- I gdzie ta dziewczyna? - zapytałem na głos, stając pod ścianą jednego z budynku. Właśnie opuściłem sklep z ubraniami, w którym mało nie dostałem zawału, oraz na szczęście pusty sklep malarski. Przechodzący ludzie obdarzali mnie zaskoczonymi i zdziwionymi spojrzeniami. Tak, mój obiór był dziwny, ale przynajmniej nie była to sukienka. Nie mogłem po prostu być ‘pospolitym’. Odłożyłem płótna, ramy i nowo kupione farby na bok i przyjrzałem się mojej koszulce. Biały podkoszulek, związany na dole tak aby odsłaniał kawałek brzucha. Do tego całkiem osobliwe spodnie, który wyglądały jakby miały zaraz spaść, gdyby nie dwa paski opinające się wokół bioder. Co prawda nie lubiłem negliżu, ale szukając wśród półek starałem się wybrać coś zdecydowanie nie zwyczajnego. Narzuciłem na ramiona (a właściwie to tak żeby zwisała poniżej ramion) niebiesko-białą flanelową koszulę.
Już miałem zacząć poszukiwania brunetki, gdy nagle usłyszałem głos. Dobrze znany głos.
- Co ona wyprawia? - prychnąłem pod nosem, udając się w stronę, z której dobiegał dźwięk.
,,You flee my dream come the morning,
Your Scent – berries tart, lilac sweet’’
W oddali zauważyłem grupę ludzi. Uprzedzony swoim strachem, postanowiłem nie podchodzić. Obszedłem zgromadzenie dookoła. W końcu znalazłem dziurę. Moim oczom ukazała się… LOUISA W SUKIENCE?! Zaskoczony prawie nie upuściłem trzymanej w ręce ramy. Usiadłem na kostkach i zacząłem się cicho śmiać. Strój zdecydowane pasował dziewczynie, chociaż gdybym to ja miał zaprojektować tą sukienkę zdecydowanie zmieniłbym dużo szczegółów.
- No proszę, proszę. Zostawić cię na chwilę i… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ znów się roześmiałem. Z pewnością musiałem wyglądać jak idiota.
,,The wolf I will follow into the storm,
To find your heart, its passion displaced’’
Westchnąłem i sięgnąłem do jednej z toreb. Wyciągnąłem płótno i owinąłem nim ramę. Z foli od opakowania zrobiłem paletę, na która wyłożyłem trochę farb. Wymieszałem za pomocą szpatułki kilka potrzebnych odcieni i wyjąłem nowo kupione pędzle. Spojrzałem jeszcze raz na dziewczynę. Oświetlenie było wręcz idealne, więc zabrałem się za odmierzanie proporcji.
W miarę jak budynki miasta przekazywały sobie kolejne słowa pieśni, na białym płótnie pojawiły się kreski z błękitu, pomarańczy, brązu, żółci i wielu innych.
,,I know not if fate would have us live as one,
or if by love’s blind chance we’ve been bound’’
Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech. Nie obchodził mnie widok, głos, czy słowa pieśni. Nic samego w sobie. Melodie muskały moje zmysły. Spojrzałem na powstałe dzieło. Nagle usłyszałem czyjeś kroki.
- Ciekawy strój. - zagadał Rober, po czym usiadł obok mnie. Przez chwilę przyglądał się temu co stworzyłem, a potem przeniósł wzrok na dziewczynę. - Wooah. Zazrdo dziewczyny.
- Nie jest moją dziewczyną. Bierz ją jak chcesz. - westchnąłem, po czym obróciłem się i posłałem mu delikatny uśmiech. - I tak nie uda ci się.
- Haah. Podoba ci się. - zaśmiał się, dając mi kuksańca w bok. Skrzywiłem się i rozmasowałem bolące miejsce.
- Może. - skłamałem, aby dał mi spokój. Czasem może wydawało się to czym bliższym niż jest, ale żadne z nas nie byłoby dać radę być w związku. Nie wiem jaki był problemu Louisy, aby gdyby nie to to już dawno była by szczęśliwą żoną, oraz chociaż narzeczoną. Ja to natomiast trochę inna bajka. Wychowany bez ludzkiej miłości, jako część stada zwierząt stałem się niczym wilk. Wilk znający swoje miejsce w watasze. Beta warcząca na niższych i walcząca o swoje stanowisko. Beta liżąca alfę i będąca mu ślepo oddana, ale bez uczucia do nikogo.
Wielbię piękno, ale mam własną definicję piękna.
,, To dream of raven locks entwisted, stormy,
of violet eyes glistening you as weep’’
Dziewczyna zakończyła pieśń, przeciągając ostatnią sylabę. Rozległy się oklaski tłumu. Oparłem ramę o ziemię, opierając się o nią rękami, niczym na barierce. Louisa najwyraźniej dopiero po chwili nas zauważyła, gdyż była zafascynowana rozmową z dziewczyną grającą na gitarze. Podbiegła do nas, powiewając w powietrzu sukienką.
- Byłaś świetna! Genialnie śpiewasz! - zawołał Robert i poderwał się z ziemi, żeby uściskać dziewczynę. Ta oddała delikatnie i puściła go, podchodząc do mnie.
- Dobrze, że nie założyłeś sukienki. - uśmiechnęła się, lustrując wzrokiem mój strój.
- Hej, Reeztez! Pokaż jej to! - zawołał stażysta dotykając ręką kawałek ramy, którą trzymałem płótnem do siebie.
- To nie jest konieczne. - odparłem obojętnie, odwracając głowę.
- Nooo co jest! Tak fajnie ci wyszło! - zawodził chłopak.
Nie wiadomo skąd pojawił się nagle w moim środku gniew. Warknąłem cicho i poderwałem się do góry.
- Wracam do domu. Róbcie sami te zdjęcia. - prychnąłem i ruszyłem jedną z uliczek. Po chwili usłyszałem za mną czyjeś kroki.
- Cordian! Oszalałeś? Jesteśmy w innym mieście! Jak zamierzasz wrócić? - zawołała Louisa, łapiąc mnie za ramię i zatrzymując.
- Na piechotę! - krzyknąłem i wcisnąłem w ręce dziewczyny obraz. Ruszyłem szybkim krokiem przed siebie, byle by tylko znowu znaleźć się w samotności. W lesie. Wśród tych, którzy nie tworzą problemów i rozwiązują je w prosty sposób. Wśród tych, którzy nie są ludźmi.
Obraz zajmował mniej więcej okrąg na płótnie i był złożony z prymitywnych kresek i pociągnięć. Przedstawiał brązowowłosą dziewczynę w niebieskiej sukience, trzymającą skrzypce, pośród budynków miasta. Wokół jej głowy działa się istna bitwa promieni światła i kolorów.
Mniej więcej to:
