Uwaga!
piątek, 30 września 2016
Od Cordian'a
Kiedy ujrzałem wchodzącą do pomieszczenia postać, moja twarz przybrała poważny wyraz. Na przeciwko mnie stanął wysoki i krępy mężczyzna. Miał krótko przystrzyżone czarne, lekko siwiejące włosy i od kilku dni niegolony zarost. Nosił mundur koloru brudno-ciemnozielonego, który zdecydowanie nie był ubiorem do ćwiczeń. Ledwo powstrzymałem gwizd na widok tych wszystkich odznak wiszących na jego piersi. Z jego twarzy był spokój i powaga.
Wstałem z krzesła i zbliżyłem się do gościa.
- Dobry. - rzuciłem, stając i zaczepiając palcami o pas od spodni. Mężczyznę najwidoczniej mało obchodziła moja postawa, więc przerzucił wzrok na śpiącą dziewczynę.
- Kim jesteście? - powiedział praktycznie bez emocjonalnym głosem. - Obawiam się, że nie macie prawa tu przebywać.
- Chyba jej nie wyrzucisz do lasu? - zaśmiałem się lekko, nie dbając o zwroty grzecznościowe.
- Przewieziemy was do szpitala. Najpierw jednak potrzebuje wasze dane osobowe i dlaczego znaleźliście się w tym miejscu.
- Już opowiadałem. - jęknąłem.
- Każdy może sobie wymyślić taką bajeczkę. - kontynuował nadal nieugięty żołnierz. Zrezygnowany udałem się w stronę mojej kurtki leżącej koło łóżka Lou. Przeszukiwałem kieszenie, wręcz błagając w myślach, aby była tam ta jedna rzeczy. Z ulgą wyciągnąłem coś na kształt małego, oprawionego w skórę zeszytu. Otworzyłem go i zacząłem przerzucać miękki i twarde kartki. Gdy odnalazłem tą konkretną, wyciągnąłem i podstawiłem mężczyźnie pod nos. Ten skrzywił się lekko, ale wziął papier i zaczął czytać.
- Ufam, że nie będą wam potrzebne nasze tłumaczenie i informacje. - odezwałem się, delikatnie wyciągając ‘dokumencik’ z ręki zaskoczonego człowieka. Schowałem go z powrotem do zeszytu, a następnie do kurtki, mają nadzieje, że nikt tego nie znajdzie. Doprawdy, nie lubiłem używać tego wszystkiego, ale były momenty kiedy się przydawało. To wręcz śmieszne, że udało mi się osiągnąć w mojej drugiej pracy aż tyle, kryjąc to pod hobby malarza i fotografa.
- Owszem. Będziemy zaszczycenie jeśli tu zostaniesz i oczywiście pomożesz. - powiedział mężczyzna, lekko się uśmiechając. Zabawne, jak jeden głupi zwitek papieru mógł aż tak bardzo zmienić człowieka.
- Z chęcią czymś się zajmę. - skłamałem, odwracając się do lekarza. Ten jedynie pokiwał głową, jako potwierdzenie, że wezwie mnie w razie jakiegokolwiek wypadku.
- Ekhem! Ja tu żyję! - zawołała leżąca Louisa, przerywając cisza. Ciekawe jak wiele zauważyła z tego co robiłem…
- Oj, nie bądź niemiła. - zaśmiałem się. - Idę się przewietrzyć, a ty odpoczywaj. - powiedziałem, opuszczając szpital. Na zewnątrz dołączył do mnie żołnierz. Odpiął kieszeń i wyciągnął z niej paczkę papierosów.
- Nie waż się palić przy mnie tego gówna. - prychnąłem. Nienawidziłem smrodu papierosów. Człowiek najwyraźniej uznał, że opór jest bezcelowy, więc schował używki z powrotem do kurtki.
- Jestem nadzorcą krajowego zgrupowania obrony, Daniel Fiaro. - przedstawił się mężczyzna.
- Po co mi podajesz swoje nazwisko? Jakbym go potrzebował, już dawno znałbym je, a czy będziemy na ty nie ma znaczenia.
- Hah. Jak zwykle podchodzisz poważnie do swojej roboty. Niesamowite, że ktoś w tak młodym wieku może tyle osiągnąć. - skomplementował mnie mężczyzna, z wyraźnym podziwem w głosie.
- A niektórzy nawet w tak starym jak ty nic nie osiągną. - prychnąłem, rezygnując z uprzejmości. Ruszyłem przed siebie, a Fiaro wyprzedził mnie niedługo potem, wskazując drogę.
Nie minęło dużo czasu, aż znaleźliśmy się w nadzwyczaj nowoczesnym jak na leśne warunki biurze. Daniel stanął koło biurka i wskazał ręką leżący na nim laptop.
- Masz przejrzeć dokładnie ostatnie dane wojskowe. Ostatnio ginie tam dużo pieniędzy. - rozkazał. Posłusznie usiadłem na krześle, nie otworzyłem jednak sprzętu.
- Nie obawiasz się, że mogę zobaczyć tajne dane? - zapytałem, opierając się na łokciu.
- Jakbyś chciał, to dostałbyś się do nich pewnie w inny sposób.
- Raczej. - brawo! Wreszcie zacząłeś myśleć gościu, dodałem w myślach.
Po godzinie pracy podsunąłem mężczyźnie wydrukowaną kartkę pod nos.
- Tyle ginie, gdzie, kiedy, ten bierze, ten daje… - mówiłem, opisując grupki cyferek znajdujących się na niej.
- Interesujące. Swoją drogą Cordian… - Fiaro spojrzał na wydruk, jednocześnie drapiąc się po podbródku.
- Tsh. Resteez. - przerwałem mu. Nie chciałem, żeby ktokolwiek mówił do mnie moim imieniem. No, może Lou. Choć w sumie to nie moja wina, że nie dało się wyrobić dokumentów na pseudonim.
- Resteez. Niedługo i tu się nie ukryjesz. - powiedział, odkładając kartkę.
- Co?
- Uciekłeś do lasu, fotografie. Myślisz, że tu cię nie znajdą? Oni są bardzo wytrwali w eliminowaniu zagrożeń.
- A jakim niby ja jestem zagrożeniem? - zaśmiałem się, odwracając na krześle i siadając okrakiem wokół oparcia.
- Nie musisz udawać. Słyszałem kim jesteś naprawdę, oprócz marnego artysty. Potwierdza to nawet to co przed chwilą zrobiłeś. Mógłbyś obalić cały rząd jeśli byś chciał…
- I dlatego właśnie nic mi nie zrobią. Bo wiedzą, że mam ich w garści. - zakończyłem. - Ale prawdę mówiąc to nie uciekam od prawa… od przeszłości jeśli już.
- Przeholowałeś, co? - zaśmiał się Daniel, opierając się o ścianę i unosząc do ust filiżankę z herbatą.
- Nie mam zamiaru drążyć tego tematu. Zrobiłem wszystko co miałem, reszta leży w twoim interesie. A teraz pójdę już do przyjaciół. - powiedziałem, wstając i kierując się do drzwi.
- Nie myśl, że po prostu od tego uciekniesz. - usłyszałem, wychodząc z domku. Przyśpieszyłem kroku, jakbym chciał jak najszybciej zostawić tamto miejsce i rozmowę za sobą. Włożyłem ręce do kieszeni i zacząłem poszukiwać jakiegokolwiek ołówka lub kartki. Warknąłem, gdy nie znalazłem nic podobnego. Zawsze moje nerwy puszczały, gdy nie mogłem wyładować ich podczas szkicowania. Rozejrzałem się dookoła, szukając substytutu rozrywki. Po chwili dostrzegłem leżące pod drewnianą szopą pistolety. Zbliżyłem się i podniosłem jeden z nich. Broń była zimna i ciężka, a magazynek naładowany. Uniosłem ja zdrową ręką i wycelowałem w jedno z drzew. Pociągnąłem za spust i usłyszałem huk oraz poczułem jak uderza we mnie fala powietrza. Spojrzałem przed siebie, na mały otwór wydrążony w drewnie. Zagwizdałem cicho, widząc że moc tego sprzętu mogła przebić drzewo. Uniosłem broń ponownie i wystrzeliłem, tym razem w kierunku innego drzewa. Powtórzyłem czynność kilkukrotnie, z każdym razem z powodzeniem, aż koło mnie pojawił się jeden z tych półgłówków.
- Pogięło cię?! Co robisz? - burknął, wyrywając mi broń z ręki.
- Bawię się. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, unosząc ręce w geście obronnym.
- Tsh. Nie rozumiem dlaczego mamy tu trzymać takiego bezmyślnego dzieciaka. Nie dotykaj broni, tym można się zranić. - zagroził, zbierając resztę pistoletów do plecaka.
- Ciekawe, czy o tym myślałeś, kiedy przestrzelałeś mi ramię. - mruknąłem w jego stronę, po czym odszedłem, słysząc z tyłu potok przekleństw.
Gdy dotarłem do szpitala odetchnąłem z ulgą, widząc śpiącą Lou. Nie miałem ochoty na tłumaczenie się z; dlaczego mnie tyle nie było i co robiłem. Kiwnąłem głową w stronę lekarza i usiadłem na krześle. Spojrzałem za okno, wpatrując się w monotonną mieszankę liści i igieł różnych drzew. Było lato, a po lecie nastanie jesień. Kolorowa jesień. Jesień przynosząca natchnienie do malowania. Ciekawe co jeszcze przyniesie…
Nagle do pomieszczenia wszedł Fiaro.
- Resteez, wybuch samochodu i cała wasza akcja zdążyła się już rozprzestrzenić. Jesteście wezwani do sądu pod zarzutem piractwa drogowego i wkroczenia na strefy zakazane. Z góry mówię, że to nie ja to zgłosiłem. - powiedział, sugestywnie machając rękami.
- Wiem. - westchnąłem. - Urgh… wiedziałem, że tak łatwo to się nie skończy.
- Co się nie skończy? - usłyszeliśmy zaspany głos Louisy.