Zdenerwowana Lou wzięła do ręki nowy telefon i natychmiast rozłączyła.
- Nie chcę. - bąknęła niczym małe, rozkapryszone dziecko. - Moja matka nie zrobiłaby czegoś takiego.
- Znałaś ją zaledwie pięć lat!
- No i tyle wystarczy! - krzyknęła. Z jej oczu biła wściekłość. - A Vanillia została sprzedana innemu dziecku. Chłopak razem ze swoim dziadkiem specjalnie po nią przyjechali. Została sprzedana tylko dlatego, żebym na niej nie jeździła, bo wtedy wielkością była dla mnie jak Rivago teraz.Wszystko się zgadza, a fundacja, jak każda inna chce odkupić konia przeznaczonego na rzeź, nie wiedząc, że ja go odkupię. Mam na to swoje własne pieniądze. Były przeznaczone na naprawę skrzypiec, ale jeśli mogę coś zrobić dla tego kuca, to to zrobię i wydam te pieniądze, chociażby nazajutrz miała umrzeć, to wiem, że nie zrobi tego w ciężarówce, lub na rzeźni, tylko w domu. Swoim domu ze mną.
Chłopak nie miał pojęcia, czy widział już Clark w takim stanie jak teraz. Jej wściekłość, a za razem upór i wola walki sięgnęły zenitu.
- Ty nawet jakbyś chciała, to i tak nie dasz rady się nie upierać przy swoim, co? - uśmiechnął się przeczesując do tyłu włosy.
- Po prostu idź się ubierz. - przewróciła oczyma i gdy chłopak wszedł do domu, usiadła na schodkach. Zaczęła szperać w swojej torebce. Najpierw w jej ręce wpadł portfel. Otworzyła go i jeszcze raz przeliczyła pieniądze. 2000. Jednak jej stres wcale się nie zmniejszał. Nie wiedziała ile czasu przeszukiwała torebkę. Zestresowana przypomniała sobie sytuację w końcu sprzed tygodnia, gdy Paul wcisnął w jej ręce paczkę papierosów. Podarował jej ją mówiąc, żeby wyciągnęła jednego, gdy nie będzie mogła wytrzymać. Miała nadzieję, że biało-czerwona paczka odnajdzie się w bałaganie. Nie było jej. Szukała też po bocznych kieszeniach, a na końcu w akcie desperacji przewróciła czarną torbę do góry dnem i wysypała wszystko na kostkę. Wszystkie drobne rzeczy pogubiły się w bluszczu obok, a ona głośno westchnęła trzymając małą paczkę w ręce. Wyciągnęła jedną sztukę używki i chwyciła w drżące ręce zapalniczkę. Przytrzymała guzik i zobaczyła mały ogień. Już sam widok ognia ją uspokajał. Podpaliła biały koniec i już miała się zaciągnąć, kiedy nie wytrzymała i wyrzuciła papierosa pod nogi. Ugasiła ogień i wrzuciła pogniecioną sztukę do pudełka ciskając nim w dal i krzycząc: JA NIE MOGĘ! Gdy tylko paczka trafiła za płot, dziewczyna schyliła się i schowała głowę w swoich kolanach. Cordian wszystko widział, ale nie powiedział ani słowa. Dopiero, teraz, gdy już było po wszystkim.
- Lou..?
- Boże! - podskoczyła odwracając się w jego kierunku.
- No już. Schowaj wszystko z powrotem do torebki. I nie stresuj się tak. Jedziemy.
- Ty..
- Czy widziałem? Tak. Widziałem. Stoję tu od jakiegoś czasu, ale interesowało mnie co zrobisz.
- Ja Cię prze.. - już chciała się tłumaczyć, ale po raz kolejny Vinci przerwał jej wypowiedź.
- Nie przepraszaj. Wycisz się przed jazdą, bo nie zamierzam drugi raz skończyć w przepaści. Brawo dla Ciebie, że tego nie zrobiłaś.
Gdy wsiedli do samochodu, mało się odzywali. Widać było, że Louisa nie miała ochoty na żadną rozmowę, a Resteez nawet nie próbował po raz kolejny wytrącać jej z równowagi.
- Gdy już było po wypadku, nie wiedziałam co się stało z mamą. Tata mówił mi, że jej po prostu nie ma, a ja nie rozumiałam o co chodzi. Dopiero na pogrzebie. Okropnie płakałam. Nie chciałam pozbywać się Vanilli. Tata też uznał, że jeśli ją sprzeda tak po prostu, to moje serce będzie okropnie rozdarte, więc wtedy obejrzałam po raz pierwszy " Przeminęło z wiatrem" i scena, gdzie dziewczynka ginie na czarnym kucyku tak mną wstrząsnęła, że sprzedaż kucyka, nawet tego, którego strasznie kochałam, nie było już trudne.
- Brutalne.
- On dobrze wiedział co robił. Zadziałało, a ja z powodu braku matki musiałam dorosnąć trochę wcześniej.
- A.. Jak to się w ogóle dzieje, że teraz jedziesz? Przecież...
- Jestem na pięciu silnych tabletkach przeciwbólowych. - mruknęła patrząc właśnie na zmieniające się światło i wskazując ręką na białe pudełko w schowku.
- Przecież to jest bardzo mocny lek.
- Myślisz, że o tym nie wiem?
Gdy w końcu dojechali przed metalową bramę, ich oczom ukazała się stodoła i brzydki, odrapany magazyn.
Louisa z prędkością światła wyskoczyła z pojazdu i zadzwoniła na dzwonek. Do furtki dobiegł duży berneński pies pasterski. Zaczął szczekać i warczeć na dwójkę obnażając przed nimi swoje kły.
Dziewczyna, która nie doczekała się odpowiedzi, nie patrząc na zagrożenie otworzyła furtkę i weszła do środka jednym gestem uspokajając bestię.
- No już. - położyła rękę na jego łbie. I w momencie, w którym Cordian już chciał krzyknąć: OSZALAŁAŚ?! berneńczyk zaczął łasić się do jej zdrowej nogi.
- Czego?! - zza muru wyszedł gospodarz przeklinając pod nosem.
- Dzień dobry! Wspaniałego ma Pan psa! - uśmiechnęła się, chociaż oczy mężczyzny powiększyły się do niesamowitych rozmiarów.
- On nigdy nie wpuszcza obcych. - podrapał się po głowie zdejmując na chwilę czapkę.
- Może ja nie jestem obca? - stwierdziła Lou. Przecież po jej podwórku biegało jedenaście takich psów. Może to jest potomek jednego z nich?
- Przyjechałam, bo słyszałam, że ma pan na sprzedaż czarnego kuca.
- A no mam! Ale nie rozumiem po co. Ona jest już stara i nic nie chce robić. Nic tylko się pozbyć! Już z resztą mam nowszego.
- Są jednak ludzie, którym pasują takie stare kuce. - wtrącił się do rozmowy Cordian.
- A przestań Pan! Idioci!
- Nie koniecznie. Czy mogłabym ją obejrzeć? Bo przyjechałam tutaj z zamiarem jej definitywnego kupna, więc nie rozumiem o co chodzi.
- A pewnie. Tylko ją przyprowadzę.
- Mogę iść za panem?
- A jak Pani chce, to niech se pani idzie.
Clark zawołała gestem ręki swojego 'brata' i podpierając się kulami, doszła z rolnikiem do małej szopki. Już na odległość bił z niej chłód, pleśń i brud. Otworzył drewniane, grube drzwi, a oczom trójki ukazała się mała czarna klacz.
Pierwszym, co dało się usłyszeć był szloch dziewczyny. Ale nie był to zwykły szloch. Był tak głośny, że dało się nim zagłuszyć wycie niejednego psa.
- Boże, Vanillia! - Lou była cała w łzach. Widocznie kucyk czuł od niej ciepło i od razu podszedł, a ona ukucnęła mając cały czas jedną nogę wyprostowaną. Nie była już taka jak kiedyś. Kolor sierści, przycięcie grzywy, czy chód się nie zmienił, ale sierść była brudna i zlepiona, a kopyta nieprzycięte i zaniedbane. Grzywa za to, rozczochrana i nierówna.
- Vanillio, to Ty! - szepnęła przez łzy przytulając szyję małego konika, w którego niemalże wpłynęło nowe życie.
Dotychczasowy właściciel uniósł jedną brew patrząc niezrozumiale na Vinciego, ale ten uspokoił go bladym uśmiechem.
- Louisa, to dziewczyna, od której kupiliście tego kuca piętnaście lat temu.
- Ta mała Lou, która nie chciała rozstać się z kucykiem? - facet jakby od razu się uśmiechnął.
- Dokładnie. - zaśmiała się przez łzy wciąż tarmosząc małe, czarne cudeńko. Odwróciła się w stronę gospodarza wciąż przytulając do siebie brudne zwierze.
- Czy mogę ją w tej chwili od pana odkupić? - spojrzała na faceta z błagalnym wzrokiem.
- No nie wiem. - oparł się o ścianę - No przecież nie jestem potworem. Sprzedam Ci ją.
- Aaaaww. - pisnęła ze szczęścia tarmosząc pysk i chrapy zwierzęcia.
Była tak zajęta, że nie zauważyła, gdy Cordian wyciągnął z portfela 1500 złotych i wręczył je rolnikowi.
- Cordian, nie. - zaprzeczyła patrząc na niego.
- Tyle mogę zrobić. - wzruszył ramionami i nie spostrzegł kiedy dziewczyna wstała i mocno go przytuliła.
- Dziękuję. - szepnęła do jego ucha cały czas patrząc na kuca.