- Nie. Zostaw go. - odpowiedziała sucho jeszcze chwilę patrząc za postacią idącą w dal, ale jednocześnie omijającą pozostałych ludzi szerokim łukiem.
Postawiła ramę, którą dostała od niego o lampę i odeszła kilka kroków w stronę ławki. Była wściekła. Znowu coś się popsuło.
- Hej! Nie zobaczysz tego, co na niej jest? - zapytał Robert nie dowierzając.
- Nie. - ucięła wyciągając dzwoniący telefon. Studenta miała dość najbardziej. Już chciała wrócić do domu i zaszyć się w nim z Pointą i Vanillią. - Halo, Jasper? Tak. Wszystko jest w porządku, a u Was? Rozumiem. Ok, daj mi ją. Hej, Jenny... Co? Ale jak? Teraz musicie wszystko przyspieszyć... ?To cudownie! Nie mogę uwierzyć, że to jest już w lipcu.. Na pewno będę. Tak. Bardzo się cieszę. Dobrze, dzięki. Jutro do Was wpadnę. Nie, nic się nie stało. Wydaje Ci się, bo jestem lekko przeziębiona. - skłamała - Ja Ciebie też. Pa
- Kto to? - zapytał chłopak siadając obok.
- Moja przyjaciółka. Za miesiąc wychodzi za mąż. Przesunęli termin i od razu mnie powiadomili, żebym nic w ten dzień nie planowała, bo jestem świadkiem.
- I z kim pójdziesz?
- Pewnie z moim chłopakiem, co? - popatrzyła na niego jak na wariata.
- To Wy jesteście razem z Resteezem, czy nie?
- Skąd to pytanie? - zmrużyła oczy domagając się wyjaśnień.
- Nie wiem. Raz słyszę, że jesteście, raz nie. I jeszcze uciekł.
- Robert, to nie Twoja sprawa. I proszę. Nie pytaj mnie o to. - westchnęła szukając czegoś w telefonie. Od tego miejsca, do domu było czterdzieści kilometrów. On nie da rady wrócić.
- Chociaż zobacz, co namalował. - poderwał się z miejsca idąc po obraz.
- Robert, powiedziałam, że ... - zasłoniła usta telefonem patrząc na płótno, które postawił przed nią. - Nie. - pokręciła głową nadal myśląc o tym, co Vinci zrobi sam tyle kilometrów od domu.
- Ładne, prawda? Mówiłem mu, ale..
- Masz jak wrócić do domu? - podniosła wzrok na niego.
- ... Nie.
- Odwiozę Cię. Chodź. - prawie warknęła biorąc malowidło i idąc w kierunku samochodu. Wyciągnęła klucze i wsiadła zapraszając go obok.
- Ulica?
- Słonecznikowa 4. Blok.
- Wiem gdzie to.
- Super. Mogłabyś stanąć po drodze do sklepu? Muszę kupić jedzenie dla psa.
- Z tyłu mam zapasowe paczki. Mogę Ci dać.
- Też masz psa? - odezwał się gdy byli w drodze
Postawiła ramę, którą dostała od niego o lampę i odeszła kilka kroków w stronę ławki. Była wściekła. Znowu coś się popsuło.
- Hej! Nie zobaczysz tego, co na niej jest? - zapytał Robert nie dowierzając.
- Nie. - ucięła wyciągając dzwoniący telefon. Studenta miała dość najbardziej. Już chciała wrócić do domu i zaszyć się w nim z Pointą i Vanillią. - Halo, Jasper? Tak. Wszystko jest w porządku, a u Was? Rozumiem. Ok, daj mi ją. Hej, Jenny... Co? Ale jak? Teraz musicie wszystko przyspieszyć... ?To cudownie! Nie mogę uwierzyć, że to jest już w lipcu.. Na pewno będę. Tak. Bardzo się cieszę. Dobrze, dzięki. Jutro do Was wpadnę. Nie, nic się nie stało. Wydaje Ci się, bo jestem lekko przeziębiona. - skłamała - Ja Ciebie też. Pa
- Kto to? - zapytał chłopak siadając obok.
- Moja przyjaciółka. Za miesiąc wychodzi za mąż. Przesunęli termin i od razu mnie powiadomili, żebym nic w ten dzień nie planowała, bo jestem świadkiem.
- I z kim pójdziesz?
- Pewnie z moim chłopakiem, co? - popatrzyła na niego jak na wariata.
- To Wy jesteście razem z Resteezem, czy nie?
- Skąd to pytanie? - zmrużyła oczy domagając się wyjaśnień.
- Nie wiem. Raz słyszę, że jesteście, raz nie. I jeszcze uciekł.
- Robert, to nie Twoja sprawa. I proszę. Nie pytaj mnie o to. - westchnęła szukając czegoś w telefonie. Od tego miejsca, do domu było czterdzieści kilometrów. On nie da rady wrócić.
- Chociaż zobacz, co namalował. - poderwał się z miejsca idąc po obraz.
- Robert, powiedziałam, że ... - zasłoniła usta telefonem patrząc na płótno, które postawił przed nią. - Nie. - pokręciła głową nadal myśląc o tym, co Vinci zrobi sam tyle kilometrów od domu.
- Ładne, prawda? Mówiłem mu, ale..
- Masz jak wrócić do domu? - podniosła wzrok na niego.
- ... Nie.
- Odwiozę Cię. Chodź. - prawie warknęła biorąc malowidło i idąc w kierunku samochodu. Wyciągnęła klucze i wsiadła zapraszając go obok.
- Ulica?
- Słonecznikowa 4. Blok.
- Wiem gdzie to.
- Super. Mogłabyś stanąć po drodze do sklepu? Muszę kupić jedzenie dla psa.
- Z tyłu mam zapasowe paczki. Mogę Ci dać.
- Też masz psa? - odezwał się gdy byli w drodze
- ..
- Hej!
- Co? - Lou jakby wybudziła się z zamyślenia i spojrzała na niego wężowym wzrokiem.
- Pytałem czy masz psa. - zaśmiał się.
- a.. Tak, mam. Jesteśmy już na miejscu. - zatrzymała samochód tuż przed wjazdem na osiedle nowych bloków.
Pytania studenta denerwowały ją strasznie i nie widziała w nich najmniejszego sensu.
- Louisa, zdjęcia z sesji wyślę Vinciemu. Dzięki i do zobaczenia. - uśmiechnął się zabierając torby i jedną paczkę karmy.
- Cześć. - prawie szepnęła i wrzuciła wsteczny.
Do domu wróciła okrężną drogą - lasem. Cały czas wypatrując dziwnie ubranej, długowłosej postaci. Jednak las był tego dnia wyjątkowo cichy. Nie słychać było nawet do końca szumu drzew, który przecież towarzyszył temu miejscu od zawsze. Chociaż wiele razy zatrzymywała się, gasiła samochód i nawoływała, to wciąż odpowiadała jej ta sama cisza, a w telefonie ten sam głos powtarzający: Please try again later.
Kolejne dni mijały szybko, jednak ani razu Lou nie zobaczyła się z Cordianem. Jedyne co jej po nim pozostało, to obraz zawieszony nad jej łóżkiem. Tak minął miesiąc... dwa... Co prawda, widziała go kilka razy przejeżdżającego lasem na koniu, ale chyba nie ze wzajemnością. Zapatrzony był w przód. Może jeden raz widział Pointę, ale Lou nie potrafiła tego stwierdzić.
Jej egzystencja opierała się teraz tylko na: Praca-dom-praca-dom-las-dom-praca-dom-studia-przyjaciele. Na nic szczególnego nie miała czasu i mimo, że myślała nad tym, czy odwiedzić fotografa, nie zrobiła tego. Musiała odpocząć psychicznie. No i zrobiła jeszcze jedną rzecz o której nie powiadomiła jej ojca. Zapisała się na naukę jazdy konnej. Dwie pierwsze lekcje odwołała, a pojawiając się na trzeciej, gdy tylko stanęła przed stajnią, wycofała się i wróciła do samochodu. Czekała próba numer 4.
Wszystkie myśli jej i jej znajomych opierały się na dniu czternastego lipca, w którym to Jasper i Jenny mieli powiedzieć sobie wreszcie 'tak'.
Do tej daty pozostawało kilka dni. Lou odnowiła relacje z Paulem, drugim świadkiem tej uroczystości. Nie. Nie wrócili do siebie, ale myślę, że to tylko kwestia czasu. Przynajmniej jej goldenka była szczęśliwa. Przecież szalała zarówno za nim, jak i za Jasperem. Czyżby wszystko zaczęło się normować..? Niekoniecznie.
Wchodząc któregoś dnia do salonu, w oczy rzucił jej się rulon papieru leżący na ławie. Ojca nie było w domu. Podeszła i otworzyła zawiniątko. W miarę jak rozwijała papier, ukazywał jej się obraz. Zdjęcie. Ciepły, majowy dzień, stary rynek, fontanna, a na środku dwie, mokre postaci. Jedna trzyma drugą na rękach... Całują się.
- Hej!
- Co? - Lou jakby wybudziła się z zamyślenia i spojrzała na niego wężowym wzrokiem.
- Pytałem czy masz psa. - zaśmiał się.
- a.. Tak, mam. Jesteśmy już na miejscu. - zatrzymała samochód tuż przed wjazdem na osiedle nowych bloków.
Pytania studenta denerwowały ją strasznie i nie widziała w nich najmniejszego sensu.
- Louisa, zdjęcia z sesji wyślę Vinciemu. Dzięki i do zobaczenia. - uśmiechnął się zabierając torby i jedną paczkę karmy.
- Cześć. - prawie szepnęła i wrzuciła wsteczny.
Do domu wróciła okrężną drogą - lasem. Cały czas wypatrując dziwnie ubranej, długowłosej postaci. Jednak las był tego dnia wyjątkowo cichy. Nie słychać było nawet do końca szumu drzew, który przecież towarzyszył temu miejscu od zawsze. Chociaż wiele razy zatrzymywała się, gasiła samochód i nawoływała, to wciąż odpowiadała jej ta sama cisza, a w telefonie ten sam głos powtarzający: Please try again later.
Kolejne dni mijały szybko, jednak ani razu Lou nie zobaczyła się z Cordianem. Jedyne co jej po nim pozostało, to obraz zawieszony nad jej łóżkiem. Tak minął miesiąc... dwa... Co prawda, widziała go kilka razy przejeżdżającego lasem na koniu, ale chyba nie ze wzajemnością. Zapatrzony był w przód. Może jeden raz widział Pointę, ale Lou nie potrafiła tego stwierdzić.
Jej egzystencja opierała się teraz tylko na: Praca-dom-praca-dom-las-dom-praca-dom-studia-przyjaciele. Na nic szczególnego nie miała czasu i mimo, że myślała nad tym, czy odwiedzić fotografa, nie zrobiła tego. Musiała odpocząć psychicznie. No i zrobiła jeszcze jedną rzecz o której nie powiadomiła jej ojca. Zapisała się na naukę jazdy konnej. Dwie pierwsze lekcje odwołała, a pojawiając się na trzeciej, gdy tylko stanęła przed stajnią, wycofała się i wróciła do samochodu. Czekała próba numer 4.
Wszystkie myśli jej i jej znajomych opierały się na dniu czternastego lipca, w którym to Jasper i Jenny mieli powiedzieć sobie wreszcie 'tak'.
Do tej daty pozostawało kilka dni. Lou odnowiła relacje z Paulem, drugim świadkiem tej uroczystości. Nie. Nie wrócili do siebie, ale myślę, że to tylko kwestia czasu. Przynajmniej jej goldenka była szczęśliwa. Przecież szalała zarówno za nim, jak i za Jasperem. Czyżby wszystko zaczęło się normować..? Niekoniecznie.
Wchodząc któregoś dnia do salonu, w oczy rzucił jej się rulon papieru leżący na ławie. Ojca nie było w domu. Podeszła i otworzyła zawiniątko. W miarę jak rozwijała papier, ukazywał jej się obraz. Zdjęcie. Ciepły, majowy dzień, stary rynek, fontanna, a na środku dwie, mokre postaci. Jedna trzyma drugą na rękach... Całują się.
Lou opadła na sofę i głośno westchnęła mimowolnie się uśmiechając.
- Vinci. - szepnęła, po czym szybko zerwała się z kanapy i ruszyła do drzwi.
THE END
...?
