Uwaga!

sobota, 17 września 2016

Od Cordian'a



- Nie strasz. - powiedziała dziewczyna po chwili ciszy.
- Uh?
- Myślałam, że coś ci się stało, jak zadzwoniłeś.
- Aż tak się do mnie przywiązałaś przez ten krótki czas? - zaśmiałem się, przewracając na bok i podpierając głowę na łokciu. W ten sposób miałem dobry widok na jej wpatrzoną w niebo twarz.
- Coś ty. Ale jakbyś umarł to ja bym miała najwięcej problemów. - powiedziała, tym razem pozbawionym emocji głosem.
- A ja za to mam lekkie Deja vu. - zaśmiałem się. Byłem wręcz pewny, że ta rozmowa miała już raz miejsce. - Jak tam w domu?
- Co? A tak. Znaczy dobrze. Tata po twoim pokazie kulinarnym zaczął czytać książki kucharskie. Chyba tak łatwo się nie podda. A Pointa, jak zwykle. Ciągle dokazuje. A czemu do mnie zadzwoniłeś?
- Haaah… - jęknąłem, z powrotem kładąc się na trawie. Co miałem jej powiedzieć? Że jest wystarczająco wkurzająca, aby spowodować u mnie jakieś wyrzuty sumienia? - Moje życie jest popierdolone.
- Widać. Em… mógłbyś powiedzieć swojej krowie, żeby się odsunęła. Jest trochę niebezpiecznie blisko mojej głowy.
- Riiv! - zawołałem lekko śpiewającym głosem. Wbrew oczekiwaniom dziewczyny koń nie odszedł, a zbliżył się do nas. Wyciągnąłem rękę i nadal nie wstając pogłaskałem go po opuszczonej głowie. Spojrzałem na dziewczynę. Ta leżała cała spięta, a w jej oczach widać było zarówno strach jak i złość. W pewnym momencie po prostu poderwała się na nogi i odbiegła kawałek dalej.
- Ja tak nie mogę. - zaprotestowała. Z westchnieniem również podniosłem się do pozycji stojącej i ruszyłem w jej stronę.
- Jak wolisz. Chodź do środka. Wczoraj wieczorem dużo piekłem, więc możemy zjeść coś słodkiego. - powiedziałem, gestem zapraszając ją do domu. Louisa niechętnie pokiwała głową i udała się za mną.
- Niedługo muszę wrócić do domu. Jeszcze dużo roboty czeka.
- Jasne, jasne. A i… - przed samymi drzwiami obróciłem się, unosząc dłoń do góry. - … em… nie zwracaj uwagi na ten… ‘artystyczny nieład’. - zakończyłem i z wrednym uśmieszkiem otworzyłem szeroko moje ‘wrota’. Doprawdy, mina dziewczyny, wywołana podłogą zawaloną… lub też lepiej powiedzieć ledwo widoczną podłogą spod stosu książek, artykułów malarskich, ubrań, tkanin i innych takich był bezcenny. Jeszcze tylko kamera by się przydała.
- Mówiłeś że co mam robić? - zapytała lekko zakłopotanym głosem.
- Heh… takie tam… rozłożenie rzeczy… - mówiłem, lekko się uśmiechając.
- Co proszę? - zapytała dość niebezpiecznym, lub też ostrzegawczym głosem.
- No bo jak są powpychane do szuflad to nie mogę nic znaleźć a na biurkach i takich tam skończyło mi się już miejsce. - kontynuowałem, wykonując nieokreślone ruchy rękami.
- Skończyło ci się już miejsce? Resteez spod tych gratów to podłogi nie widać! Jak na mam niby przejść do kuchni?! Przecież na środku tego korytarza stoi naturalna brama warowna zbudowana ze sztalug! A przed nią leży fosa bluz! - wykrzykiwała lekko wkurzona dziewczyna. Pffft… lekko… Bardzo.
- Po tym. - odpowiedziałem cicho, wskazując na zwisającą z haka koło żyrandola linę. Aby zademonstrować, wziąłem rozbieg i skoczyłem, łapiąc zwisający sznur. Podciągnąłem wysoko nogi, przeskakując nad poustawianymi ramami i innymi przedmiotami. Gdy bezpiecznie wylądowałem na specjalnie przygotowanym do tego celu kawałku wolnej podłogi usłyszałem kpiący głos dziewczyny.
- Jesteś chyba jedynym człowiekiem na świecie, który przez własny przedpokój musi ‘przelatywać’ na linie, bo nie ma jak przejść.
- Jasne, jasne. To idziesz? - zawołałem w jej stronę.
- Zwariowałeś?! Umiem huśtać się na linach ale nie mam zamiaru zderzyć się z ścianą lub z tą barykadą.
- Jak wolisz. Poczekaj na ganku. Przyniosę jakieś ciasto. - pomachałem jej i zniknąłem w kolejnym pokoju. Podążałem kolejnymi, mniej lub bardziej zawalonymi korytarzami, aż w końcu dotarłem do kuchni, jedynego posprzątanego pomieszczenia. O ile posprzątanym można nazywać wszędzie rozwalone naczynia i garki. Były one jednak czyste. Ogólnie w całej kuchni było czysto. Mimo tego, że w moim domu panował wieczny bałagan to zawsze utrzymywałem go w czystości. Co prawda odkurzanie podłogi przy tych porozwalanych gratach było trudne, ale jak widać możliwe.
            Po około 15 minutach dotarłem z powrotem na taras. Przeniesienie tych kilku talerzy na linie nie było łatwym zadaniem. Ja jednak miałem już pewnego rodzaju wprawę. Usiadłem koło dziewczyny, podając jej talerzyk i nakładając na niego sporych rozmiarów kremówkę. Louisa dokładnie obejrzała porcelanę, a następnie ciastko.
- Masz ciekawe naczynia. - mruknęła, biorąc ode mnie widelczyk. Sam spojrzałem na swój talerz. Biały, z pokrytymi złotą farbą brzegami, układającymi się w roślinne wzroki. Właściwie była to jednak z niższej rangi zastawy, ale niech myśli co tam chce. Podparłem brodę na łokciu, patrząc jak dziewczyna pochłania ciasto.
- Smakuje? - zaśmiałem się lekko, gdy obróciła się w moją stronę z pełną ciasta buzią.
- Jak zawsze. - odpowiedziała i widać było, że jej humor się poprawił. Będę musiał sobie zanotować, że uspokajają ją słodycze.
- Prawdę mówiąc, to nie mogę wyobrazić sobie dalszego życia bez twojego ględzenia. Jesteś jednym z nielicznych ludzi, którzy mi nie przeszkadzają.
- Mam się czuć zaszczycona?
- Moż… - uciąłem, ponieważ nagle usłyszeliśmy odgłos silnika samochodowego. Odgłos, który dobierał od strony furtki. Wstałem i gestem nakazałem Louis’ie, żeby została na tarasie. Sam udałem się w stronę dźwięku. I miałem złe przeczucia.
                 Pierwszym co zobaczyłem po otwarciu drzwiczek była gęba. I to akurat ta gęba, której najbardziej nie chciałem oglądać.
- Zaskoczony, Re-e? - dobiegł mnie męski głos. Tylko jedna osoba mnie tak nazywała. Ta osoba miała około dwóch metrów, krótkie ciemne włosy, 30 na karku i dobrze zbudowane ciało.
- Czym zawdzięczam wizytę? - warknąłem, opierając się od furtkę i nie mając najmniejszego zamiaru wpuścić nieproszonego gościa do środka.
- Wiedziałem, że do miasta nigdy nie przyjedziesz, więc sam się tu wybrałem. - mężczyzna zamknął drzwi od samochodu i zaczął iść w moją stronę.
- Po co?
- Musimy porozmawiać na temat pewnych rzeczy.
- Jakich? - gdy znalazł się na wyciągnięcie ręki odsunąłem się do tyłu. Trochę przeszkodziła mi w tym brama.
- Twoje projekty. Możesz z nim zdziałać bardzo dużo. Możesz dostać się na rynek między narodowy. Mógłbyś opuścić ten kraj, kupić swoją własną wyspę i tam zamieszkać. Bez nikogo. - kontynuował, jedną ręka dotykając moich włosów, a drugą delikatnie mnie do siebie przyciągając. Nie obrzydzało mnie to, ani też nie było mi jakoś szczególnie przyjemnie. - Ty jednak musisz spełnić część swojej umowy…
- Znajdź sobie jakąś prostytutkę. - prychnąłem, odtrącając jego rękę.
- Huh? Przecież nigdy nie miałeś z tym problemów. Poza tym, dobrze wiesz, że jesteś lepszy.
- Koniec. Mogę osiągnąć to co chcę, jak chcę. A chcę zostać tu i robić to co teraz. Nie zamierzam zostawiać tego co mam tutaj i osób które zn… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ mężczyzna przyciągnął mnie do siebie, mocno całując. Położyłem ręce, aby go odepchnąć, jednak jego uścisk było dużo silniejszy. Walczyłem jeszcze przez chwilę, lecz poddałem się gdy tylko jego język wdarł się do wnętrza moich ust. Czemu stawiałem mu opór? Co miałem zyskać przez walkę? Jeśli mogę robić to co kocham, czyli zajmować się fotografią i sztuką, to nie obchodzi mnie co będzie z całą resztą. Dlaczego więc czuję się, jakbym został pokonany?
Z zamyślenia i pocałunku wyrwał mnie zaskoczony, kobiecy głos.
- Resteez?!