Uwaga!
sobota, 24 września 2016
Od Cordian'a
- Kurw… - warknąłem widząc pobitą szybkę urządzenia, które najwyraźniej zdecydowało się odmówić posługi. Rzuciłem nie zdatną do użytku maszynę i ułożyłem delikatnie dziewczynę na ziemi. Przy każdym ruchu na jej twarzy było widać grymas bólu. Najdziwniejsze było to, że w porównaniu do obrażeń dwójki pozostałych pasażerów, mi nic się nie stało. Przynajmniej zewnętrznie.
Podszedłem do najbliższego drzewa, w tym przypadku sosny i usiadłem na miękkim mchu, opierając się o pień. Uniosłem głowę żeby spojrzeć na błękitne niebo poprzez rozłożyste gałęzie. Mój widok zaczął przesłaniać dym. Istniała nadzieja, że ktoś go zauważy i przyjdzie z pomocą. Wróciłem wzrokiem do dwóch leżących sylwetek, tonących w szarej mgle. To wszystko zaczynało przypominać kiepski film akcji. Taki bez happy-endu.
- Lou? - zapytałem słabym głosem. Kiedyś słyszałem, że z rannymi najlepiej utrzymywać jest kontakt.
- Cordian?
- Szybko się przyzwyczaiłaś do tego imienia, co? - powiedziałem, delikatnie się uśmiechając. - To było głupie…
- Zachowaliśmy się jak jakieś naćpane dzieciaki.
- Chcieliśmy uratować czyjeś życie.
- A wyszło przeciwnie. - Huh? Przeciwnie? W jednej chwili poderwałem się i podbiegłem do leżącego mężczyzny. Schyliłem się nad nim i sprawdziłem oddech. Żył. Co prawda był gorący niczym kaloryfer w zimę, ale żył.
- Masz pojęcie, gdzie jesteśmy? - zapytałem, wstając.
- Khy, khy – zakaszlała. - Nie przypominam sobie takiego urwiska.
- No pięknie. Wiem, że niby zawsze może być gorzej, ale w tym wypadku to… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ nagle usłyszeliśmy huk. A ja dodatkowo poczułem ból. Upadłem na kolana, łapiąc się za przedramię, w którym poczułem nagły, ostry i piekący ból. Chwilę później moja dłoń pokryła się czerwonym płynem. - Co jest? - warknąłem.
- Cordian?! - zawołała Louisa, próbując się podnieść. Kątem oka zauważyłem jednak, że uniemożliwił jej to ból i z sykiem opadła na ziemię. Huk, rana, myśl, myśl Resteez! Strzał! To musiała być jakaś broń palna. A skoro broń palna, to i człowiek!
- Halo! Pomocy! - krzyknąłem. W odpowiedzi usłyszałem kolejny huk i poczułem jak coś przecięło powietrze kilka metrów ode mnie. Obejrzałem się w stronę, z której został wystrzelony pocisk. - Nie jesteśmy uzbrojeni! Mieliśmy wypadek i potrzebujemy pomocy!
Nagle dało się słyszeć szelest i z krzaków wyszło 7 mężczyzn ubranych w kombinezony moro, hełmy i trzymających karabiny.
- To… jakiś żart?! - zawołałem zaskoczony, mocno ściskając krwawiącą rękę.
- Co tu robisz? - burknął jeden z żołnierzy. - To jest ściśle tajny teren specjalnych ćwiczeń wojskowych. Obce osoby nie mogą tutaj wchodzić.
- Huuh?! - z deszczu pod rynnę? Chociaż służba wojskowa musiała mieć własny szpital. - Proszę, pomóżcie im! - powiedziałem, prawie błagalnym głosem, zdrową ręką wskazując na dwie leżące osoby. Proszenie na kolanach (czyli w pozycji, w której się właśnie znajdowałem) było zdecydowanie wbrew moim zwyczajom, ale to była wyjątkowa sytuacja.
- Pytam co się stało, i co to był za wybuch. - warknął gardłowym głosem jeden z żołnierzy, a ja poczułem zimno stalowej lufy na moim gardle.
- Jesteście wojskiem, czyż nie? - spytałem z wrednym uśmiechem na twarzy. - Nie powinniście pomagać obywatelom, zamiast w nich celować? - dokończyłem, co jeszcze bardziej spotęgowało jego gniew.
- Zabrać ich wszystkich do medyka. Potem jeszcze dowiemy się więcej. - żołnierz skinął na swoich towarzyszy, którzy już zaczęli robić prowizoryczne nosze z gałęzi. Gestem pokazałem im, że nie potrzebuję pomocy i obwiązałem krwawiącą rękę kawałkiem materiału oderwanym od koszulki. Zbliżyłem się do leżącej na noszach Louisy.
- I co? - zapytałem, delikatnie się uśmiechając.
- Masz szczęście. - prychnęła dziewczyna.
- Hej, wiem, że martwisz się o swoją dziewczynę, ale czy mógłbyś odejść na bok? Utrudniasz. - zawołał twardym głosem jeden z żołnierzy.
- Nie jestem jej chłopakiem, tylko bratem. - skłamałem, wiedząc, że później to małe kłamstwo mi się przyda.
- Cokolwiek. Jak tak palisz się do pomocy to pomóż innym przy tym drugim.
- Chyba spasuję. - uśmiechnąłem się delikatnie, dotykając opaski uciskowej na moim ramieniu.
Po pół godzinie przedzierania się przez las dotarliśmy do polowego szpitala-baraku, w którym panowały nadzwyczaj sterylne warunki. Dwie pielęgniarki zajęły się Louisą i mężczyzną, podczas gdy do mnie podszedł lekarz w białym fraku. W duchu dziękowałem, że przynajmniej ta grupa naburmuszonych dryblasów została na zewnątrz. Choć w sumie nie przeszkadzała mi ich ilość. Może dlatego, że przez te ich mięśnie, IQ całej grupy łącznie było równe IQ przeciętnego człowieka.
- Co się stało chłopcze? - zapytał już lekko siwiejący facet.
- Wypadek.
- Nie wyglądasz jakbyś był pod wpływem narkotyków, albo alkoholu. - stwierdził, dokładnie mnie oglądając.
- Haaah. To trochę inna historia. - syknąłem, kiedy doktor zabrał się za odwijanie rękawa od mojej bluzy, aby dostać się do rany.
- Z chęcią bym jej wysłuchał.
- Tooo tamten facet to mój szef. - powiedziałem, krzywiąc się w bólu, podczas gdy lekarz starał się wydobyć pocisk z rany. - I zrobił coś, czego nie powinien, więc moja siostra uderzyła go deską w głowę. I upadł w błoto. I dostał zakażenia. I chcieliśmy go zabrać do lekarza. I jechaliśmy bardzo szybko, bo był w złym stanie. I goniła nas policja. I wjechaliśmy do lasu. A potem spadliśmy z urwiska, a mnie postrzelili. Koniec! - zawołałem i uniosłem obie ręce, czego pożałowałem. Opuściłem rękę, sycząc z bólu. Całe szczęście, że była to prawa, a ja byłem leworęczny.
- Spokojnie. I tak się już pogubiłem. - zaśmiał się lekarz, rzucając mi karcące spojrzenie. Stwierdziłem, że nie wiercenie się również będzie dobrym wyjściem dla mnie.
- Wszystko z nimi w porządku? - zapytałem, odwracając głowę do dwóch krzątających się pielęgniarek.
- Dziewczyna ma połamane 4 żebra i w dwóch miejsca lewą nogę. - odpowiedziała jedna z dziewczyn tak, jakby było to czymś zupełnie normalnym i codziennym.
- Auć. A mężczyzna?
- Zakażenie. Wystarczy podać mu kilka zastrzyków. Oprócz tego nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.
- A ty jak się trzymasz? - zagadnął lekarz, ciepło się uśmiechając i kończąc zawiązywać bandaż.
- Noo… lekki strach jest. - zaśmiałem się, sprawdzając opatrunek. - Trzeba mieć szczęście, żeby najpierw spaść z klifu pośrodku zadupia, a potem wpaść na szpital polowy.
- To jest życie. Wszystko się wyrównuje. - powiedział mężczyzna, podchodząc do stojącej w rogu szafki i wyjmując z niej kilka kubków. - Zrobię i herbaty na uspokojenie i odzyskanie sił.
- Dziękuję. - odpowiedziałem i wstałem, żeby usiąść koło łóżka, na którym leżała już nieprzytomna Louisa. Oparłem się plecami o ścianę, zdrową ręką łapiąc kosmyk włosów dziewczyny i przyglądając się poczynaniom pielęgniarek. Nawet nie zauważyłem kiedy moje powieki zaczęły robić się ciężkie, a ja odpłynąłem w głęboki sen.