Uwaga!

niedziela, 2 października 2016

Od Cordian'a



- Spokojnie – powiedziałem, siadając, tyle że nie na sofie a na stole.
- Ale… jeśli czegoś nie zrobimy to… - dziewczyna ściszyła głos. Podparłem brodę na ręce, patrząc na jej twarz.
- To odpalaj laptopa. - odezwałem się po chwili ciszy, co wyraźnie ją zaskoczyło.
- Słucham?
- Gdybym zarabiał 1200 miesięcznie to chyba nie byłoby mnie stać na taki dom, co? 1500 w tę, czy w tamtą nie zrobi mi różnicy. - wytłumaczyłem, czując się przy tym jak ktoś z innej planety. W końcu, który 21-latek zarabiał aż tyle?
- Cordian… ja… - zaczęła dziewczyna, a w jej oczach pojawiła się iskierka nadziei i ulgi.
- No, już, przynieś ten sprzęt. Musimy znaleźć tą fundację. - powiedziałem, ciepło się uśmiechając. Prawdę mówiąc nigdy nie byłem jednym z tych skąpców. Sam lubiłem czasem poszaleć i wydać kilka tysięcy w artystycznym. No i jeszcze ten sposób w jaki dziewczyna patrzyła na zdjęcie kucyka. Pozostawał tylko jeden problem.
- Lou, a jak zamierzasz się nią opiekować? - zapytałem, gdy dziewczyna pojawiła się w pokoju.
- Ale co jak?
- Tak jakby… nie możesz zbliżyć się do Riv, nie wiem czy wielkość konia coś zmieni. - odpowiedziałem pełnym powagi głosem. - Dlaczego ojciec ją sprzedał?
- Bo… bałam się do niej podejść i… Ale ja muszę ją odzyskać!
- Do kiedy jest termin?
- Do 21 maja.
- W takim razie masz tydzień. Ja pójdę już do siebie, muszę się czymś zając, a tym podejmij decyzję. - powiedziałem i podniosłem się ze stołu. Odłożyłem talerzyk z jeszcze nie zjedzonym ciastkiem z owocami i ruszyłem w stronę drzwi. Zatrzymałem się na chwilę z dłonią na klamce. Wyglądało jednak na to, że dziewczyna nie miał nic do powiedzenia. Wyszedłem, zostawiając dom pogrążony w ciszy.
           Udałem się w stronę ogrodzenia i oparłem plecami o furtkę. Spojrzałem w stronę drewnianego domu. Nie raziło mnie słońce, gdyż było dzisiaj pochmurno i całe niebo było koloru jasno szarego. Poczułem chłodny wiatr i poprawiłem czarną, skórzaną kurtkę, zapinając ją. Rozpuszczone włosy zostały rozwiane i zasłoniły mi widok. Nie uniosłem ręki żeby je odgarnąć. Zamiast tego głośno westchnąłem i otworzyłem bramę, opuszczając ogród.
              Szedłem leśną drogą. W myślach podziękowałem, że od kilku dni nie padało i nie zapadałem się w błoto. Pod moimi nogami przelatywały gonione przez wiatr zeszłoroczne liście. Nie mogłem już doczekać się jesieni, pełnej kolorów i kolorowych leśnych dywanów. Wsadziłem ręce do kieszeni, idąc do przodu i nucąc pod nosem piosenkę.


            Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc ten fałsz. Dziewczynie na pewno wychodziło to lepiej, co było łatwe do stwierdzenia po ujrzeniu tych wszystkich instrumentów w jej domu. Muszę ją kiedyś poprosić by coś dla mnie zaśpiewała.
            Po jakimś czasie dotarłem do domu. Od razu usłyszałem radosne rżenie i ujrzałem ten łaciaty pysk. Podszedłem do furtki. Nie miałem przy sobie kluczy, ale bez problemu udało mi się po niej wspiąć. To zabawne, że w dzisiejszych czasach te ogrodzenia są niczym lekko utrudniona ścianka wspinaczkowa. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem na powitanie ogiera.
- Przepraszam, że mnie tyle nie było. Zaraz cię nakarmię i wyszczotkuję. - powiedziałem, wciskając twarz w szyję konia. Złapałem zębami za jeden z długich, białych kosmyków grzywy i pociągnąłem. W odpowiedzi ogier parsknął, wykonując lekki ruch głową. W pewnym sensie wiedziałem jak się czuła. Na jej miejscu zrobiłbym podobnie gdybym ujrzał Rivago przy takim ogłoszeniu. Przynajmniej tyle zbliżało mnie do człowieczeństwa. Poklepałem ogiera po boku i ruszyłem w stronę stajni. Przy drzwiach obejrzałem się i zobaczyłem jak koń kłusuje w moją stronę. To było niesamowite, jak po pewnym czasie można było nawiązać taką więź ze zwierzęciem. Złapałem za stojący w rogu zestaw szczotek i zrzuciłem z siebie zaplamioną koszulkę i spodnie, zostając w samych bokserkach. Nie chciało mi się iść do domu, żeby się przebrać, więc jedynie narzuciłem moją czarną kurtkę.
               Kilka następnych godzin spędziłem razem z Rivago w stajni, ciesząc się że założyłem w niej ogrzewanie. Nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu, więc gdy tylko poczułem zmęczenie, położyłem się na jednej z gór siana. Uśmiechnąłem się delikatnie, kiedy ogier podszedł do mnie i położył się obok, uważają żeby nie uderzyć mnie kopytem. Zamknąłem oczy i zasnąłem, czując miękką sierść pod palcami i słysząc równy oddech konia.
                   Nagle zobaczyłem dziwny obraz. Obraz przedstawiający łąkę. A na niej stado koni. Koni, które znałem. Zacząłem biec w ich kierunku, ze zdziwieniem stwierdzając, że znów mam ciało 13-letniego chłopca. Rozłożyłem szeroko ręce, skacząc w stronę szarej klaczy, żeby przytulić się do jej szyi. Zanim jednak udało mi się to zrobić koń upadł na ziemię. Zatrzymałem się, z przerażeniem patrząc jak przestaje oddychać. Nagle ciało klaczy zaczęło powoli rozpływać się w powietrzu, pozostawiając leżącą na wznak postać. Rozpoznałem w niej swoją ciotkę. I innych. Konie powoli padały, zamieniając się w martwe ciała. Ciała wszystkich, których straciłem. Były w nich także osoby, których nie znałem. Spojrzałem przed siebie. Na łące zostały 3 konie. Zawsze odkąd miałem ten sen zostawały trzy. Podchodziłem do nich i głaskałem je po pysku. Za każdym jednak, kiedy ich dotykałem te stawały się coraz słabsze. A ja kładłem się na trawie pomiędzy nimi i patrzyłem w niezwykle białe niebo, bez chmur, bez słońca.
- No ciekawe sobie znalazłeś miejsce do spania. - ze snu wyrwał mnie czyiś głos.
- Louisa? - poderwałem się z siana, zapinając kurtkę i żałując, że kupiłem taką, co ledwo sięgała do pasa. W końcu nic na siebie nie założyłem, a byłem mężczyzną i rano miałem problem taki jak wszyscy inni.
- No, biorąc pod uwagę, że ten twój szef jest w szpitalu to raczej nikt inny by tu nie przyszedł? - rzuciła, krzyżują ręce a piersi i na szczęście ignorując mój stan. - Nie zimno ci tak?
- Nie było mnie w domu, nie miałem jak się przebrać a w brudnym chodzić nie będę. - uciąłem, owijając się wiszącym na haku kocem. Wzdrygnąłem się, czując drapanie na skórze.
- Nieważne…
- Właśnie. A co ty tu robisz? - zapytałem, ponownie się do niej odwracając.
- Sprawdziłam tą fundację. Znalazłam namiary na właściciela, ale…
- Coś tam śmierdzi? - zapytałem poważnym głosem.
- Nie, że śmierdzi, ale to pierwszy raz kiedy słyszę o tej fundacji… i ta strona internetowa jest dziwna. Choć z drugiej strony Vanilla powinna wyglądać teraz właśnie tak jak na tym zdjęciu, no i mają jej imię.
- W porządku. Masz samochód? - spytałem, podchodząc do drzwi.
- Tak.
- Hah, po ostatnim boję się jeździć z tobą. Ale w porządku. Daj mi tylko minutkę. Tak nie pojadę. - zaśmiałem się, wskakując na mój ubiór i udałem się w stronę domu. Ledwo zdążyłem przekroczyć próg, kiedy w mojej głowie coś zakołatało. Znałem tę nazwę. XXXXXXXXX. Pamiętałem, jakby to było dzisiaj. Pamiętałem kryjący się za panią Clark. Sekret, którego odkrycie uniemożliwiła mi śmierć kobiety dokładnie w momencie, gdy byłe blisko rozwiązania. Sekret, który łączył wszystkie konie z tego domu. Niczym poparzony wybiegłem z domu, łapiąc dziewczynę za ramiona i ignorując fakt że byłem prawie roznegliżowany.
- Lou! Twój kucyk… on już nie jest taki jak kiedyś! - zawołałem, potrząsając dziewczyną.
- Chwila, uspokój się Cordian! O czym ty mówisz? - dziewczyna wyrwała się i odeszła kilka kroków w tył, próbując złapać równowagę.
- Twoja matka… nie była po prostu zwykłym jeźdźcem. Ta nazwa, ona i pewien sekret. To wszystko jest ze sobą powiązane. Jeśli ta organizacja sprzedaje tego konia to oznacza, że coś złego się mu stało i już nie dają rany nad nim panować albo stał się bezużyteczny…
- Co za bzdury wygadujesz?! Moja matka nigdy nie skrzywdziłaby żadnego konia! - krzyknęła.
- Nie skrzywdziłaby. Ona robiła to dla konia. Ale znaleźli się tacy co znaleźli w tym zysk. - powiedziałem, przypominając sobie zlecenie rządu, w którym miałem znaleźć osobę stojącą za mutacją końskich mięśni, powodującą, że zwierzęta stawały się silniejsze i szybsze, a nie można było wykryć w nich żadnego dopingu. Gdy sam zaczynałem badać tą sprawę myślałem, że ta osoba była jedynie łapczywa na pieniądze i zysk. Jednak, gdy dostałem się do głębszej bazy danych dowiedziałem się, że podobno pani Clark pierwotnie chciała uchronić swojego konia przed śmiercią z powodu choroby, poprzez wzmocnienie jego organizmu. Nie udało mi się jednak spotkać z kobietą i upewnić, ponieważ prawdziwe sekrety martwi zabierali do grobu.
- Powiedz mi o co w tym wszystkim chodzi! - zażądała dziewczyna.
- Wydaje mi się, że to nie ja powinienem ci o tym powiedzieć. - odpowiedziałem spokojnie, sięgając do kieszeni jej kurtki i wyjmując wibrujący już od kilkunastu sekund telefon. Podsunąłem pod jej nos urządzenie, na którego ekranie widniał duży napis opisujący nadawcę przychodzącego połączenia: ‘TATA’.