Uwaga!

piątek, 7 października 2016

Od Lou

Piętnaście minut po jedenastej następnego dnia do willi fotografa zapukała znajoma osoba.
- No hej. - drzwi otworzył niemal natychmiast.
- Hej, przepraszam za spóźnienie..
- Nic nie szkodzi. Wiedziałem, że się spóźnisz.  - mruknął przeczesując włosy do tyłu
- Skąd? - zmrużyła oczy oczekując jakichkolwiek wyjaśnień
- Zawsze się spóźniasz. - zaśmiał się
- Nieważne. Masz aparat?
- Po co aparat?
- No jakiś zbędny. Nie będę sterczeć i patrzeć jak robicie zdjęcia, mój boyfriendzie. - przewróciła oczyma.
- Piszesz się na to? - to było raczej stwierdzenie, niż pytanie, ale Lou widziała, że jej sąsiad w jakiś sposób się cieszy, że nie pojedzie do miasta sam.
- Jeśli dostanę swój aparat, to nawet chętnie. Nawet za cenę bycia Twoją dziewczyną. - Clark uśmiechnęła się delikatnie przewracając ironicznie oczyma.  Nie podobał jej się ten pomysł, ale co poradzić? Przynajmniej nie będzie wredną egoistką..


O 12 stali już na głównym rynku starego miasta.
- I gdzie ten Twój stażysta? - prychnęła dziewczyna oglądając swoje urządzenie.
- Będzie o pierwszej.
- Więc mamy godzinę wolną.Co powiesz na lody, albo kubek czekolady?
- Przy tamtym rogu mają takie rzeczy. I to nawet dobre.
- Więc chodźmy! Mam straszną ochotę na coś słodkiego. - ani jej, ani Cordianowi nie uszło uwadze to, że dzisiaj od niej bił ogromny optymizm. Tak zwany dobry dzień spowodowany prawdopodobnie odnalezieniem małego, czarnego kucyka.
Dziewczyna zajęła stolik na zewnątrz, gdy Resteez poszedł do środka złożyć zamówienie. Wtedy jak na zawołanie obok Lou pojawiły się koleżanki z jej starej szkoły.
- Lou, kochana! Co tam u Ciebie? - cała czwórka zaczęła mówić jedna przez drugą. - Wiesz, że Madie wychodzi za mąż? W czwartek ma wieczór panieński! A jak tam z Tobą? Masz dzieci?
Clark niemal zachłysnęła się wodą.
- Dzieci? - jęknęła patrząc na dziewczyny.
- Męża?
- Męża? - powtórzyła patrząc na nie jak na wariatki. - Nie mam nikogo. Jestem sama i wolna. - odpowiedziała zgodnie z prawdą czując na sobie zdziwione pary oczu tak jakby pytające: Ale jak?! To tak w ogóle można..? Biedna.. Nie ma życia.. dziwak.
W tym momencie ktoś objął ją od tyłu i przytulił się do jej ramienia.
- Hej, skarbie. - usłyszała głos. Nie byle jaki głos. Cordian. - O! Zapoznasz mnie ze swoimi koleżankami? - pocałował ją w policzek. 
- Pewnie. Dziewczyny, to jest.. - chłopak przerwał jej w połowie zdania.
- Resteez Vinci. - skinął głową, na co obce dziewczyny zaczęły się peszyć. Widać było, że każda z nich znała te nazwisko. - Partner Lou. - uśmiechnął się.
Brunetka na zewnątrz była niezwykłą aktorką, ale w środku czuła się.. no dziwnie. Co tu się właśnie stało? Cordian pomógł jej pozbyć się wścibskich rąbidup, a dodatkowo.. dał im popalić. Gdy tylko to usłyszały, ich uśmiechy zaczęły się zmniejszać. Burknęły coś jeszcze i odeszły. 
- I jak? Cieszysz się, że te dziewuchy nie będą miały o kim plotkować?
-  Cieszę. I jestem Ci wdzięczna, ale.. 
- Ale?..
- Za policzek masz w twarz. Nie rób tak nigdy więcej. - zaakcentowała słowo NIGDY i otworzyła kartę z menu. 
Odpowiedział jej tylko lekki śmiech. 
- I co zamówiłeś? - Louisa siadając przy stole jakby całkowiecie odbiegła od tematu. 
- Zobaczysz. Ale takich smaków jeszcze nie jadłaś. 
- Popatrz! - wskazała na banner na jednej z rynkowych tablic.
- Gdzie?
-Tamta tablica. Czerwone tło. - napis był zbyt daleko aby odczytać ale metodą domysłów...
Dziewczyna wyciągnęła swój aparat i zaczęła kręcić obiektywem. Wystarczyła odpowiednia ostrość i można było odczytać numer telefonu. Klinika weterynaryjna. Lou od razu wyciągnęła telefon i umówiła swojego kucyka na wizytę weterynarza i kowala.
-Nie boję się koni. - mruknęła grzebiąc łyżeczką w lodach. - Znaczy... boję, ale tych dużych. Vanillia była dla mnie wielka
.. jakieś piętnaście lat temu. Gdyby to był koń.. Wątpie czy bym próbowała go odzyskać.
Spojrzała na zegar, który wskazywał wpół do.