Uwaga!
piątek, 7 października 2016
Od Cordian'a
- Tshhyhy, zostaw ją już bo zaraz całą sierść jej wyczeszesz. - powiedziałem do brunetki, która czesała swojego kucyka już po raz 10 tego dnia.
- Chyba masz rację. - powiedziała, ocierając ręką pod z czoła. Obróciła się i skierowała w moją stronę. Usiadła na werandzie obok mnie i wzięła do ręki szklankę wody, która jej podałem. - Rany… - jęknęła przeciągle i sennie. - Kupiłam konia.
- Widać. - potwierdziłem, biorąc łyk wody ze swojej szklanki.
- Kupiłam konia. Ojciec mnie zabije.
- A to zobaczę. - dorzuciłem. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i posłała mi mordercze spojrzenie. Uniosłem ręce w obronnym geście. - Ale chyba najważniejsze że ją odzyskałaś? Chyba twoje szczęście jest dla niego najważniejsze.
- Taaaa… Patrz. Chyba się polubili. - powiedziała, wskazując ręką trzy sylwetki ganiające się po trawie. Na początku głośna i merdająca Pointa, potem wolno i ociężale kulał kucyk, a na samym końcu Riv, który niezdarnie próbował manewrować między rosnącymi na trawniku tujami.
- Kiedy zamierzasz zabrać Vanillę do lekarza? - zapytałem, podciągając nogę do siebie i oplatając ją rękami.
- Wolę zadzwonić po kogoś. Nie chciałabym narażać jej podróżą.
- Nooo swoje lata już ma.
- Jakby była dobrze traktowana nadal byłaby zdrowym i pełnym sił kucykiem. - zaprzeczyła dziewczyna, gotowa do obrony swojego zwierzątka.
- W porządku. Po prostu dziwie się też, że nie masz do niej żadnych oporów. Czyżby strach przed końmi zniknął? - zapytałem, wrednie się uśmiechając. W odpowiedzi Louisa odwróciła głowę.
- Po pierwsze to nigdy nie bałam się koni, a po drugie to Vanilla to co innego. I czy zamierzasz dalej drążyć ten temat?
- Heh. Nie. Sam czułbym się podobnie, gdyby to był Riv no i wiesz… - ziewnąłem i położyłem się na ciepłych od słońca deskach. Odgarnąłem włosy z twarzy, czując jak promienie ogrzewają moją skórę.
- Nie za dobrze panu? - prychnęła dziewczyna, a gdy otworzyłem oczy zobaczyłem, że pochyla się w moją stronę.
- Owszem, dobrze. - zażartowałem. - A byłoby jeszcze lepiej gdyby ktoś zrobił gorącej czekolady…
- Ale tylko ten jeden raz i wiesz za co. - powiedziała i wstała, wchodząc do domu. Przewróciłem się na bok i zacząłem obserwować wesoło biegającego kucyka. O ile w ogóle można to było nazwać bieganiem. Konik co prawda kulał i był w złym stanie, ale w jego zachowaniu nie widać było żadnych znaków, które wskazywałby na coś niezwykłego. Warknąłem cicho i zagryzłem dolną wargę. Cały ten temat nie dawał mi spokoju. Od tylu lat szukałem kogoś, kto skrzywdził Rivago. Obiecałem sobie, że znajdę osobę, która wstrzykiwała w DNA tych zwierząt sterydy. Nie mogłem jednak powiedzieć Louise, że wszystkie tropy prowadziły do jej matki. O ile jeszcze tego nie powiedziałem. Zakryłem twarz dłońmi i jęknąłem z bezsilności. Wyjąłem z kieszeni kurtki telefon i sprawdziłem pocztę. Najwidoczniej cała agencja została już powiadomiona o wypadku szefa, który ,,zdarzył się kiedy jechał do mnie’’ i ponownie zacząłem otrzymywać zlecenia. Przejrzałem również kilka adresów do znanych domów mody, które niedawno podesłał jeden człowiek z pracy i zanotowałem sobie, żeby później wysłać na nie moje projekty. Najbardziej jednak zaciekawił mnie jeden projekt.
- Lou? - zawołałem, a dziewczyna dokładnie w tej chwili pojawiła się w drzwiach z dwoma kubkami w rękach.
- A kiedy niby dałam ci pozwolenie na zdrabnianie mojego imienia? - zapytała, unosząc jedną brew i podając mi naczynie z czarnym płynem.
- Daawno temu. - powiedziałem, wykonując okrężny ruch głową. Spróbowałem czekolady. Była trochę za słodka i za rzadka, ale wypić się dało. - Hej, słuchaj bo mam robotę i…
- Spoko, nie zatrzymuję cię, tylko błagam cię, nic sobie nie zrób. Nie mam ochoty jeździć z tobą po szpitalach sadach i czym tam jeszcze…
- Dooobra kobieto. Spokojnie. Nie o to chodzi. To będą zdjęcia do przewodnika turystycznego. Kojarzysz to miasto niedaleko?
- To z tą starówką?
- Yhym. Chyba ci robole z Ameryki nie przyjeżdżaliby zwiedzać wieżowców, co? - zaśmiałem się cicho.
- I co z tym miastem?
- No mam zrobić zdjęcia do przewodnika.
- AAAaaa! Dobra! - wykrzyknęła, nagle rozumiejąc o co chodzi. - Będzie tam dużo ludzi i mam iść z tobą? - zapytała.
- Gorzej. - powiedziałem, odstawiając kubek obok mnie. - Mam wziąć stażystę.
Między nami spadała cisza. I trwała przez jakiś czas, aż w końcu przerwał ją śmiech Louisy.
- No chyba cię nie zje! Czego ty się boisz?
- Nie o to chodzi! - broniłem się. - Nie będę sami z nim latał! Chodź z nami. - tę ostatnią część dodałem dopiero po chwili i to głosem, którym archimedes zawołał Eureka, siedząc w wannie.
- A w życiu! - dziewczyna machnęła mi ręką przed nosem. - Jak to będzie wyglądać? Cześć, hej, to jest moja sąsiadka, mieszka niedaleko ale i tak będzie z nami zwiedzać to miasto? - mówiła, grając jak w teatrze.
- Numer z siostrą?
- Siostra, która ma za dużo wolnego czasu i chodzi z bratem do pracy mimo że jest dorosła? No ciekawie… Jakieś jeszcze pomysły?
- Em… Dammit… Babcia na…! - już chciałem wystrzelić z kolejnym pomysłem, ale jej wściekłą mina po usłyszeniu pierwszego słowa skutecznie mnie przed tym powstrzymały. - Dobra! To dziewczyna!
- Co?
- Powiem, że jesteś moja dziewczyną, a że chciałaś ze mną gdzieś wyjść to cię zabrałem na taki spacer po mieście.
- Nie ma mowy. Nie będę pajacować. - zaprzeczyła.
- Louuuuu! - zawołałem błagalnym głosem, obejmując jej rękę powyżej nadgarstka. - Ja z nim sam zginęęęęęęęę!
- Przestań się wygłupiać. - powiedziała, wyrywając rękę z mojego uścisku. Popatrzyła przez chwilę przed siebie i odwróciła się do mnie. - Ale tylko pod warunkiem, że jak będziemy w mieście to pójdziemy do weterynarza i poprosimy, żeby przyjechał obejrzeć Vanillę. Może być?
- Dziękuję! - wykrzyknąłem, a mój głos został zniekształcony przez to, że przyciskałem twarz do desek, na których leżałem plackiem.
- To kiedy to jest?
- Emmm jutro. No dobra, to ja już będę się zbierać. - powiedziałem, wstając i poprawiając kurtkę. Zagwizdałem w stronę Rivago, który również zaczął kierować się w stronę furtki. - Ubierz się w coś wygodnego. Zobaczysz jak mozolną pracą jest wykonanie kilku ciekawych i ładnych fotek! - zawołałem opuszczając ogród i biegnąc w stronę domu.