Uwaga!

piątek, 23 września 2016

Od Cordian'a



- Co ty odpierdalasz? - z oszołomienia wyrwał mnie dobrze mi znany głos. Uniosłem dłoń i wytarłem nią ślinę z ust.
- Sam bym chciał to wiedzieć.- odpowiedziałem sennym głosem. Zawsze ostre pocałunki wprawiał mnie w stan otępienia na kilka minut. Zbliżyłem się do bezwładnie leżącego na ziemi mężczyzny. Dotknąłem delikatnie jego pleców, oczekując na ruch. Przejechałem wzrokiem na jego czaszkę, z której sączył się strumyk krwi. - Czym mu przywaliłaś?
- Eeee tym? - zapytał niby siebie dziewczyna i wyciągnęła w moją stronę kawałek deski. - Potknęłam się o jedną z twoich sztalug i to się oderwało i…
- Dobra nie tłumacz. I daj mi to bo jeszcze komuś krzywdę zrobisz. - warknąłem. Niestety dziewczyna również nie pozostałą bierna.
- Tak w ogóle to co to miało być?! Ja jestem u ciebie w gościnie a ty sobie tu stoisz i całujesz tego, tfu, gościa?! - krzyknęła, wymachując rękami a ja ucieszyłem się, że zdążyła mi oddać kawałek deski.
- Ale to nie powód, żeby niszczyć moją sztalugę! - prychnąłem. - To z kosodrzewiny! Szybko takiej nie znajdziesz!
- A idź do lasu to zaraz w te krzaki wleziesz! I czekam na wyjaśnienia! Kto to niby jest?! - dziewczyna wciąż się wydzierała, przez co mój opór okazał się bezcelowy.
- Mój szef. - powiedziałem spokojnie.
- Aha. A wiesz, że myślałam, że pracujesz w firmie fotograficznej, a nie w burdelu? - prychnęła, a ja posłałem jej karcące spojrzenie.
- To moja praca.
- Ahhaaaa! Szkoda, że wszystkie twoje fanki nie wiedzą jak ciężko pracujesz… - nadal żartowała dziewczyna. Miałem dosyć jej gadania. Miałem dosyć wszystkiego. Tego, że miała rację, jak i tego, że to był pierwszy raz kiedy… próbowałem go odepchnąć? Zrezygnowany, opadłem na ziemię i wtuliłem twarz w trawę.
- Mam już dosyć… - jęknąłem. - Wcześniej wszyscy mnie wykorzystywali i zgadzałem się na to, jeśli miałem z tego korzyści. Czemu więc teraz mam obiekcje?
- Hej Ree… - najwyraźniej już spokojniejsza Louisa usiadła obok mnie i położyła mi dłoń na plecach.
- Nie Rezteez.
- Uh?
- Cordian.
- Co?
- Cordian. Moje imię. - powiedziałem, przewracając się na plecy i patrząc w górę. Nade mną widziałem liście i gałęzie drzew, przez które prześwitywało słońce oraz błękitne niebo. Zacząłem żałować, że nie miałem przy sobie aparatu. Każda chwila w życiu była niesamowita. Nawet kiedy wszystko zaczynało się walić był obraz na który mogłeś spojrzeć i odzyskać spokój.
- Ale czemu?
- Nie lubię gdy inni mnie tak nazywają. Mam przez to wrażenie jakbym odsłaniał to, co mam w środku. Ale prawdę mówiąc, to właśnie toczy się tam taka bitwa, że jeżeli tego nie zrobię to wybuchnę. - wytłumaczyłem, ciepło się uśmiechając.
- Tylko mi tu nie wybuchaj. Miałeś mi podać przepis na te kremówki.
- Haahaah. To mój sekret. Ale może w testamencie ci zapiszę. - zaśmiałem się. - Hej, możemy tak chwilę zostać?
- Jeśli lubisz leżeć w błocie, koło krwawiącego, nieprzytomnego człowieka to spoko. - wzruszyła ramionami.
- Cholera. - poderwałem się na nogi i spojrzałem na szefa. Nie oberwał mocno, jednak jego stan idealny też nie był. - Em… dzwonić po karetkę?
- I tak żadna tu nie dojedzie. Musimy go zabrać do szpitala.
- Niby jak? Na koniu? - zaśmiałem się, na co Louisa zbliżyła się do mnie i pacnęła mnie w głowę.
- Tym. - powiedziała, wskazując stojący niedaleko czarny, sportowy samochód.
- Jesteś pewna? - zapytałem, przypominając sobie jej mały powóz.
- Chyba prawo jazdy jakoś zdałam. Dobra ja zrobię mu prowizoryczny opatrunek, a ty poszukaj kluczyków. - mówiąc to, rzuciła w moją stronę granatową marynarkę. Od razu zabrałem się za przeszukiwanie kieszeni. Przy okazji znalazłem w nich kilka przedmiotów, które najwyraźniej mężczyzna przygotował na moment, w którym byłbym przychylny do jego oferty. Po kilku chwilach odnalazłem kluczyki z przyczepionym do nich breloczkiem w kształcie smoka, w myślach dziękując, że to ja przeszukiwałem tą marynarkę, a nie ona.
- Ciekawe. Często zdarza ci się kogoś przywalić deską a potem opatrywać? - zapytałem, przyglądając się jej działaniom.
- Nie, a co, chcesz być następny? - rzuciła, nie odrywając się od pracy.
               Gdy wszystko, włącznie z pacjentem było już gotowe zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy. Najwidoczniej mężczyzna zbyt długo leżał w błocie, ponieważ do rany musiała wdać się infekcja, która wywołała gorączkę.
- Cholera Lou. W co my się wpakowaliśmy? - jęczałem. - Daleko jeszcze? Nie da się szybciej?!
- Po pierwsze to twój szef nie mój, po drugie to mieszkamy na zadupiu więc wszędzie jest daleko, a po trzecie to nawet to cacko więcej niż 200 km/h na tej drodze nie wyciągnie.
- Zwariowałaś?! Jedziesz 200 na godzinę?! - wykrzyknąłem, i jakby na potwierdzenie moich słów zaraz za nami usłyszeliśmy dźwięk syreny. - To karetka, prawda?
- Chciałbyś. - prychnęła dziewczyna. Oboje spojrzeliśmy w lusterko, mając nadzieje, że ten wóz policyjny jest jedynie halucynacją.
- Nie możemy się zatrzymać! Z nim jest serio źle. - warknąłem, widząc jak tamci zaczynają nas doganiać.
- Na tej autostradzie nigdy ich nie zgubimy. To jest terenowy samochód, tak? No to trzymaj się! - krzyknęła, gwałtownie skręcając i zjeżdżając z drogi prosto do lasu. To był chyba jeden z nielicznych przypadków w moi życiu kiedy wydarłem się jak kobieta i z przerażeniem zacząłem wymachiwać rękami w poszukiwaniu cykor-łapki.
- Kur*a Louisa, nie zabij nas! - było jedynym co udało mi się wydukać, kiedy skakaliśmy po górkach i wymijaliśmy drzewa. Musiałem przyznać, że jak na trudny teren i presję sytuacji dziewczyna dobrze jeździła. Ciekawe, gdzie robiła prawko?
                 Za nami już nie słyszeliśmy odgłosu syreny zdecydowanie nie terenowego policyjnego auta, a las zaczął się przerzedzać. Coś zaczynało być nie tak. Spojrzałem na dziewczynę i zobaczyłem, że nie tylko ja mam złe przeczucia. Mimo to, ona nadal dociskała pedał gazu, pędząc do przodu. Myślałem, że wystarczy mi adrenaliny na następne kilka lat. Najwidoczniej się pomyliłem, ponieważ po chwili odkryliśmy powód przerzedzania się drzew. A mianowicie urwisko.
- Cholera! - krzyknęła dziewczyna. Ostro hamując. Niestety prędkość pojazdu była zbyt wielka i wyjechał on ‘w powietrze’. To był ten moment, kiedy czujesz się jak ci bohaterowie z kreskówek co wybiegają nad urwisko i biegają w powietrzu, żeby po chwili spaść. Z tą różnicą, że ty od razu spadasz. To był też moment, w którym odkryłem, że zwykłe pasy samochodowe nie sprawdziły by się jako uprząż trzymająca astronautów na miejscach.
- Jak to przeżyjemy to cię zabiję! - pisnąłem, chwilę przed uderzeniem głową w sufit. Moje włosy oblepiły mi cała twarzy i oczy, przez co następnym co poczułem było mocne uderzenie. Uderzenie, wywołujące uczucie miażdżenia kręgosłupa. - Aaaaargh! - krzyknąłem.
              Jedynie co mi odpowiedziało, to cisza. Uniosłem rękę, z jakże wielką ulgą czując, że nic nie złamałem. Odgarnąłem włosy z czoła, żeby ujrzeć jakże katastroficzny widok. Samochód leżał na dachu, najwyraźniej wśród skał, porośniętych krzewami, bo przez przednią, całkowicie zbitą szybę wystawała mała sosna. Przód był kompletnie zniszczony, a cudem było to że nie wybuchł.                Rozejrzałem się dookoła i pobite szyby oraz pognieciona we wszystkich miejscach blacha utwierdziła mnie w przekonaniu, że samochód był w stanie do kasacji. Wtedy nagle coś mnie tknęło. Spojrzałem na siedzenie kierowcy. Louisa siedziała bez ruchu, tonąc w poduszce powietrznej. Przynajmniej tyle dobrze, że się otworzyła. Oderwałem materiał i odrzuciłem go na bok. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem nią policzka dziewczyny.
- Hej, Loou… żyjesz? - zaśmiałem, się chociaż nie było mi do śmiechu. Sądząc po wysokości wzgórza i rodzaju podłoża ujście z życiem z takiego wypadku było wielkim wyczynem. Ku mojej ogromnej uldze, dziewczyna otworzyła oczy.
- Brzuch mnie boli… - jęknęła.
- Lou… - zdążyłem jedynie powiedzieć, zanim oplotłem ją ramionami, przytulając się do niej. Niby była tylko moją sąsiadką, ale nie mogłem sobie wyobrazić tego, że nie otworzyłaby już tych oczu. - Co myśmy cholera zrobili...