Uwaga!

poniedziałek, 24 grudnia 2018

For my beloved one



Wesołych świąt Roxo...





*******************************************************************


sobota, 22 grudnia 2018

Od Lou

Carter idąc ciemną ścieżką pośrodku lasu nie wiedziała sama, czy ma być zawiedziona przeprowadzoną rozmową i jej rezultatami, zaskoczona pytaniem jej rozmówcy i szybkim obrotem spraw, przerażona otaczającą ją scenerią oraz faktem, że jej jedyny towarzysz podróży uciekł stąd w popłochu, czy wściekła na fotografa, który jak najzwyklejsza świnia wyprosił ją z jego ogrodu znajdując marną wymówkę, i wystawił ją na pastwę tego, czego chwilę temu tak przestraszył się dziki rumak. W jej głowie roiło się tyle pytań..  Co tak zajęło głowę Alphy? Kim jest Irvin? Dlaczego, przez chwilę gdy rozmawiali, w Lou zatliła się iskierka nadziei na dobre stosunki z brunetem, które on tak nagle zgasił? Jaki do cholery ryś? I przede wszystkim, czemu wilki? No właśnie, wilki. Dlaczego facet, który na własne oczy widział sporych rozmiarów watahę wilków, co więcej, sfotografował ją, tłumaczy, że konia na pewno spłoszyło inne zwierze?
Gdy jasnowłosa uszła już tyle, by, gdy tylko się odwróciła, uznać, że dom fotografa zniknął jej z oczu, przystanęła i usiadła na pniu obok niej wypuszczając z płuc powietrze. Gotująca się w niej wściekłość musiała ulecieć i pozostawić miejsce bezradności. Nie miała pojęcia gdzie jest. Wiedziała, że jeśli pójdzie dalej, wyjdzie nie wiadomo gdzie, wtedy zapyta kogoś o drogę do miasta, a jeśli nikogo nie spotka, będzie w ciemnej dupie. Nie miała nawet pojęcia, w którą stronę musiałaby zboczyć ze ścieżki, aby dojść do prostej drogi, jaką tu doszła. Wpatrując się w jej 'krzesło', pomyślała o numerze telefonu, jaki wyryła w korze drzewa, na jakim siedziała z długowłosym. Wiedziała, że nawet jeśli ta rozmowa skończy się tak, jak się skończyła, mężczyzna nielubujący się w kontaktach międzyludzkich szybciej wróci na to miejsce, niż do miasta i zauważy szereg cyfr 'wypisany' na pniu za pomocą klucza od domu Lou. 
Gdy zamyślona Carter wyciągnęła z kieszeni telefon, ze zdziwieniem spostrzegła w rogu ekranu jedną kreskę zasięgu, jednak nawet nie łudziła się na połączenie od trzydziestolatka. W ostatnich numerach, z jakimi się kontaktowała, odszukała numer podpisany "Właściciel domu". Pomyślała, że teraz, gdy już zna go z imienia i nazwiska, nadeszła pora na zaktualizowanie kilku informacji w jej komórce. Zawahała się przez chwilę oglądając za siebie i niepewnie wybrała zieloną słuchawkę.

Już po jakichś piętnastu minutach, do uszu Louisy dobiegł znajomy odgłos, który pozostawiał ją jednak w niepewności co do osoby, która go wydaje. Wśród sylwetek drzew, wyłoniła się jedna, która bynajmniej sosną nie była, a na której widok dziewczynie bardzo ulżyło.
— Twoja lokalizacja była dla mnie nie lada zagadką, Panno Carter. — uśmiechnął się błękitnooki mężczyzna, gdy doszedł na miejsce podając jej rękę. Ta wstała i uśmiechnęła z wdzięcznością.
— Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. Pewnie błądziła po tym lesie, aż w końcu zaadoptowałyby mnie jakieś wilki i wychowały jak szczenię. — blondynka teatralnie chwyciła się za głowę dodając sytuacji sztucznego tragizmu.
— Jak dobrze, że każda dama ma swojego rycerza zdolnego w każdej chwili przybyć jej z odsieczą. — zaśmiał się brunet. — Niestety bez konia.. Ani innego środka transportu. W lesie lepiej nie hałasować motorem. A co z Goldtearą? — chłopak wskazał ręką w kierunku domu "pustelnika".
— To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem. Czyli... Sama nie wiem gdzie. Niczego nie osiągnęłam, a ciasto wciągnął jak odkurzacz. — skwitowała widząc złość w oczach towarzysza.
— Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać. Teraz, lub następnym razem, gdy go spotkam. — zatroskany uniósł brwi stojąc bardzo blisko jasnowłosej.
— Nie zaprzątaj sobie głowy. To sprawa między nim, a mną. — westchnęła spuszczając wzrok. — Przynajmniej nie okazał się psychopatą. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że możemy się polubić... Obiecał, że się ze mną skontaktuje.
— Ale mógł cię chociaż odprowadzić jak prawdziwy facet. Zwłaszcza, że nie znasz tych stron..
— Nie każdy jest tak wspaniałomyślny jak ty, Panie Hendersonie. Chodźmy. — odrzuciła dziewczyna podążając razem z mężczyzną w głąb lasu.
Gdy dotarli do drogi, pod jasnowłosą nieoczekiwanie ugięły się nogi, a właściwie prawa kostka. Dziewczyna zaklęła cicho z grymasem bólu na twarzy robiąc sobie przymusowy przystanek  wśród leśnego mchu.
— Boli? — zapytał Will szybko zdając sobie sprawę z idiotyzmu pytania.
— Jak myślisz? — zaśmiała się przez chwilę Lou trzymając się za piekące miejsce. — Chyba skręciłam kostkę. Daleko jeszcze do domu?
— Obawiam się, że dobre dziesięć minut drogi marszem. — przykucnął obok niej przyglądając się jej uważnie.
— Czekaj. Jakim sposobem znalazłeś się przy mnie w piętnaście minut, skoro my maszerujemy już tyle czasu i dopiero doszliśmy do drogi? — blondwłosa podejrzliwie zmrużyła oczy.
— Biegłem po ciebie. Nie chciałem, żeby cię coś zjadło. Dasz radę wstać? — położył delikatnie dłoń na jej kostce wyszukując w jej ciemnych oczach prawdy.
— Boję się, że nie. Może.. Mógłbyś pójść w drodze wyjątku po jakiś samochód, czy motor, a ja tu grzecznie zaczekam?
— Nie ma mowy. Nie zostawię cię tutaj choćby na minutę. — to mówiąc, chłopak wstał i jednym ruchem uniósł zdziwioną młodą dziennikarkę na rękach.
— Scena jak z komedii romantycznej. — pomyślała Carter cicho się śmiejąc i przewracając oczyma oplotła szyję jej rycerza rękoma. Mimo, że oddechy młodych przez całą drogę praktycznie się mieszały, to żadne nie miało w planach tego wykorzystywać. 
W pewnym momencie, dziewczyna usłyszała za sobą ciche rżenie.
— Słyszałeś? — gdy obejrzeli się za siebie, ich oczom, wśród leśnego krajobrazu ukazał się rudo-biały koń obserwujący ich uważnie.
— Będziemy musieli przełożyć nasze wspólne zajadanie jabłek, na inny dzień, Duchu! Dziś mam już transport! — brązowooka krzyknęła do rumaka, który zdawało się, że dokładnie zrozumiał o co jej chodzi.
— Nie wierzę.. — brunet z uśmiechem pokiwał głową i w chwili, gdy Louisa spodziewała się pytania w stylu "Jak udało ci się to zrobić?" usłyszała pełne powagi — ..Jesteś Indianką? — Po którym momentalnie wybuchnęła śmiechem

Obiecane dziesięć minut później, znaleźli się już około sto metrów od domów. Dziewczyna spoczywająca cały czas w objęciach Hendersona, miała dokładnie dwa pytania. Pierwsze, czy nie jest za ciężka? Drugie, które zdecydowała się zadać, brzmiało nieco inaczej. — Teraz zaniesiesz mnie do mojego domu? 
— Oczywiście, że nie. Mam zamiar skorzystać z okazji, że nie możesz chodzić, zanieść cię do siebie i wykorzystać. — Jak powiedział, tak zrobił. W pewnym sensie.
Zadanie Carter polegało na odkluczeniu drzwi, ponieważ z przyczyn oczywistych, Henderson nie był w stanie tego zrobić. Gdy już jej się to udało, chłopak przyznał, że dziennikarka jest pierwszą dziewczyną, jaką przenosi przez próg własnego domu.
Lou musiała przyznać, że makaron z serem podawany przez jej sąsiada, był najlepszym jaki do tej pory jadła, a pomieszczenie, w jakim się znajdowała, zupełnie skradło jej serce swym kanadyjskim charakterem. 
— To co mi powiesz o naszym sąsiedzie z lasu? — zagadał mężczyzna jedząc swoją porcję. 
— Hmm. — jasnowłosa zastanowiła się przez chwilę wpatrując w danie. — Myślę, że coś ukrywa... Coś więcej niż zeznania podatkowe. Prawdopodobnie ma znajomych, bo nie widząc, kto przyszedł, zwrócił się do mnie innym imieniem. Ma też obsesję na punkcie wilków... i kontakt z nimi. Uważa, że nie są agresywne. Dał się sprowokować i jego ciało zdradziło odmienne poglądy gdy wspomniałam, że mogą rzekomo zaatakować człowieka. Do guzika jego koszuli przyczepiło się kilka wilczych włosów. Takich samych, jak do płotu, przez który mnie wypuszczał. Tak myślę. Nie należą do psa. Z resztą, mam ich trochę.

piątek, 21 grudnia 2018

Od Cordiana

    Cordian popatrzył na klęczącą przed nim dziewczynę i potrząsnął głową, usiłując się nie roześmiać. Nie mógł uwierzyć, że zapuściła się tak głęboko w las tylko po to, żeby poczęstować go kupnym ciastem.
- Nie śmiałbym odmówić. - powiedział i zamiast jednego kawałka delikatnie oswobodził całą tackę z rąk dziewczyny. Następnie chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Czując, że stawia ona opór uśmiechnął się uspokajająco i wskazał na pień, zachęcając żeby usiadła koło niego. - Nie tarzaj się już w tej trawie. Po wczorajszym deszczu jest wciąż mokra.
    Jego słowa najwyraźniej uspokoiły jasnowłosą kobietę, bo ta wstała i uprzednio otrzepawszy kolana zajęła miejsce obok niego na powalonym drzewie. Mężczyzna położył ciasto na swoich kolanach i wyciągnął spod foli ciemnobrązowy kawałek. Czuł jego ciepło w dłoni, a słodki, czekoladowy zapach jest wzmagany przez jego wilcze zmysły. Uniósł go do ust i ugryzł, drugą dłoń trzymając pod brodą jak talerz. Czuł na sobie wzrok dziewczyny, ale mimo tego on wpatrywał się przed siebie. Na chwilę otoczyła ich cisza. Żadna z siedzących osób nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po części żadne z nich nie wiedziało właściwie co powiedzieć, w końcu ich wiedza ograniczała się jedynie do imion i opisu wyglądu zewnętrznego. Cordian musiał jednak przyznać, że w niektórych momentach samo odczuwanie ciepła drugiej osoby oraz słyszenie jej miarowych oddechów było znacznie lepsze od głośnej rozmowy. Poczuł jak jej dłoń zbliża się w jego stronę i delikatnie wyciąga kawałek ciasta z pojemnika, niczym dzikie zwierze, które próbuje zdobyć kawałek pożywienia bez aktywowania zastawionej pułapki.
- Niedawno przyjechałaś i już nauczyłaś się obsługiwać piekarnik Hendersona? - zapytał, uśmiechając się delikatnie. Dziewczyna spojrzała się na niego, lekko zaskoczona tym nagłym pytaniem. W pierwszej chwili chciała opowiedzieć „a skąd wiesz, że dopiero przyjechałam” jednak w porę zauważyła, że zadawanie takiego pytania w miasteczku, które nie liczy nawet pięciuset mieszkańców ma mniej więcej tyle samo sensu co urządzanie wykładu na temat „czy powinniśmy pomagać starszym”. Zamiast tego postanowiła skorygować słowa mężczyzny.
- Piekarniki nigdy nie były dla mnie tematem taboo, jednak obawiam się, że trochę się pomyliłeś. Nigdy nie byłam w domu Willa. - Cordian uniósł jedną brew, tym samym zachęcając ją do kontynuowania swojej wypowiedzi. - Miejsca do spania potrzebowałam, to prawda jednak wątpię czy szukałabym go w domu jakiegoś samotnie mieszkającego chłopaka. Mieszkam w jednym z tych drewnianych domów wzdłuż drogi. Bardziej dokładnie nie wytłumaczę bo byłam tam tylko raz i to dość późno w nocy.
- Wiem, że to dość bezpośrednie pytanie, ale nie jesteś czasem jego dziewczyną? - odstawił tackę z ciastem na trawę i spojrzał na dziewczynę, krzyżując ręce na piersi.
- Przepraszam? - lekko się skrzywiła, po czym roześmiała. - Oczywiście, że nie. Znam go dopiero od kilkunastu godzin.
- W takim razie co tu robisz, Louiso? - Cordian przekrzywił głowę na bok. W mgnieniu oka powróciły do niego wszystkie uprzedzenia, które mężczyzna miał względem obcych. Chociaż kobieta, z którą właśnie rozmawiał miała bardzo sympatyczny charakter oraz udało jej się przekupić go ciastem, nadal była kimś obcym, nieznanym. A to jednoznacznie oznaczało zagrożenie dla watahy.
- Jestem tutaj z ważną misją. - powiedziała teatralnym tonem. - Otóż biorę udział w specjalnym projekcie, którego celem jest przygotowanie pewnego rodzaju reportażu o każdym kontynencie. Każda osoba z mojej grupy miała udać się w jedno miejsce i tam poznawać zwyczaje, tradycje, może trochę fauny i flory, zabytków. Wiesz co jest zabawne? Mówię to samo już drugi raz dzisiaj. - kobieta zakończyła swoją entuzjastyczną wypowiedź uśmiechem. Mimo tego mężczyzny nie rozbawił też żart. Wręcz przeciwnie, Cordian zacisnął usta powstrzymując się od wydania z siebie dźwięku przypominającego gardłowe warczenie. Tylko tego mu brakowało. Kolejnej osoby, która pod pretekstem jakiegoś szczytnego celu węszy zbyt blisko jego watahy. Zanim zdążył zareagować na opowieść kobiety, ta ubiegła go.
- Widziałam dzisiaj w kawiarence twoje zdjęcia. Właściwie ty pewnie wiedziałeś, że je widziałam, ale mniejsza z tym. Właściwie to przyszłam tutaj z takim ukrytym motywem. Otóż zastanawiam się, czy nie mógłbyś użyczyć kilku z nich do mojej książki? - zapytała, uważnie obserwując jego reakcję. Twarz Cordiana pozostała jednak bez zmian. Do czasu, aż dziewczyna podała mu kilkukrotnie złożoną kartkę. - Przepraszam, nie powinnam była tego zabierać ale… - zaczęła i zamilkła, nie mogąc znaleźć dobrej wymówki. Zamiast tego przyglądała się uważnie jak rozkłada on zwitek papieru.
    Zawierał on wydruk zdjęcia. Było ono bardzo ciemne. Większość pracy stanowiły niemalże czarne przestrzenie. Kształt przedstawionych na fotografii obiektów można było rozpoznać jedynie dzięki otaczającej je charakterystycznej poświacie. Zupełnie jakby wszystko oświetlało bardzo mocne światło księżyca. Bo był to bynajmniej kadr zrobiony w lesie, w środku nocy. Wśród ciemnych kształtów można było wyróżnić te przypominające gałęzie świerków, kamienie i niskie rosnące w podszycie krzaki. Tym jednak co najbardziej przykuwało uwagę były liczne sylwetki, znikające w znajdującej się w oddali gęstej mgle. Wyglądało to niemal tak jakby ktoś użył specjalnej maszyny wykorzystywanej to tworzenia dymu na scenach. Cordian ścisnął mocniej kartkę, wpatrując się w wilcze sylwetki. Doskonale pamiętał to zdjęcie. Jedna z niewielu fotografii watahy oraz jedyna, którą upublicznił. W mgnieniu oka wróciły do niego wspomnienia. Wspomnienia lata, kiedy to obchodził swoje trzydzieste urodziny. Wtedy właśnie cała watahy zebrała się jednego wieczoru, aby świętować wejście ich przywódcy w trzecią dekadę życia. Mężczyzna musiał przyznać, że była to jedna z tych nielicznych chwil, kiedy wszyscy bez wyjątku byli ze sobą zgodni i wspólnie bawili się przez całą noc. Noc wilczych harców oraz polowań będących szaleńczą gonitwą za uciekającą zwierzyną. Mogli wtedy cieszyć się obecnością swoich wilczych braci, słyszeć uderzenia wolnych i nieujarzmionych przez kruche ludzkie ciało serc oraz śpiewać jedną wilczą pieśń. To zdjęcie basior wykonał przemieniając się na chwilę w ludzką postać podczas czy pozostali członkowie watahy przemierzali terytorium watahy w świetle księżyca, który tego dnia był jedną z największych i najjaśniejszych pełni jakie mężczyzna widział w swoim życiu. Czemu nie możemy zawsze być tak zgodni z sobą jak tamtego dnia? Zastanawiał się wielokrotnie Cordian. Czemu potrzeba specjalnej okazji żeby zapomnieć o podziałach i żądzy władzy?
    Prawie podskoczył, kiedy poczuł jak czyjaś dłoń dotyka jego ramienia.
- Em… Alpha? - zapytała dziewczyna niepewnym głosem. Samiec uniósł brwi, przeżywając krótki wewnętrzny szok. Dopiero po chwili zrozumiał, że słowa dziewczyny nie odnosiły się od jego stanowiska, lecz do pseudonimu artystycznego, którego używał.
- Cordian wystarczy. - powiedział, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że będzie on zły iż zapomniała jego imienia i nazwiska.
- Cordian. - powtórzyła, starając się wyryć to słowo w swojej pamięci, dzięki czemu będzie w przyszłości mogła uniknąć podobnych sytuacji. - Jak widzę kontemplujesz swoją własną sztukę.
- To, że ja zrobiłem to zdjęcie nie znaczy, że nie mogę mówić iż mi się podoba. - uśmiechnął się.
- Oczywiście, że możesz. Po prostu… trochę się zamyśliłeś. Chciałam się upewnić czy wszystko w porządku.
- Chyba nie mam powodu, żeby ukrywać, że nie? - mówiąc to oparł łokcie na kolanach i uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na dziewczynę. Przez chwilę rozważał w głowie kilka odpowiedzi. W końcu zdecydował się zaryzykować i wybrał tą, na która odpowiedź chciał usłyszeć najbardziej. - Co myślisz o wilkach?
- O wilkach? - powtórzyła dziewczyna, lekko zbita z tropu. Szybko odnalazła wzrokiem fotografię, która Cordian wciąż trzymał w dłoni i przez chwilę przyglądała się uważnie uwiecznionym na niej sylwetkom.
- To zwierzęta. Zwierzęta leśne, jeśli mam być dokładna. - dodała, próbując zmienić tą pełną napięcia atmosferę żartem. Kiedy jednak nie doczekała się żadnej reakcji ze strony Cordiana, wciąż lustrującego ją wzrokiem, spoważniała. - To trochę taka jakby nieujarzmiona siła. W końcu są one przodkiem naszych udomowionych psów. Nikt nie może nad nimi zapanować. To znaczy, mogą je wyłapywać, ale nie słyszy się raczej o ludziach, których wilki słuchają. - mężczyzna pokiwał głową, zachęcając ją do dalszego mówienia. - Wilki to też drapieżniki. Żyją na wolności, więc muszą polować, żeby zdobyć pożywienie. Co niestety często sprowadza się do ataku na gospodarstwa wiejskie. I niekiedy na ludzi. - powiedziała cicho, a samiec zacisnął mocno pięści. To właśnie było jedno z jego głównych zmartwień. Jakimś cudem wśród ludzi wykreował się stereotyp, że wilki zaatakują każdego człowieka, którego zobaczą niczym żądne krwi bestie i jedyną szansą na ratunek jest postrzelenie tego potwora nim ten cię zauważy. Gdyby nie to, nie musiałby martwić się aż tak bardzo o to, aby nikt ich nie zauważył podczas nocnych polowań. Dość oczywiste było to, że osoba, która wyciąga broń nawet na widok zwykłego wilka zareaguje nawet gwałtowniej, kiedy dostrzeże wzrostem dorównującego koniowi Cordiana. - Z drugiej strony… wilki są piękne. - ta krótka uwaga sprawiła, że mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. - W końcu wszędzie można kupić jakieś przedmioty z motywem wilka. To taki symbol wolności.
    Choć Louisa skończyła mówić, on wciąż wpatrywał się w nią, jakby miała powiedzieć coś jeszcze. Coś ważnego, niezwykle ważnego. Ale mimo tego dziewczyna spojrzała na poruszające się na wietrze korony drzew i zmieniła temat.
- Lubię te indiańskie legendy. Moi rodzice zawsze chcieli tutaj przyjechać. Byli pewnego rodzaju pasjonatami tej kultury, tradycji i zwyczajów. I pewnie dlatego w dzieciństwie zamiast słuchać jak inne dzieci opowieści o kopciuszku i pięknym księciu, ja każdego wieczoru przeżywałam od nowa historię o szumiącym lesie, wyjących wilkach i przemierzających kaniony kojotach. - mówiąc to wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok, jednak Cordian mógł przysiąść, że jej serce pokazuje dziewczynie w tej chwili zupełnie inny widok.
    Ta spokojna atmosfera sprawiła, że obydwoje poczuli się w pewien sposób nostalgicznie. Zupełnie jakby wszystkie ich kłopoty, zmartwienie i problemy zniknęły w ciągu zaledwie jednej sekundy. Jakby cały projekt, Henderson i denerwujący reporter naprawdę nigdy nie istnieli. Jedynymi istotami na tym świecie byli tylko oni. Obserwując dzieło stworzenia i zachwycając się jego pięknem. Mężczyzna wsłuchał się w miarowe bicie ich serc i przez chwilę rozważał objęcie dziewczyny ramieniem. Nie miał jednak okazji podjąć decyzji, gdyż ciszę przerwało głośne rżenie konia.
    Obydwoje poderwali głowy do góry, akurat w idealnym momencie, żeby być świadkami jak brązowo biały kształt z ogromną prędkością mija drewniany płot otaczający dom i znika wśród gęstych krzewów.
- On był przerażony… - wyszeptała dziewczyna, podrywają się do góry. Cordian zrobił to samo, uważnie wpatrują się w stronę, z której przybiegło zwierzę. Po chwili do jego nosa dotarła dość charakterystyczna woń i choć stłumiona przez jego ludzką formę, basior mógł bez problemu określić jej źródło.
- Pewnie przestraszył się jakiegoś rysia. - odpowiedział szybko, jednocześnie delikatnie nakierowując dziewczynę w stronę ścieżki. - Mimo wszystko powinnaś już iść, zanim zrobi się ciemno.
- Zaczekaj… - wyszeptała wciąż zaskoczona dziewczyna.
- Jak będziesz szła tą ścieżką bezpiecznie dotrzesz do głównej drogi. Tam pewnie znajdziesz kogoś, kto wskaże ci drogę do miasteczka. A jeśli chodzi o zdjęcia, to później jeszcze porozmawiamy. Ja mam dzisiaj jeszcze trochę pracy. - doprowadził dziewczynę do wąskiej wydeptanej dróżki i wskazał kierunek, w którym powinna się udać. - Jeszcze raz dziękuję za przepyszne, „własnoręcznie pieczone” ciasto i miło spędzony czas. Do zobaczenia Lousio.
- Pa, Cordian. - bez przekonania potrząsnęła jego wyciągniętą dłonią i ruszyła w stronę drogi.
    Dopiero kiedy jej sylwetka całkowicie zniknęła wśród gałęzi drzew i krzaków, mężczyzna spojrzał za siebie. W tym samym momencie przez płot przeskoczył wilczur o sylwetce niedźwiedzia grizzly i ciemno brązowym futrze. Olbrzym stanął na szeroko rozstawionych łapach i pochylając lekko głowę, otrzepał futro z wody. Bieganie po deszczu, szczególnie kiedy krople wody osiadają na każdym liściu zawsze oznaczało mokrą i posklejaną od błota sierść.
    Cordian uniósł ręce, próbując osłonić się przed lecącymi w jego stronę opryskami błota i wody, jednak jego wysiłki przyniosły dość marny rezultat. Mężczyzna pokręcił głową, wpatrując się w swoją, jeszcze chwilę temu czystą koszulę i podszedł do wpatrującego się w niego swoimi bursztynowymi ślepiami wilka. Wyciągnął dłoń i przeczesał nią futro na pysku basiora, co biorąc pod uwagę jego wzrosty wyglądało jakby głaskał konia rasy shire. Odczytując nieme pytanie, uśmiechnął się delikatnie.
- Nie mam dzisiaj siły na przemianę i polowanie. - wyszeptał, wciąż przeczesując ciemnobrązowe i sztywne włosy. Zwierzę pokiwało głową i odsunęło się kilka kroków do tyłu. Mężczyzna mógł obserwować jak kształt stojącej przed nim postaci stopniowo się zmienia. Najpierw futro, które stawało się coraz krótsze, odsłaniając jasnoróżową skórę oraz kości, które odkształcają się przy akompaniamencie głuchych pęknięć. Nie minęło nawet pół minuty, a w miejscu masywnego wilka klęczał teraz nagi mężczyzna o pokaźnych mięśniach, brązowych włosach i gęstej brodzie i bynajmniej typowo ludzkim wzroście. Trochę dłużej natomiast zajęło mu dojście do siebie. Cordian doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wielki ból wiąże się z przemianą i o ile łatwiej było go znieść, przechodząc w wytrzymalszą i bardziej odporną na ból wilczą postać, tak w drugą stronę bardzo czasami potrzebował on nawet kilku minut aby dojść do siebie i odgonić wszystkie ciemne plamy pojawiające się przed jego oczami.
    Wpatrywał się jak mężczyzna wydaje bliżej nieokreślony gardłowy odgłos, po czym zaczyna przesuwać się w jego stronę na czworakach. Cordian położył mu dłoń na plecach w uspokajającym geście.
- Spokojnie, przyjacielu. Poczekaj tutaj chwilę, ochłoń a ja przyniosę ci coś do ubrania. - powiedział i zostawiając brodacza na środku trawnika ruszył biegiem w stronę domu. Garret odwiedzał go dość często, więc jednocześnie część jego garderoby na stałe zamieszkała u chłopaka. Wyciągnął z szafy parę dżinsów, skarpetek, bluzę i inne niezbędne części ubioru. Wszystko razem tak duże, że sam mógłby się w tym utopić i ruszył z powrotem na dwór, pokonując schody zaledwie kilkoma skokami.
    Jak się okazało, drugi mężczyzna zdążył już dojść do siebie i właśnie przechadzał się po trawie z wypiętym torsem, dumnie obnosząc się z tym czym obdarowała go natura. Cordian zaśmiał się, widząc to przedstawienie. W takich chwilach jak ta cieszył się, iż jego dom znajduje się tak głęboko w lesie i jedynymi świadkami przemian odwiedzających go wilków są jelenie i siedzące na gałęziach ptaki.
- Hej, panie piękny, ubieraj się! - zawołał, obrzucając nagą postać stertą ubrań.
- W wilczej formie też nie mam ubrań, a ci to nie przeszkadza. - zażartował, wyławiając ciemne spodnie i bez pośpiechu je zakładając.
- Uwierz mi, nie chcesz abym kontynuował tą dyskusję. - Uciął długowłosy, opierając się do wystające ze ściany drewniane bele. W odpowiedzi usłyszał niskie śmiech.
- Pewnie tak. Swoją drogą, Goldie, wyglądasz na przygnębionego. - kiedy narzucił na siebie już ostatnią rzeczy – czarną bluzę z kapturem i napisem „Be yourself” podszedł do Coridana i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. Samiec uniósł brew, słysząc swoje przezwisko, które ostatnio stawało się coraz bardziej popularne. A może zawsze było, tylko on nigdy nie zwracał na to uwagi? - Wiem co doskonale poprawi ci humor. Opowiem ci co mi się wczoraj zdarzyło! - zaczął, a wnioskując po jego entuzjazmie odwiedzenie go od tego pomysłu może być trudniejsze od przekonania jelenia, żeby nie uciekał podczas gdy cała wataha wilków będzie okrążała go z każdej strony.
- Garret, nie. Uwierz mi, nie mam ochoty słuchać twoich opowieści o… sam dobrze wiesz czym. Prawdę mówiąc nie zdziwiłbym się, gdybyś powiedział mi że w końcu załapałeś HIV albo zaciążyłeś jakąś kobietę. - przerwał mu Cordian, desperacko próbując zasłonić dłonią usta drugiego mężczyzny. Ten jednak bez problemu wygrał ten drobny pojedynek i przez chwilę wpatrywał się w swojego alfę, który próbował wyrwać swoje dłonie z jego uścisku. Oczywiście bez większych rezultatów, gdyż dla umięśnionego samca jego ruchy były niczym ostatnie podrygi wyłowionej z wody ryby.
- Przecież dobrze wiesz, że nie możemy rozmnażać się z ludźmi ani zarazić żadną z ludzkich chorób. Sam to mówiłeś. Nazwałeś to… eee… uwarunkowanie gee… gen… geo… geometryczne! - powiedział brodacz, a Cordian zmierzył go wzrokiem. Kiedy po chwili zrozumiał, że mężczyzna wcale nie żartował, mentalnie przybił piątkę ze swoją twarzą.
- Genetyczne, ty analfabeto. - zaśmiał się rozpaczliwie i jak tylko oswobodził się z z zakleszczonych wokół jego nadgarstków dłoni, przeskoczył wspiął się na drewnianą barierkę, która otaczała werandę. - Chodź beto. - zawołał, teatralnie gestykulując. - Mamy ważną naradę wojenną w naszym zamku. - chociaż brzmiało to dość zabawnie, w rzeczywistości oznaczało kilka, lub też nawet kilkanaście godzin ciągłej dyskusji i powracania do problemów, o których Cordian tak bardzo chciał zapomnieć. Jednak mimo tego dobrze wiedział, że jeśli chce jak najlepiej dla swojej watahy są pewne rzeczy, których nie może odrzucić na bok. I są to obowiązki.
    Mężczyzna otworzył drzwi i już prawie był w środku, kiedy za swoimi plecami usłyszał poważny głos basiora.
- Cordian… kim była ta dziewczyna? - samiec zamarł i przez krótką chwilę wpatrywał się w stojącą na środku salonu kanapę nieobecnym wzrokiem. Poczuł jak jeszcze raz przeżywa całą wcześniejszą rozmowę z brązowooką dziewczyną. Zacisnął powieki.
- Nikim. - odpowiedział cicho. - Zabłądziła. - odpowiedział szybko, dając drugiemu wilkowi zna, żeby nie drążył już dalej tego tematu. Bo kiedy alfa uważa jakiś temat za skończony, to jest on skończony. Garret wzruszył ramionami. Oboje w milczeniu weszli do środka. I każdy z nich dobrze wiedział, że nikt nie zabłądził...

czwartek, 20 grudnia 2018

Od Lou

Cała relacja między mieszkańcami Alpine, a fotografem-samotnikiem mieszkającym w lesie za jej domem wydawała się dziwna. Dziewczyna przez chwilę przestała o tym myśleć poświęcając całą swoją uwagę kolesiowi, który siedział z nią przy stole i opowiadał o tutejszych zwyczajach i o tym, że 4 lipca w Dzień Niepodległości mieszkańcy organizują świetną lokalną imprezę, a w jednym z konkursów można wygrać najprawdziwszego żywego prosiaka bynajmniej z jabłkiem w pysku.
— Muszę to koniecznie zapisać w dzienniku. — uśmiechnęła się jednocześnie subtelnie urywając temat. — Powiedz mi, czy w tych rejonach byli spotykani Indianie? — zmarszczyła brwi przykładając kubek z czekoladą do ust i dmuchając na zbyt gorący napój. 
— Właściwie, do niedawna żyła tu jedna taka starsza kobieta, ale wyjechała gdzieś do dalekiej rodziny. Skarżyła się na podeszły wiek i na to, że nie może się już opiekować koniem, którego przed wyjazdem wypuściła do lasu. Biedak zdziczał. Nie chciała niczyjej pomocy. Po prostu nas opuściła. — Henderson wzruszył bezradnie ramionami. — Pewnie wywiad z nią dałby ci o wiele więcej materiałów do książki... Przykro mi. — Wymawiając ostatnie słowa, Will odruchowo położył dłoń na dłoni Lou, która leżała swobodnie na stoliku, na co zamyślona Carter uśmiechnęła się tylko słabo wypuszczając z płuc powietrze.
— Czyli po tych lasach biega zdziczały koń? — Louisę zdziwił jej głupkowaty ton głosu. Chyba po prostu nie wierzyła własnym uszom. 
 Wtedy kątem oka mignął jej ktoś prawie wybiegający z kawiarni. Był to nie kto inny, niż pan Alpha. 
— Dlaczego stąd tak wyleciał? — jasnowłosa momentalnie zabrała rękę ze stołu oglądając się do tyłu, gdzie podekscytowany facet w garniturze wkładał ostatnie papiery do teczki. — Chyba dobili targu. 
— Mówiłem, to typ samotnika. Przebywanie wśród ludzi chyba wywiera na nim zły wpływ. — gdy chłopak zorientował się, że jego nowa znajoma odsunęła swoją dłoń, położył ją na swoim kubku z czekoladą. Blondynce zarejestrowanie tego zajęło dosłownie ułamek sekundy, bo jej czujny wzrok odprowadzał fotografa na zewnątrz. I właśnie wtedy, gdy miał powrócić na twarz Willa, trzydziestolatek odwrócił się patrząc akurat na nią. 
"O cholera, gdzie się gapisz, Carter?" — Zganiła się w myślach, jednak nie przestawała patrzeć mężczyźnie w oczy. Nie należała do tych osób, które pierwsze odwracają wzrok i jak się przekonała, Alpha też nie.  

— To jest to. — szepnęła zdecydowanym głosem Lou ku zdziwieniu jej towarzysza.
— Wiedziałem, że tajemniczy kolesie zawsze mają większe powodzenie. — Will zabawnie uniósł brew razem z jednym kącikiem ust na co Carter wybuchnęła śmiechem. 
— Nie, Sherlocku. — przewracając oczyma pacnęła lekko bruneta w czoło łyżeczką. — On robi na prawdę wspaniałe zdjęcia. Gdyby te widoki zdobiły moją część książki... 
— Byłaby najlepszą częścią ze wszystkich. — dopowiedział przymykając oczy.
— Dokładnie. — skwitowała obserwując w którą stronę idzie fotograf. Zmierzał w kierunku domu. 
— Chcesz do niego iść? Sama? — błękitnooki wlepił w nią swój zatroskany wzrok. 
— Znam się trochę na kontaktach międzyludzkich. Damsko-męskich też. Jeśli pójdę bez ciebie, szansa, że się zgodzi będzie większa. A wzrośnie jeszcze bardziej, jeśli pójdę teraz. 
— Szansa, że to psychopata, który tylko czeka, aż ładna samotna dziewczyna zapuka do jego drzwi też. — uniósł brwi pochylając się nad stołem.
— Nic mi nie będzie. Wrócę niedługo, nie martw się. Nie dam się zabić zanim nie pokażesz mi całej okolicy. Po ile ta czekolada?
— Ja płacę. — Odparł nadal nieco niespokojnie, jednak na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Dzięki.  — Rzuciła i szybkim ruchem oderwała się od krzesła, żeby złożyć na policzku Hendersona szybki pocałunek.

Nie minęła minuta, gdy Lou ubrana w ciepłe ubrania z ciastem czekoladowym na rękach opuściła lokal i swojego nowego znajomego, który prawdopodobnie oczekiwał od niej więcej, niż ta mogła mu dać. Wychodząc, tylko przez ułamek sekundy pomyślała o nim. Potem wyłączyła umysł kierując się w las.
W głowie cały czas wybrzmiewały jej słowa: "Ale nie ufałbym mu na tyle, żeby zostać z nim sam na sam". Co może być nie tak z samotnym kolesiem mieszkającym w lesie i unikającym ludzi? No chyba, że to samotny koleś z długimi włosami mieszkający w lesie i unikający ludzi. To na pewno czyni z niego psychopatę.
- Oh, well, Will. — pomyślała. —Wiesz jak skutecznie zatrzymać przy sobie miastowe dziunie.. Tyle, że ja nią nie jestem..
Gdy Carter dotarła na początek leśnej drogi, przystanęła na chwilę patrząc w mały, odchodzący punkt na szarym jej końcu. Widząc, że nie będzie w stanie dogonić go, zanim ten przekroczy próg swojego domu, skierowała się do swojego ogrodu. Wbiegła do salonu poszukując czegoś w nierozpakowanej walizce. W kosmetyczce, pomiędzy perfumami odnalazła małą puszkę od ciśnieniem. Przyjrzała jej się bliżej obracając w dłoniach, po czym umieściła w kieszeni kurtki. Na wszelki wypadek.

Gdy dziewczyna szła w stronę domu Alphy, mogła przyznać, że razem z odcinkiem, jaki musi pokonać, wprost proporcjonalnie igliwie sosen otaczających ścieżkę ciemnieje. Nie pomagał jej znakomity słuch, przez który słyszała nawet najmniejsze szelesty i łamane gałązki w podszyciu lasu. Towarzyszyło jej również wrażenie, że ktoś lub coś cały czas ją obserwuje i gaz pieprzowy, który kurczowo ściskała w ręce, może jej nie starczyć, chyba, że cokolwiek to jest, zadowoli się ciepłym jeszcze brownie. Wtem, usłyszała za sobą kroki czegoś, co na pewno nie miało dwóch nóg i biegło w jej stronę. Oczyma wyobraźni, jasnowłosa już widziała stworzenie, które tej nocy zbudziło ją przeraźliwym wyciem.
— Umrę. — skwitowała w głowie. — Już nie żyję. Trzeba było zabrać jakiś nóż, albo czołg.
Louisa wypuściła z ulgą powietrze z płuc, gdy odwracając się, zamiast drapieżnika, przywitał ją z odległości około dziesięciu metrów łaciaty koń. Zdziwiona jego widokiem uniosła brwi na pół czoła, jednak cieszyła się, że koniom bardziej smakuje trawa, niż samotne, młode kobiety, lat około 25.
— Co tu robisz, piękny? Musisz być koniem Indianki... No tak.  — spróbowała zrobić krok w jego stronę, ale ten nerwowo się cofnął. — Nie mam nic dla ciebie. Chyba, że lubisz ciasto czekoladowe, ale musi wystarczyć jeszcze dla fotografa. Inaczej nie da mi swoich zdjęć i będę w czarnej dupie. — Na jej twarzy ukazał się dziwny grymas, na co wierzchowiec tylko prychnął.
— Nie śmiej się. To ty mnie pewnie śledziłeś od dłuższego czasu. Chciałeś, żebym dostała zawału? — Lou zaśmiała się, widząc, że ogier przytakuje łbem. — Fajny jesteś. Mój koń też tak umie. Mówię to, dlatego, żebyś nie myślał, że jesteś jakiś szczególny. — Jednak ciemnooka właśnie tak myślała. Koń miał dobre 180 cm w kłębie, a jego maść pinto robiła ogromne wrażenie. Wyglądał, jakby białego konia, oblano z góry brązową farbą, która chaotycznie rozprysnęła się po całym jego ciele. Co więcej, podobno zdziczały koń podążał za nią. Gdy wykonała kilka kroków w stronę posiadłości Goldteary, ten poszedł za nią zachowując tą samą, bezpieczną według niego odległość. Zatrzymał się dopiero, gdy ta otwierała furtkę do ogrodu domownika i nie odważył się podejść bliżej.
— Myślę, że uporam się z tym w miarę szybko, więc możesz na mnie zaczekać. Mam w domu jakieś jabłka. — pożegnała się z niesamowitym koniem i zapukała kilka razy do drewnianych drzwi, jednak nikt nie raczył jej otworzyć nie wspominając o ciepłym przywitaniu. Pomyślała wtedy, czy to czysty przypadek, że może jednak Cordian nie poszedł do domu, lecz dalej w las, czy po prostu nie chce jej otworzyć.
Widząc, że dobijanie się do drzwi cudzego domu nie przynosi rezultatów, zeszła z ganku i obeszła ściany budynku, za dwoma z nich znajdując mężczyznę siedzącego do niej tyłem na pniu drzewa. Po incydencie ze śledzącym ją koniem, cały strach z niej uleciał. Bez wahania, podeszła do niego i w chwili gdy miała się odezwać, on zrobił to pierwszy, prawdopodobnie biorąc ją za kogoś innego.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić... — zaskomlał. Chwila, co zrobił? Wysoki mężczyzna, lat 30 wydał z siebie iście szczenięcy odgłos. Carter zdecydowała. że lepiej będzie wmówić sobie, że się przesłyszała. Coś najwyraźniej gryzło jej sąsiada i nie były to pchły.
— Em... Mam na imię Louisa. — gdy zdziwiony Alpha odwrócił się do niej, ta tylko słabo się uśmiechnęła. — Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? — Zmarszczyła brwi obserwując smutek w jego oczach.
— Tak. Tak. Wszystko w porządku. — Odparł, a Carter wiedziała już, że nic nie jest w porządku. 
— Dobrze... W końcu jakiej odpowiedzi może się spodziewać obca osoba.. — wlepiła wzrok w krople rosy na trawie. — Wiem jednak, co może poprawić humor każdemu. Przynajmniej każdemu, kto lubi czekoladę. — przyklękła przed mężczyzną z brownie w obu rękach.  — Nie oświadczam się. Proponuję jeszcze ciepłe ciasto. Sama piekłam... A ta cena nie wiem skąd się tu wzięła. — dorzuciła obrywając białą nalepkę z kilkoma cyframi z aluminiowej tacki, na co, mogłaby przysiąc, fotograf cicho się zaśmiał — Nie codziennie częstuję ludzi kupnym ciastem. Nie daj się prosić..

sobota, 15 grudnia 2018

Od Cordiana - "Na razie"

    Cordian przeglądał strony z najnowszymi informacjami, co chwilę sprawdzając godzinę w dolnej części ekranu jego laptopa. Czuł, ze za chwilę puszczą jego nerwy. Miejsc takich jak to unikał jak ognia. Przebywanie wśród dużej grupy ludzi sprawiało, że czuł się niezręcznie. Chociaż znał wszystkich mieszkańców Alpine chociaż z widzenia, fakt iż w przeciwieństwie do członków jego watahy nie ma na nich żadnego wpływu bardzo go irytował. Za każdym razem, kiedy ktoś przypadkowo ocierał się o jego plecy, wszystkie jego zmysły automatycznie przestawiały się w stan najwyższej gotowości. Nie oznaczało to, że bał się ludzi. Nie, on po prostu nie czuł się komfortowo w ich otoczeniu. Jakim więc cudem siedział właśnie w jednej z miasteczkowych kawiarenek?
    Wszystko zaczęło się od nowego redaktora, który chciał wykorzystać jego zdjęcia w swoim artykule. Niestety, oferta była zbyt kusząca, żeby Cordian ją porzucił, nawet mimo tego, że mężczyzna nalegał na osobiste spotkanie. Zapraszanie go do własnego domu nie przeszło mu nawet przez głowę, a biorąc pod uwagę obecny obrót spraw w watasze, oddalanie się od miasteczka nie wchodziło w grę. I tak Cordian skończył w kafejce, nerwowo bębniąc palcami w blat stołu, oczkując spóźniającego się gościa. Kątem oka obserwował lokal i siedzące w nim osoby. Jak na ta dość osobliwą porę dnia, był on prawie pełny.
    Samiec starał się nazywać z imienia i nazwiska wszystkie osoby w swoich myślach. Choć mogło to już podchodzić pod paranoję, musiał być na bieżąco ze wszystkimi zmianami w miasteczku, aby zminimalizować ryzyko.
    Cordian westchnął i wrócił do ekranu swojego komputera. Myślenie o tych sprawach, sprawiało jedynie, że martwił się jeszcze bardziej. To iż przysiągł sobie, że pewna dość znacząca sytuacja z jego przeszłości już nigdy się nie powtórzy, sprawiało, że nie mógł on już poprawnie funkcjonować. Właśnie przeglądał plany przeprowadzenia badań geologicznych na terenie rezerwatu, kiedy usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Odruchowo spojrzał za siebie i widok, który ujrzał lekko go zaskoczył. Przez kilka sekund wpatrywał się w twarz jasnowłosej dziewczyny, która rozglądała się dookoła, uśmiechając się o rozmawiając. Dopiero po chwili Cordian zdał sobie sprawę z tego, że wpatruje się w nią przez ramię i szybko odwrócił głowę. Choć jego oczy były skierowane na ekran, przez jego głowę przelatywał potok myśli. Każda nowa i nieznana osoba w Alpine mogła być zagrożeniem. Jednak nie poświęciłby on jej więcej niż kilka minut, gdyby nie jej towarzysz. Will Henderson. Chłopak pełnił odpowiednika samca alfa w tym ludzkim stadzie i zdecydowanie zbyt często wpychał nosa w nie swoje sprawy. Zapuszczał się głęboko w las, a latem urządzał polowania z przyjaciółmi. Najgorsze było jednak to, że w świetle prawa był on czysty. Po prostu zwykły, nadziany dzieciak, który załatwia sobie legalne pozwolenia na polowania. 
    Cordian bezwiednie zacisnął pięści. Wiele by oddał, żeby trzymał się on z daleka od jego terytorium i rodziny. Szczególnie, kiedy biegnie ze swoimi nie zawsze trzeźwymi znajomymi z bronią w ręku. Dodatkowo, wyglądało na to, że znalazł sobie nową dziewczynę. Samiec potrząsnął głową. To nie była jego sprawa. Musiał jedynie uważać, żeby William nie wyruszył ze swoją wiatrówką popisywać się przed pięknością jego życia.
    Wtem do lokalu weszła jeszcze jedna osoba. Co tam weszła, wbiegła. Mężczyzna około trzydziestki, ubrany w pogięty i mokry od mżącego deszczu miał przy sobie kilka teczek wypełnionych papierami. Zatrzymał się zaraz przy drzwiach i zaczął nerwowo się rozglądać, najwyraźniej kogoś szukając. Kiedy spostrzegł Cordiana, przywitał go skinieniem głowy i ruszył w jego stronę, desperacko starając się nie zgubić żadnej z kartek. Niestety, w tej samej chwili pewna dziewczyna zwróciła się w tą samą stronę, najprawdopodobniej z zamiarem zajęcia miejsca przy najbliższym wolnym stolik. Efekt był dość spektakularny, gdyż dwie postacie zderzyły się ze sobą i cała góra papieru rozsypała się po całej kawiarni zupełnie tak samo jak w filmach komediowych. Jakby tego było mało, większość klientów porzuciła swoje dotychczasowa zajęcie i zaczęła schylać się, aby pomóc pozbierać niemalże zakrywające podłogę morze kartek. To samo zrobiła również kobieta, przyklękając i energicznym ruchem zgarniając je do siebie.
    Cordian obserwował całą akcję, starając się jednocześnie powstrzymać się od uśmiechania. Scena, która miała miejsce przed jego oczami była komiczna i każdy przechodzący przed kawiarnią z pewnością stwierdziłby, że nagrywają w niej jakąś komedię romantyczną. Zaraz z pewnością Will pochyli się, aby pomóc swojej piękności, ich dłonie przez przypadek się spotkają i wszystko zakończy się zupełnie przypadkowym pocałunkiem, pomyślał. Nic takiego jednak nie miała miejsca, gdyż chłopak stał w miejscu, śmiejąc się głośno i nic nie wyglądało na to żeby miał włączyć się do sprzątania. Natomiast dziewczyna zastygła z jedną z kartek w ręku. Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, po czym zwróciła się do patrzącego na całe zajście nieobecnym wzrokiem mężczyzny w garniturze.
- Najmocniej pana przepraszam! Jestem tutaj po raz pierwszy i jestem wciąż trochę roztargniona. Czy coś się panu stało? - zapytała. On zwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się.
- Wszystko w porządku. I nie ma pani za co przepraszać. To moja wina, śpieszyłem się i nie patrzyłem przed siebie. A poza tym też jestem tu pierwszy raz. - powiedział, odbierając stosik papierów z jej rąk. Wtedy dziewczyna wskazała na ten leżący na wierzchu.
- Bardzo interesująca fotografia. Nie mówię tego każdemu nieznajomemu, ale doprawdy w tej jest coś niesamowitego, nie sądzi pan? - Cordian mimowolnie spojrzał na kartkę. Dopiero teraz zauważył, że większość z tych rozsypanych zawierała wydruki jego zdjęć. To, które szczególnie spodobało się dziewczynie przedstawiało ujęcie ze słońcem prześwitującym przez liście i odbijającym się od tafli leśnego jeziora. Było to jedno z jego ulubionych i dobrze pamiętał jak wiele godzin spędził tego letniego popołudnia niż uzyskał to jedno idealny zdjęcie z najlepszym naświetleniem oraz intensywnością barw.
- Owszem, prawdę mówiąc muszę przyznać, że większość z nich to prawdziwe arcydzieła! - powiedział, wykonując zamaszyste ruchy rękami. - Ale nie są one moje. Ich autorem jest… - nie zdążył dokończyć, kiedy nagle czyjaś dłoń podsunęła plik kartek pod jego nos.
- To moje zdjęcia. - Cordian uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynę. Oparł lewą dłoń na kolanie i ignorując fakt, że wciąż siedzą na podłodze, wskazał na jedno z zdjęć. - A to jest jeden z kadrów wykonanych w czasie lata. Interpretacja dowolna.
- O… lata… - Wyjąkała dziewczyna, lekko zaskoczona. - Czekaj, twoje? Łał. Naprawdę cudowne. Brak słów. No, może nie aż tak ale przyciąga uwagę.
- No właśnie! I nasz drogi Cordian ma tylko 30 lat! A już taki wirtuoz sztuki! - wtrącił się mężczyzna w garniturze. Basior zignorował jego entuzjastyczną i jednocześnie niepoprawną odpowiedź i odebrawszy od dziewczyny papiery, wstał.
- Pragnę zauważyć, że i tak spóźnił się pan na umówione spotkanie i wolałbym go nie przeciągać zbędnymi… czynnościami. - powiedział chłodnym głosem i zajął miejsce przy stoliku.
- Ah, tak, oczywiście. Najmocniej przepraszam! - zawołał i poderwał się z miejsca, zbierając wszystkie pozostałe dokumenty od siedzących przy najbliższych stolikach ludzi. Zanim dotarł jednak do tego, przy którym siedział Cordian, odwrócił się w stronę dziewczyny.
- Polecam sprawdzić więcej zdjęć w internecie. Pod hasłem Alpha. Dziękuję za pomoc i życzę pani miłego dnia. - po czym usiadł koło samca i zaczął rozkładać dokumenty na stole.
    Fotograf poświęcił mu większość swojej uwagi, choć mógł on jeszcze usłyszeć strzępki rozmowy kobiety z Hendersonem.
- Nie wierzę! Jaka akcja! Nie codziennie mamy tutaj takie atrakcje, wiesz? - chłopak wciąż śmiał się, bezowocnie próbując zasłonić usta dłonia.
- Mi też pierwszy raz się coś takiego zdarzyło. Swoją drogą, to miejsce musi być istną kopalnią artystów. Że też o tym nie pomyślałam. Taki urokliwy krajobraz.
- Masz rację, chociaż Alpine to dziura, to jednak nadal piękna dziura. Zainspirowałaby nawet takie beztalencie jak ja. - przyznał jej Will, któremu w końcu udało się uspokoić swój napad śmiechu. Zajęli oni miejsce przy stoliku nakrytym obrusem w czerwoną kratkę, a drobna kelnerka, która jak dotąd obserwowała całą akcje zza lady, podbiegła aby wręczyć im kartę z napojami.
- Przecież to oczywiste, że w tym miejscu znajdzie się choć jedna uzdolniona osoba. Może mogłabym przeprowadzić z nią wywiad a potem zamieścić w moim projekcie. - stwierdziła entuzjastycznie, biorąc kartę do ręki.
- Z nim? - mężczyzna gestem głowy wskazał na Cordiana i skrzywił się. - Jak mam być szczery, to to jest raczej odludek i dziwak niż artysta. Masz racje, zdjęcia robi bardzo ładnie i wcale się nie dziwię, patrząc na to, że całe dnie spędza w lesie, ale nie ufałbym mu na tyle, że zostać z nim sam na sam. - wyszeptał i gdyby nie wyostrzony zmysł słuchu, który basior posiadał dzięki swojej wilczej formie, nie usłyszałby go. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego jaką opinię mają o nim ludzie, ale nie mógł powiedzieć, że usłyszenie tego bezpośrednio z czyiś ust nie dotknęło go. - Prawdę mówiąc jestem zaskoczony, że pojawił się w takim miejscu jak to.
- Trochę przesadzasz. Może po prostu jest trochę nieśmiały i jednocześnie pochłonięty swoją pasją? Yhym. To ja poproszę…
- Panie Goldteara? - głos mężczyzny w garniturze zmusił Cordiana do przerzucenia swojej uwagi z rozmawiającej pary na rozłożone przed nim dokumenty.
- Przepraszam, coś mnie rozproszyło. Czy mógłby pan powtórzyć jeszcze raz, panie…
- Franz. Albert Franz. Zaczynając od początku, tutaj są dokumenty z umową odnośnie wykorzystania pańskich fotografii w naszym magazynie. Zalecałbym przestudiować go w domu, a następnie przesłać nam skan z podpisem. W umowie znajduje się również lista zdjęć, do których chcemy uzyskać wyłączność i która została stworzona wedle naszych wcześniejszych ustaleń.
- I dlatego nalegał pan na to spotkanie, tylko po to żeby wręczyć mi ten zwitek papieru? - mruknął, wyraźnie pokazując swoje niezadowolenie.
- No i tutaj pan mnie ma. Właściwie to przyjeżdżając tutaj mam również drugi, ukryty motyw, a konkretniej: jest to projekt na coś nowego i rewolucyjnego! - Cordian zmierzył go wzrokiem. Doprawdy mężczyzna miał dar do budowania napięcia niczym śpiący leniwiec. O tym, że cała ta sprawa już brzmiała podejrzanie nie chciał wspominać. Najchętniej podniósłby się on z miejsca i opuścił lokal, gdyby nie to, że intrygował go dalszy obrót spraw.
- Przypuszczam, że w tym rewolucyjnym projekcie jest przewidziany mój udział? - zapytał, pakując papiery do torby, po czym układając dłonie w charakterystyczną piramidkę.
- Oczywiście. Otóż planujemy nakręcić nowy reportaż w przyrodzie. Coś jak national geographic, tylko z większą głębią artystyczną. - długowłosy mężczyzna uniósł brwi. Zdecydowanie nie kupował tego pomysłu. - Chodzi o to, żeby przedstawić naturę w nowy sposób. Z taką artystyczną wizją fotografa, która sprawi, że ludzie spojrzą na świat przyrody w inny sposób. Że będą mieli takie: Łał! I potrzebujemy tutaj właśnie pańskiego udziału, panie Goldteara. Mając takiego utalentowanego fotografa za przewodnika i kierownika zdjęć, nasz program znalazłby się w czołówce tych z najwyższą oglądalnością! Proszę tylko pomyśleć o tym jakie cuda matki natury znajdują się zaledwie kilka kilometrów od pańskiego domu! Co o tym pan sądzi? - Nie kupuję tego, warknął w myślach Cordian, ostatkiem sił powstrzymując się przed gwałtownym zerwaniem się z miejsca i trzaśnięcia krzesłem. Dobrowolne wprowadzenie grupy ludzi na terytorium watahy byłoby ostatnią rzeczą, którą zrobiłby w swoim życiu.
- Nie uważam, żeby ta idea zyskała wielu zwolenników. Obecnie emitowanych jest już wystarczająco wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Dodatkowo, ludzie coraz mniej czasu poświęcają na telewizję, a jeśli już to jest to jedynie z zakresie kanałów z serialami. - zaczął tłumaczyć, licząc że uda mu się przekonać mężczyznę do zmiany zdania. Chciał jedynie podpisać umowę odnośnie wykorzystania jego zdjęć i zwinąć się do domu, gdzie przez resztę dnia będzie mógł leżeć na kanapie w salonie, myśląc jedynie o sękach w deskach a suficie.
- Ma pan rację, ale mamy jeszcze jeden ukryty motyw. Otóż jest to projekt prowadzony we współpracy z wieloma szkołami, które będą mogły korzystać z naszych nagrań jak z materiału naukowego. A przecież edukacja młodzieży jest najważniejsza.
- Moja odpowiedź nadal brzmi nie. - Cordian zdążył już spakować swojego laptopa do torby, co było wyraźnym znakiem, że zamierzał opuścić lokal, z premedytacją ignorując zasady kulturalnego zachowania. W podobnych sytuacjach lubił tłumaczyć się tym, że skoro nie jest człowiekiem, nie obowiązują go ludzkie prawa. - A teraz, jeśli pan wybaczy, muszę już iść. Mam jeszcze dużo planów na dzisiaj. - ...takich jak na przykład liczenie wilczych włosów na jego dywanie, dodał w myślach.
- W porządku. W takim razie będę musiał znaleźć kogoś innego. Właściwie to znalazłem już osobę, która się na to zgodziła tutaj w Alpine… - powiedział zagadkowym głosem mężczyzna. Oczy Cordiana natychmiast odnalazły siedzącego naprzeciwko jasnowłosej dziewczyny chłopaka. Cieszył się, że nikt nie może zobaczyć jak zaciska zęby, usiłując zachować spokój. Jeżeli ten samozwańczy reżyser naprawdę współpracuje ze szkołami, to szanse na udowodnienie przed sądem iż projekt ten jest niepotrzebny były nikłe. Z drugiej strony, wpuszczanie na jego terytorium grupy ludzi z kamerami pod przewodnictwem Hendersona nie przechodziło mu nawet przez myśl. Wystarczył choć jeden nierozważny wilk, żeby sekret ich wszystkich wyszedł na światło dzienne.
    Cordian trwał w bezruchu, rozważając wszystkie za i przeciw. Siedzący koło niego człowiek irytowało go. A szczególnie fakt, że szantażował go przy użyciu jednej z najprostszych technik perswazyjnych, którą znają nawet dzieci, a która działała na niego tylko dlatego w jakiej sytuacji się znajdował. W końcu, wiedząc, że będzie przeklinał się za tę decyzję do końca swojego życia, spojrzał mężczyźnie prosto w oczy i wyciągnął prawą dłoń.
- Liczę na owocną współpracę, Albercie Franz. - praktycznie wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Goldteara. Jestem pewien, że nie pożałuje pan. W ciągu tego najbliższego tygodnia otrzyma pan drogą elektroniczną wstępne dokumenty i projekty. Oczywiście, jestem otwarty na wszystkie poprawki i propozycje. - Franz pochwycił dłoń Cordiana tak szybko, jakby obawiał się, że mężczyzna zmieni zdanie i zabierze ją w ostatniej chwili. Ten gest sprawił, że basior skrzywił się jeszcze bardziej. Niektórych ludzi respektował, innych tolerował, ale tymi ostatnimi po prostu gardził.
- Do widzenia. - zakończył rozmowę, zanim zdążyło wyniknąć z niej coś więcej i po uprzednim oswobodzeniu dłoni z mocnego uścisku, błyskawicznie udał się w stronę drzwi. Gdy tylko poczuł zimny powiew powietrzna na swojej twarzy poczuł się zdecydowanie lepiej. Nie zamierzał oglądać się za siebie. Nie chciał widzieć twarzy Franza, szczerzącego się głupkowato, ani opowiadającego historie swojego życia Hendersona. Jednak, Cordian odwrócił głowę. Tylko na chwilę. Tylko, żeby zobaczyć siedzącą za szybą jasnowłosą dziewczynę, popijającą gorącą czekoladę. I żeby zdać sobie sprawę, że ona patrzy się na niego.

                                                                     ***

    Zdenerwowany Cordian krążył wokół stojące w salonie kanapy, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Po raz setny pojawiła się na nim ikonka oczekiwania na połączenie. Mając dość tych głuchych, powtarzających się dźwięków, postanowił nagrać swoją wiadomość na skrzynkę głosową. Jego ręce za bardzo się trzęsły żeby był w stanie napisać wiadomość, a żaden tekst pisany i tak nie był w stanie odpowiednio dobrze przekazać uczuć, które nim targały. On potrzebował widzieć swoja przyjaciółkę. Czuć ciepło jej ciała i dotyk puszystego futra. Słyszeć jak ich wilcze oddechy mieszają się z szumem liści, a ich głowy wypełniają się słowami. Taki rodzaj rozmowy był jednocześnie bardzo intymny jak i pozwalał zrozumieć emocje drugiej osoby.
- Ivy, Musimy pogadać. To ważne. - wypowiedział na jednym wydechu, po czym zatwierdził wysyłanie, z nadzieją, że wilczyca odczyta ją najszybciej jak się da.
    Niestety mijały minuty i jedyną odpowiedzią jaką Cordian otrzymał była cisza. Po kwadransie, sfrustrowany mężczyzna, obawiając się, że zaraz wydepcze dziurę w swoim dywanie postanowił wyjść na dwór. Wyobrażał sobie co może powiedzieć Irvin. W końcu obydwoje doskonale wiedzieli co zaledwie poprzedniego wieczoru mówił na zgromadzeniu watahy. To iż najpierw utrzymywał, że kluczem do bezpieczeństwa jest dystans do ludzi, a następnie dobrowolnie wprowadza całą ich grupę na terytorium watahy mogło poważnie nadszarpnąć jego reputację. Miał już wystarczająco problemów z czarnym wilczurem. Taki obrót spraw mógłby jedynie dodać mu zwolenników. Basior wiedział, że nawet na chwilę obecną są w watasze osobniki, które tolerują jego przywództwo tylko z szacunku do jego ojca. Co prawda wciąż przeważają ci, którzy są wdzięczni Cordianowi za to iż mogą bez większych obaw o swoje życie spędzać czas w obydwu swoich formach. Na razie.
    Na razie. To cholerne słowo, które zaczynało go prześladować. Na każdym kroku przypominało mu  iż obecna sytuacja jest jedynie kwestią czasu. Mężczyzna usiadł na pniu powalonego drzewa, które leżało niedaleko jego domu. Zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. Miał ponad 30 lat, a nie potrafił poradzić sobie z tak wieloma problemami. Nie potrafił ochronić swojej rodziny.
    Usłyszał miękkie kroki, które ktoś stawiał po mokrej trawie. Gdy postać znalazła się koło niego, Cordian zaskomlał tak, jakby to zrobił w swojej wilczej formie, nawet na nią nie spoglądając.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić… - wyszeptał, pocierając dłońmi twarz. W całym tym zamieszaniu nie pomyślał nawet na chwilę o tym jak odzyskać zaufanie przyjaciółki. Może to, iż zdecydowała się do niego przyjść, znaczyło że jest jeszcze szansa?
    Gdy kobieta się odezwała, basior zrozumiał jak bardzo się pomylił.
- Emm… mam na imię Lousia. - ten delikatny głos, który Cordian miał szansę usłyszeć przez krótką chwilę zaledwie godzinę wcześniej, sprawił że jego oczy otworzyły się szeroko. Gwałtownie odwrócił się on w stronę kobiety. Nad nim pochylała się jasnowłosa dziewczyna Hendersona. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? - zapytała, a jej głos był pełen szczerego zatroskania.
- Tak. Tak. Wszystko w porządku. - powiedział, powtarzając swoje słowa kilka razy. Zupełnie jakby chciał się utwierdzić w przekonaniu, że była to prawda. Jak bardzo pragnął, żeby to była prawda.

<C.D. Lou>