Uwaga!

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Od Lou

W tamtej chwili wpatrywała się w stojącego zdecydowanie za blisko niej Cordiana i widziała tylko, jak bardzo musiał być zdesperowany. Miała wrażenie, że każde wypowiadane przez niego słowo stawiało kolejne cegły w murze powstającym między nimi. Tyle, że za każdym razem, gdy tak się działo, Louisa Carter wlatywała w niego jak Miley Cyrus w teledysku "Wrecking ball". Na samą myśl o tym, dziewczyna miała ochotę parsknąć mu śmiechem w twarz. Boże, dlaczego zawsze gdy musi być poważna, jej mózg mówi N I E.
Nie zamierzała się wycofywać. Nawet, jeśli nie miała pojęcia o jakiej dokładnie najwyższej cenie mówił Goldteara. Poza tym gdzieś w środku poczuła maleńki zalążek strachu. Mężczyzna był nie tylko większy i silniejszy, ale ona była w Alpine prawie zupełnie sama. Nie było tu nikogo, kto mógłby jej pomóc. Poczuciu bezpieczeństwa nie pomagał również fakt, że Cordian wie jak zginęli jej rodzice. A co jeśli byli tacy sami? Chcieli się czegoś dowiedzieć, a gdy to zrobili - pozbyto się świadków. Nie mogła pokazać strachu. I tylko dlatego, stała naprzeciw niego patrząc mu głęboko w oczy prawie zupełnie beznamiętnie, z nutą goryczy, której w sobie miała w tamtym momencie pełno. Tylko w oczy. Z tym uporem, który był jej nieodłączną częścią. Bo w końcu miała okazję. 
Okazję przyjrzenia się jego oczom, dokładnie tęczówkom. Bo doskonale pamiętała kolor oczu wilka, którego spotkała w nocy w lesie, a bez którego obudziła się nazajutrz, gdy jedyne co po nim zostało, to ugnieciony od jego ciężaru mech. To nie było złudzenie. On był rzeczywisty. Podobnie jak jego ciemna plama w górnym kąciku prawego oka. 
Pytanie jakie cisnęło jej się na usta wydawało jej się, zależnie od faktycznego stanu wydarzeń, albo zupełnie idiotyczne, albo jednak posiadające trochę sensu. Wiedziała, że Cordian nie odpowie. Nie zamierzała go nawet przymuszać do odpowiedzi. Wystarczyło, że te słowa padną z jej ust, a będzie wiedziała już wszystko.
— Czy ty jesteś wilkiem? — uniosła brew, gdy spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zaobserwowała tylko, jak jego mięśnie żwacza napinają się, gdy zacisnął zęby i gdy tylko chciał się odezwać, przerwała mu. — Wiesz co? Nieważne. — parsknęła kręcąc lekko głową. — Zapomnij. Już w nic się nie mieszam. — machnęła ręką odwracając się w kierunku, z którego weszli. 
Gdy zrobiła krok na zewnątrz, odwróciła się w jego stronę. 
— Idziesz? Obiecałam, że ci pomogę. 
Przynajmniej wiedziała, że śmierć jej rodziców była połączona z tymi wilkami. 

sobota, 21 grudnia 2019

Od Cordiana

Cordian zatrzymał się w półkroku, bez słowa, zupełnie jakby czekał na dalsze słowa. Coś w stylu „o ile chcesz” lub „jeżeli masz czas”. Te jednak nie nadchodziły i czuł, że drzwi za jego plecami są nadal otwarte, zupełnie jak klapa pułapki myśliwskiej, gotowa zamknąć się w chwili gdy jakieś zwierze wejdzie do środka. Nie chciał wchodzić do środka, nie nawiązywać kontaktu z nowymi ludźmi. Kilka tygodni temu pojawienie się zaledwie jednej dziewczyny wystarczyło, aby wytrącić jego świat z równowagi. Teraz było ich pięć razy więcej. Poza tym, był pewien, że wiedzą więcej niż przeciętni turyści, którzy zresztą w Alpine byli tak częstym zjawiskiem jak śnieg w lato. Już przychodząc pod drzwi nie miał najmniejszego pojęcia jak się zachować, a ich obecność zdecydowanie nie polepszała sytuacji. Jedno było oczywiste. Jasnowłosa dziewczyna dobrze wiedziała co robi, i należało wyjaśnić sytuację nim swoimi dalszymi działaniami doprowadzi do nieszczęścia.
    Mężczyzna wreszcie westchnął i obrócił się, na powrót układając usta w delikatny uśmiech.
— Tylko na chwilę. Nie chciałbym przerywać waszego, prawdopodobnie jedynego w najbliższym czasie spotkania. — powiedział i wyciągnął z kieszeni spodni czarną frotkę, aby spiąć włosy upiąć swoje splątane w kapturze włosy w choć trochę porządniej wyglądający kok.
— Wchodź. Nie będziesz niczego przerywać. Już mamy za sobą cały dzień szaleństw. — rzuciła dziewczyna, po czym odwróciła się, żeby krzyknąć do wnętrza domu. — Kochani, zgadnijcie kto wpadł w odwiedziny?
— Pizza? — odpowiedział jej młody męski głos.
— Ta, pizza na takim odludziu. Pomyśl trochę Leon. — ten należał do kobiety.
— Ktokolwiek to jest niech szybko wchodzi bo wpuszczacie zimno do środka. — kolejny męski głos, choć tym razem bardziej stabilny i zrównoważony. Cordian bez dalszych wywodów przekroczył próg, a odgłos zamykanych sprawił, że przez ułamek sekundy jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Wieko pułapki opadło.
     Bez słowa zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. W myślach pochwalił się za to, że zdecydował się założyć grubo pleciony, szary golf, który bądź co bądź był choć trochę bardziej elegancki od jego flanelowych koszuli. Dotychczas przesadnie duży jak dla jednej dziewczyny domek nagle zdawał się pękać w szwach pod naporem tylu gości. Zanim weszli do salonu Cordian słyszał urywki swobodnych rozmów, jednak kiedy oboje pojawili się w środku wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Przez chwilę stali w całkowitej ciszy, co umożliwiło mu przyjrzenie się kolejno każdemu z kompanów Louisy. Właściwie to nie wiedział czego miałby się spodziewać Wyglądali po prostu jak zwykli młodzi ludzie: w kwicie wieku, szaleni, roześmiani, z wielkimi ambicjami.
    Pierwszą osobą, która zdecydowała się zabrać głos była stojąca obok niego dziewczyna.
— Kochani, poznajcie Cordiana. Poznałam go zaraz po przyjeździe i… no, pomaga mi zbierać informacje o tutejszym folklorze do projektu. — przedstawiła go, co sądząc po zwężonych oczach jednego z chłopaków było zbędnym zabiegiem. Oni już go znali. I doskonale wiedział skąd.
    Wchodząc do pokoju mężczyźnie udało się zarejestrować kątem oka rozwieszoną po całej ścianie nową ‘osobliwą dekorację’. Nie tylko nie pamiętał jej ze swojej poprzedniej wizyty ale był wręcz pewien, że jest ona owocem ostatnich kilku nocy. Podobnie też doskonale domyślał się co jest jej celem i tematem. Nie podobało mu się jej ciągłe szukanie prawdy i gotowość do rozgrzebywania wszystkich sekretów, a z drugiej strony wręcz cenił ją za jej upór. Na razie jednak postanowił rozprawić się ze swoimi wilkami i ich długimi językami.
— Miło mi was poznać. Louisa dużo też dużo o was opowiadała. Doprawdy, jaki zbieg okoliczności. Nigdy nie sądziłem, że uda mi się was spotkać. — powiedział, układając usta w delikatnym uśmiechu. Na kilka sekund przeniósł wzrok na dziewczynę, zupełnie jakby chciał jej powiedzieć „widzisz, też umiem zmyślać”.
— Nam również. — mruknął w odpowiedzi jeden z chłopaków. Siedział on na kanapie ze skrzyżowanymi rękami, reprezentując najmniej przychylną mu postawę ze wszystkim zgromadzonych. W odróżnieniu od niego, dwie siedzące obok dziewczyny wpatrywały się w Cordiana niemal z iskierkami w oczach.
— Dobra, jednak mimo wszystko przypomnę ci ich imiona, tak na wszelki wypadek jakbyś kogoś zapomniał od mojej ostatniej opowieści. — dodała blondynka, niemal niezauważanie akcentując słowo ‘ostatniej’. Mężczyzna musiał się powstrzymać, aby nie zaśmiać się z tej reakcji. Co tu dużo mówić, prawda jest taka, że skoro nie było pierwszej to nie mogło też być i ostatniej. — Idąc od lewej: Leon, Daniel, Jude, Vanessa i Caleb.
    Cordian podszedł do kanapy w celu uściśnięcia dłoni kolejno każdemu z członków zwariowanej ekipy dziewczyny. Kiedy się nachylił, z jego pleców zsunął się aparat i przewieszony przez ramię – zawisł pod brzuchem mężczyzny. Przedmiot niemal natychmiast zauważyła rudowłosa dziewczyna.
— O, masz aparat! Robisz zdjęcia? — zawołała, nie wiedzieć czemu głosem w którym dało się wyczuć nutę zaskoczenia.
— Nie, nosi dla dekoracji. Taki najnowszy krzyk mody. — zachichotał siedzący obok niej chłopak. — No,  pomyśl Vanessa.
— Oj już przestań. Musisz mi wybaczyć Cordian, ale widzisz nasza droga Lou nie wspomniała słowem, że robisz zdjęcia. — jego brwi delikatnie uniosły się w górę. ‘Ale o innych rzeczach już wspominała…’ przeleciało mu przez głowę.
    Przejechał palcami po obiektywie.
— Aaa, tak. Jestem fotografem z zawodu. — powiedział, gładząc sprzęt niczym dziecko. Iskierki w oczach dziewczyny zamieniły się w płomyki. Te zresztą idealnie pasowały do jej ognistych włosów.
— Czekaj, jesteś fotografem z Alpine, och, czy to możliwe, że ty… — spojrzał na nią pytająco. Dziewczyna szybko przeszukała kieszenie, w końcu wyjmując z jednej z nich telefon. Odblokowała urządzenie i przystawiła do jego twarzy tak blisko, iż rozpoznanie znajdującego się przed jego oczami obrazu zajęło mu chwilę. Dla większości osób ustawiona na ekranie tapeta przywodziłaby na myśl najpewniej jedną ze stockowych grafik wyskakujących po wpisaniu hasła „las” w wyszukiwarkę. Dla Cordiana znaczyła ona jednak znacznie więcej. Pewnie dlatego, że doskonale znał nie tylko miejsce, w którym zostało wykonane, ale i osobę, która je zrobiła. Uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w letnie zdjęcie o zielono—złotych barwach.
— Przyznaje, zeszłoroczne lato było naprawdę przeurocze.
— Nie wierzę, że cię spotkałam! Uwielbiam twoje zdjęcia! Są takie klimatyczne. — opowiadała entuzjastycznie dziewczyna.
— Prawdę mówiąc to ja jestem pod wrażeniem. Dzisiaj, w dobie nagminnego łamania praw autorskich i uznawania praktycznie wszystkiego co zostanie udostępnione w sieci za darmowe mało kto zadaje sobie tylko trudu aby skojarzyć zdjęcie z autorem. — pochwalił dziewczynę, z nieukrywaną satysfakcją. Miło było usłyszeć w końcu kilka prawdziwych słów, które paradoksalnie znaczyły dla niego więcej niż tysiące wynoszących go pod niebiosa komentarzy na portalach społecznościowych.
— No no, tego o tobie jeszcze nie wiedzieliśmy. Aż dziwne, że zgodziłaś się puścić Lou tutaj samą. — skomentował Leon co wywołał falę śmiechu wśród zgromadzonych. Uwadze Cordiana nie umknęło dość charakterystyczne zdrobnienie, którego używali, zwracając się do blondynki – Lou.
— Taki przystojniak i ona, sami w lesie… — rozmarzyła się rudowłosa. Długowłosy zaśmiał się cicho.
— Oj już bez przesady. Jeśli już mielibyśmy coś mówić o wyglądzie… — mówiąc to sięgnął po aparat, zdjął osłonę z obiektywu i wycelował go w stronę Louisy, jednocześnie wpatrując się w okienko wizjera. — To raczej tylko w jednej osobie z tej dwójki dopatrywałbym się samych idealnych kadrów. — powiedział nadzwyczajnie profesjonalnym głosem, który sprawił, iż drobne westchnienie wydobyło się z gardeł dwóch siedzący na kanapie dziewczyn. Dla niego jednak najbardziej satysfakcjonująca była delikatna zmiana na policzkach blondynki, na które teraz wdarło się trochę więcej niż zwykle czerwonej barwy.
— Już dobrze, dość o mnie. Przyjechaliście na długo? — zapytał, zajmując jedno z niewielu pozostałych wolnych miejsc w pokoju.
— Niee, jesteśmy tylko przejazdem. Chcemy na święta wrócić do domów, ale najpierw musieliśmy wpaść z wizytą. — Racja, święta, przypomniał sobie. Tego roku w Alpine wyjątkowo wciąż nie pojawił się jeszcze pierwszy śnieg, co sprawiało, nadchodzące wydarzenia wydawały się być jeszcze bardzo odległe. Odwrócił się i spojrzał pytającym wzrokiem na blondynkę, która oparta o ścianę obserwowała całą sytuację.
— A ty, Louiso? Planujesz wrócić do domu? — jego pytanie spotkało się jednak z brakiem odpowiedzi. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w nich nieobecnym wzrokiem, aż w końcu wzruszyła ramionami, udzielając zdawkowej wypowiedzi.
— Nie. Nie mam po co. — w jednej chwili atmosfera w pokoju stała się znacznie cięższa. Basior nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić, jednak równie dobrze wiedział, że nie był to najlepszy moment na dalsze pytania.
— Podejrzewam, że odbyliście już drobną wycieczkę po miasteczku. Niestety, nie jesteśmy w stanie zapewnić wam żadnych emocjonujących atrakcji. Drugi Nowy York to raczej nie jest. — zmienił temat.
— Bez obaw, tyle żyliśmy w mieście, że zdążyliśmy się nim zmęczyć. Ale fakt, żałuję, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć Alpine w całej swojej zimowej chwale. — do rozmowy w końcu włączył się najbardziej poważny chłopak, którego Louisa przedstawiła jako Caleb. Nagle jedna z dziewczyn podniosła się do góry i zaklaskała, zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
— Uwaga, uwaga moi drodzy. Widzę, że morale grupy znacznie podupadły, dlatego nalegam, aby każdy udało się do kuchni w celu zaopatrzenia się w kubek parującego napoju według preferencji i zajął miejsce naprzeciwko teleodbiornika, z którego będzie miał jak najlepszy widok na nasz pożegnalny świąteczny film! — wygłosiła iście motywującą przemowę Jude, która w jednej chwili spotkała się z głośną aprobatą.
— Co będziemy oglądać, powiedz! — pisnęła Vanessa, budując wokół siebie przytulne gniazdo z poduszek.
— Pójdę uruchomić czajnik. — dodał Caleb, podnosząc się z kanapy. Początkowo Cordian myślał nad jakąś zręczną wymówką, dzięki której mógłby wymknąć się od tego głośnego towarzystwa. Jednak delikatny uśmiech, który powracał na twarzy jasnowłosej dziewczyny sprawił, że zdecydował się zostać jeszcze na jakiś czas. Ostatnie kilka dni spędził przeglądając scenariusz filmu dokumentalnego i planując kolejne kadry, więc drobna przerwa w pracy z pewnością wyjdzie mu na dobre. Oparł się wygodnie o ścianę, wyciągając nogi na dywanie.
    Minęło parę dobrych minut nim wszyscy zdążyli usadowić się wygodnie na wybranych przez siebie miejscach. Długowłosy mężczyzna, który ani na chwilę nie ruszył się ze swojego miejsca dostał kubek gorącej białej herbaty. Dodatkowo na stole pojawiła się wielka misa osobliwie wyglądających afrykańskich odpowiedników świątecznych pierników, które jak zapewniała Jude „miały wynagrodzić z nawiązką brak popcornu”.
    Louisa, ku jego zdziwieniu również usiadła na podłodze, niemal stykając się z jego ramieniem. Nie mogło oczywiście zabraknąć przed—filmowego przemówienia, którego tym razem entuzjastycznie podjął się Daniel.
— Panie i panowie, dzisiaj pragnę wam przedstawić, specjalnie dla naszej wyjątkowej, rozkochanej w tym ciemnobrązowym złocie Lou – Charlie i Fabryka czekolady! — jego krótka wypowiedź została nagrodzona brawami, a zgaszone światło zwiastowało rozpoczęcie się filmu. Cordian uśmiechnął się delikatnie. Nie pamiętał dobrze, kiedy ostatnim razem miał czas na takie spędzanie czasu z przyjaciółmi. Gdy był małym szczeniakiem potrafił przesiadywać godziny przed telewizorem razem z Garretem, Irvin i drugim betą. Niestety wraz z wiekiem przybywało im też coraz więcej pożerających czas obowiązków. W związku z tym, wszystkie ich niedawne spotkania były naradami lub polowaniami.
    Mężczyzna starał się śledzić historię chłopca, którego spotkało wielkie szczęście. Jednak w okolicach połowy zmęczenie zaczęło powoli przejmować nad nim kontrolę. Odchylił głowę do tyłu, opierając ją o ścianę i przymknął na chwilę oczy. Nagle poczuł delikatny dotyk po swojej prawej strony. Lekko uniósł powieki i wyizolował swój wilczy zmysł wzroku, tak że w ciemności mógł dostrzec coś więcej niż delikatne kontury zaznaczone przez światło wydobywające się z ekranu. Spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze jakiś czas temu siedziała blondynka i z zaskoczeniem zauważył, iż odpłynęła już zupełnie w krainę błogich (i pewnie czekoladowych) snów. Louisa siedziała ze skrzyżowanymi nogami, oplatając dłońmi jeszcze nie do końca pusty kubek. Jej oczy były zamknięte, a oddech spokojny i wyregulowany. Najwidoczniej resztkami świadomości zdecydowała, że jest on miększą opcją niż dywan, dlatego jej klatka piersiowa przechyliła się w lewą stronę, umożliwiając dziewczynie oparcie się o ramię długowłosego.
    Widzą, że wszyscy są zbyt skupieni na filmie, aby poświęcić im choć jedno spojrzenie, Cordian zrezygnował z prób rozdzielenia jej z jego ramieniem. Ponownie zamknął oczy, pozwalając aby ogarnęła go pełna spokoju i harmonii ciemność.
    Wraz z powracającą świadomością usłyszał ciche szmery sugerujące o drobnym poruszeniu wśród zebranych w pokoju ludzi. Przed otwarciem oczu powstrzymały go jednak ich szepty. Zachowując ostrożność, zmusił swoje ciało do zbliżenia się do granicy przemiany, dzięki czemu jego zmysły znacznie się wyostrzyły. Teraz mógł już wyłapać i zrozumieć większość słów, chociaż jak zaraz miało się okazać – niepotrzebnie. Zaledwie kilka sekund później spośród wszystkich wybił się mocny, męski głos.
— No patrzcie, patrzcie! — prychnął.
— Daniel, ciszej, bo ich obudzisz! — zganiła go dziewczyna, choć sama wypowiedziała te słowa jeszcze głośniej.
— A co, zamierzasz tak tu stać i się przyglądać bezczynnie?
— Co twoim zdaniem mam zrobić? — z każdą kolejną wypowiedzią ich wymiana zdań coraz bardziej się zaostrzała.
— Zapomniałaś niby co Lou nam o nim mówiła? To nie jest człowiek!
— Nie człowiek? A niby co. Duch? — do dyskusji włączył się trzeci, kobiecy głos.
— Nie wiem. Ale, przyznajcie, znacie Lou. Opowiadałaby nam zmyślonych historii z takim zaangażowaniem. Zresztą, to nie prima aprilis. Cokolwiek dziwnego by się tu nie działo, ona w to wierzy. — po jego słowach nastąpiła cisza,. Najprawdopodobniej wszyscy zwrócili teraz wzrok w ich stronę, rozważając słowa chłopaka. Cordian prawie wstrzymał oddech, starając się nie dawać po sobie oznak jakiegokolwiek zaangażowania w rozmowę.
— Posłuchajcie, rozumiem że wszyscy się o nią martwimy, ale co właściwie możemy zrobić? Wyrzucić go na dwór, a Lou zabrać z nami? — Spokojny i zrównoważony ton mogły wskazywać tylko na jedną osobę – Caleba. — Ja też uważam, że to najlepsze wyjście i sam chętnie bym to zrobił. Ale pomyślicie, co by ona wtedy zrobiła?
— Pewnie wsiadła w pierwszy lepszy samolot i wróciła tutaj dalej roztrząsać swoją tajemnicę. — powiedziała jedna z dziewczyn, a wilczur był pewien że pozostała czwórka pokiwała głowami, przyznając jej rację.
— Musimy zatem zostawić sprawy tak jak je zastaliśmy, pozwolić naszej przyjaciółce się tym zająć i mieć nadzieję, że nie zrobić nic lekkomyślnego bez konsultacji z nami.
— Ale mogę go teraz wywalić na dwór?
— Nie.
    Kategoryczna odmowa kobiety i następujący po nim jęk pełen zawodu sprawiły, że mężczyzna prawie się uśmiechnął, zdradzając swój stan. Zachowanie grupki przyjaciół niewiele różniło się od igraszek wilków z watahy. Tak samo jak ci ludzie lubili się ze sobą przekomarzać, żartować i zaczepiać. Gdyby ktoś nagrał z ukrycia dyktafonem kilka z tych rozmów, być może nie znalazłby w nich żadnej różny. Dlaczego zatem te dwa oddzielne światy, w rzeczywistości mające ze sobą tak wiele wspólnego nigdy nie mogły koegzystować razem?
    Dalszy tok jego myśli przerwał delikatny ruch po jego prawej stronie. Jeszcze chwilę temu dyskutujący w salonie ludzie zdążyli przenieść się do innego pokoju, zmieniając temat na sprawy codzienne, lub prywatne. Dzięki temu Cordian mógł otworzyć oczy i obserwować jak blondynka powoli zaczyna wracać do rzeczywistości. Najpierw jej usta otworzyły się nieznacznie. Potem delikatny ruch głowy sprawił, że część jej włosów, uprzednio rozrzucona po jego ramieniu zafalowała i kaskadą opadła do przodu, zasłaniając połowę twarzy. Louisa przeciągnęła się leniwie  nim w końcu otworzyła oczy. Drobne szparki rozszerzały się stopniowo wraz z tym jak jej oko przyzwyczajało się do zapalonego w pokoju światła.
— Yhhh… ja nie śpię… — wymruczała.
— Jasne jasne. Tylko chrapiesz dla relaksu. — powiedział na tyle cicho, żeby nie usłyszeli go pozostali. Blondynka jednak najwyraźniej jeszcze nie zarejestrowała jego obecności.
— Cordian…? Co ty tu…
— Tylko robię za twoją poduszkę.
— Jesteś kiepską poduszką. Taką twardą. — skomentowała iście naukowym tonem, co sprawiło że mężczyzna omal nie wybuchnął śmiechem. W ostatniej chwili zdążył powstrzymać się przed powiedzeniem „a na wilku tu już dobrze się spało?”.
— Podobał się film? — zapytał, dobrze wiedząc, że odpłynęła w ciągu pierwszych piętnastu minut. Czoło dziewczyny zmarszczyło się, zupełnie jakby zaraz chciała zapytać „Jaki znowu film?”. Na szczęście jednak pamięć nie odmówiła do końca jej posłuszeństwa i już chwile później spojrzała na niego z uśmiechem.
— Bardzo fajny. Niesamowite jak niektórzy reżyserowie potrafią połączyć taką przyjemną rzecz jak czekolada z pouczającą nauką. — odpowiedziała spokojnym i pełnym powagi tonem. Aha! — pomyślał Cordian. On też znał tę sztuczkę: za sprawą Irvin i kilku szczeniaków sam oglądał ten go już kilka razy.
— Chociaż muszę przyznać, że przez następne kilka dni nie będę mógł tak samo patrzeć na gorącą czekoladę. — spróbował przekonać ją, że pozostał czujny aż do końca. Nie zdążył jednak zobaczyć jej reakcji, gdyż do pokoju wróciła grupa żywo dyskutujących przyjaciół, tym razem wyposażonych w kubki z herbatą lub kawą. Pierwszą osobą, która zwróciła na nich uwagę był wysoki blondyn.
— O! Dzień Dobry Lou! Witamy wśród żywych. Jak się spało? — zapytał, kucając obok nich.
— Źle. Jak zwykle gadaliście przez cały film. — odpowiedziała krótko, dopiero teraz odsuwając się od Cordiana. Złapała rękę, którą Daniel wyciągnął w jej stronę i pozwoliła, aby chłopak podciągnął ją do góry.
— A ty jak zwykle chrapałaś. — odcięła się Vanessa.
— No dobrze, było naprawdę super móc się tak spotkać, ale musimy już się zbierać bo samolot odleci bez nas. — dodawała z wyraźną nutą smutku w głosie druga dziewczyna.
— O nie… nie mogę uwierzyć, że znowu was tyle nie zobaczę. — westchnęła Louisa.
— Przestań. Nim się obejrzysz wpadniemy z powrotem. A jakby co, dzwoń w każdej chwili. — Leon uśmiechnął się i przyłożył do ucha ułożoną na kształt słuchawki dłoń.
— Jasne, dzięki. — spróbowała się uśmiechnąć.
— A poza tym, nie jesteś sama. Masz Cordiana do towarzystwa. — dorzucił Daniel, co sprawiło, że w powietrzu już po raz kolejny zawisła niezręczna cisza. Wszyscy spojrzeli się na niego, lustrując go wzrokiem, zupełnie jakby siedział tam już przemieniony w swoją wilczą postać.
— Po prostu, jakby coś się działo, dzwoń. — Caleb położył dłoń na jej ramieniu.
    Następnie po dość długim pożegnaniu, pełnym uścisków i drobnych łez oraz ostatecznej wymianie życzeń Bożonarodzeniowych, piątka przyjaciół spakowała swoje torby do małego, prawdopodobnie wypożyczonego samochodu. Gdy w końcu ruszyli słońce zdążyło ledwie wznieść się ponad horyzont, barwiąc ich otoczenie pomarańczowymi i różowymi tonami. Louisa stała przy drodze wpatrując się w stronę, w którą odjechali jeszcze przez jakiś czas po tym jak pojazd znikł z pola widzenia. Cordian przez ten czas obserwował jak delikatny obłoczek pary, wydobywający się z jego ust układa się w najprzeróżniejsze kształty. Czasami miał wrażenie, że są to małe, białe zające, uciekające przed drapieżnikami. Innym razem – gałęzie drzew powiewające na wietrze, albo woda płynąca w leśnym strumyku.
    Ze świata myśli wyrwało go spojrzenie dziewczyny, tym razem skierowane w jego stronę.
— Hm? — zapytał, delikatnie przechylając głowę niczym pies.
— I pojechali. — westchnęła.
— Pojechali. — przytaknął, wciskając dłonie do kieszeni kurtki. Po pierwsze, bo była to prawda, a po drugie i tak czuł, że nie ma nic lepszego do powiedzenia.
— Jutro nagranie? — zmieniła temat. Długowłosemu chwilę zajęło połączenie go z rzeczywistością.
— A, racja. Tak. Nagranie. Większość scenariuszy mam już przygotowane. A ty? Gotowa? — odpowiedział, przelatując w głowie chyba już po raz setny przez listę rzeczy do zrobienia w celu upewnienia się, czy wszystko jest gotowe.
— Tak sądzę. W sumie to nie wiem co właściwie mam przygotować. Nigdy nie nagrywała filmu. No, może w podstawówce. Ale tak na poważnie, za prawdziwy budżet, i nie mówię tu o pieniądzach od mamy na ciastka dla młodych kamerzystów, to nie. — potarła dłonie, lekko zaniepokojona.
— Bez obaw. Nie jesteś reżyserem. Po prostu pomożesz mi się z nimi dogadać. Będzie dobrze. Wierzę w ciebie. — spróbował dodać jej otuchy, delikatnie szturchając ją w bok.
— Dzięki. Przynajmniej jedno z nas wierzy we mnie. — dodała blondynka. Cordian nie mógł jednak wychwycić czy chodziło jej tylko o nagranie, czy może o całą sytuację, w której się znalazła.
— W takim razie, ja też będę musiał cię już opuścić. Zostało mi jeszcze kilka drobnych spraw do ostatecznego zamknięcia. Ty za to masz za zadanie dobrze się wyspać! To będzie kilka męczących dni.
— Jasne, jasne, postaram się. — przewróciła oczami.
— A co do ubrania, to pamiętaj, że nie ciebie będą tam nagrywać. Włóż cokolwiek byleby było ciepłe, wygodne i najlepiej nieprzemakalne. — instruował ją dalej.
— Cordian. Chyba wiem jak się ubrać do lasu. — jej głos stał się obojętny i znudzony.
— W porządku. — mężczyzna uniósł dłonie w obronnym geście. — Tylko się upewniałem. W takim razie, do zobaczenia. Jutro z samego rana. Nie zaśpij. — cofnął się kilka kroków, wciąż jednak zwrócony w jej stronę.
— Cordian.
— Już nic nie mówię. Trzymaj się.
— Ty też. — obdarzyła go ostatnim, pożegnalnym uśmiechem nim odwróciła się w stronę domu. Poczekał aż zniknie za pierwszą, cienką linią drzew i puścił się biegiem przed siebie, zbaczając z drogi.
    Zatrzymał się dopiero po kilku minutach, kiedy gęstwina lasu była na tyle gęsta, aby w całości go ukryć. Wyjął ze swojego plecaka materiałowe zawiniątko. Po rozłożeniu zmieniło się ono w coś na kształt wielkiej, płóciennej torby. Wrzucił do niej wszystkie swoje rzeczy, włącznie z ubraniami i odsunął o kilka kroków, aby się przemienić. Wystarczyła krótka chwila głuchego chrzęstu kości, aby w miejscu gdzie jeszcze chwilę stał człowiek – teraz leżał spory wilczur o złoto—białej sierści. Basior podszedł do materiałowego zawiniątka i chwycił jego końce. Po uprzednim upewnieniu się, iż wszystko jest odpowiednio zabezpieczone  dał wielkiego susa do przodu. Przedzierał się przez skupiska krzewów, których zmarznięte, nagie gałęzie drapały jego boki. Zamierzał jak najszybciej dotrzeć do domu, zostawić na werandzie swoje rzeczy i okrążyć choć część terytorium w celu sprawdzenia granic nim na powrót zasiądzie do pracy przed komputerem.

***

    Ze snu wyrwał go głośny dźwięk przychodzącego połączenia. Ociągając się, w końcu odnalazł leżący na szafce telefon. Nacisnął przycisk, który równie dobrze mógł być zieloną słuchawką jak i czymkolwiek innym. Przycisnął urządzenie do ucha zaledwie kilka sekund przed tym jak usłyszał wydobywający się z niego kobiety głos.
— Pobudka! Wstajemy! Do pracy! Kto rano wstaje, ten Pan Bóg daje! — wyrecytowała, chociaż entuzjazm z jakim to wypowiedziała wskazywał, iż sama obudziła się co najwyżej piętnaście minut wcześniej.
— Też miło mi cię słyszeć Irv… — ziewnął i przewrócił się na plecy. Wpatrywał się we nierówne drewniane belki pod sufitem. Nie ważne ile razy na nie spoglądał, znajdujące się na nich sęki zawsze układały się w inny wzór. Dzisiaj uderzająco przypominał słonia. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, zdając sobie sprawę z niedorzeczności tego porównania. W tym całym cyrku, którym ostatnio było jego życie brakowało jeszcze tylko słoni. Chociaż właściwie, za kilka godzin całe ich stado uzbrojone w kamery miało wtargnąć do lasu.
— Cooooordian? Kurcze, zasnąłeś mi tam czy jak? — z jego rozmyślań wyrwał go głos dziewczyny.
— Jestem, jestem. Już wstaję. Pamiętacie co macie robić? Jakby coś to dzwońcie. Postaram się być pod telefonem.
— Jaaasne. Nacisnę łapą guzik i zadzwonię. — mruknęła sarkastycznie dziewczyna. — Powodzenia, Cordian.
— Do zobaczenia, trzymajcie się. — zakończył, rozłączając się. Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund leżenia, po czym z jękiem poniósł się z łóżka. Gdy rozciągał zesztywniałe ręce i nogi zauważył, że nie ma na sobie żadnych ubrań. Co, biorąc pod uwagę fakt, iż niewiele pamiętał z wczorajszej przemiany było całkiem niezłym osiągnięciem. Przynajmniej trafił do łóżka, a nie na kanapę. Rozejrzał się po pokoju i kiedy dostrzegł stojące koło drzwi zawiniątko ze swoimi rzeczami odetchnął z ulgą. Jeszcze tylko brakowało, żeby musiał szukać swoich ubrań w lesie pod wschodem słońca.
    Z lewej komory szafy wyciągnął swój zimowy strój leśny – ciepły, przystosowany do pracy w terenie i przyzwoicie wyglądający. Do plecaka wrzucił teczkę z notatkami i scenariuszem, swoją kamerę i kilka różnych obiektywów, zapakowanych w specjalny kuferek i kilka przedmiotów sanitarnych. Nigdy nie wiadomo co właściwie może się przydać. Zszedł na dół, a zimne stopnie schodów oderwały go od przywołujących go resztek snu. Z niechęcią spojrzał na panujące za oknem ciemności. Wbrew pozorom, chociaż był wilkiem preferował długie letnie dni i wczesne wschody słońca. Dzięki swoim wilczym zmysłom ograniczenie pola widzenia nie było dla niego przeszkodą. Ale nocne zdjęcia nie wychodziły już tak ładnie.
    Wszystkie swoje rzeczy zostawił w salonie na podłodze i udał się do łazienki w celu szybkiej kąpieli. Nie minęło pół godziny gdy stał już na werandzie, ubrany, z prowizorycznymi zapasami jedzenia w plecaku oraz czapką z daszkiem. Słońce zaczęło już wschodzić, więc nasunął na oczy proste przeciwsłoneczne okulary. Po raz ostatni przejrzał w głowie listę rzeczy do zrobienia i ruszył w głąb lasu.

***

    Nim dotarł na ustalone miejsce, ponownie usłyszał dźwięk dzwonka. Wyciągnął telefon z kieszeni i odebrał, uprzednio zdejmując grube, czarne rękawice. Imię, które zobaczył na wyświetlaczu sprawiło, że jego kciuk zatrzymał się na kilka sekund, zupełnie jakby nie wiedział co ma zrobić.
— Dzień Dobry… Lou. — powiedział to słowo jakby na próbę, w myślach porównując je z dłuższym i bardziej dźwięcznym Louisa. — Jak się spało?
— Dobry, Dobry. Krótko, wiesz? Jeszcze z godzinkę bym się zdrzemnęła. — oświadczyła, jej głos równie entuzjastyczny co jego.
— E tam. Uśmiech, ręce do góry i takie tam. Musimy podnieść morale grupy. Pogoda dzisiaj nam nie pomoże. — spróbował dodać jej choć trochę otuchy. Znał jednak dziesiątki osób o niebo lepszych od niego. Mężczyzna mógł co najwyżej wspiąć się na drzewo i z góry wygłosić jakąś podbudowująca mowę przywódcy watahy, która w każdej innej sytuacji byłaby po prostu komiczna. Spojrzał w górę, na żółto—niebieskie plamy prześwitujące przez gęste liście. Prognozy pogody i tak okazały się dość łaskawe. Nie przewidywały żadnych opadów, a oni mogli liczyć na co najmniej kilka ładnych godzin.
— Do zobaczenia na miejscu. — dodał, rozłączając się. Dalsza drogę pokonał, rozglądając się dookoła. Nawet z wiecznie zielonymi drzewami iglastymi, otaczający go krajobraz wyglądał dość ponuro. Odkąd pamiętał w Alpine zalegały tony błyszczącego śniegu co najmniej kilka tygodni przed świętami. W tym roku szczeniaki najprawdopodobniej będą zmuszone rzucać w siebie kulkami  zmarzniętego błota zamiast śnieżkami.
    Koło szosy w umówionym punkcie stało kilka srebrnych pojazdów. Niektóre z nich były zwykłymi samochodami, inne przypominały karetki z antenami przyczepionymi na dachu. Po prowizorycznym obozowisku rozrzucone były niezliczone ilości kabli, które część zgromadzonej ekipy usiłowała choć w drobnym stopniu doprowadzić do porządku. Wśród nich Cordian rozpoznał niewielkie mężczyznę z krótko przystrzyżonymi, czarnymi włosami i okularami w żółto—złotych oprawkach. Przedstawił mu się jako John, reżyser i kierownik planu filmowego jednocześnie. Jako iż jego towarzyszka jeszcze się nie pojawiła, pozwolił mężczyźnie oprowadzić go po różnych samochodach. We wnętrzu każdego z nich umieszczone były fotele, monitory i konsole pełne przycisków. Choć nie było to dla niego nowością, słuchał jak nagrania przesyłane są do tych prowizorycznych punktów kontroli, dzięki czemu jeszcze przed końcem dnia będą wiedzieli jakie sceny trzeba powtórzyć, abo czego brakuje.
    Kiedy opuścili ostatni z nich, ujrzeli biegnącą wzdłuż drogi dziewczynę. Cordian wykonał gest ręką, przywołując ją do nich.
— Przepraszam… za… spóźnienie… — wydyszała, opierając ręce na kolanach.
— Proszę się nie martwić, zdążyła pani idealnie. Właśnie kończymy przygotowania i za… 15 minut możemy wyruszać! — reżyser sprawdził godzinę po czym opuścił ich, w celu upewnienia się, że wszyscy są gotowi.
— Ja na razie przeżyłeś. — powiedziała Louisa, szturchając go łokciem.
— Przeżyłem, co?
— Ludzi. Przecież byłeś tu chwilę wcześniej. — przewróciła oczami.
— Tak. Ale powiedziałem tylko dwa słowa. Dzień Dobry. — uśmiechnął się delikatnie i oboje, w ślad za ekipą filmową przekroczyli granicę lasu.

***

    Z pomocą blondynki dość szybko wypracował system efektywnego porozumiewania się z kamerzystami. Dodatkowo po kilkunastu ujęciach, w których Cordian musiał własnoręcznie ustawiać kadry, mężczyźni sami wypracowali coś w stylu zalążka „artystycznego oka”. Mimo tego, po upływie dwóch godzin, wszyscy z radością przyjęli wiadomość o przerwie. Basior odebrał ze specjalnego punktu kubek ciepłej herbaty, który okazał się zabawieniem dla jego zmarzniętych palców. Podziękował skinieniem głowy, po czym odszukał wzrokiem Lousię, która właśnie rozmawiała w reżyserem.
— I jak? — zapytał, włączając się do rozmowy.
— Jeżeli chodzi ci o zdjęcia, to wyśmienicie. Co prawda otaczający nas krajobraz pozostawia wiele do życzenia, ale z twoją pomocą pewnie i tak uda się wyłuskać coś niesamowitego. — odpowiedział entuzjastycznie mężczyzna. — Kto by pomyślał, że las ma w sobie tak wiele sekretów.
— O wiele za dużo sekretów. — dopowiedziała poważnym tonem dziewczyna. Obydwaj spojrzeli na nią, choć ta właśnie zabijała wzrokiem jedynie Cordiana.
— Pójdę sprawdzić jak sobie radzą inni. — rzucił mężczyzna, zostawiając ich samych. Długowłosy spojrzał na nią, po czym westchnął zrezygnowany.
— O co chodzi?
— Wiesz o co. O to wszystko co tu się dzieje, o czym ja nie wiem, a ty TAK. — wysyczała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. W odpowiedzi jedynie złapał ją ze rękę i wciągnął w gęstwinę drzew. Przez chwilę stali tak, odgrodzeni od innych gęstymi gałęziami nim Cordian przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie i wyszeptał. Jego głos był jednak lodowaty niczym grudniowe powietrze i poważny, jak ton alphy wydzielającego zadania innym wilkom z watahy.
— Jak już zauważyłaś, ten las kryje w sobie wiele sekretów. W tym jeden szczególny i zarazem największy sekret. Sekret, który ty chcesz poznać ponad wszystko. I sekret, za który ja jestem gotów zapłacić najwyższą cenę, aby pozostał w ukryciu. Daję ci dwie opcje. Albo odnajdziesz w sobie trochę tej cierpliwości i rozwagi oraz przestaniesz szukać na własną rękę, albo będziesz zmuszona opuścić to miejsce. — „nim cokolwiek gorszego ci się stanie…” dodał w myślach.






I tak dodatkowo małe zdjęcie. Mało oddaje realia bo jest z gry (o zupełnie innej tematyce zresztą), ale tak mniej-więcej.

środa, 11 grudnia 2019

Od Lou

Dziewczyna z nieukrywaną przyjemnością wsłuchiwała się w głos fotografa. Każdy kolejny dźwięk był czysty jak łza, idealnie wyważony i głęboki. Miała wrażenie, że wpasowywał się idealnie nie tylko w klimat "Jesiennego liścia" ale i całego Alpine, pobliskich lasów, fauny, flory... Wilków. Przymknęła oczy kołysząc się delikatnie do rytmu piosenki. Zawsze pomagało to jej bardziej skupić się na muzyce. Gdy mózg nie odbiera żadnego obrazu, inne zmysły stają się aktywniejsze niż zazwyczaj, jeszcze dokładniej odbierając bodźce z zewnątrz. Lou w tamtej chwili miała do czynienia z tylko dwoma bodźcami. Pierwszym była piosenka - głos Cordiana oraz ciepłe brzmienie starego fortepianu. Drugi natomiast miał na imię "Gorąca czekolada" i właśnie stygł w kubkach. Jeszcze poczeka, bo Louisa mimo cudownego zapachu dobiegającego do jej nosa, nie zamierzała otwierać oczu. 


Strumming my pain with his fingers
Singing my life with his words
Killing me softly with his song
Killing me softly... with his song
Telling my whole life with his words
Killing me softly..
... with his song


Piosenka chyliła się ku kolejnej zwrotce, a Lou poczuła czyiś wzrok na sobie. Ktoś ją obserwował, ale trudno było się dziwić. Byli w barze, w którym było chyba więcej ludzi, niż mieszkańców Alpine! Will mówił jej po drodze, że to jedyny tego typu bar w promieniu jakichś czterdziestu kilometrów. Na początku nie chciała uwierzyć, ale gdy tylko przekroczyła próg "Jesiennego liścia" wiedziała, że zjechały się tam chyba rzeczywiście wszystkie okoliczne miasteczka. Po chwili takiego uczucia gapienia się, poczuła na policzku powiew powietrza. Zmarszczyła brwi i zmusiła się aby podnieść powieki. Ku jej zaskoczeniu, pierwszym co zobaczyła, był nos. Nie więcej niż dziesięć centymetrów od niej. Irvin! 
— Chyba nie zasnęłaś, nie? — prychnęła wesoło. — Bo już miałam cię budzić. — usiadła na fotelu kręcąc się aby zmieścić się obok Lou. 
— Wsłuchałam się po prostu. — Na twarzy Lou pojawił się uśmiech. — Nie musisz sprawdzać czy żyję. 
— Super wyje, nie? — zapytała podekscytowana trącając ją w ramię. 
Uh, wyje? Dlaczego posłużyła się akurat tym słowem? Wyją przecież wilki, nie ludzie. Chociaż Cordian potrafił również zawyć niczym prawdziwy wilk, czym pochwalił jej się wczoraj podczas robienia zdjęć. A może... Oh, przestań Clark. Popadasz w paranoję.
— Tak, dlatego daj mi jeszcze posłuchać. — parsknęła Lou. Ta wojna myśli toczyła się w jej głowie i tylko tam miała pozostać. Gdy Goldteara zakończył swoją pieśń, po sali rozległy się oklaski, a osobami, które biły brawa najgłośniej były właśnie dwie jasnowłose "smarkule" siedzące na dużym fotelu. Niektórym mogłoby się wydawać, że Iv narusza przestrzeń osobistą Louisy, ale jej to zupełnie nie przeszkadzało. Przyjaciółka Cordiana była po prostu dziwna. Lou też. Czuła, że mogą się dogadać.
Długowłosy mężczyzna stał jeszcze przez chwilę na scenie. Spojrzał w stronę stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele i posłał im uśmiech, a jego wyraz twarzy mówił "Widzicie? Zrobiłem to!"
I w Lou coś drgnęło. Poczuła nagły niepokój. Chciała poderwać się i biec, ale powstrzymała się, bo.. no właśnie. Właściwie, co chciała zrobić? Chwyciła delikatnie oparcie fotela, jakby to miało ją przed tym powstrzymać. Fotograf zeskoczył ze sceny. Krok, krok. Nie wytrzyma, ona musi biec. Gdzie? Nie wie. Jak najdalej. Jak najdalej od tego miejsca, od tych ludzi, od Alpine, od tego, czego nikt nie chciał jej powiedzieć. Goldteara. On wiedział co się stało z jej rodzicami. Nie żyją, ale on nadal milczy. Ktoś ich zabił. Kto? On? Oh, był za młody. Jack? Możliwe. Jego rodzice? Też nie żyją. On ukrywa mordercę. Krew. Cichy złowrogi warkot i atak. To siedzi w jej głowie. Przed oczyma pojawiły się mroczki. Delikatny, łagodny śpiew, jakby znikąd i nagle krzyk. Czuła jak jej oczy wirują niebezpiecznie. Zamknęła je i potrząsnęła głową. Nie, STOP!
— Lou? — wyrwał ją dotyk na ramieniu. Natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Irvin... — westchnęła oddychając nieco ciężej niż zazwyczaj.
Irvin... Nie znała jej ani trochę. Dlaczego z takim entuzjazmem ją powitała? Po prostu jest miła. "Cieszę się, że w k o ń c u cię poznałam!" W końcu? Garret. Wilk w lesie, którego spotkała wczoraj. Coś tu nie gra. W jej głowie pojawiły się powiązania, niby nitki przenoszące ją z jednego punktu, do następnego, przerażająco prawdziwie skaczące po wszystkich zebranych przez nią informacjach. Nitki nabierały kolorów. Czarne, błękitne, krwistoczerwone, żółte.. Było ich coraz więcej, różne barwy i odcienie, a ostatni punkt na mapie...
— Wszystko w porządku? — Irvin zapytała zatroskana. Co ma jej powiedzieć? "Nie", "Chyba mam halucynacje", czy lepiej - "To była wizja"? Może od razu prosto z mostu - "Co wiesz o wilkach?" Carter uspokój się. To cię przerasta.
— Rozbolała mnie głowa.. — westchnęła w odpowiedzi, przykładając dłoń do skroni.
— O nie... Chyba nas już nie opuścisz, co? — blondynka przyłożyła swoją rękę do czoła Louisy. — A może masz gorączkę?
— Wezmę tabletkę. Przejdzie mi. Wiesz, chyba za dużo myślę.. — zdobyła się na uśmiech.
— Iv, Lou miała ostatnio bardzo dużo na głowie. To z pewnością zmęczenie. — nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawił się Cordian. Spojrzała na niego i bezgłośnie podziękowała.
— Wiesz co, Lou? Już cię lubię. Bardzo się cieszę, że się poznałyśmy. Już ci mówiłam. Nasz Alpha to odludek. Unika ludzi jak tylko może, a tu proszę! Znalazł nową znajomą! Wszyscy byliśmy w szoku! Prawda? — dziewczyna szukała przez jakąś sekundę aprobaty u Garreta i Jack'a. Znalazła ją. Cała trójka przytaknęła zgodnie.
— Oj wierzcie mi czy nie, ale to ona znalazła mnie. —  uśmiech fotografa zrobił się jeszcze bardziej promienny mimo, że Carter nie potrafiła się już bardziej uśmiechnąć. Może by i dała radę, ale na pewno byłoby to nieszczere. Była zmieszana.
— Lou opowiedz nam coś o sobie. Skąd się tu wzięłaś, skąd jesteś, jak poznałaś naszego Goldtearę? — Garret wykonał taktyczny krok w przód. Chcieli dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek. Od Cordiana usłyszeli tylko tyle, że nie wiedział za dużo. Cała trójka plus fotograf rozsiadła się wygodnie i skupiła swój wzrok na jasnowłosej.
— Em.. Jasne. — kobieta wzięła głęboki wdech. Jeśli nie wiedzą za dużo, to był znak dla niej. Istniała pewna szansa, że nie rozmawiali o jej sytuacji. Jeśli wiedzą coś, co ukrywa Goldteara, mogą się wygadać, jeśli tylko odpowiednio nakieruje tok rozmowy. A w tym była prawdziwą mistrzynią. — Urodziłam się dwadzieścia cztery lata temu, tutaj, w Alpine.
— Czyli jesteś ode mnie o pięć lat młodsza, o rajuśku! — przerwała jej jak zwykle z uśmiechem na twarzy Attwood.
— Czyliii.. skoro ciebie Cordian przedstawił jako "smarkulę" to ja muszę być w takim razie noworodkiem.  — parsknęła. — Ale jesteście starzy.. Wracając. Podobno żyłam tu przez rok, potem wyjechaliśmy, ale to wiecie dlaczego.. — mówiła dalej, zdawać się można było, że beznamiętnie, jednak zrobiła króciutką pauzę, podczas której Garret i Iv skinęli głowami. M a m   w a s. Teraz trzeba było brnąć w to dalej, dopóki dwaj pozostali mężczyźni nie spostrzegli, że ona spostrzegła. Dla Louisy była to gra, a ona bawiła się świetnie i ponadto - czuła, że wyrywa, bo zaryzykowała i jednak jej się to opłaciło.  — Zamieszkaliśmy w Kentucky u mojej babci. Tam przez dwa lata rosłam i razem w czwórkę tworzyliśmy super rodzinę. Później moi rodzice zostawili mnie i wrócili tutaj, a ja dorosłam, poszłam na studia dziennikarskie i tak, z przyjaciółmi wygraliśmy konkurs. Dostaliśmy ogromne dofinansowanie na projekt. Rozjechali się po kontynentach, a ja nie mogłam wybrać innego miejsca. Przyjechałam tutaj, w poszukiwaniu rodziców. Wiedziałam tylko tyle, że po prostu zaginęli bez śladu. A potem, Cordian ma rację, znalazłam go. — zaśmiała się. —  I on opowiedział mi co się stało z moimi rodzicami, jak zginęli.. — TO było dopiero ryzyko. Jej wzrok utkwił w oczach mężczyzny, o którym mówiła. Obserwowała jak jego twarz nagle poważnieje.
— Znamy tą historię. Przykro mi Lou. — i już. Słowo się rzekło. W tej chwili było już za późno na wyjaśnienia, na kolejne kłamstwo, na fałszywy trop.
Dziewczyna fuknęła nie zdejmując oczu z trzydziestolatka siedzącego naprzeciwko niej i tylko zachowując totalny spokój uniosła lekko kąciki ust.
— Cordianie, zapomniałeś im powiedzieć, że nic nie wiem. — Oznajmiła całkiem poważnie. Nastała cisza, podczas której nikt się nie odezwał. Jedynie delikatne brzmienie pianina odejmowało sytuacji dramaturgii. — Przepraszam was, ale będę się już zbierać. — podniosła się z fotela i założyła włosy za ucho. — Cieszę się, że mogłam was poznać. Irvin, jesteś naprawdę super. Garret, ty również. Pozdrów ode mnie babcię Jack... Cordian... — urwała spoglądając na podłogę, po czym odwróciła się i wykonała pierwsze kroki.
I tyle. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Nikt nie krzyknął "Lou, zaczekaj!", zostawiła czwórkę przyjaciół w absolutnej ciszy kierując się spokojnym krokiem do wyjścia. Akurat gdy wyszła na zewnątrz, jej telefon zawibrował. Dzwonił Will, zapewne z propozycją odwiezienia do domu. Nie odebrała, tylko powoli wkroczyła na ciemną drogę. To był jeden z nielicznych momentów gdy chciała być sama.
Wszyscy wiedzieli, tylko nie ona. Czuła, że pożałuje swojej ciekawości. Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że ktoś zechce jej się pozbyć jak tylko odkryje prawdę. Trudno. Będzie gotowa.
W lesie rozpoczynała się noc. Trzaski gałęzi w pobliskim runie i szelest liści towarzyszyły jej przez całą drogę. W połowie natomiast, dołączył do niej jej nieodłączny towarzysz podróży.
— Cześć Duszku.. — wymruczała przesuwając zimną dłoń po jego ciepłej, włochatej szyi jednocześnie przeczesując długą grzywę. — Chodźmy do domu.
Z ogierem u boku czuła się bezpiecznie. Rumak szedł powoli, dotrzymując zmarzniętej dziewczynie kroku. Mogła usiąść na jego grzbiecie w każdej chwili, żeby po chwili galopu znaleźć się w domu, ale jakoś tak nagle stało jej się wszystko obojętne. Szła więc, chociaż nogi powoli się pod nią uginały, a palce mimo ciepła końskiego kłębu odmawiały posłuszeństwa. Wiatr świszczał w jej uszach, gałęzie drzew rzucały cienie na oszronioną drogę oświetloną jedynie przez Księżyc.
Co teraz, Louiso? Myśl...
Gdy weszła do salonu i usiadła na kanapie, odetchnęła z ulgą. Niekiedy trzeba wykonać krok do tyłu, żeby następnie zrobić dwa kroki w przód. Lepsze to, niż stanie w miejscu. Nie miała takiego luksusu jakim był czas. Zostało jej jedenaście miesięcy. Utkwiła wzrok w ścianę. Nic nadzwyczajnego, ot ściana, obok regału. Była jedną z większych w domu, nie wisiały na niej żadne obrazy, oprócz karnisza i zasłony. Zdecydowanie szerszego niż okno obok. Była idealna.
Skrawki papierów, nici i zdjęć leżały dosłownie wszędzie. Szczerze, lepiej, żeby to były takie przedmioty, niż żeby po raz kolejny miała się pakować. O nie. Teraz już się nie podda.  Indiańskie przedmioty, sterta długopisów, pinezki i kłębek czerwonej wełny. Nie miała innych kolorów. Jeden musiał jej wystarczyć, żeby przelać wszystkie myśli z głowy na ten kawałek płaszczyzny.
Gdy skończyła, na dworze już świtało. Znowu zawaliła noc. Przyjrzała się swojemu dziełu. Może nie był tą samą feerią barw, która rozgrywała się w jej myślach, ale nie był najgorszy, a co najważniejsze, wszystko miało swoje miejsce i ład. Siedziała po turecku przed swojego rodzaju tablicą, zbiorem jej myśli i próbowała łączyć fakty. Okazał się o wiele większych rozmiarów niż się tego spodziewała. Było w nich za dużo znaków zapytania. Z rezygnacją opadła na plecy. Pracowała już na rezerwach snu, a to nadal się nie kleiło. Nie wiedziała co jeszcze mogła dodać, bo zdawało się, że ma już wszystko. Zarejestrowała nawet fakt, że Irvin nazwała Cordiana Alphą. Niczym w prawdziwej watasze.

Południowe słońce zaczęło ją oślepiać. Przeklęte okno! Zawsze działo się to samo, gdy zasypiała na dywanie w salonie. Przewróciła się na drugą stronę drapiąc się po nosie i ziewając. To jeszcze nie czas na pobudkę.
— Ej, patrzcie! Obudziła się! — czyiś głos dobiegł do jej uszu. Znała ten damski głos... Chwila, co?!
— Komu herbaty?! — krzyk z kuchni jeszcze bardziej ją zdziwił. Zmarszczyła brwi. Czyli to już. Gratulacje, Lou. Zwariowałaś.
— Louisie zrób coś mocniejszego, Leon i wlejcie jej do gardła, bo się nie obudzi.
— Rozumiecie coś z tym nitek? Daniel? — zapytała kolejna dziewczyna
— Nie, ale wyglądają super. Vanessa nie dotykaj tego bo odpadnie..
Tego było za wiele. Otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Im dłużej patrzyła tym bardziej nie mogła uwierzyć w to co widzi.
— A-a.. A... — otworzyła usta ale nie mogła wydusić z siebie słowa.
— Ale się cieszy, że nas widzi. — Caleb przewrócił oczyma.
— Aż jej mowę odjęło. Nic dziwnego. Wszystkie dziewczyny tak reagują na mój widok. — blondyn wyszczerzył się w uśmiechu kucając obok brutalnie obudzonej dziewczyny i podając jej herbatę.
— Co.. wy... tu... — dukała przecierając oczy.
— Wszyscy zjechaliśmy na święta do domu. Jeszcze jest trochę czasu, ale.. Znaleźliśmy lotnisko do którego większość z nas miała bezprzesiadkowy lot. — rudowłosa niemalże zatańczyła z kubkami w rękach.
— A to lotnisko jest jakieś pięćdziesiąt kilometrów od ciebie, więc..
— Zrobiliśmy ci okrutną niespodziankę. — opowiadali jeden przez drugiego.
— Niejaki Will Handsome nas tu wpuścił. — ruda poruszyła znacząco brwiami przez co spotkała się z wszechobecnym "pfff!"
— O Boże, to mi się nie śni, wy tu naprawdę jesteście! — Carter aż podskoczyła łapiąc się za głowę. — Wszyscy..
Cała piątka podeszła do niej i zamknęła w jednym wielkim uścisku. Tańcząca z żyrafami Jude; cwaniak Daniel; roztańczona rudowłosa Vanessa; prosto z Australii Leon oraz najrozważniejszy z nich wszystkich, ten który pojechał do Brazylii - Caleb.
— Nie macie pojęcia jak się cieszę! — do oczu blondynki napłynęły łzy.
— Hej, nie płacz! Lepiej nam opowiedz jak się sprawy mają!

Zostali z nią na trochę. Dziewczyna pokazała im miasto, opowiedziała wszystko, czego się dowiedziała, objaśniła swoją "magiczną ścianę myśli", jak to zgrabnie powiedziała Jude, przedstawiła Ducha i zabrała wszystkich na czekoladę do Jesiennego Liścia. Nie była nawet w stanie opisać, jak bardzo jej pomogli. Zawsze zjawiali się w najtrudniejszych chwilach. W końcu co sześć głów to nie jedna. Mieli jechać dalej już tego samego dnia, żeby Daniel mógł zdążyć na urodziny siostry, a potem, po świętach, każdy do swojego kraju miał wybrać się już z Nowego Yorku, więc ten jeden dzień w roku mogli spędzić znowu w pełnym składzie. Louisa nie zaprowadziła ich jedynie do lasu. Wolała, żeby nie spotkali się twarzą w twarz z wilkiem.
Około godziny dziewiętnastej byli już z powrotem w drewnianym domku Carter zwyczajnie ciesząc się swoim towarzystwem i historiami jakie przydarzyły im się w wielkim świecie.
— Już w pierwszym tygodniu, gdy siedziałem przy barze, na otwartym powietrzu, podbiegł do mnie jakiś mały naczelny i ukradł mi okulary. Lubiłem je. Teraz mam takie różowe. Najlepsze jest to, że potem widziałem go z tymi okularami. Normalnie.. — opowieść Leona przerwał dzwonek do drzwi. — Zawsze to samo... — westchnął tylko i machnął ręką w geście poddania.
— Przepraszam, to pewnie Will. Pójdę otworzyć. — Carter zeskoczyła z kanapy i podeszła do drzwi otwierając je na oścież.
— Wchodź Wiiiii.. — zacięła się, gdy zamiast Hendersona zobaczyła fotografa.
— Witaj Lou. — przywitał się. Jego uśmiech z twarzy zniknął, gdy z salonu dobiegł go śmiech. — Masz gości.. Wybacz, nie chciałem przeszkadzać.. Lepiej jak już pójdę. — obrócił się i wykonał krok w kierunku furtki.
— Cordian, poczekaj! — nie potrafiła się na niego gniewać. Mimo, że ukrywał przed nią tak duży sekret. W końcu musiał mieć w tym jakiś cel. — Ja poznałam twoich przyjaciół. Teraz ty musisz poznać moich. — otworzyła drzwi szerzej, tym samym zapraszając go do środka.

sobota, 26 października 2019

Od Cordiana

—  To… zasadniczo zmienia postać rzeczy… — powiedział mężczyzna, akcentując każde słowo. Jednocześnie wyciągnął on w stronę dziewczyny dłoń z medalionem. Ta przyjęła go praktycznie bezwiednie, gdyż wciąż wpatrywała się w twarz Cordiana, zupełnie jakby próbowała odczytać z niej odpowiedź na nurtujące ją pytania. Długowłosy mężczyzna wcale nie był od niej lepszy, gdyż jego zastygła twarz i wielkie niemal jak u sowy oczy doskonale oddawały stan w jakim się znajdował. Jack odwrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł z pokoju, razem ze sobą wyciągając pół przytomnego samca. Louisa przeniosła już lekko błagalny wzrok na siedzącą w starym fotelu kobietę ale ta była już zajęta oględzinami, a po części pewnie też i zabawą starą króliczą łapką na skórzanym rzemyku.
    Tymczasem na zapleczu dwa rosłe wilki wciąż mierzyły się wzrokiem.
— Czemu mi nie powiedziałeś?! — szepnął starszy mężczyzna, próbując przywrócić Cordiana do rzeczywistości poprzez delikatne uderzenie w ramię.
— A myślisz, że niby ja wiedziałem? — rozsunął wargi, ukazując zęby, co było jednym z wrodzonych odruchów — wilczym ostrzeżeniem przed dalszym podnoszeniem rąk na samca wyższej rangi.
— A to ja niby wszędzie się z nią woziłem? — odbił pytanie choć jego zwierzęce odruchy zmusiły go do cofnięcia się i wciśnięcia głowy między ramiona.
— Dobrze, dobrze! — syknął Cordian. — Powiedz mi dokładnie, skąd miałem wiedzieć. Praktycznie ich na oczy nie widziałem, a co dopiero żebym słyszał o ich dziecku! Opuścili to miejsce jak miałem… ile, 4, 5 lat? — zaczął spacerować wokół pokoju, wciąż zaciskając dłonie.
— 8. Rok po tym jak Lucy urodziła. — poprawił go Jack, który stojąc w miejscu podążał wzrokiem za alphą.
— A skąd niby tak dobrze to wiesz?
— Byłem tam. Ledwie skończyłem 17 wiosen. Tego lata Heath zaprezentował swoje szczenię przed zgromadzeniem.
— A po tym lecie nadeszła ta jesień…
— To było pierwsze szczenię bez wilczej krwi…
— Zrobił to, a potem zapłacił największą cenę za swoją naiwność…
— Które twój ojciec nazw…
— Dosyć! — huknął Cordian, tak że sprzedawca antyków opadł na podłogę, kuląc się ze wzrokiem wbitym we własne buty. — Pamiętam ten rok lepiej niż wszyscy. Widziałem to. Byłem tam. Byłem świadkiem tego jak otrzymał swoją nagrodę za to co zrobił. Pochylił się nad ludzką krwią, za którą kilka miesięcy później wylał swoją własną! — złapał go za ramię i ścisnął tak mocno, że na twarzy mężczyzny pojawił się cień bólu. Tym razem nie cofnął się jednak, lecz wręcz przeciwnie, spojrzał długowłosemu prosto w oczy.
— Boisz się. Dobrze wiesz, że nie jesteś tak dobry jak on.
— Nie…
— Boisz się, ponieważ wiesz, że nie dasz rady nas ochronić.
— Milcz. — warknął ale Jack wciąż mówił, chodź doskonale było widać jak każde kolejne słowo wiąże się z jeszcze większym cierpieniem.
—  Dlatego właśnie chcesz odciąć nas od świata. Tylko, że sam dobrze wiesz jak to działa. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie utworzysz hermetycznego światka tylko dla nas. Las tylko z pozoru jest ścianą. Pewnego dnia nie powstrzymasz żadnej ze strony przed jej przekroczeniem.
— Co robić…? — zapytał słabym głosem, a jego wyraz twarzy w jednej chwili zmienił się w pełen zwątpienia i bezradności. W odpowiedzi sprzedawca antyków uśmiechnął się. A przynajmniej spróbował na tyle, na ile pozwalał mu promieniujący od lewego barku ból.
— Gdybym sam to wiedział, rzuciłbym ci wyzwanie o stanowisko alphy. Jednego jestem pewien. Nie jest to sprawa, którą możesz zajmować się samotnie. Nie myśl, że nie widzimy jak bardzo starasz się „nie wciągać nas w problemy”. Już spotykasz się z problemami, które wyniszczają cię od środka. Niedługo znają się i te, którym sam już nie podołasz. Mam rację, wilczy braciszku? — skończył lekkim i drżącym głosem, który sprawił, że w Cordianie coś pękło. Uwolnił ramię mężczyzny z bezlitosnego uścisku i opadł na podłogę. Objął Jacka i wcisnął twarz w jego pierś. Siedzieli tak w ciszy, przerywanej głębokimi oddechami przez czas wydający się niemalże wiecznością. Basior czuł na policzku szorstki materiał kamizelki antykwariusza, a na plecach dotyk jego ciepłej dłoni.
— Przecież… nie jestem sam. Mam was. Mogę w każdej chwili przyjść, porozmawiać, zadzwonić. Do Garetta. Do Irvin. Do… — tu głos mu się załamał.
— To nie zmienia faktu, że czujesz się samotny. Chociaż żyjesz w świecie, wolisz się od niego odcinać. Nie był on w stanie zapełnić pustki po tych, którzy opuścili cię kiedy najbardziej ich potrzebowałeś. Dlatego i dziś sądzisz, że tylko ty jesteś w stanie zapełnić to miejsce swoimi myślami.
— Jack… ja… nie rozumiem… To nie ma sensu.
— Pewnego dnia zrozumiesz. Kiedy wszystko się zmieni, zauważysz. — mężczyzna poklepał go po plecach, zupełnie jakby ten wcale nie próbował pozbawić go jednej ręki zaledwie kilka minut temu.
— Skąd wiesz, że się zmieni? — Cordian otworzył oczy i spojrzał na starszego wilka.
— Ponieważ ona wróciła.
— Czyli naprawdę w to wierzysz? Że ona… to znaczy Louisa może wszystko zmienić? — zapytał, choć jego głos wciąż był pełen zwątpienia.
— Nie wiem. Ale popatrz na to z tej strony – wróciła. To już coś, prawda? — długowłosy podniósł się jako pierwszy i pomógł mu wstać. Następnie uścisnął go po raz ostatni, tym razem zupełnie po przyjacielsku i spróbował delikatnie się uśmiechnąć.
— To już coś. Dzięki Jack. Muszę przyznać, że chyba tego właśnie potrzebowałem. Takiego zimnego kubła z wodą.
— Wiesz, że za tą rękę mam ochotę rzeczywiście po jeden polecieć? — odparł sarkastycznie mężczyzna.
— Przepraszam. Trochę mnie… poniosło. A może objedzie się i bez wody. W ramach rekompensaty przypuszczę cię pierwszego do zdobyczy w kolejnym polowaniu, stoi? — słysząc taki utarg, Jack zaśmiał się cicho.
— Stoi. Ale następnym razem tak łatwo mnie nie przekupisz. — otrzepał swoją kamizelkę z brudu i podjął z góry skazaną na niepowodzenie próbę wygładzenia dłonią wszystkich zagnieceń na koszuli. — To co planujesz?
    Cordian westchnął, przypominając sobie pewną umowę dotyczącą kręcenia filmu dokumentalnego w lesie.
— Jeszcze nie jestem pewnie, ale wiem, że łatwo nie będzie. — w odpowiedzi spotkał się, ze spojrzeniem w stylu „no co ty nie powiesz”.
— Ale myślę, że chyba wiesz kto mógłby ci pomóc.
— Mówisz o… Louisie? — długowłosy uniósł jedną brew.
— Ty dogadujesz się z wilkami. Ona z ludźmi.
— Właściwie… to bardzo dobry pomysł! — Cordian natychmiast się rozpromienił. Mając dziewczynę u swojego boku, nie byłby skazany na bezpośrednią i samodzielną konfrontację z cała ludzką watahą. Już miał wchodzić z powrotem do głównej sali, kiedy przypomniał sobie i jeszcze jednej rzeczy.
— A i, Jack?
— Hmm?
— Czy mógłbyś na razie uważać na słowa? Ona jeszcze nie wie.
— Nie powiedziałeś jej?
— Nie. To znaczy… nie do końca. — po tych słowach wykonał nieokreślony ruch ręką. — W pewnym sensie tak, w pewnym nie. No, ale mniejsza z tym. Myślę, że i tak ma dość wrażeń na jeden dzień.
— Racja. Chodź już, wielki alpho. — zażartował antykwariusz, podchodząc do niego.
    Kiedy Cordian uniósł ciężką, starą kotarę, odgradzającą zaplecze od pomieszczenia  sklepowego, w pierwszej chwili wnętrze wydał mu się zupełnie puste. Dopiero po chwili, kiedy jego uszy wyłapały chiche skrzypienie starego bujanego fotela, dostrzegł siedzącą pod sklepowym oknem Otietani. Kobieta powoli otworzyła oczy i mężczyźni mogliby przysiąc, że pod jej zmarszczkami krył się drobny uśmieszek.
— Yyyy… gdzie Louisa? — zapytał, wchodząc do środka i rozglądając się dookoła.
— Dwóch walczących basiorów nie sposób przyrównać do sowy polującej w nocnej ciszy. Wysłałam naszą małą Lucy do ogrodu, aby podlała kwiatki. Sądzę, że powinniście iść jej pomóc nim znajdzie szczątki z naszej ostatniej kolacji…
— Cholera. — rzucił Cordian i skoczył w stronę drzwi wyjściowych od strony ogrodu, aby powstrzymać dziewczynę nim natknie się na ukryte między rabatkami kości, lub co gorzej truchło jakiegoś zwierzęcia.
— Otietani… — jęknął tymczasem Jack.
— No, już, już, moi mali chłopcy. — powiedziała głosem miękkim jak u każdej babci. Mimo tego, wilczur mógłby przysiąść, że w jej wnętrzu wciąż kryje się ten psotny, żywiołowy i jakże sarkastyczny duch, którym kobieta była kiedyś. — A teraz pomóż mi wstać bo muszę się wysikać.
***
    Gdy tylko Cordian otworzył drzwi jego oczom ukazała się dziewczyna niezgrabnie podlewająca kwiaty na werandzie ze zdecydowanie za dużej, metalowej konewki. Było już dobrze po zachodzie słońca i jedynym źródłem światła, prócz księżyca była zawieszona pod sufitem lampa, oblegana przez stado ciem i much.
— Widzisz jak to tutaj jest. Przyjeżdżasz w gości i musisz podlewać kwiatki. — zażartował, ale dziewczyna wciąż była skupiona na utrzymaniu w miarę prostego strumienia wody.
— Po nocy. — dorzuciła, przygryzając w skupieniu dolną wargę. — Nawet konewki tu mają sprzed kilku stuleci.
— No już, podaj te monstrum. Pomogę ci. — podszedł do niej i spróbował odebrać ciężki przedmiot. Louisa jednak odsunęła się, nie przerywając swojego zadania.
— Dam radę. — wypowiedziała te słowa z taką zawziętością, że mało komu mogłyby kojarzyć się ze sprawą tak trywialną jak podlewanie kwiatów.
— Jak chcesz. — wzruszył ramionami i oparł się o barierkę, krzyżując ręce na piersi. Po chwili ciszy, przerywanej odgłosem chlupoczącej w konewce wody, zdecydował się żeby ponownie zabrać głos. — Umm… nie widziałaś nic dziwnego…?
— Zdefiniuj „dziwnego”. — jęknęła dziewczyna, usiłując podnieść naczynie, aby dosięgnąć doniczki zawieszonej na barierce.
— To znaczy? — zdziwił się Cordian, ponawiając próbę odebrania jej konewki. Tym razem nie stawiała już tak dużego oporu i z eskalowaną niechęcią pozwoliła mu dokończyć górny rządek. Widząc reakcję Louisy, szybko wywnioskował, iż nie miała ona przyjemności natknąć się na leżące gdzieś w ogrodzie kości. Pod tym względem ciemność jaką przyniosła noc okazała się być dość przydatną.
— Nie wiem. Po prostu dziwnego. Jak te wszystkie zwyczaje indiańskie… — odpowiedział po chwili zastanowienia, starając się zamknąć temat.
— No dobra. W takim razie teraz moja kolej na pytania. Bo czuję się tak jakbym została spławiona. — mężczyzna spojrzał na nią i pokiwał głową. Wciąż nie był pewny na ile pytań i w jakim stopniu jest w stanie odpowiedzieć. Czuł jednak, że zbliża się do granicy przy której będzie mu dane zadecydować o ujawnieniu nie—wilkowi jednej z ze skrywanych przez wieki tajemnic.
— To jak to w końcu było z moimi rodzicami? Mieszkali tu, znałeś ich? — dopytywała stanowczym głosem, opierając dłonie na biodrach. To była poza, która zdecydowanie nie przyjmowała wymówek.
„Znałeś” to złe słowo. Byłem wtedy jeszcze młody. Ale tak, mieszkali tutaj. — odpowiedział, odstawiając konewkę.
— Jak dużo jeszcze osób ich znało, … i kim byli? To znaczy, co robili, czym się zajmow… — zaczęła coraz bardziej napierać.
— Spokojnie. — gestem ręki wskazał jej żeby trochę zwolniła. — Tak jak mówiłem, byłem jeszcze młody. — po tych słowach zrobił dłuższą pauzę, zastanawiając się co właściwie mógłby jej powiedzieć. — Właściwie to nie znałem ich bezpośrednio. Tylko z widzenia. To małe miasteczko, ludzi się po prostu zapamiętuje. — to małe kłamstwo brzmiało niemal jak prawda. Cordian nigdy nie poznał małżeństwa Carter, a oni nigdy nie poznali małego chłopca o ciemnych włosach z sąsiedztwa. Znali natomiast wilcze szczenię, z którym bawili się, niczym z małym psem, na leśnej polanie w słoneczne dni. — Właściwie to opuścili to miejsce nim byłem wystarczająco dorosły, żeby zacząć angażować się w życie społeczne miasteczka.
— Ale dlaczego je opuścili? — naciskała dalej.
— To znaczy, opuścili… wyjechali. Jak inni. Co roku dużo młodych ludzi się wyprowadza. Pewnie w poszukiwaniu lepszej pracy, mieszkania blisko szkoły lub po prostu miłości.
— Ale to takie urocze miasteczko. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby moi rodzice od tak postanowili stąd wyjechać. A nawet gdyby, to moja babcia powiedziałaby mi o tym.
— Powiedziałem ci wszystko co mogłem. Czasami ludzie muszą po prostu podejmować niespodziewane decyzje. — a czasami muszą kłamać, dopowiedział sobie w myślach. Stał tak, z łokciami opartymi o barierkę i wpatrywał się w jasny półksiężyc, stopniowo odsłaniany przez chmury. Z lubością witał go każdej nocy, zupełnie jakby wilki mogły mogły opalać się w jego blasku tak jak ludzie w słoneczny dzień. Zastanawiał się czy dziewczynie wystarczy taka odpowiedź. To było oczywiste, że chciała poznać prawdę. Ale czasami jest ona na tyle skomplikowana, że wymaga czasu. Pozostawało więc pytanie, kiedy będzie na to gotowa? I kiedy on będzie?
    Louisa westchnęła i podeszła do niego.
— No dobra. Ale nie poddam się tak łatwo. Nawet jeśli ty nie pamiętasz, to muszą tu być jacyś starsi mieszkańcy. Może nawet są i tacy, którzy dobrze znali moich rodziców. — powiedziała, a ton jej głosu wyraźnie wskazywał na to, że tak łatwo się nie podda. — A w międzyczasie będę kontynuowała zbieranie informacji do mojego projektu! — w ciągu zaledwie kilku sekund powrócił jej dawny entuzjazm.
— To już zależy od ciebie. — Cordian starał się ukryć dezaprobatę dla planu dziewczyny. Mimo tego, iż większość członków watahy była rozsiana w miejscowościach rozsianych wokół Alpine, nadal wolałby żeby dziewczyna nie wtrącała się zbytnio w ich sprawy.
    Wtem przypomniał sobie rozmowę, którą odbył niespełna półgodziny wcześniej.
— Hm… myślę, że mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. — i świetny sposób na powstrzymanie cię przez krążeniem po sąsiadach przez kilka następnych dni, dodał uśmiechając się w duchu.
— Co ty nie powiesz? — Louisa uniosła jedną brew.
— Niedługo w Alpine będzie nagrywany film dokumentalny. Taki trochę o lesie, faunie, florze, walorach estetycznych i tym podobnych. — zaczął tłumaczyć, próbując podnieść napięcie dość jałową gestykulacją. — W dużym skrócie wszystko sprowadza się do tego, że jako powiedzmy — znawca — tutaj nakreślił w powietrzu charakterystyczne cudzysłowy. — mam kierować ekipą.
— O, to ciekawe. — mimo udanego zaskoczenia dziewczyna wyglądała na zainteresowaną.
— Tyle, że jak już pewnie się domyślasz, oznacza to całą gromadę ludzi ze sprzętem i innymi rzeczami w lesie. Idąc dalej daje to mnóstwo śmieci i innych zniszczeń, które mogliby po sobie pozostawić. Jest bardzo prawdopodobne, że z czyjąś pomocą może udałoby mi się ich trochę lepiej opanować… — mówił dalej, wciąż meandrując wokół tematu.
— Oj już dobrze, dobrze, nie musisz się aż tak wysilać. Chcesz żebym ci pomogła bo jest zbyt asocjalny żeby samodzielnie konfrontować się z grupą ludzi. — wypaliła prosto z mostu dziewczyna, co zresztą wcale nie było daleko od prawdy.
— Yyyy… powiedzmy. — Cordian odchrząknął, udając zmieszanie. — To bolało wie…
— Jasne. — nie zdążył skończyć, kiedy przerwała mu z tonem z lekką nutą pychy. — Może przy okazji uda mi się z nimi dogadać i nagrają też kilka dodatkowych ujęć do mojego projektu! — Louisa już z radością zacierała dłonie.
— Może. — zaśmiał się, widząc jej podekscytowaną postawę. — Słuchaj, mogłabyś zapisać mi swojego maila? Wysłałbym ci jutro wszystkie potrzebne informacje.
— Masz jakąś kartkę?
— Nie, ale na pewno coś znajdzie się w środku. Z resztą i tak powinniśmy już wejść. Kwiatki podlane, więc nie ma już sensu stać na werandzie w środku nocy. — chociaż, z wilczego punktu widzenia, wcale mu to nie przeszkadzało. Dziewczyna odpowiedziała skinieniem głowy i boje udali się w stronę drzwi. Przez małe, kwadratowe okienko przelewało się delikatne światło o ciepłej barwie.
    Cordian nacisnął klamkę, otwierając je z cichym skrzypieniem, charakterystycznym dla starych, acz regularnie oliwionych zawiasów. Zaraz po przekroczeniu progu dostrzegli dwie postacie siedzące przy niskim stoliku o finezyjnie rzeźbionych nogach. Na blacie przykrytym lekko pożółkłym obrusem stały porcelanowe filiżanki, których brak byłby z pewnością hańbą dla każdego szanującego się sklepu z antykami. Otietani nuciła pod nosem starą, indiańską melodię podczas gdy Jake, który swoją drogą wyglądał dość komicznie siedząc zgarbionym na malutkiej pufie, popijał parujący napój. Mężczyzna uśmiechnął się, kiedy dwójka stanęła obok niego.
— Macie może ochotę na herbatę ziołową? — zapytał, wskazując na stojący na stoliku imbryk. Cordian kątem oka dostrzegł jak dziewczyna wciąga głęboko powietrze, usiłując rozpoznać napar po zapachu. Był on dość charakterystyczny gdyż indianie często dodawali różnych aromatycznych składników, takich jak korzenie, kora, suszone owoce leśne lub też nawet mchy. Czasami jednak zbyt moce herbaty potrafiły spowodować, że niektórzy rzeczywiście zaczynali widzieć duchy przodków. Zresztą rozanielony wyraz twarzy Otietani mówił sam za siebie. Dlatego też nim dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć, pokręcił on głową.
— To bardzo miło z twojej strony ale musimy już iść. Dzisiejszy dzień był dość… ciężki. Myślę, że zarówno ja jak i Louisa moglibyśmy skorzystać i kilku dobrych godzin snu. — ona sama najwyraźniej, aż do teraz nie miała pojęcia o tym jak bardzo była zmęczona. Gdy wszystkie emocje się uspokoiły oraz otuliło ją ciepło pomieszczenia, kobieta od razu poczuła się senna. Uniosła dłoń do ust, aby zasłonić ziewanie.
— Kto niby miałby iść spać tak wczeeeeeśnie… — jęknęła, wciąż wpatrując się ciekawskim wzrokiem w parujący napar.
— Właśnie o tym mówię. No, chodźmy już. Odwiozę cię do domu. Czeka nas pracowity tydzień. Trzeba wypocząć. — Cordian położył jej rękę na plecach i delikatnych ruchem nakierował w stronę drzwi wyjściowych. Zaraz przed nimi odwrócił się do gospodarza — Jeszcze raz dzięki za poświęcenie nam kilku chwili i przepraszam za najście.
— Nie ma za co. Cieszę się, że mogłem pomóc. — odpowiedział ciepłym głosem gospodarz, jednocześnie przykładając dłoń do lewego barku. Ten drobny gest spowodował, że w długowłosego w jednej chwili uderzyło poczucie winy. Zrobił to. Skrzywdził członka watahy. Sytuacja wyglądałaby inaczej gdyby chodziło tu o objętą zasadami walkę o stanowisko. On jednak po prostu wykorzystał swoją pozycję i wpływ jaki wywiera na pozostałe wilki. Coś co jego ojciec z pewnością nazwałby niewybaczalnym.
    Cordian zacisnął zęby i otworzył drzwi. Pożegnał ich cichy dźwięk dzwoneczka zamocowanego nad framugą. Pochłonął ich mrok i cisza nocy, której żadne z nich nie miało już siły przerwać.
    Mężczyzna prowadził spokojnie. W światłach reflektorów co jakiś czas przemykały uciekające sprzed samochodu drobne zwierzęta leśne. Na fotelu pasażera siedziała kobieta z głową opartą o szybę i wpół przymkniętymi oczami. Przez całą drogę nie zamienili oni żadnego słowa, roztrząsając w głowach wydarzenia minionego dnia. Dopiero gdy zatrzymali się pod niedużym domkiem koło drogi, obróciła się i obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Sprawiło to, że poczuł się niemal bezbronny wobec takiego gestu.
— Nie martw się. Kiedyś na pewno dowiesz się czegoś o swoich rodzicach. — spróbował ją pocieszyć. Ona jedynie spoważniała, niemal przewiercając go na wylot swoim spojrzeniem.
— Ty już wiesz. — wyszeptała i po chwili, która wydawała się trwać wieczność, schyliła się żeby podnieść swój plecak spod siedzenia. — Dobranoc i do zobaczenia.
— Dobranoc… — odpowiedział prawie niesłyszalnym głosem, obserwując jak dziewczyna znika w świetle otwartych drzwi wejściowych.
    Właściwie to on sam nie był pewien co stało się później. Droga powrotna w jego pamięci składała się jedynie z kilku drobnych urywków, a gdy tylko wszedł do wnętrza domu, poczuł jak ogarnia go zmęczenie. Bez zastanowienia zrzucił z siebie koszulę i opadł na pierwszy miększy napotkany mebel. Najwyraźniej czekała go kolejna noc przespana na  kanapie.
***

    Pierwszym co usłyszał z samego rana był szum. Wystarczająco  cichy, aby wciąż zatrzymać go na granicy snu i jednocześnie aby stopniowo przywrócić go do rzeczywistości. Na otwarcie oczu zdecydował się dopiero kiedy do jego uszu doszedł odgłos kroków ostrożnie stawianych po drewnianej podłodze. W takiej sytuacji większość ludzi prawdopodobnie zerwałaby się na nogi, spodziewając się konfrontacji ze złodziejem lub co gorsza – mordercą. Tymczasem Cordian leniwie przeciągnął się, głośno ziewając.
— Wstało słoneczko. — mężczyzna rozejrzał się, próbując zlokalizować źródło głosu. Przy schodach, opierając się o drewnianą barierkę, stała młoda dziewczyna o długich włosach.
— Dzień Dobry Irvin. Co to za nieludzka godzina, o której postanowiłaś zerwać mnie na nogi? — jęknął, uśmiechając się krzywo.
— Wpół do jedenastej. Najwyższy czas na to aby zająć się ważnymi sprawami. — powiedziała, kładąc duży nacisk na przedostatnie słowo po czym napiła się łyka herbaty z trzymanego w ręku kubka. Dopiero teraz długowłosemu udało się skojarzyć uprzednio usłyszany odgłos z jego źródłem. W końcu rankiem jego czajnik pracował prawie każdego dnia na pełnych obrotach.
— Dopiero wpół do jedenastej. Kto by myślał zrywać się o takiej porze. Zresztą, spójrz tylko na Garreta. — ruchem ręki wskazał na ogromny i chyba najbardziej włochaty brązowy dywan, leżący na środku pokoju. Kształtem przypominał on wielkiego psa śpiącego na plecach, z łapami rozłożonymi na wszystkie strony, i miarowym chrapaniem wtórującym pracującej w kuchni maszyny. W odpowiedzi kobieta jedynie tupnęła nogą, demonstrując dezaprobatę dla dwójki śpiochów.
— Pobudka Garret! Bo jak nie to każę ci płacić alimenty. — skrzyżowała ręce na piersi. Najwidoczniej mała dar docierania do nawet najgłębszych snów, ponieważ nie minęło kilka sekund jak masywne cielsko zerwało się z podłogi.
„Nie! Zaczekaj! Już wstaję!” odezwał się przerażony głos w ich głowach. Cordian zmarszczył czoło i spojrzał pytająco na przyjaciółkę. Ta jednak jedynie wzruszyła ramionami. Na całe szczęście już chwilę później do ich rozmowy dołączył trzeci, równie zdziwiony głos.
„Chwila. Czekaj. Co? Ale ja nie mam dzieci.” mruknął brązowy basior, siadając koło stolika.  „To znaczy, chyba. Przynajmniej ja o żadnych nie słyszałem.” mamrotał, przechylając głowę raz w jedną raz w drugą stronę.
— Spokojnie Garret. Na twoje szczęście ja też nie. Ale to, że usłyszałeś to nawet w swoim kamiennym śnie to już inna sprawa. — dokończyła, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
„Kto by pomyślał. Straszyć śpiącego wilka w tak perfidny sposób” dorzucił basior nim jego ciało zaczęło przechodzić transformację. Sierść stawała się coraz krótsze zupełnie jakby były wchłaniane przez jasno—kremową skórę. Deformacji poszczególnych kończyn towarzyszył tłumiony przez mięśnie i wnętrzności odgłos pękających kości.
    Dwójka ludzi w milczeniu oglądała ten cały proces, aż w końcu po niespełna minucie na podłodze w centrum, gdzie jeszcze chwilę temu rozłożył się ogromny pies – teraz siedział mężczyzna. Przeciągnął się i uniósł dłonie, przeczesując włosy.
— Ostatnio uprałem trochę twoich ubrań. Są na górze, tam gdzie zwykle. — poinstruował go Cordian, na powrót rozciągając się na kanapie. Jednak nim zdążył wygodnie się ułożyć, nad jego głową pojawiła się Irvin.
— O nie, nie. Nie ma tak dobrze. Ty też wstajesz. Przyszliśmy żeby ci pomóc, a nie patrzeć jak odsypiasz nocne balangi. — złapała go za rękę i zaczęła ściągać z miękkiego i wygodnego mebla. Mężczyzna stawiał opór do czasu, aż dość bolesne spotkanie z podłogą stało się dość prawdopodobne. Wtedy zdecydował się jej ulec, podnosząc się z niekrytą niechęcią.
— W czym właściwie chcecie mi pomóc? — zapytał, unosząc jedną brew. Na szczęście dziewczyna od razu pośpieszyła z wyjaśnieniami.
— Jake zadzwonił do mnie dzisiaj rano. Chociaż, w waszym języku to będzie „dzisiaj w nocy”, ale mniejsza z tym. Mówił, że mamy cię ogarnąć i sprawdzić czy żyjesz. A więc jesteśmy. — dokończyła, rozkładając ręce z pełną dumy miną. Cordian zaśmiał się, widząc jej grę aktorską.
— Właściwie to dobrze, że przyszliście. Mam trochę spraw do obgadania z wami oraz kilka drobnych zadań.

    Nie minęło pół godziny jak wszyscy siedzieli na podłodze wokół podłużnego stolika kawowego. Każdy zaopatrzony został w zestaw składający się z miski z płatkami na mleku, kubkiem herbaty, notesem i przyborami do pisania. Następnie długowłosy poświęcił trochę czasu na przedstawienie przyjaciołom okoliczności oraz dotychczasowego planu nagrań prowadzonych w lesie. Potem zaczęli dzielić się rolami, co chwila rzucając nowe pomysły na utrzymanie kontroli nad wszystkim co działo się w lesie przez te kilka nadchodzących dni. W końcu, nie ważne jak wielkie znaczenie naukowe miałby ów dokument, nie mogli pozwolić sobie na konfrontację ekipy filmującej z watahą przerośniętych wilków. Najbardziej optymalną wersją okazał się plan podzielenia terenu na małe sektory. Każdego dnia jeden z nich byłby oznaczony i pilnowany przez jednego z basiorów, tak aby nagranie mogło odbyć się bez zakłóceń. I choć nie aprobowali oni do końca tej idei „ukrywania się” to i tak wydawała się najbardziej sensowną spośród wszystkich przedstawionych.
— Dobrze, podsumujmy to co dotąd udało nam się ustalić. — powiedział Cordian, wstając i jeszcze raz rzucając okiem na plik karteczek zapisanych luźnymi notatkami. — Jutro rano wyślę wiadomości do członków watahy, informując ich o całym zdarzeniu. Natomiast w czasie nagrań ty Garret, razem z gammą Michaelem będziecie krążyć wokół terenu, o którym mówiliśmy. Oprócz oznaczenia granic będziecie musieli, że tak się wyrażę, odganiać intruzów. Ty, Irvin zajmiesz się wilkami przebywającymi w tym czasie w lesie. Upewnisz się, że główny punkt wokół którego skupi się starszyzna oraz szczeniaki będzie jak najbardziej oddalony. Tymczasem ja z Louisą będziemy kierować ekipą filmową, aby przypadkiem nie opuściła ustalonego przez nas obszaru. A… — mężczyzna przerwał kiedy zobaczył, że jego przyjaciółka siedzi na dywanie z ręką wyciągniętą do góry niczym w szkole i wyrazie twarzy wskazującym na niecierpiącą zwłoki sprawę. — O co chodzi?
— Kto to Louisa? — to na pozór proste pytanie wydało się dla niego rzeczą tak skomplikowaną, iż przez pewien czas stał w miejscu, jedynie poruszając ustami niczym ryba wyjęta z wody. W końcu on sam nie znał odpowiedzi. Nie wiedział jak ująć w słowa to, o czym nie był w stanie myśleć. — Wydawało mi się, że znałam wszystkie wadery… — kontynuowała samica.
— Może i nadal tak jest. Bo to nie wadera. — wtrącił się oparty o kanapę Garret, wyręczając go od odpowiadania. — To ta dziewczyna o jasnych włosach, prawda?
— Tak. — westchnął Cordian, czując że od tego momentu nie wymiga się już od żadnych odpowiedzi. Poza tym ukrywanie prawdy nie miało większego sensu, biorąc pod uwagę fakt, iż wilczur widział go razem z jasnowłosą w czasie ich porannej leśnej wycieczki.
— Czeeekaj. — kobieta wbiła w niego swój wzrok i zmrużyła oczy. — Nie brzmi to trochę dziwnie? Tak jakby – Cordian. I dziewczyna. W lesie. — powiedziawszy to, poderwała się na nogi i złapawszy go za ramiona, zaczęła energicznie potrząsać. — Kto znowu i czego ci nagadał? Kto ci mózg wyprał? Co to za podstęp? — kontynuowała, nie zwalniając tępa „terapii szokowej” ani na chwilę.
— Irvin, spokojnie, daj mu coś powiedzieć. — wtrącił się mężczyzna, który całą akcję oglądał ze swojego miejsca pod kanapą z wyrazem konsternacji na twarzy.
— T—to… j—j—jes—st c—cór—r—ka L—lu—c—cy… — wyjąkał Cordian na tyle wyraźniej, na ile pozwalał mu stan, w którym się znajdował. Komunikat najwidoczniej jednak dotarł do kobiety, ponieważ uwolniła go ze swojego uścisku, odsuwając się jak oparzona.
— Ale to niemożliwe… czekaj, tej Lucy? — Kiedy udało mu się na powrót odzyskać równowagę dostrzegł jak twarze obydwu wilków stały się blade, a ich oczy wielkie niczym miski, w których jedli śniadanie.
— Tak tej Lucy. I pozwólcie, że uprzedzę wasze pytania. — zaczął, gestem ręki pokazując żeby nikt mu nie przerywał. — Nie mam zielonego pojęcia jak, skąd i dlaczego. Po prostu pojawiła się tutaj. Jakiś tydzień temu. Takie „poof” i tyle. Ja sam dowiedziałem się dopiero wczoraj. Co mam zamiar z tym zrobić? Cholera, nie wiem. Ale póki wszystko w miarę gra – są ważniejsze sprawy, które trzeba załatwić. Dziękuję, skończyłem. — wyrzucił z siebie niemal na jednym oddechu, jednocześnie cały czas uważnie przyglądając się ich twarzom. Oczekiwał ujrzeć odrobinę strachu, dezaprobaty, a może nawet politowania. Tymczasem spotkał się z jednym z tych niespodziewanych, entuzjastycznych ataków Irvin.
— O rany, złociuchny, ale super! — zawołała, rzucając mu się na szyję. — To musi być jakiś znak. Skoro ona wróciła to może… no wiesz… może w końcu…! — niemal piszczała, obejmując go w ciasnym uścisku.
— Spokojnie, już, już. — długowłosy poklepał ją po plecach z wymuszonym uśmiechem. — To jeszcze nic nie znaczy. A na razie tak jak mówiłem, są rzeczy ważne i ważniejsze.
— Cordian ma rację, Irvin. Wszystko może się zdarzyć, ale to co powinno teraz zajmować nasze głowy to logika tej całej akcji—nagraniowej. — mężczyzna spróbował ostudzić jej zapały. Jednak po chwili sam wyszczerzył się szeroko. — Chociaż muszę przyznać, że sam cholernie chciałbym ją poznać. Mam dosyć podglądania was z krzaków.
— Widzisz? Widzisz? Garret też jest ciekawy. No, kiedy nas poznasz? — powiedziała dziewczyna, robiąc wielkie szczenięce oczy i okręcając kosmyk jego włosów wokół palca. Cordian westchnął.
— Właściwie to może i dzisiaj. — uśmiechnął się. — I tak miałem plan żeby iść oblać naszą akcję. Równie dobrze możemy ją zaprosić. — oczy wadery natychmiast zabłysły niczym lampki choinkowe.
— Taaaaaak! — pisnęła, odrywając się od niego i przechodząc wzdłuż pokoju tanecznym krokiem. — Co lubi? Gdzie możemy ja zabrać? Może do…
— Może do zwykłej nocnej knajpy? Najbardziej uniwersalne. — wtrącił się wilczur.
— Nudne. Ale ze względu na Cordiana mogę się zgodzić. — odpowiedziała, dla żartu demonstrując swoją dezaprobatę poprzez teatralne tupnięcie nogą.
— Już dobrze, dobrze. Nie wiemy jeszcze czy się zgodzi. Dajcie mi chwilkę, zapytam się. — wciągnął telefon i znalazł w kontaktach numer do dziewczyny. Przez chwilę stał z uniesionym kciukiem, wahając się pomiędzy wysłaniem wiadomości, a rozmową telefoniczną. Kiedy jednak poczuł oddech wadery na jego karku, która najprawdopodobniej usiłowała zajrzeć mu przez ramię, nacisnął zieloną słuchawkę i szybkim krokiem ruszył do drzwi. Gdy tylko zamknął je za sobą, w słuchawce usłyszał głos Louisy.
— Halo? Cordian?
— Dzień Dobry Louiso. Jak noc? Dobrze się spało? — zapytał, opierając się o drewnianą barierkę. Trochę uprzejmości nie zaszkodzi.
— Wyśmienicie. Najpierw przez kilka godzin roztrząsałam wszystko co się stało, a potem łączyłam się w bólu i samotności z tabliczką czekolady i kolejnym sezonem gry o tron. Mimo wszystko te przespane 20 minut było cudowne. — Cordian chciał odpowiedzieć jej śmiechem ale po części czuł się odpowiedzialny za to w jakim stanie zostawił dziewczynę.
— Racja… przepraszam za wczoraj. To musiało być ciężkie… — było jednym sensownym zdaniem, które przyszło mu na myśl. — Na prawdę spałaś tylko 20 minut?
— Nie no, żartuję. Ale nadal nie jest to odpowiedź, którą chciałbyś usłyszeć.
— Pewnie tak. Słuchaj, chyba mam pomysł jak mogę ci to wynagrodzić. Dziś wieczorem razem z przyjaciółmi spotykamy się w barze. Tak na poprawę nastroju przed najbliższym nagraniem. Może chciałabyś do nas dołączyć? Chociaż w sumie nie. To nie było pytanie. Musisz. Też jesteś w załodze. — oparł się plecami o drewniane bale na ścianie domu i uśmiechnął.
— To miłe z twojej strony ale muszę sobie jeszcze wszystko poukładać i…
— Oj, nie daj się prosić. — odpowiedziało mu milczenie. — To co?
— Nie upijesz mnie. — odparła krótko dziewczyna.
— Ani myślę. To spokojne przyjacielskie spotkanie. Możemy wszyscy zamówić gorącą czekoladę. — roześmiał się.
— Czy ktoś powiedział gorąca czekolada?
— Co? Nieee. Chciałem powiedzieć „Najlepsza w Ameryce Gorąca czekolada o mega kremowej teksturze i…
— Dobra, o której i w jakim barze? — przerwała mu, a Cordian mógłby niemal przyznać, że jego rozmówczyni zaczęła ślinić się do słuchawki.
— 20.00 w „Jesiennym liściu”. Przyjechać po ciebie?
— Nie, dzięki. Will ma wpaść po południu to poproszę żeby mnie zawiózł. Jaki dresscode?
— Dowolny. Wygodny. Jak lubisz. — basior skrzywił się, słysząc imię chłopaka.
— Okej. To do wieczora.
— Do zobaczenia. — rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni. Jednak zamiast wracać do środka postanowił zostać jeszcze przez chwilę na dworze. Przyglądał się cieniom, które zostawiało światło tańczące na liściach. Mimo iż lato powoli dobiegało końca, pogoda wciąż była prześliczna. Odetchnął głęboko, wciągając intensywny zapach lasu. Sprawy powoli zaczynały się układać. Najbliższa akcja zapowiadała się gładko i bez zakłóceń, a jego przyjaciele przyjęli informację o powrocie córki Lucy z niekrytym entuzjazmem. Może Jack miał rację? Może dziewczyna naprawdę była jakimś znakiem? Cordian uśmiechnął się po raz ostatni i ruszył z powrotem do czekających na niego wilków. Bez zastanowienia przyjęli oni jego propozycję na wspólne spędzenie popołudnia i już po chwili trzy włochate kształty zniknęły w gęstwinie drzew.
   
***

    Około godziny dwudziestej cała czwórka z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu najważniejszego gościa wieczora. Irvin wyciągnęła z szafy Cordiana swoje stare, czarne jeansy i białą koszulkę z napisem „sherlocked”. Mimo tego przyciągała ona najwięcej uwagi spośród ich wszystkich, a to za sprawą tęczowych, brokatowych trampek, które na domiar złego odbijały każdy światło wokół nich. Garret wybrał jeden ze swoich zestawów „na podryw”, składający się z niebieskich spodni, szarego t—shirta i czarnej baseballówki. Jack, jak to Jack wyglądał jak połączenie sprzedawcy antyków z zegarmistrzem. Choć tym razem krwisto czerwona kamizelka odcinająca się od białej koszuli nadawała mu młodzieżowy charakter i odejmowała kilka lat. Cordian pozostał przy jeansach, białej koszulce i czerwono—czarnej flanelowej koszuli w kratkę. Stojąc przed świecącym przyjemnym dla oka pomarańczowym światłem szyldem z napisem „Jesienny liść” nie mógł powstrzymać się od nerwowego zaciskania pięści. Cały czas martwił się, że dziewczyna w ostatniej chwili się rozmyśliła i postanowiła spędzić wieczór z sąsiadem, lub co gorsza – zapomniała.
    Na szczęście wszystkie jego obawy rozwiały się kiedy zobaczył jak zza rogu wyłania się biegnąca postać. Jednak dopiero gdy zbliżyła się do latarni, mężczyzna rozpoznał w niej jasnowłosą dziewczynę. Ubrana była w czerwony sweter, a prawą ręką przytrzymywała niedużą torebkę. Zwolniła dopiero gdy spostrzegła stojącego w gronie wilków Cordiana.
— Przepraszam za spóźnienie… — wysapała, próbując złapać oddech. — Ale Will musiał jeszcze gdzieś jechać i mógł mnie podrzucić tylko wzdłuż głównej drogi…
— Mogłaś zadzwonić, pojechałbym po ciebie. — powiedział z troską w głosie. Louisa podniosła głowę, chcąc dodać coś jeszcze, ale zamilkła widząc dwie pary oczu niemal świdrujące ją na wylot.
— Ciebie pamiętam, Jack… o ile się nie mylę…
— Dobry wieczór. — przywitał się skinieniem głowy antykwariusz.
— To są moi znajomi. Często pomagamy sobie nawzajem lub też po prostu spotykamy aby pozbyć się frustracji związanej z pracą i tym podobnym. — pośpieszył z wyjaśnieniami. — Ale mniejsza z tym. Ten osiłek to Garret, a ta mała smarkula to Irvin. — przedstawił swoich przyjaciół, nie ukrywając przyjemności jaką sprawiała mu możliwość nazwania ich w ten sposób.
— Miło mi was poznać. Jestem Louisa. — dziewczyna uśmiechnęła się i podała rękę obydwu wilkom, które wciąż wpatrywały się w nią jak w jelenia podczas polowania.
— Tak się cieszę, że mogę cię poznać! — zawołała z entuzjazmem Irvin. — Nasz drogi Cordian jest takim odludkiem… — kontynuowała, ocierając wyimaginowaną łzę spod oka. — Nawet nie wiesz jaki to był dla nas szok, kiedy dowiedzieliśmy się, że poznał kogoś nowego. I to jeszcze nie z okolicy! A poza tym…
— No, już już, dalszymi pytaniami będziesz dręczyć ją w środku. Chyba, że wolicie imprezować do rana przed drzwiami. — przerwał jej Garret, nakierowując wszystkich w stronę wejścia do lokalu. Nikt nie miał zamiaru oponować, zwłaszcza że wydobywająca się ze środka muzyka zaczynała powoli nęcić każdego z nich.
    Wnętrze przywitało ich przytulną atmosferą. Nie był to typowy młodzieżowy bar, po którym można się było spodziewać mrugających kolorowych świateł i dudniącej muzyki. Mijali kolejne drewniane stoły otoczone ławami, kanapami i fotelami wyłożonymi niezliczoną ilością futer, koców, poduszek i kolorowych chust w poszukiwaniu najlepszego miejsca. Na ścianach wisiało mnóstwo nadających klimat ozdób, poczynając od małych lampek świecących się na żółto i pomarańczowo w kształcie klonowych liści, aż po ramki z czarno—białymi zdjęciami i łapaczami snów. Towarzystwo zatrzymało się przy przytulnym kącie na niewielkim podwyższeniu. Nad ich głowami zawieszona była lampka z ogromną żarówką, rzucającą na ich twarze delikatną poświatę ciepłego światła. Dodatkowo na środku stołu stały świeczki zapachowe, otulające ich słodkim, cynamonowym zapachem. Jako, że wilki były istotami dość zmysłowymi od razu podchwyciły klimat tego miejsca i rozsiadły się na kanapach, zagłębiając swoje twarze w kartach z zamówieniami.
    Cordian odsunął dla Louisy duży i wyglądający niezwykle miękko fotel. Dziewczyna podziękowała mu skinieniem głowy, a on sam rozłożył się na stojącej obok szerokiej ławce  wyłożonej chyba największą ilością skór spośród całego lokalu. Przez chwilę obserwował jej twarz i śledził spojrzenie, z niecierpliwością próbując ustalić jej reakcję. Z początku wydawała się być zaskoczoną. Pewnie nie tego spodziewała się słysząc słowo „bar”. Później zaintrygowaną wszystkimi otaczającymi ją przedmiotami. Na końcu przez dłuższy czas wpatrywała się w niedużą scenę na końcu sali. Na drewnianych deskach i na tle czerwonej kotary stał czarny fortepian, tylko z pozoru nie pasujący do całego obrazka. Mebel, wyglądem przywodzący na myśl antykwariat wydawał słodkie dźwięki pod wpływem palców siedzącego przy nim mężczyzny. Cordian przyglądał się jej zafascynowaniu tym elementem wystroju, aż w końcu dziewczyna opadła na fotel, z przyjemnością zatapiając się w miękkich poduszkach.
    Nim zdążył powiedzieć choć jedno słowo, przy ich stole pojawiła się kelnerka gotowa odebrać zamówienie. Zgodnie z wcześniejszą umową postawili na napoje bezalkoholowe i zamówili lokalny specjał: podwójnie kremową gorącą czekoladę. Cordian uśmiechnął się delikatnie kiedy usłyszał jak Garret nachyla się do kobiety i prosi i dodatkowy rum do jego porcji na następnie żegna jedną ze swoich zalotnych min.
— Fajnie tutaj prawda? — zapytała Irvin, szturchając Louisę w bok.
— Przytulnie. Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś… innego.
— Innego… jak to? — wadera wyszczerzyła się, pokazując jej swoje brokatowe trampki.
— Przestań Iv, bo ją oślepisz! — wtrącił się długowłosy, nachylając się w ich stronę przez drewniany podłokietnik.
— Eee tam. Z nami kobietami nie ma tak łatwo. — kontynuowała, ciesząc się, że w końcu znalazła dziewczynę w swoim wieku, z którą mogłaby spokojnie pogawędzić. — Są super, prawda Lou?
— Zarąbiste. — odpowiedziała uśmiechem. Jednak jej wzrok wciąż uciekał na bok, w stronę instrumentu co nie umknęło uwadze obydwu wilków.
— Lubisz muzykę? — zagadnęła Irvin.
— Bardzo. — przyznała się. — Podobno mama dużo mi śpiewała jak byłam mała. Potem tą rolę przejęła babcia. A skończyło się na tym, że i we mnie obudziła się taka mała pasja.
— Niesamowite. Musisz mieć nieziemski głos. Ja też bardzo lubię śpiewać. Ale ci tutaj panowie mówią, że skrzeczę jak jakaś kwoka. — mruknęła z przekąsem, układając dłoń w tzw. „dzióbek”. Cordian ledwo powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem, słysząc jej słowa. Choć wadera potrafiła stosunkowo ładnie wyć, jej próba odtworzenia jakichkolwiek piosenek kończyła się serią podekscytowanych pisków i innych odgłosów dźwiękonaśladowczych. Bądź co bądź, nie ważne jak dobrze radziła sobie pracując z dziećmi, jej kołysanki mogłyby być niczym innym jak źródłem koszmarów. — Ooooo. Wiem. A może zaśpiewałabyś nam coś? Proszeeee…
— Co proszę? — dziewczyna otworzyła szerzej oczy, wyraźnie zaskoczona propozycją.
— Ten chłopak, który właśnie gra to Nick. Zawsze ma przy sobie mikrofon. Jest jednak zbyt nieśmiały, aby śpiewać i z przyjemnością zaprasza kogoś na scenę, aby go w tym wyręczył.
— Chyba, że jest to Irvin. — wtrącił się Garret.
— Oj cichaj tam. — machnęła na niego ręką. — To co? Nie daj się prosić…
— Nie wiem… — odpowiedziała niepewnie Louisa.
— No już, nie zmuszaj jej. — Cordian stanął w obronie dziewczyny. Sam musiał jednak przyznać, że z przyjemnością posłuchałaby jej śpiewu.
— Dawaj. Jak ty się zgodzisz to potem wystąpi też Cordian. — dodała wilczyca, obierając przekupstwo jako ostatnią deskę ratunku. Mężczyzna już chciał zaprzeczyć, ale w tym momencie jego spojrzenie spotkało się z jej spojrzeniem. W jednej chwili spostrzegł, iż trawi ją ta sama ciekawość co i jego.
— No dobra. — uśmiechnęła się delikatnie i podniosła z fotela, schodząc z podwyższenia i zbliżając się do sceny.
    Zamieniła kilka słów z grającym na fortepianie mężczyzną, który z widoczną radością podał jej mikrofon. Kiedy tylko ustalili melodię i tempo piosenki, obeszła instrument i oparła się o niego, ściskając w dłoniach przedmiot. Dopiero po chwili, która zdawała się trwać wieczność uniosła go do ust. W tym czasie cała czwórka wisiała już nad oparciem kanapy, niczym dzieci kiedy ich rodzice oglądają seriale dla dorosłych, nastawiając uszy z niecierpliwością. Ich oczekiwanie dobiegło końca, kiedy w całym lokalu  rozniósł się głęboki ale jednocześnie delikatny kobiecy głos.
"At first I was afraid…" — zaczęła niepewnie, jakby wciąż wahała się czy aby na pewno podjęła dobrą decyzję wychodząc na scenę. — "I was petrified… Kept thinking I could never live without you by my side…" — kontyniowała, a z każdym kolejnym słowem jej głos nabierał coraz więcej mocy. Kolejne zdania z coraz większą siłą uderzały w zebranych w lokalu ludzi, którzy zwracali głowy w jej stronę.
    Gdy doszła do fragmentu „I just walked in to find you here” odepchnęła się od instrumentu i zaczęła chodzić po scenie, gestykulując wolną ręką i od czasu do czasu ostrożnie zarzucając włosami. Nie doszła jeszcze nawet do refrenu, a już udało jej się pobudzić wszystkie serca i dusze w lokalu. Szerokie uśmiechy zachęcały dziewczynę do dalszego śpiewania, a niektóre z siedzących przy stolikach par nawet poderwały się do góry i zaczęły tańczyć między krzesłami. Natomiast cała czwórka ściśnięta na kanapie siedziała z szeroko otwartymi ustami i wczepionymi w oparcie palcami. Irvin która jako pierwsza odzyskała przytomność szturchnęła Cordiana łokciem.
    Mężczyzna jednak wciąż wpatrywał się w jasnowłosą kobietę, teraz już prawie szalejącą na scenie z niekrytym podziwem. Siła wydobywająca się z jej głosu wprowadziła, sprawiała iż brakowało mu słów na opisanie kłębiących się w nim uczuć. Chociaż ciężko było mu to przyznać, czuł jakby wszystko było na swoim miejscu. Pochodzenie, krew i cechy genetyczne w jednej chwili straciły znaczenie. Byli tylko oni. Cordian, Irvin, Garret, Jack. I Louisa pośród nich.
    Kiedy dziewczyna skończyła śpiewać nagrodziły ją głośne brawa. Znacznie większe niż można było się spodziewać po tak małym barze. Louisa podeszła do podwyższenia, odgarniając rozczochrane włosy z twarzy.
— To było nieziemskie! — zawołała Irvin, rzucając się jej w objęcia. — Twoja mama musiała ci chyba śpiewać 24—na dobę, skoro podchwyciłaś tak piękny głos.
— Ja… — urwała, nie wiedząc co powiedzieć. Cordian wyraźnie widział, iż jest ona zarówno onieśmielona komplementem jak i dumna w wrażenia wywartego na całej sali. Uśmiech z jego ust zniknął dopiero, gdy wyciągnęła w jego stronę rękę w której trzymała mikrofon.
— A to… — zaczął, licząc że w natłoku emocji Louisa zapomniała o ich wcześniejszej umowie.
— Mikrofon. Do tego się śpiewa. Zresztą przed chwilą widziałeś. — wytłumaczyła, odsłaniając zęby w szerokim uśmiechu. Długowłosy westchnął i pokręcił głową. Odebrał przedmiot i podszedł do sceny, nachylając się nad Nickiem. Przez chwilę szeptali między sobą, aż w końcu zbliżył się do granicy sceny. Nie zamierzał tańczyć i skakać na drewnianych deskach. Jego pieśń była inna od tej którą śpiewała dziewczyna. Jego pieśń była dzika. Drapieżna, nieunikniona, niczym bestia czająca się w ciemnościach nocy. To była wilcza pieśń.



poniedziałek, 30 września 2019

Od Lou

Dziewczyna spojrzała na fotografa podejrzliwie, marszcząc brwi. Cisza, która przed chwilą nastąpiła wydała jej się nieco zbyt podejrzana. Sprzedawca zamilkł i to z pewnością dzięki Cordianowi i jakiejś niewerbalnej wiadomości przekazanej przez niego zza jej pleców. 
— Znaczy... Nic w nim nadzwyczajnego. Wszyscy takie nosili. Był bardzo popularny jakieś 30 lat temu. Produkowany wręcz hurtowo.. — zamilkł i wysłał blondynce słaby uśmiech. 
— Nie, nie był. — nie kupowała tej bajeczki. Przed chwilą na widok tego wisiorka mogłaby przysiąc, że oczach mężczyzny powiły się iskierki. Wlepiła swój przenikliwy wzrok w jego źrenice i przechyliła lekko głowę do czasu kiedy dotychczas nieugięty czarnowłosy spec od kultury zachodniej rozluźnił barki w geście poddania. 
— Masz rację.. Nie był. Tak się składa, że ten amulet nie jest mi obcy. — Lou też znała go na pamięć. Należał do niej.. Od zawsze. Odkąd tylko pamięta, nigdy się z nim nie rozstawała. Był to mały łapacz snów w kolorze bieli, czerni, brązu oraz błękitu. Czarny rzemyk był na tyle mocny, że mimo wieku nie stracił na swoich właściwościach. Brązowe nici w białym kółku układały się na wzór gwiazdy siedmioramiennej z gdzieniegdzie nanizanymi koralikami. Zaraz pod kółkiem wisiały trzy pióra. Dwa białe, z czego jedno z nich przycięte oraz środkowe - czarne z białym paskiem. Potrafiła narysować go z dokładnością co do koralika. 
— Ten akurat egzemplarz należał... należał do Lucy. Poznaję po kolorach i przyciętym jednym piórze. Poza tym, jeśli poświecić na niego ultrafioletem... — Jack wyciągnął z kieszeni malutką latarkę wielkości kciuka i wcisnął jeden z trzech srebrnych przycisków. Fioletowe światło padło na wisiorek i ujawniło niewidoczny w zwykłym świetle napis znajdujący się na kółku. L u c y.
— Gdzie go znalazłaś? — obracał w palcach obiekt rozmowy jednocześnie nawijając wiszący jak dotąd rzemyk na jedną z dłoni. Delikatnie. Jakby bał się, że jest to tylko wytwór jego wyobraźni i w każdej chwili może zniknąć tak szybko jak się pojawił. 
A serce Lou zaczęło walić jak szalone, Od kiedy tu przyjechała, nie trafiła na chociażby najmniejszy ślad swoich rodziców. Teraz spotkała kogoś, kto prawdopodobnie ich znał. Kto mógł naprowadzić ją na właściwy trop, albo odpowiedzieć na wszystkie pytania. Albo chociaż część. Na pewno wiedział coś, czego Carter nie wiedziała i to sprawiało, że walczyła z drżeniem, gdy jej emocje nie potrafiły już dłużej skrywać się w środku drobnego ciała. (Gdzieś z tyłu głowy, przez ułamek sekundy mimo powagi sytuacji, przebiegło jej przez myśl, że może utożsamiać się teraz z bardzo denerwującą chihuahuą.) Ale obok niej stał drugi człowiek, który w jakiś sposób go blokował. Który miał też swoje tajemnice i nie chciał ich ujawnić. I to sprawiało, że w środku blond włosa wręcz się gotowała i na przemian dusiła w spazmach niewidocznego na zewnątrz płaczu. Nie chciała znać tej tajemnicy. Zwłaszcza, jeśli dotyczyła tego, co kryje się w lesie. 
— Nie znalazłam go. — zaprzeczyła, a jej nieobecny wzrok nie pozostał niezauważony. 
— Więc ukradłaś? — sprzedawca przymrużył oczy, a na jego twarzy pojawił się niezrozumiały grymas. Chciała zaprzeczyć, ale te jedno słowo z jego ust zbiło ją z tropu. Przecież w życiu niczego nie ukradła..
— Dostała. na ratunek przybył jej Cordian. On sam zdawał się nie wiedzieć co robić, ale nie śmiał pozostawić jej z tym wszystkim samej. Za to była mu wdzięczna, kiedy jednak położył dłoń na jej ramieniu, spięła się nieco. Najgorsze uczucie na świecie. 
— Czegoś tu chyba nie rozumiem... Od kogo? — jego pytanie było ciche, ale przepełnione czymś, czego Louisa nie potrafiła nazwać, a co sprawiało jakby jej serce przestawało bić z każdym jego słowem. Pretensje, jednak nie agresywne. — To łapacz snów Loucy. Kto ci go dał? — Zauważył, że z tym tonem, daleko nie zajdzie, bo dziewczyna nie wypowie ani słowa, więc spięcie po chwili minęło. Ustąpiło miejsca czystej ciekawości. 
— Ona. — Carter odpowiedziała niemalże szeptem zachowując przy tym spokój. W pomieszczeniu nastała kolejna cisza, którą przerwało nieoczekiwanie skrzypnięcie drzwi. Cała trójka odwróciła się w stronę, z której dochodził dźwięk w momencie, kiedy zza drzwi wyjrzała starsza kobieta. Mimo sędziwego wieku i pomarszczonej skóry jej długie włosy splecione w dwa warkocze nadal były kruczoczarne. Garbiła się już nieco, dłonie drżały trzymając kurczowo drewnianą laskę z wyrzeźbioną głową niedźwiedzia. A oczy.. W jednym, czarnym jak smoła nadal dało się zauważyć tę młodzieńczą iskrę, podczas, gdy drugie było całkowicie zakryte mgłą. Raczej nie z powodu podeszłego wieku, gdyż po powiece jak i pod nią przebiegała pionowa kreska. Nie była zmarszczką, Raczej blizną po bliskim spotkaniu z pazurem. Lou nie zdziwiłaby się, gdyby był to wilczy pazur. 
Uwagę kobiety przykuła jasnowłosa. Wlepiła w nią swój wzrok przez co Lou poczuła się trochę nieswojo. Starała się tego nie okazywać, ale teraz już nie było to takie proste. Chyba była już zmęczona, ale pomyślała, że ta dwójka nowo poznanych ludzi musi być ze sobą spokrewniona, bo zdecydowanie zbyt wiele ich łączy. 
— Witaj Cordianie. — jej głos był melodyjny i dziwnie znajomy, choć nie było opcji, żeby kobiety mogły się wcześniej widzieć. Louisa nigdy wcześniej nie była w Alpine i okolicach. 
Fotograf skinął głową wskazując na swoją towarzyszkę. 
— Otetiani, poznaj proszę moją znajomą. Louisa Carter przyjechała do Alpine w ramach projektu międzynarodowego, ale też ze względów osobistych. Louiso, to Otetiani. Matka Jacka. Szamanka. 
— Dziękuję za opiekę nad moim koniem, Lucy. Nie mógł wygrać lepszej osoby. — kobieta skinęła głową obserwując jak brwi jasnowłosej automatycznie wędrują w górę. 
— Chwila.. — skupiła się na pierwszym zdaniu wypowiedzianym przez szamankę. — Jestem Lou. Nie Lucy. — nawet nie wypowiedziała tego na głos. Nie miała w zwyczaju poprawiać osób starszych. Zresztą to nie był pierwszy raz, gdy ktoś nazwał ją imieniem swojej matki. Poza tym, była do niej bardzo podobna i ktoś, kto dawno nie widział Lucy, zawsze myślał, że ona, a nie Lou. — Duch to twój koń? — spojrzała w stronę Goldteary, a on wymownie uniósł ramiona jakby w geście "Serio nie wiedziałem, nie bij".
— Ładnie go nazwałaś. — na twarzy Otetiani pojawił się sentymentalny uśmiech. — Kitchi to wspaniały koń. 
— Więc tak ma na imię.. — blondynka wypowiedziała to zdanie na jednym wdechu dzieląc przy tym jej uśmiech. Tak, że aż zapach drewna unoszący się w pomieszczeniu wszedł za mocno. 
— Nie. Nowa dziewczyna, to nowe imię. Z resztą myślę, że Duch bardziej do niego pasuje. Z nim zawsze będziesz bezpieczna i mam nadzieję, że on z tobą również.
— Dopóki tu jestem, będę z nim. Obiecuję. — blond włosa przytaknęła wypuszczając z płuc powietrze.
— Dopóki? Czyżbyś planowała nas opuścić? — kobieta usiadła powoli w bujanym fotelu i chwyciła za niedokończony łapacz snów oraz igłę, a na jej twarzy pojawiła się nieco zawiedziona mina. Nieco, bo wydawało się, że nie brała tych słów na poważnie, jakby w ogóle nie brała pod uwagę takiej możliwości. 
— Przyjechałam na rok. Po tym czasie wrócę do domu. — na ostatnie zdanie, Otetiani zatrzymała fotel i pracę nad talizmanem po czym uniosła wzrok. 
— Tu jest twój dom. Tak jak i dom twoich rodziców. W twoich żyłach płyną wody Alpine. — wymruczała po czym na powrót wróciła do pracy. 
— Ale ja nigdy wcześniej tu nie byłam.. — zająknęła się szukając ratunku u swego długowłosego przyjaciela, ale jego wyraz twarzy był równie niemożliwy do odczytania jak całej czwórki znajdującej się w małym sklepiku z antykami. — I w ogóle skąd Pani to wszystko wie? 
— Jestem stara, Lucy. A starzy ludzie wrastają korzeniami w swoją ziemię i łączą się z drzewami. — Niby miało to swój sens, którego dziewczyna nawet nie zamierzała podważać, chociaż gdzieś, znowu w tyle głowy, czyli w tej całkowicie niepoważnej części jej mózgu, wydawało jej się to niedorzeczne. Chociaż już nic nie mogło jej zdziwić. Zwłaszcza, jeśli Indianka była szamanką. To wszystko rządziło się własnymi prawami. — Poza tym nie ma znaczenia czy byłaś tu wcześniej. Jesteś tu teraz i tylko to się liczy. Już nie wspomnę, że potrzebujesz Ducha, a on potrzebuje ciebie. 
— Duch.. — młoda Carter zboczyła z niewygodnego tematu nie wiedząc jeszcze, że pakuje się w kolejny. — To najwspanialszy koń, jakiego w życiu poznałam.Taki.. inteligentny i dzielny. 
— Ne bez powodu Lucy nadała mu imię Odważny. — starsza pani nie odrywała wzroku od pracy na swoich kolanach, która szła jej niesamowicie szybko. Miała wprawę. 
— Przecież... On wygląda na jakieś siedem lat.. Jeśli nie mniej. — zmarszczyła brwi. Czy to znaczy, że w przeciągu ostatnich siedmiu lat jej mama tutaj była?
— To nie jest jego pierwsze wcielenie, Lucy. Miał ich wiele. — i nagle przeszła jej przez głowę nowa myśl. Wcielenia? Kolejna nowość. Może nie bez powodu, Otetiani nazywa ją przez ten cały czas imieniem jej matki.. 
— Pani.. — zaczęła niepewnie. — Chyba nie myśli, że ja jestem kolejnym wcieleniem Lucy? — ukucnęła przy niej łapiąc wzrok fotografa i Jacka. Na ich twarzach było już widać te nagłe oświecenie.
— Nie sądzę, żeby tak było, chociaż jesteś czystym odbiciem swojej matki, Louiso.
Swojej matki. Jasnowłosa już widziała oczyma wyobraźni, jak pozostałej dwójce w pomieszczeniu otwierają się szeroko oczy ze zdziwienia. Nie musiała sobie tego wyobrażać, bo otrzymała taki widok chwilę potem, gdy tylko spojrzała w ich stronę. 
Oni wszyscy znali jej rodziców. Bardziej, niż ona sama.