- Lou, jesteśmy wzywani do sądu. - chłopak oświadczył prosto z mostu.
- Nie rozumiem za co. - mruknęła dziewczyna jeszcze na chwilę zamykając oczy.
- Za piractwo drogowe i wjazd na strefę zakazaną.
- Oskarżenia są bezpodstawne. Winy nie ponosimy za nic. Uderzyłam go w głowę w obronie własnej, a właściwie twojej. Działania samoobronne zawsze są uniewinniane. Jechaliśmy szybko żeby ratować ludzkie życie, a w tym wypadku wszelkie inne dobra są mniej ważne niż ludzkie życie. Uciekaliśmy policji, żeby nie tracić na czasie. Jest to również uniewinnione. Mam prawo jazdy, więc nie ponoszę odpowiedzialności karnej. Wjazd na teren strefy zakazanej.. No cóż. Nic nam o tym nie było wiadomo. Z resztą nie wjechaliśmy w przepaść celowo, plus nikt nie umarł. - odetchnęła próbując się odrobinę podnieść. Niebywałe, że powiedziała to wszystko tak szybko i na jednym wydechu,
- Wow, Lou.. Skąd to wiesz?
- Czegoś tam jednak już się nauczyłam na drugim roku studiów prawnych, braciszku. - syknęła patrząc na niego jak na idiotę.
- Myślałem, że tego jeszcze nie miałaś. - wzruszył ramionami znajdując szybką wymówkę.
- No cóż. Nie będę mieszał się już w to, co studiujecie. Rozumiem, że jesteście pełnoletni. - trudno im było stwierdzić czy to było twierdzenie czy pytanie ze strony wojskowego, który właśnie wszedł do środka.
- No raczej. - jęknęła dziewczyna po raz kolejny wykrzywiając się w grymasie bólu.
- Waszemu zdrowiu i życiu już nic nie zagraża. Tobie nic nie jest. - wskazał na Cordiana. - A Tobie nic więcej się nie stanie. - zwrócił się do Clark. - Tego kolesia odwieziemy do szpitala.
- Jedna prośba. - Louisa delikatnie uniosła rękę, jak w szkolnej ławce. - Podobno on nie wie co się stało..
- Racja.
- Niech pan mu powie, że jechał sam i sam spadł z klifu.
xXxXx
Nie minęła godzina 13, gdy wojskowy samochód jechał po dobrze znanej im drodze.
- Nie mówiłaś, że jesteś na studiach.
- Bo nie pytałeś. - mruknęła jednocześnie zakańczając rozmowę. Nie miała najmniejszej ochoty na wypowiedzenie chociażby jeszcze jednego zdania. I tak zaraz musiała się tłumaczyć ojcu.
- Macie kogoś w domu? -zapytał się kierowca.
- Nie wiem, czy na chwilę obecną, ale powinien być nasz ojciec. - chłopak postanowił wyręczyć Clark i sam zaczął odpowiadać na pytania.
- A matka?
- Nie żyje.
- Współczuję. Coś się stało?
- Zginęła razem z koniem kiedy ja i Lou byliśmy dziećmi.
- Konie to piękne stworzenia.
- Prawda? - przytaknął niemalże od razu i z pasją zaczął opowiadać kierowcy o Rivago. Znalazł kogoś, kto podobnie jak on kochał konie.
Gdy podjechali pod dom, Louisie od razu w oczy rzuciła się jej Dakota, a właściwie jej brak. Adam pojechał zapewne do mechanika z ustrojstwem, które nie chciało odpalić. Pod bramą już czekała Pointa z niecierpliwością wpatrując się w maskę wojskowego auta.
- Dziękujemy. - zdążył tylko uścisnąć wojskowemu rękę i wyszedł, żeby pomóc wyjść Lou.
Gdy tylko dziewczyna usiadła na salonowej kanapie, od razu podszedł do niej złoty pies przytulając się do jej zdrowego kolana.
- Witaj, kochanie. - właścicielka delikatnie przejechała po jej pysku i całej głowie, a w tym czasie Cordian zrobił coś słodkiego do jedzenia i usiadł na przeciwko trzymając gazetę.
- Lou, pamiętasz co powiedziałaś wtedy gdy spadliśmy? - uniósł kubek z gorącą czekoladą.
- Nie. - zmrużyła oczy patrząc na niego podejrzliwie.
- Powiedziałaś, że jeśli przeżyjemy, to zaczniesz jeździć konno.
- Marzenie ściętej głowy.
- Obiecałaś. Czy ty teraz chcesz nie wywiązać się z własnego postanowienia?
- Denerwujesz mnie.
- KURDE LOU! - w pewnym momencie Resteez podskoczył z wrażenia na sofie wylewając na siebie pół kubka ciepłego napoju. - CHOLERA! - krzyknął widząc mokrą koszulkę, a jednocześnie wciąż wpatrywał się w gazetę.
- Powiesz w końcu co tam masz? - przewróciła oczyma.
Goldenka podbiegła do sofy i zaczęła zlizywać resztę napoju.
- Pamiętasz to zdjęcie tej małej dziewczynki z czarnym kucykiem w Twojej stajni?!
- No tak. To byłam ja i Vanillia.
- ZNALAZŁEM JĄ! TO ONA! - zaśmiał się stając na ławie.
- CO?! Pokaż ją! - rozkazała całkowicie olewając fakt, że Vinci stał na stole.
Rzeczywiście. W gazecie, na stronie z ogłoszeniami, znajdowało się zdjęcie czarnego jak smoła, starszego wiekiem kucyka z oczyma wpatrzonymi w kamerę. Miał na sobie zniszczony kantar, a do niego doczepiony sznur. Ten widok wywołał na twarzy Clark niezwykły uśmiech. Obok fotografii tekst:
" Vanillia patrzy z ufnością w stronę aparatu. Przez ostatnie piętnaście lat służyła na farmie jako kucyk dla dzieci. Jednak teraz, gdy jest już w podeszłym wielu, została zamieniona na "nowszy model" i czeka na ciężarówkę i bilet w jedną stronę. Właściciel za życie Vanilli żąda 1500 złotych. Jeśli uzbieramy tę kwotę do dnia 21 maja, uda na się ją uratować. Wpłać pieniądze na konto fundacji xxxxxxxxxxx i pomóż nam zafundować temu kucykowi lepszy los! "
- Cordian.. spojrzała poważnie w stronę sąsiada. - Ja muszę ją odzyskać.