Uwaga!

niedziela, 25 września 2016

Od Lou

Znów miała pięć lat. Widziała młodego tatę śmiejącego się z jej nieudolnych prób pierwszych skoków na czarnym jak smoła kucyku.
- Tatusiu, popatrz! Teraz skoczę! - machnęła ręką w jego kierunku. 
- No! Zobaczymy! Pamiętaj! Trzymaj się mocno i pochyl do przodu! - pan Clark był w niesamowitym humorze. Widocznie na kogoś czekał. 
Kładka była zawieszona jakieś 10 cm nad ziemią, jednak dla małej Lou był to co najmniej metr. 
- Dalej, Vanillio! Uda nam się! - mrużyła duże oczy i ponagliła kuca do biegu. Klacz dosłownie przeszła przez przeszkodę, a malutka Clark pisnęła ze szczęścia. 
- Brawo Lou! A zobacz, kto jedzie! - wskazał palcem na wysokiego wierzchowca dumnie podążającego w ich kierunku. Na jego grzbiecie siedziała znajoma Lousie osoba, która aż promieniała ze szczęścia. 
- Mamusiu! - krzyknęła dziewczynka kłusując na kucyku w jej stronę. 
- Witaj Lou. Widziałam twój skok. - uśmiechnęła się schodząc na chwilę z konia i głaszcząc malutką po policzku. 
- Podobało się?
- Oczywiście. Kiedyś będziesz ze mną jeździła na zawody i startowała obok mnie.
- Na Vanilli? 
- Oczywiście. - skłamała. Vanilla przecież już nie miała urosnąć. Miała zaledwie 100cm w kłębie. - Ścigamy się do tamtego stogu? - uniosła jedną brew. 
- Lou kochała swoją mamę ponad wszystko. Była dla niej ideałem piękna i uważała, że Rozie musiała być kiedyś księżniczką. Nieodłącznym elementem ich zabaw był wyścig po zielonym padoku. Oczywiście mama dawała małej ogromne fory. W końcu jej koń był wyścigowcem, a kucyk.. kucykiem. Gdy klacz sportowa na wyścigach osiągała ponad 60 km/h, kucyk z małą Lou na grzbiecie - góra 10. 
- Adam, możesz ją podać? - zaśmiała się kobieta wyciągając ręce w kierunku córki. Mała usiadła przed nią w siodle i w ten sposób, prowadziła dużego konia. Przynajmniej rękoma. 
Po skończonej jeździe, obie czyściły swoje wierzchowce. Przechodząc przez stajnię dało się słyszeć wszechobecne konie. 
- Zobacz, to jest Quatra. Kiedyś będziesz na niej jeździć. - kobieta pogłaskała konia po policzkach. 
- Ale mamo.. Ja chcę jeździć na Vanilli.
-Vanillia zawsze będzie kucykiem, a ty będziesz rosła. Kiedyś będziesz na nią za duża i ona nadal będzie Twoim kucykiem, ale jeździć będziesz na Quatrze. 
- Ale mamo... Ona jest strasznym osiołkiem i w ogóle nie biega, a mój kucyk biega. 
- Hahahahah.. Zobaczysz. Quatra jest dobrym koniem i bardzo Cię lubi. Chcesz na niej pojeździć? 
W pewnym momencie mama pocałowała Lou w główkę i razem z kasztanką, zaczęła się oddalać. 
- Mamo? Mamo, nie odchodź! Mamusiu! - Lou nawoływała ją, ale ta nawet się nie odwróciła. - Mamo... Mamo.. Nie idź. Nie zostawiaj mnie. Mamo.. 

Było zimno. Lou pomału otworzyła ciężkie powieki. Czuła się.. okropnie. Jak śmieć. Każdy oddech sprawiał jej ból, chociaż była pewna, że dostała środki przeciwbólowe. Próbowała chociażby podnieść głowę, ale szybko zrezygnowała. 
- Hej, wnioskuję, że miałaś ciekawy sen. - usłyszała znajomy, ciepły głos. 
- Cordian... - westchnęła podnosząc rękę i przecierając nią oczy jednocześnie po raz kolejny wypuszczając ciężko powietrze. - Dlaczego?
- Cały czas wołałaś mamę. - mruknął cały czas bawiąc się jej włosami. 
- Mój tata nie wie, gdzie jestem. Pewnie się martwi... 
- Znasz jego numer?
- ...
- Znasz?
- Tak. 
- Super. Tam w rogu jest telefon. Jeśli podasz mi numer, to zadzwonię. 
- Sama mogę zadzwonić. 
- Proszę bardzo. Tylko spróbuj tam podejść. - w jego głosie było słychać ironię. 
- Masz rację. - zrezygnowana zamknęła oczy podając cyfry. 
Do ucha chłopaka dotarła seria piszczącego, urywanego dźwięku.
- Dzień dobry! Tutaj Resteez. Dzwonię, z budki telefonicznej, bo z Lou, Jenny i Jasperem jesteśmy w mieście i Lou chciała zadzwonić, że zostajemy tutaj na kilka dni, ale nie dała rady, bo weszli właśnie do knajpy. Podała mi numer, żebym zadzwonił, bo i tak jeszcze nie wchodzę do środka.. - zdawało się, że przez chwilę serce dziewczyny podskoczyło do gardła, gdy głos przejął jej ojciec.
- Jasne! Jakby co, to będziemy w kontakcie. Tak Jasper, już idę! Jasper mnie woła. Przepraszam, muszę już wejść. Swoją drogą, jak pan ocenia restaurację na ulicy xxxxxx? Tak? Okay. Bo właśnie tam jesteśmy. Muszę iść coś zamówić, do widzenia!
- Umiesz kłamać. - uśmiechnęła się słabo.
- Uczę się od najlepszych. - wskazał na nią.
- No cóż..  Nie zaprzeczam. Dobrze, że nie powiedziałeś mu prawdy.
-  Tak? Myślałem, że mnie zganisz.
- Dobrze, że nie wie co się stało. Nie znasz mojego ojca. Zaraz by tu był i zrobiłby rewolucję francuską. Okropnie się o mnie boi. Dostałby zawału.
W tym momencie do środka wszedł ktoś ważny. Widać to było po jego postawie i mundurze z wieloma odznaczeniami. Z jego oczu bił spokój.