondyn przepchnął się między nimi i również stanął w wejściu. 
— A.. No tak. Wszystko jasne. — ...I odszedł. 
Garret tylko się zaśmiał i również zmierzył w stronę łóżka. 
— Co. Chłopaki.. A jeśli coś im... — Irvin to za bardzo nie uspokoiło. Takie wytłumaczenie jej nie wystarczało. Potrzebowała jeszcze jednego słowa. 
— Irv. Spokojnie. Oni żyją. — Brodaty mężczyzna położył jej rękę na ramieniu w geście uspokajającym. 
— I to jeszcze jak żyją. — zaśmiał się ten drugi.
— No wiesz co!? — Irvin spróbowała wyglądać na obruszoną, ale nie za bardzo jej to wyszło. Mimo wszystko, coś podpowiedziało jej, żeby wyjrzeć na balkon. Otworzyła więc drzwi i w końcu pojęła jak do tego doszło. Na śniegu zostały ślady wydeptane tej nocy. Ślady ich Alfy i Clark. — A-ale...
— Żadnego ale, Irv. Idź spać. 


— O dzieciństwie... — Lou zamyśliła się na chwilę obracając w rękach kubek z ciepłym napojem. — Nie wiem. Nie pamiętam zbyt wiele. Podobno się tu urodziłam i spędziłam tu pierwsze trzy lata mojego życia, ale wiem to tylko od babci. Nie przypominam sobie żadnego momentu z Alpine. Zupełnie jakby ktoś wykasował mi pamięć... Nie mam też żadnych zdjęć z tego okresu. Podobno były. Babcia mówiła rodzicom, żeby zabrali je do Kentucky, ale nie wiedzieć czemu zostawili je tutaj. I zniknęły. Więc nawet nie wiem, w którym domu mieszkałam. I nikt nawet nie chce mi tego powiedzieć. — Zaczęła skrobać butem w śniegu. — Potem w Kentucky mam przebłyski taty prowadzącego mnie za rękę na padok, gdzie mama jeździła na Lancelocie. Pamiętam jego ciepły uśmiech i to jak mama przytulała mnie, gdy siedziałam przed nią w siodle. I to tyle. Potem mnie zostawili. Wyjechali tutaj i nie wrócili. Mnie wychowywała babcia. Dorastałam na ranczu pełnym zwierząt. Biegałam po lasach. Oswajałam dzikie zwierzęta. Wymykałam się nocą z domu i patrzyłam w gwiazdy. Myślałam wtedy, że może mama i tata też je widzą i patrzymy na nie razem... Od dziecka uwielbiałam konie. Brałam udział w zawodach już od szóstego roku życia. Co roku we wakacje jeździłam na obozy jeździeckie więc w domu nie było mnie praktycznie przez dwa miesiące.  A potem.. Wiesz, nawet nie wiem kiedy się to stało, ale.. dorosłam. Poszłam na studia i jestem tutaj. Bo jestem zbyt uparta, żeby stąd odjechać i dokończyć projekt w Kanadzie czy Bóg wie gdzie. 
Cordian milczał i jedynie pokiwał lekko głową na znak, że rozumie co właśnie usłyszał. 
— No, ale to trochę nudne. Może zobaczmy jak wyszły zdjęcia. — Louisa nie odwzajemniła pytania w stronę Goldteary. Chyba z góry założyła, że i tak nie dowie się całej prawdy, a nie chciała, żeby wymyślał coś na szybko. Odłożyła więc kubek z kawą na pień i podeszła do aparatu.  Cordian spojrzał na swoją pracę i z zadowoleniem pokazał ją dziewczynie.
— Coś wspaniałego. — Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była zachwycona.
— Jeszcze troszkę trzeba będzie je przerobić, ale faktycznie efekt łał jest już widoczny. 
 Przez chwilę oglądali pracę fotografa w milczeniu, gdy Carter w końcu się odezwała. — Cordianie... A skąd ty wiesz, że tam jest przepaść? Przecież tam nic nie widać... — Nie zdążyła ugryźć się w język. Wiedziała, że powinna była odpuścić te pytanie i wiedziała, że Cordian po prostu powie, że już wcześniej tu był, bo to najłatwiejsza i jedyna racjonalna odpowiedź. 
— ...Bo już tu byłem. Od tamtąd. — wspakazł palcem punkt po lewej stronie. — Aż do samego końca lasu jest tu szczelina. Jak wpadniesz - będzie źle. 
— Da się ją przeskoczyć? 
— Jeśli skaczesz na conajmniej pięć metrów w dal, to przy odrobinie szczęścia i braku rozumu, będziesz po drugiej stronie, bo tyle ma szerokości w najwęższym miejscu, ale nie radziłbym.
Dziewczyna chwyciła w dłoń latarkę i już chciała ją zapalić,gdy na jej dłoni wylądowała ręka Cordiana. — Nie zapalaj. Potem nie przyzwyczaisz się do ciemności. 
Zawahała się, ale posłuchała i odłożyła sprzęt. 
— Zmienię teraz ustawienie i zrobimy zdjęcia jeszcze raz. — Fotograf już grzebał coś w aparacie. Lou tylko przytaknęła rozglądając się dookoła. Mogłaby przysiąc, że koło przepaści coś się znajdowało, ale nie miała zielonego pojęcia co. Mimo wszystko po jej ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz i postanowiła nie odłączać się od znajomego. Zamiast tego, chwyciła tylko telefon i gdy ten nie patrzył, zrobiła kilka zdjęć obiektu ustawiając naświetlanie na maximum. Potem szybko je usunęła wiedząc, że pojawią się w koszu i łatwo będzie je potem można przywrócić. 
Z następnymi zdjęciami już się nie kryła. Podniosła urządzenie nieco do góry i nie ruszając się przez dziesięć sekund wykonała coś co nawet nie umywało się do zdjęć wykonanych aparatem, ale też nie wyglądało najgorzej. Następnie gdy para usiadła z powrotem przy kawie, dziewczyna dodała parę filtrów i udostępniła zdjęcia na instagramie. 
— Nie pochwalisz się swoimi dziełami? — Cordian zachował swobodny ton głosu. 
— Jasne, że pochwalę. Patrz. — I Clark pokazała mu wszystkie zdjęcia jakie wykonała. 
— No, bardzo ładne. — pokiwał głową z aprobatą. 
— Mówisz tak, żeby mi nie było przykro, bo twoje są lepsze. Niemniej i tak przyjmę twój komplement z wdzięcznością.  
Daniel odpisał.
"Sprawa wygląda tak, że Emily ma dziś urodziny, a ja komletnie zapomniałem. A no widzisz, jestem jakby w Azji i nie do końca mam jak jej teraz na cito załatwić prezent." 
Nie myślała zbyt długo. Po prostu odpisała "Poczta kwiatowa" i wyłączyła telefon wciskając go do kieszeni. 
Dało się słychać pohukiwanie sowy odbijające się gdzieś w dali echem. 
— Kol kaulam kulo... Geshe rza meho — Z piersi dziewczyny wydobył się czysty jak łza śpiew lecący hen w góry i wracający z drobnym opóźnieniem. — Geshe rza meho... Geshe rza mehoo o oo o. — Przymknęła oczy nasłuchując odgłosów lasu. Cordian z milczeniem jej się przysłuchiwał. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. — Ve ha liha lo re pare... Lore halekha... 
Czysta improwizacja w języku przodków napawała ją radością i wypełniała ciepłem serce. Nie spojrzała na mężczyznę. Patrzyła w dal czerpiąc przyjemność z chwili. 
Zapewne jej zazdrościł, że sam nie może przybrać swojej wilczej postaci i zaśpiewać do pełnej tarczy księżyca. Ale nie powiedział ani słowa. Po prostu słuchał, jak robi to Louisa. 

C.D. Cordian 

czwartek, 17 lutego 2022

Od Cordiana



    Cordian uśmiechnął się delikatnie, odwracając głowę w stronę stojącej obok dziewczyny. Z lekkim zaskoczeniem uświadomił sobie, że spędził z nią już tyle czasu, aby móc z łatwością rozpoznać odgłos i tempo jej kroków. Jak dotąd zwracał uwagę jedynie na uderzenia wilczych łap, a tu proszę – taka niespodzianka.
— Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. — powiedział, ściszając głos.
— W porządku. Jest okej. Po prostu nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. — Louisa złapała brzegi kurki, ciaśniej się nią owijając. — Chociaż po ostatnich wydarzeniach, to już licho wie. — westchnęła. Cordian powstrzymał się od komentowania jej słów. Oparł łokcie na ośnieżonej poręczy, wpatrując się na unoszące się z każdym oddechem w powietrzu obłoczki pary.
    Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, dziewczyna znowu się odezwała.
— Mówiłeś, że też nie możesz spać?
— Tak. Chociaż to już raczej takie wewnętrzne… — wykonał nieokreślony ruch ręką w powietrzu, jednocześnie zastanawiając się nad odpowiedzią. — Powiedzmy, że zboczenie zawodowe. A ty?
— To skomplikowane. — odpowiedziała cicho dziewczyna.
— Idziemy? — rzucił mężczyzna, prostując się i spoglądając w jej stronę.
— Idziemy? Że niby gdzie? — Louisa również odsunęła się od poręczy, lekko zbita z tropu.
— Na spacer. Do lasu. Gdzieś. Skoro i tak nie planujemy spać. — wypowiedział to tak, jakby była to rzecz zupełnie normalna, jak wyjście po południu do pobliskiego sklepu.
— Teraz? Jest środek nocy. Jesteśmy gdzieś w głębokiej głuszy, w lesie. A jak się zgubimy? — przez moment spojrzała na niego jak na szaleńca. Potem jednak przeleciały jej przez głowę wspomnienia poprzednich przygód, i wyraz jej twarzy złagodniał.
— Damy radę. Księżyc jasno świeci. Daleko odchodzić też nie będziemy. — spojrzał jej prosto w oczy. Dziewczyna przewalczyła wewnętrzną chęć cofnięcia się do tyłu. Zamrugała szybko. Oczy jak oczy; niby ludzkie, a jednak było w nich coś niezwykłego. Coś niebezpiecznego i nadzwyczajnego, a jednocześnie pociągającego. Przez moment wydawało jej się, jakby w brązowych tęczówkach tańczyły złote płomyki. Dziewczyna szybko potrząsnęła głową.
— Pójdę się ubrać. Co jak co, ale w piżamie nie idę.
— Jasne. — zaśmiał się. — Ja też pójdę narzucić coś porządnego na siebie. Spotkamy się na dole przed wyjściem. — po tych słowach oboje rozeszli się do swoich pokoi. Cordian minął dwóch śpiących towarzyszy, starając się nie zbudzić ich przypadkowym skrzypnięciem starych desek podłogowych. Przelotnie spojrzał na Garreta, który przy swoich pokaźnych rozmiarach, wyglądał naprawdę komicznie, próbując zmieścić się na niewielkim hotelowym łóżku. Po cichu wciągnął parę ciepłych spodni, zamienił podkoszulek na bluzę. Następnie wyłowił ze stosu ubrań, który trzej mężczyźni jednogłośnie postanowili utworzyć na środku pokoju z całego ich odzienia, czapkę. W międzyczasie wyłapał też ciche odgłosy szelestu ubrań z pokoju obok. Przynajmniej wiedział, że dziewczyna nie postanowiła wrócić do łóżka. Odwrócić się i pochylił w celu wyciągnięcia leżącej pod łóżkiem czarnej torby.
    Kiedy otworzył drzwi wejściowe od motelu, okazało się, że Louisa czekała już gotowa na zewnątrz. Szybko przebiegł wzrokiem po jej sylwetce. Czapka, ciepła kurtka, spodnie, nieprzemakalne buty. Przynajmniej nie będzie musiał martwić się, że zmarznie. Dobrze.
— Po co ci to? — rzucił, ruchem głowy wskazując na trzymaną przez nią latarkę. Na te słowa, dziewczyna spojrzała się w jego stronę, a na jej twarzy pojawił się delikatny grymas.
— To chyba raczej ja powinnam zapytać się, po co ci to! — Cordian z niewinną miną poprawił swój wielki plecak, z którego wystawał jeszcze większy, sięgający mu sporo nad głowę metalowy stelaż.
— A jak niby miałbym robić zdjęcia gwiazd bez statywu. — powiedział, takim tonem jakby była to rzecz zupełnie oczywista.
— Aha. — Louisa oparła dłonie na biodrach. — Czyli nocny spacer znaczy to samo co sesja fotograficzna Cordiana. Uhhhh. — obróciła się, teatralnie unosząc ręce do góry.
— Ej. Jak chcesz, możesz wrócić do pokoju i przewracać się z boku na bok do rana. — mężczyzna starał się wyglądać na urażonego. Na tę uwagę dziewczyna natychmiast odwróciła się, z zamiarem powrotu do pokoju, i najlepiej z jakąś uszczypliwą uwagą. — Ale wtedy moja kolekcja zdjęć gwiazd byłaby niekompletna.
Louisa zatrzymała się jak wryta. Przez głowę przemknęło jej zdecydowanie za dużo myśli, jednak szybko odzyskała powagę i cicho prychnęła.
— To był jeden z najsłabszych tekstów na podryw jakie słyszałam. Ale masz szczęście bo doceniam za starania i dlatego ci zapozuję. — Cordian uniósł jedną brew, stając się ukryć rozbawienie.
— Ależ oczywiście, wasza wysokość.
— Nawet nie próbuj. — zagroziła. Groźba jednak nie wywołała zamierzonego efektu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wypowiadająca ją osoba nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Oboje ruszyli w las, przedzierając się przez śnieżne zaspy. Mężczyzna prowadził, torując im drogę, a jego plecak pobrzękiwał przy każdym kroku. Przynajmniej możemy być pewni, że nie natkniemy się na żadne dzikie zwierzęta, pomyślała Lou.
    Spacer zdawał się trwać w nieskończoność. Widok przed ich oczami niemalże niezmienny. Tam, gdzie w ciągu dnia można było podziwiać bogatą roślinność leśnego runa i podszytu, trwała teraz nieprzenikniona ciemność. Próba wpatrzenia się w jej głąb pozostawiała niepokojące uczucie; wyobrażenie jakiegoś drapieżnego zwierza czającego się w zaroślach. Louisa w duszy podziękowała za przenikające ciszę odgłosy wydawane przez plecak mężczyzny. Zagłuszały one dobywające się gdzieś z oddali trzaski gałązek, które z pewnością doprowadziłyby ją już do paranoi. Wciąż czuła ciężar latarki w kieszeni kurtki. Zgodnie z radą swojego przewodnika, powstrzymywała się jednak od używania jej. Od czasu rozmowy pod motelem nie zamienili ani słowa więcej. Dziewczyna nie chciała się odzywać, przepełniona dziwnym przekonaniem, że idącego przed nią mężczyznę dzieli z otaczającym ich lasem niezwykła więź. Uniosła głowę, śledząc cienki pas nieba między gałęziami. Wpatrzyła się w setki gwiazd, drobnych punkcików, najjaśniejszych w całym otaczającym ją widoku…
    …Cordian przeniósł wzrok z nocnego nieba na wąską ścieżkę, którą podążali. Jego wilcze zmysły wyłapywały najróżniejsze zwierzęce zapachy, żaden z nich nie był jednak wystarczająco świeży żeby stanowić powód do obaw. Stawiał kolejne kroki, walcząc wewnętrznie z ogarniającą go chęcią zrzucenia ludzkiej skóry i pognania w ciemne odmęty lasu, tak daleko jak tylko uniosą jego cztery łapy. To jednak nie był na to czas. Co rusz skupiał swoją uwagę niemalże całkowicie na krokach idącej za nim kobiety, powtarzając sobie, że obecna chwila wymagała od niego przede wszystkim zachowania jego człowieczeństwa. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, że kiedyś będzie musiał w końcu je porzucić. Że będzie musiał ujawnić sekret, którego tajemnicy przyrzekł sobie strzec od małego. Ale kiedy miałoby to nastąpić, trudno powiedzieć. Na razie wiedział jedno – że nie jest jeszcze gotowy.
Kiedy ręką odgarnął grodzącą drogę gęstą gałąź, na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Jesteśmy. — powiedział, lekko zaskakując dziewczynę nagłym przerwaniem monotonnych odgłosów. Okrążyła go, z zainteresowaniem spoglądając w tą samą stronę.
— A już myślałam, że prędzej nad ocean dojdzie— ...Oh. Wow.
    Rosnące przed nimi drzewa stopniowo przerzedzały się, spomiędzy ich ciemnych konarów prześwitywało jasne nocne niebo. Wąska ścieżka rozszerzała się, tak aby w końcu otworzyć się na niewielką niezalesioną przestrzeń. A potem… A potem nie było już nic. Tylko gwiazdy. Setki, tysiące, gwiazd. Mniejsze, większe, jaśniejsze i te ledwo widoczne, rozmieszczone chaotycznie po mieniącym się niesamowitymi odcieniami sklepieniu.
— Niesamowite… — szepnęła, powoli ruszając do przodu, jednocześnie łapczywie chłonąć otaczający ją widok.
— Ostrożnie. Uważaj na przepaść. — powiedział mężczyzna, bezskutecznie próbując opanować wywołane emocjami lekkie drżenie głosu.
— Co tam przepaść, w takim miejscu mogłabym umierać! — zawołała ze śmiechem, obracając się dookoła z rozłożonymi szeroko ramionami. — No, może za siedemdziesiąt lat!
    Cordian zaśmiał się cicho, opierając plecak o najbliższe drzewo. Bez zwłoki zabrał się do wyjmowania i przygotowywania odpowiedniego sprzętu. Najpierw statyw, potem aparat, osłonki, baterie – wszystkie te czynności wykonywał machinalnie, kątem oka obserwując chodzącą dookoła dziewczynę. Poczuł wewnątrz lekką ulgę, zadowolony, że udało mu się wywołać w niej takie uczucia. Potrząsnął głową, dokręcając ostatnie śruby, po czym wbił nogi statywu w śnieg. Nakierował obiektyw na niebo, przez chwilę szukając odpowiedniego kadru. Nie mogąc podjąć decyzji, wybrał losowy fragment i po ustawieniu parametrów nacisnął spust migawki.
    Następnie odwrócił się z powrotem w stronę plecaka i pogrzebał w nim chwilę, aż wyjął ze środka metalowy termos i dwa kubki. Ruchem głowy wskazał nie leżący nieopodal przewalony pień.
— Napijemy się?
— Nie będziesz robił zdjęć? — dziewczyna spojrzała na aparat.
— Zdjęcia same się robią. 5 minut ekspozycji. Równie dobrze mogę zabić czas między ujęciami. — wzruszył ramionami po czym zabrał się do odgarniania śniegu. Usiadł i wyciągnął nogi, przeciągając się. Po chwili Louisa zajęła miejsce obok niego.
— Dobry termos, długo trzyma. — powiedział Cordian, nalewając parującego i aromatycznego naparu do kubków. Jeden podał dziewczynie, która zadowoleniem ujęła go w dwie już lekko zmarznięte dłonie.
— Termos jak termos, przy takim widoku wszystko będzie smakować niebiańsko! — westchnęła, wciąż rozglądając się dookoła.
— Rozumiem, że ci się podoba. — uśmiechnął się, odchylając się do tyłu i opierając o rosnące za nim drzewo.
— Pamiętam jak wielokrotnie oglądałam rozgwieżdżone niebo jak byłam mała, ale to to… po prostu wow.
— Miło mi to słyszeć. To co, opowiesz mi trochę o swoim dzieciństwie?



C.D. Roxo

odzwyczaiłem się od pisania długich opowiadań. Also, there was a drawing supposed to come along with the story, ale cóż, nie wiem gdzie on jest. Może będzie z opóźnieniem :p

środa, 9 lutego 2022

Od Lou

 Lou wylądowała na Cordianie. Dosłownie. Mało brakowało, żeby nie zderzyli się kaskami, ale w efekcie upadku, znów byli bardzo blisko siebie. Bliżej niż by wypadało. Dwoje dorosłych ludzi popatrzyło sobie w oczy widocznie nie wiedząc jak zareagować. Cordian sprawiał wrażenie wystraszonego. Na pewno zakłopotanego. Zanim zaczął się podnosić, Lou zrobiła coś, co nie tylko sprawiło, że nie zrobiło się bardziej niezręcznie, ale co całkowicie rozładowało narastającą atmosferę. Po prostu wybuchnęła śmiechem i oparła głowę o jego ramię, po czym podniosła się stosunkowo powoli i podała rękę Cordianowi. Popatrzył na nią z przymrużeniem oka.

—Tak, wiem. Jesteś duży i ciężki. — przewróciła oczyma. — a ja mała i taka bezbronna. No już, dawaj łapę. — ponagliła go.
Gdy podał jej rękę, zaparła się jak najmocniej umiała, co wyglądało dość komicznie w jej wykonaniu i pomogła mu wstać.
— Trzeba jakoś dotrzeć do zjazdu. — słusznie zauważył mężczyzna.
— Wspaniale się składa, ponieważ z moim aktualnym pakietem umiejętności zjazdowych wróciłabym z naszego cudownego wyjazdu z połamanymi wszystkimi kończynami. — podsumowała Lou kierując się w stronę z której przyjechali. Uważnie przemierzała kolejne metry. Nigdy nie miała większych problemów z równowagą. Na łyżwach śmigała jak mało kto. Wiedziała, że na desce też da radę i dlatego z każdym kolejnym ruchem wszystko wychodziło jej płynniej. Gdy dotarli na dół, od nowa złapali wyciąg do góry. Tym razem obyło się bez większych przeszkód i już chwilę później dołączyli do pozostałych.
— No, nareszcie. — odetchnął Garret.
— Kto ostatni na dole ten gapa! — wykrzyknęła Irvin i jako pierwsza skierowała się w dół.
Lou widząc przed sobą znaczny zjazd w dół, spokorniała. Czuła, że język utknął jej w gardle.
— Wszystko okej, Lou? — zapytał Cordian, który jako jedyny został obok niej, gdy jego znajomi zjeżdżali już w dół.
Blondynka przełknęła ślinę. To tak, jak w wieku sześciu lat, po raz pierwszy w życiu miała przeskoczyć ze swoim kucykiem przez przeszkodę. Po prostu musiała to zrobić.
— J-jasne. — pokiwała głową.
— Na pewno? — Goldteara uniósł jedną brew.
— Tak. — nałożyła gogle na oczy.
— Okej. — długowłosy zrobił to samo, wzruszył ramionami, po czym wykonał ślizg.
— Cordianie, stój! — w jej głosie dało się wyczuć panikę.
— Tak?
— Nie dam rady. — spojrzała na dół, a następnie na niego. — Boję się.
Ten uśmiechnął się tylko lekko, po czym wyciągnął do niej rękę.
— Chodź. Pojadę obok ciebie.

Nie wywróciła się po drodze, a to już połowa sukcesu, chociaż sama droga w dół trwała dwa, jeśli nie trzy razy dłużej niż zazwyczaj zajmuje pokonanie tej trasy przeciętnemu użytkownikowi stoku.
— Gapy. — skwitowała jasnowłosa dziewczyna stojąca z dwójką mężczyzn już na dole.
— No! Myśleliśmy, że już Was jakiś misiek zjadł po drodze! — Blondyn spojrzał na zegarek. — Chyba ustanowiliście rekord dla najdłuższego zjazdu w historii tego pięknego przybytku.
— Gdyby ten „misiek” zaatakował Lou, to Cordian pewnie by go zjadł, spokojnie. — Irv przewróciła oczyma i podjechała do Lou. — Dałaś radę, brawo.
— Dalej, chodźcie. — Garretowi spieszyło się na kolejny zjazd. — Postać mogę w domu. Tu się zjeżdża.
Wjechali więc po raz drugi. Tym razem pewność siebie Lou urosła do tego stopnia, że nic nie sprawiało jej najmniejszych trudności, a o wpadnięciu w zaspę nie było nawet mowy. Chociaż, cały czas zapewniała swoich towarzyszy, że w końcu się wywróci, szła śmiało naprzód. „Najwyżej połamię nogi”.
Gdy stanęli na górze, zanim Irvin zdążyła po raz kolejny wypowiedzieć „Kto ostatni na dole ten gapa”, Lou wystartowała jako pierwsza, zostawiając blondwłosą dziewczynę z samym „kto ostatni na dol-”.
Przyjaciele wymienili ze sobą tylko zdziwione spojrzenia, co najwyżej Garret dopełnił swoje spojrzenie krótkim, nie tyle śmiechem, co zaskoczonym parsknięciem i pojechali za nią. 
Na stoku spędzili dobrych parę godzin. Zaczął pruszyć śnieg, a zimno dało się Lou we znaki kiedy poczuła, że skarpetki w rożki lodowe które dostała od Irvin nie są już aż tak ciepłe jak wydawały się na początku. Nie narzekała zbytnio, ale ucieszyło ją gdy pozostali stwierdzili, że starczy im zabawy na dzisiaj. Niemniej, wpadli na jeszcze jeden genialny pomysł.
Obok stoku stał przepiękny drewniany, dwupiętrowy hotel, w którym jeszcze dało się wyczuć świątecznego ducha. Gdy tylko weszli do środka, przemiła pani recepcjonistka przywitała ich i przydzieliła pokoje. Grupa stanęła przy kominku, u dołu wielkich schodów i Cordian dotychczas trzymający dwie pary kluczy oddał jedne dziewczynom. 
— Wygląda na to, że mamy pokoje obok siebie. Irvin i Lou trzynaście, my czternaście. 
— Nie podoba mi się ten podział. — blondyn skwitował bez owijania w bawełnę. 
— A co? Chciałbyś wymienić się z którąś z dziewczyn? — parsknął Garret.
— Ja nie. — Chłopak bąknął i zakończył temat. 
Wszyscy chwycili swoje sprzęty i wspięli się na pierwsze piętro. Pokój Lou i Irvin był naprawdę przestronny. Spodobały jej się drewniane większe łóżka z pościelą w czerwono-zieloną kratę. Rzuciła się na swój materac, a okrzyk zadowolenia wydobył się z jej płuc prosto w poduszkę. Irvin zaśmiała się i wskoczyła na swoje miejsce. 
— Jejku, jakie wygodne! — uśmiechnęła się gapiąc się w sufit. — Coś czuję, że dzisiejsza noc będzie wyjątkowa.
— Tak uważasz?
— Oczywiście. — potwierdziła wilczyca i pobiegła oglądać łazienkę. — No nie! Nie dość, że na dole jest basen i jacuzzi, to tutaj jeszcze taka wypasiona wanna dla dwóch osób! 
— Co ty gadasz?! — Lou podniosła się z łóżka jak oparzona i pędem skierowała się do łazienki. — O MATKO, JAKA WSPANIAŁA.
— WŁASNIE. — Irvin wskoczyła do wanny i rozłożyła na bok ręce. — To co? Dzisiaj ty i ja...
— I wanna. — Dziewczyny porozumiały się bez słów gdy obie uniosły kilka razy brwi i wybuchnęły śmiechem. — Dawaj, idziemy pozwiedzać pokój obok. 
 
Pokój trójki wilków wyglądał trochę inaczej. A właściwie dwa pokoje. W jednym, tak jak u dziewczyn mieściły się identyczne łóżka, a obok balkonu, drzwi po lewej stronie wskazywały na jeszcze jeden pokój. W nim było jedno łóżko. Tyle, że jakimś cudem większe, dwuosobowe. I jakimś sposobem zajął je właśnie alfa. 
— Ale tu czadersko. — Irvin rzuciła się, aby przeczesywać kolejny pokój jak dzik w kukurydzę, a za nią Lou.
Głupawka nie udzieliła się pozostałym, ale i tak byli w dobrym humorze. 
— Dobra, nie wiem jak wy, ale ja umieram z głodu. — Lou położyła się na plecach na drewnianej podłodze. Takie miała już zboczenie. Kładła się na podłodze i było jej tam niesamowicie wygodnie. 
— Ja też. Jak chyba wszyscy. To co? Ogarniamy się i idziemy coś zjeść? — Cordian oparł się o framugę z aparatem w rękach. 
— Hej, skąd go masz? — Lou nie kryła zdziwienia.
— Po prostu dobrze się zaopatrzyłem. — Fotograf złapał dobre światło i jak gdyby nigdy nic cyknął leżącej na podłodze Clark zdjęcie. — Na próbę. — Wzruszył ramionami.
— No dobra. — Blondwłosa spojrzała na resztę. 
— Okej, ogarniamy się. — Przytaknął Garret. 
— Jak już widzieliśmy, na dole jest basen i jacuzzi, więc myślę, że w sklepiku kupimy odpowiednią odzież i mamy już co robić wieczorem. — Irvin zaproponowała układ, który każdemu się spodobał. 
— A co? Nie mam odpowiedniej odzieży na sobie? — Blondyn uniósł brwi. 
— Nie, nie masz. — Garret uśmiechnął się i skrzyżował ręce na piersi. 
— No dobra. Normalnie wolałbym jakąś wycieczkę krajoznawczą, ale biorąc pod uwagę okoliczności...
Zapadła cisza.
— Dobrze. W takim razie chodźmy. — Przerwał ją Goldteara i wszyscy udali się do restauracji na dole. A potem na plac. A potem na spacer... a potem na basen, gdzie wszyscy już do końca się wyszaleli. 
A potem do pokoi. 

Louisę obudziło światło księżyca natarczywie rażące ją po oczach. Nie od dziś było wiadome, że dziewczyna cierpi na bezsenność, ale przeklęła w myślach, że musiało ją dopaść również tej nocy. Nałożyła poduszkę na głowę i warknęła cicho, żeby nie obudzić Irv. Starała się za wszelką cenę zamknąć oczy, ale koniec końców otworzyła je szeroko i wlepiła wzrok w sufit. Prawą ręką siegnęła po telefon, który zostawiła na szafce nocnej. Szybko go wyczuła i włączyła. Jasność ekranu lekko ją oślepiła, ale po chwili mogła odczytać zaległe wiadomości od przyjaciół. Dowiedziała się z nich, że Leon zachorował, Vanessa poznała jakiegoś Francuza, z którym wiąże większe nadzieje niż z ostatnimi pięcioma i tym jednym gruzinem, a żyrafa imieniem Heksa nareszcie urodziła zdrową dziewczynkę i chyba Jude z wolontariuszami nazwą ją Hekate.
A potem kilka wiadomości prywatnych. Babcia wysłała zdjęcie klaczy, Henderson napisał "Hej, Lou. Jak tam?", a Daniel... Daniel też napisał. Oświadczył, że ma jakiś problem i prosi, żeby Clark odpisała jak najszybciej. Odpisała więc, potem otworzyła instagrama, przejrzała kilka postów i odłożyła telefon. Że też nie wzięła melatoniny ze sobą.. Nie wiedziała, że zostaną tutaj na noc. 
Spojrzała na okno. Może wystarczyłoby je zasłonić, ale Lou pokusiła się o zabranie koca i wyjście na balkon. Otworzyła więc tarasowe drzwi możliwie jak najciszej uważając, żeby nie obudzić śpiącej wilczycy i zrobiła krok na zewnątrz. Oparła się o barierkę i spojrzała w już bezchmurne niebo. Gwiazdy lśniły jak u niej w domu w Kentucky latem pod wiśnią. Zaczerpnęła głęboki iddech zimnego powietrza i zamknęła oczy. 
— Więc ty też nie możesz spać. — Dziewczyna odskoczyła prawie w bok, gdy ktoś odezwał się zaraz obok niej. Dopiero teraz zobaczyła, że balkon z jej pokoju i pokoju chłopaków jest tak naprawdę jednym balkonem odgrodzonym na pół furtką. 
— Boże przenajświętszy! Cordian! Przestraszyłeś mnie. — Lou położyła dłoń na klatce piersiowej, a pod opuszkami palców czuła szybkie bicie swojego serca.