Uwaga!

poniedziałek, 24 października 2016

Od Lou

- Idziemy za nim? - do dziewczyny podszedł Robert.
- Nie. Zostaw go. - odpowiedziała sucho jeszcze chwilę patrząc za postacią idącą w dal, ale jednocześnie omijającą pozostałych ludzi szerokim łukiem.
Postawiła ramę, którą dostała od niego o lampę i odeszła kilka kroków w stronę ławki. Była wściekła. Znowu coś się popsuło.
- Hej! Nie zobaczysz tego, co na niej jest? - zapytał Robert nie dowierzając.
- Nie. - ucięła wyciągając dzwoniący telefon. Studenta miała dość najbardziej. Już chciała wrócić do domu i zaszyć się w nim z Pointą i Vanillią. - Halo, Jasper? Tak. Wszystko jest w porządku, a u Was? Rozumiem. Ok, daj mi ją. Hej, Jenny... Co? Ale jak? Teraz musicie wszystko przyspieszyć... ?To cudownie! Nie mogę uwierzyć, że to jest już w lipcu.. Na pewno będę. Tak. Bardzo się cieszę. Dobrze, dzięki. Jutro do Was wpadnę. Nie, nic się nie stało. Wydaje Ci się, bo jestem lekko przeziębiona. - skłamała - Ja Ciebie też. Pa
- Kto to? - zapytał chłopak siadając obok.
- Moja przyjaciółka. Za miesiąc wychodzi za mąż. Przesunęli termin i od razu mnie powiadomili, żebym nic w ten dzień nie planowała, bo jestem świadkiem.
- I z kim pójdziesz?
- Pewnie z moim chłopakiem, co? - popatrzyła na niego jak na wariata.
- To Wy jesteście razem z Resteezem, czy nie?
- Skąd to pytanie? - zmrużyła oczy domagając się wyjaśnień.
- Nie wiem. Raz słyszę, że jesteście, raz nie. I jeszcze uciekł.
- Robert, to nie Twoja sprawa. I proszę. Nie pytaj mnie o to. - westchnęła szukając czegoś w telefonie. Od tego miejsca, do domu było czterdzieści kilometrów. On nie da rady wrócić.
- Chociaż zobacz, co namalował. - poderwał się z miejsca idąc po obraz.
- Robert, powiedziałam, że ... - zasłoniła usta telefonem patrząc na płótno, które postawił przed nią. - Nie. - pokręciła głową nadal myśląc o tym, co Vinci zrobi sam tyle kilometrów od domu.
- Ładne, prawda? Mówiłem mu, ale..
- Masz jak wrócić do domu? - podniosła wzrok na niego.
- ... Nie.
- Odwiozę Cię. Chodź. - prawie warknęła biorąc malowidło i idąc w kierunku samochodu. Wyciągnęła klucze i wsiadła zapraszając go obok.
- Ulica?
- Słonecznikowa 4. Blok.
- Wiem gdzie to.
- Super. Mogłabyś stanąć po drodze do sklepu? Muszę kupić jedzenie dla psa.
- Z tyłu mam zapasowe paczki. Mogę Ci dać.
- Też masz psa? - odezwał się gdy byli w drodze
- ..
- Hej!
- Co? - Lou jakby wybudziła się z zamyślenia i spojrzała na niego wężowym wzrokiem.
- Pytałem czy masz psa. - zaśmiał się.
- a.. Tak, mam. Jesteśmy już na miejscu. - zatrzymała samochód tuż przed wjazdem na osiedle nowych bloków.
Pytania studenta denerwowały ją strasznie i nie widziała w nich najmniejszego sensu.
- Louisa, zdjęcia z sesji wyślę Vinciemu. Dzięki i do zobaczenia. - uśmiechnął się zabierając torby i jedną paczkę karmy.
- Cześć. - prawie szepnęła i wrzuciła wsteczny.
Do domu wróciła okrężną drogą - lasem. Cały czas wypatrując dziwnie ubranej, długowłosej postaci. Jednak las był tego dnia wyjątkowo cichy. Nie słychać było nawet do końca szumu drzew, który przecież towarzyszył temu miejscu od zawsze. Chociaż wiele razy zatrzymywała się, gasiła samochód i nawoływała, to wciąż odpowiadała jej ta sama cisza, a w telefonie ten sam głos powtarzający: Please try again later.



Kolejne dni mijały szybko, jednak ani razu Lou nie zobaczyła się z Cordianem. Jedyne co jej po nim pozostało, to obraz zawieszony nad jej łóżkiem. Tak minął miesiąc... dwa... Co prawda, widziała go kilka razy przejeżdżającego lasem na koniu, ale chyba nie ze wzajemnością. Zapatrzony był w przód. Może jeden raz widział Pointę, ale Lou nie potrafiła tego stwierdzić.
Jej egzystencja opierała się teraz tylko na: Praca-dom-praca-dom-las-dom-praca-dom-studia-przyjaciele. Na nic szczególnego nie miała czasu i mimo, że myślała nad tym, czy odwiedzić fotografa, nie zrobiła tego. Musiała odpocząć psychicznie. No i zrobiła jeszcze jedną rzecz o której nie powiadomiła jej ojca. Zapisała się na naukę jazdy konnej. Dwie pierwsze lekcje odwołała, a pojawiając się na trzeciej, gdy tylko stanęła przed stajnią, wycofała się i wróciła do samochodu. Czekała próba numer 4.
Wszystkie myśli jej i jej znajomych opierały się na dniu czternastego lipca, w którym to Jasper i Jenny mieli powiedzieć sobie wreszcie 'tak'.
Do tej daty pozostawało kilka dni. Lou odnowiła relacje z Paulem, drugim świadkiem tej uroczystości. Nie. Nie wrócili do siebie, ale myślę, że to tylko kwestia czasu. Przynajmniej jej goldenka była szczęśliwa. Przecież szalała zarówno za nim, jak i za Jasperem. Czyżby wszystko zaczęło się normować..? Niekoniecznie.

Wchodząc któregoś dnia do salonu, w oczy rzucił jej się rulon papieru leżący na ławie. Ojca nie było w domu. Podeszła i otworzyła zawiniątko. W miarę jak rozwijała papier, ukazywał jej się obraz. Zdjęcie. Ciepły, majowy dzień, stary rynek, fontanna, a na środku dwie, mokre postaci. Jedna trzyma drugą na rękach... Całują się.
Lou opadła na sofę i głośno westchnęła mimowolnie się uśmiechając. 
- Vinci. - szepnęła, po czym szybko zerwała się z kanapy i ruszyła do drzwi.

THE END
...?

poniedziałek, 17 października 2016

Od Cordian'a



- I gdzie ta dziewczyna? - zapytałem na głos, stając pod ścianą jednego z budynku. Właśnie opuściłem sklep z ubraniami, w którym mało nie dostałem zawału, oraz na szczęście pusty sklep malarski. Przechodzący ludzie obdarzali mnie zaskoczonymi i zdziwionymi spojrzeniami. Tak, mój obiór był dziwny, ale przynajmniej nie była to sukienka. Nie mogłem po prostu być ‘pospolitym’. Odłożyłem płótna, ramy i nowo kupione farby na bok i przyjrzałem się mojej koszulce. Biały podkoszulek, związany na dole tak aby odsłaniał kawałek brzucha. Do tego całkiem osobliwe spodnie, który wyglądały jakby miały zaraz spaść, gdyby nie dwa paski opinające się wokół bioder. Co prawda nie lubiłem negliżu, ale szukając wśród półek starałem się wybrać coś zdecydowanie nie zwyczajnego. Narzuciłem na ramiona (a właściwie to tak żeby zwisała poniżej ramion) niebiesko-białą flanelową koszulę.
Już miałem zacząć poszukiwania brunetki, gdy nagle usłyszałem głos. Dobrze znany głos.
- Co ona wyprawia? - prychnąłem pod nosem, udając się w stronę, z której dobiegał dźwięk.

,,You flee my dream come the morning,
Your Scent – berries tart, lilac sweet’’


W oddali zauważyłem grupę ludzi. Uprzedzony swoim strachem, postanowiłem nie podchodzić. Obszedłem zgromadzenie dookoła. W końcu znalazłem dziurę. Moim oczom ukazała się… LOUISA W SUKIENCE?! Zaskoczony prawie nie upuściłem trzymanej w ręce ramy. Usiadłem na kostkach i zacząłem się cicho śmiać. Strój zdecydowane pasował dziewczynie, chociaż gdybym to ja miał zaprojektować tą sukienkę zdecydowanie zmieniłbym dużo szczegółów.
- No proszę, proszę. Zostawić cię na chwilę i… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ znów się roześmiałem. Z pewnością musiałem wyglądać jak idiota.

,,The wolf I will follow into the storm,
To find your heart, its passion displaced’’


Westchnąłem i sięgnąłem do jednej z toreb. Wyciągnąłem płótno i owinąłem nim ramę. Z foli od opakowania zrobiłem paletę, na która wyłożyłem trochę farb. Wymieszałem za pomocą szpatułki kilka potrzebnych odcieni i wyjąłem nowo kupione pędzle. Spojrzałem jeszcze raz na dziewczynę. Oświetlenie było wręcz idealne, więc zabrałem się za odmierzanie proporcji.
W miarę jak budynki miasta przekazywały sobie kolejne słowa pieśni, na białym płótnie pojawiły się kreski z błękitu, pomarańczy, brązu, żółci i wielu innych.

,,I know not if fate would have us live as one,
or if by love’s blind chance we’ve been bound’’


Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech. Nie obchodził mnie widok, głos, czy słowa pieśni. Nic samego w sobie. Melodie muskały moje zmysły. Spojrzałem na powstałe dzieło. Nagle usłyszałem czyjeś kroki.
- Ciekawy strój. - zagadał Rober, po czym usiadł obok mnie. Przez chwilę przyglądał się temu co stworzyłem, a potem przeniósł wzrok na dziewczynę. - Wooah. Zazrdo dziewczyny.
- Nie jest moją dziewczyną. Bierz ją jak chcesz. - westchnąłem, po czym obróciłem się i posłałem mu delikatny uśmiech. - I tak nie uda ci się.
- Haah. Podoba ci się. - zaśmiał się, dając mi kuksańca w bok. Skrzywiłem się i rozmasowałem bolące miejsce.
- Może. - skłamałem, aby dał mi spokój. Czasem może wydawało się to czym bliższym niż jest, ale żadne z nas nie byłoby dać radę być w związku. Nie wiem jaki był problemu Louisy, aby gdyby nie to to już dawno była by szczęśliwą żoną, oraz chociaż narzeczoną. Ja to natomiast trochę inna bajka. Wychowany bez ludzkiej miłości, jako część stada zwierząt stałem się niczym wilk. Wilk znający swoje miejsce w watasze. Beta warcząca na niższych i walcząca o swoje stanowisko. Beta liżąca alfę i będąca mu ślepo oddana, ale bez uczucia do nikogo.
Wielbię piękno, ale mam własną definicję piękna.

,, To dream of raven locks entwisted, stormy,
of violet eyes glistening you as weep’’

Dziewczyna zakończyła pieśń, przeciągając ostatnią sylabę. Rozległy się oklaski tłumu. Oparłem ramę o ziemię, opierając się o nią rękami, niczym na barierce. Louisa najwyraźniej dopiero po chwili nas zauważyła, gdyż była zafascynowana rozmową z dziewczyną grającą na gitarze. Podbiegła do nas, powiewając w powietrzu sukienką.
- Byłaś świetna! Genialnie śpiewasz! - zawołał Robert i poderwał się z ziemi, żeby uściskać dziewczynę. Ta oddała delikatnie i puściła go, podchodząc do mnie.
- Dobrze, że nie założyłeś sukienki. - uśmiechnęła się, lustrując wzrokiem mój strój.
- Hej, Reeztez! Pokaż jej to! - zawołał stażysta dotykając ręką kawałek ramy, którą trzymałem płótnem do siebie.
- To nie jest konieczne. - odparłem obojętnie, odwracając głowę.
- Nooo co jest! Tak fajnie ci wyszło! - zawodził chłopak.
Nie wiadomo skąd pojawił się nagle w moim środku gniew. Warknąłem cicho i poderwałem się do góry.
- Wracam do domu. Róbcie sami te zdjęcia. - prychnąłem i ruszyłem jedną z uliczek. Po chwili usłyszałem za mną czyjeś kroki.
- Cordian! Oszalałeś? Jesteśmy w innym mieście! Jak zamierzasz wrócić? - zawołała Louisa, łapiąc mnie za ramię i zatrzymując.
- Na piechotę! - krzyknąłem i wcisnąłem w ręce dziewczyny obraz. Ruszyłem szybkim krokiem przed siebie, byle by tylko znowu znaleźć się w samotności. W lesie. Wśród tych, którzy nie tworzą problemów i rozwiązują je w prosty sposób. Wśród tych, którzy nie są ludźmi.




Obraz zajmował mniej więcej okrąg na płótnie i był złożony z prymitywnych kresek i pociągnięć. Przedstawiał brązowowłosą dziewczynę w niebieskiej sukience, trzymającą skrzypce, pośród budynków miasta. Wokół jej głowy działa się istna bitwa promieni światła i kolorów.
Mniej więcej to:

Od Lou


Lou popatrzyła na sąsiada swoimi dużymi oczyma starając się przekazać mu tylko jedną myśl: ''Nawet o tym nie myśl''. Szybko zerknęła na amatora fotografii i fontannę po czym.. Wepchnęła Cordiana lądując w wodzie razem z nim. Była cała mokra, ale śmiała się chcąc przeczesać włosy do tyłu. Chłopak jej na to nie pozwolił. Wstał i uniósł ją w obu rękach.
- Boże, nie! Nie podnoś mnie! - krzyknęła z piskiem.
- Masz za swoje. - spojrzał na nią z chytrym uśmieszkiem.
 Zdziwiła ją jedna rzecz. Vinci mimo, że był wyższy, nie wydawał się specjalnie silny. A tu proszę.
- Vinci, nie.Nawet nie pró.. - nie zdążyła dokończyć, bo poczuła na sobie usta fotografa. Czy chciała zaprotestować? Cholera, oczywiście. Czy to zrobiła?... No i w tym momencie sprawa się komplikuje. Nie. Nie zaprotestowała. Wręcz przeciwnie. Oddała, z uśmiechem przejeżdżając dłonią po jego policzku. Dla Clark nie istniała taka rzecz jak niewiarygodność. Z zewnątrz mogło to wyglądać nie wiadomo jak, ale oboje znali prawdę. Chłopakowi się jeszcze za to oberwie. I to porządnie.
- Świetni z Was modele! - do ich uszu dobiegł głos Roberta, który zrobił tak dużo zdjęć ile się dało.
- Masz coś dobrego? Bo na powtórkę nie licz. - prychnęła odstawiona na ziemię Lou. - A ty masz przerąbane i... - zmrużyła oczy w kierunku Resteeza krzywiąc się przy tym niezrozumiale. - smakujesz jak czekolada.
- Wiem o tym. - zaśmiał się podchodząc do zjadacza chińskich zupek. - Te od razu usuń. Tu złe światło. Pod jakim kątem trzymałeś aparat... Nic z tego. Powtarzamy. - mruknął chcąc zażartować, ale spotykając wzrok sąsiadki natychmiast sprostował. - Just kidding. Są dobre. - w teatralnym geście podniósł do góry ręce.
- Jestem cała mokra. - westchnęła Lou pozbywając się nadmiaru wody z włosów.
- Mała przerwa. Idziemy kupić suche ubrania. - Cordian podszedł do brunetki obejmując ją w pasie. - Świetnie się spisałaś, skarbie.
- Dzięki, kochanie. - uśmiechnęła się, a gdy stażysta odszedł kilka kroków przed nich, dodała: Tylko nie waż się kupować sobie sukienki, baranie.
- Ale dlaczegooo? - przeciągnął patrząc na nią szczenięcym wzrokiem.
- Bo jestem Twoją dziewczyną i nie mam już dziś ochoty na żarty. Nie wiemy gdzie jest ten rudzielec, a chyba nie chcesz dać jej tej satysfakcji.
- Okay. Za ile się widzimy?
- Daj mi godzinę.

Godzinę z hakiem później, Lou wyszła ze sklepu. Włosy miała już suche i uczesane i sama nie wiedziała dlaczego ubrała sukienkę. Ale jak? Clark i sukienka?! Niemożliwe! Jest maj. Wszystko jest możliwe. Strój jaki wybrała, był w większości koloru błękitnego, ale nie zmienia to faktu, że znajdowało się na nim mnóstwo drobnych kwiatków. Jej krój był lekki. Grubsze ramiączka krzyżujące się aż do łopatek, odsłaniały górną część pleców. Jednak długość, nie przylegała do nóg i nie przekraczała kolan. Dół był raczej poszerzany. Całość dopełniała mała, czarna torebka przewieszana przez ramię i tego samego koloru skórzane, wiązane botki na małej podstawie i zgrabnym obcasie.
Wychodząc rozejrzała się na boki, ale fotografów nigdzie nie było. W pewnym momencie zobaczyła tylko ucznia swojego sąsiada, który siedział z nosem w aparacie raz po raz zerkając na zegar ratusza. Domyśliła się, że Cordian jeszcze szuka dla siebie ubrań.  Usłyszała znajomy dźwięk i przechodząc przez rynek zatrzymała się przy dziewczynie grającej na akordeonie. Obok niej leżały skrzypce i gitara, a przed nią kapelusz z drobnymi monetami.
- Pięknie grasz. -  Louisa wyciągnęła z torebki banknot i wrzucila do kapelusza.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się dziewczyna sięgając po chusteczkę. - Jestem Kristhy. - podała jej rękę.
- Lou. Czekam na chłopaka i nie mam co robić. Co powiesz na duet? - przedstawiła prosto z mostu.
- Wow! Grasz? - zapytała prawie piszcząc z podekscytowania.
- Od jedenastu lat tak mniej więcej.
- Akordeon?
- Skrzypce.
- Gramy na żywioł? Super! Znasz motyw z Piratów z Karaibów?
- a kto nie zna? -  zaśmiała się łapiąc jasne skrzypce. - Zagram główny temat, a ty rób akompaniament.
- Jasne.
Zaczęły grać, a wokół nich pojawiało się coraz więcej ludzi, a więcej ludzi, oznacza więcej pieniędzy w kapeluszu. Pod koniec utworu, wokół dziewczyn stał tłum bijących brawo.
- Co teraz? - zapytała Kristhy. - Nie mam pomysłu..
- Teraz ty bierzesz skrzypce, akordeon, albo gitarę, a ja śpiewam.
- Dasz radę?
- a czy mam na imię Lou? Pewnie, że damy radę!
- Zdecyduję się na gitarę. Tam leży segregator z tekstami. Wybierz jakiś. - poleciła strojąc instrument.
Brunetka przeglądając kartki podskoczyła w miejscu.
- Umiesz to grać?! - wskazała na jedną ze stron
- Tak, umiem. Ostatnio się uczyłam.
- Musimy to zagrać. Chyba umrę ze szczęścia. Grałaś kiedyś tak w związku z tematem w wiedźmina?
- Nie, ale ta piosenka jest świetna.
Rzeczywiście. Kristhy zagrała wstęp, a Lou zaczęła śpiewać Pieśń Priscilli.


niedziela, 16 października 2016

Od Cordian'a



- Re-re! W końcu cię znalazłam! - usłyszałem nad sobą głos kobiety, który mógłby podchodzić pod pisk. Jednocześnie prawie udławiłem się czekoladą, resztę wypluwając z powrotem do kubka.
- Vicky? - zapytałem, podnosząc głowę i wycierając usta serwetką. Louisa przeniosła wzrok raz na mnie, raz na dziewczynę.
- Zmieniłeś się przez te pół roku! Nareszcie zrezygnowałeś z tych kiczowatych różowych kiecek! - zawołała na cała kawiarnie, a ja po raz drugi byłem zmuszony do zwrócenia napoju.
- Myślałem, że ten temat został już dawno zamknięty. - powiedziałem, unosząc dłoń.
- Coś ty! Do dzisiaj słyszy się historie o wytapetowanej różowej, pedalskiej dziwce dyrektora! - powiedziała to tak, jakby było to dla niej czymś zupełnie zwyczajnym. Louisa spojrzała na mnie pytającym jak i lekko obrzydzonym wzrokiem.
- Dooobra. Ale wracając do rzeczy. Ty, stażystą? Długo się ciągnie ten twój staż… Z pewnością musiałaś użyć jakiegoś atutu, albo nawet dwóch żeby ich do tego przekonać. - powiedziałem cicho i powoli.
- Haha. Nie żartuj sobie. Ja przynajmniej coś robię, a nie kisnę na zadupiu, cykając fotki kwiatkom i malując bohomazy A’la Van Gogh.
- Woah, chyba powinienem ci dać medal, że możesz odróżnić innego malarza niż ten, który jest związany z moim nazwiskiem. - przerwałem jej, używając ironicznego głosu i powstrzymując śmiech.
- A śmiej się śmiej. - machnęła lekceważąco ręką. - To jest twój stażysta. - powiedziała i odsunęła się na bok, a naszym oczom ukazał się obraz typowego studenta na zupkach chińskich. Kiepska, zupełnie niemodna kurtka z taniego sklepu, spodnie zresztą podobnie i trzymany w obu rękach aparat.
- Dzięki ci człowieku, ratujesz mnie od tej rudej suki! - wykrzyknąłem, dramatycznie opierając czoło na ramieniu Lou.
- A co ty masz do moich włosów? - jęknęła Vicky.
- Nic, nic. Tylko idź już bo obniżasz IQ naszej grupy… - powiedziałem i nie patrząc w jej stronę, pomachałem ręką. Gdy tylko usłyszeliśmy obrażony stuk obcasów uniosłem głowę i jeszcze raz przyjrzałem się stażyście.
- Odlepisz się ode mnie? - powiedziała Lou, której ramię cały czas obejmowałem swoją ręką.
- Oj, no przestań. Przecież jestem twoim chłopakiem… - zaśmiałem się, przesuwając nosem po jej policzku. - A ty jak się nazywasz? - spytałem.
- Robert. Em.. wybaczcie na chwilkę, zostawiłem jeszcze trochę sprzętu u panny Vicky w samochodzie.
- Jasne, leć. - powiedziałem, a chłopak od razu wybiegł z kawiarni. Chwilę później dostałem od dziewczyny solidny policzek. - Za co to? - prychnąłem, pocierając bolące miejsce.
- Domyśl się! - Louisa złożyła ręce w bojowym geście. W tej samej chwili wrócił stażysta, obwieszony torbami.
- Hola, hola, młody! Zapewniam ci, że jeśli będziesz biegał z tymi tobołami to nigdy nie zrobisz dobrego zdjęcia! - zaśmiałem się, widząc jak próbuje usiąść na krześle.
- Ale na szkoleniu uczyli żeby…
- Dobra. A ja teraz udzielę ci bardziej przydatnego szkolenia. - powiedziałem już całkiem poważnym tonem. - Walić teorię! Walić wszystko czego cię tam uczyli. Jak będziesz jechał od deski do deski to ci wyjdzie zdjęcie techniczne, a nie ciekawe. Ludzie lubią nowości a nie normy. No i prostotę. Ale jak będziemy tak ciągle wszystko upraszczać to aż strach myśleć co będziemy mieli za kilka lat…
- To chyba pierwszy raz kiedy powiedziałeś coś przydatnego. - skomentowała ironicznie Lou. - A tak poza tym to jestem Louisa, jego dziewczyna i jestem tutaj ponieważ obiecał, że pokaże mi miasto. - powiedziała, po czym uścisnęła dłoń chłopaka.
- Mnie pewnie znasz, więc wystarczy tych znajomości. Chodźmy. Robi się tu tłok. Na mieście też pewnie zacznie. - powiedziałem wstając.
- Wątpię, żeby ktoś w taki upał szlajał się po mieście.
- A mamy dopiero czerwiec… - dodał stażysta i wszyscy opuściliśmy lokal. Zaraz po wyjściu rzuciłem statyw i moją torbę w stronę Lou. Dziewczyna prawie upuściła przedmioty, po czym spojrzała na mnie niezadowolona.
- Mam być twoim tragarzem?
- Tylko na chwilkę, muszę coś chłopakowi pokazać. - puściłem w jej stronę oczko, po czym razem z Robertem oddaliliśmy się w stronę jednego z budynków.
Minęło ponad pół godziny, nim młodemu udało się wykonać zdjęcie, którym bym się zainteresował.
- Niektórzy mówią, że fotografowanie to tylko taka przykrywka. - stażysta przerwał mój wywód na temat kątów padania światła i spojrzał w moją stronę pytająco.
- O czym ty mówisz? - zapytałem, dalej kierując obiektyw w górę i cykając fotki. Oczywiste było, że wiedziałem.
- Podobno możesz wejść gdzie tylko zechcesz, jakimś cudem masz niesamowite uprawnienia, potrafisz znaleźć każdego sprawcę, wydobyć cenne zakodowane dane…
- Przestań. - powiedziałem twardym głosem, wyciągając przed siebie rękę. - Ludzie lubią opowiadać bajki. Tworzyć jakąś super niesamowita postać, aby mieć ideał do którego będą dążyć.
- Aha…
- No, to chodź. Zobaczymy czy chociaż ludzi umiesz fotografować lepiej niż ten dom. - uśmiechnąłem się i wstałem z klęczek. Polubiłem tego faceta. Był jednym z tych, którzy słuchając rozkazów i je wykonują, jak psy, ale mimo wszystko wykazując zdolność myślenia. Jak beta, który rozumie swoją pozycję i to, czym jest dla innych, ale jest oddany swojemu Alfie.
- Czyli co mam robić? - zapytał Robert, kiedy zbliżyliśmy się do znudzonej już, siedzącej na fontannie Lou.
- Jak to co? - uśmiechnąłem się delikatnie i złapałem za dłoń dziewczyny. Poderwałem ją do góry i objąłem w pasie ręką. - Sesję ślubną młodej pary.
- Słucham? - powiedziała wyraźnie niezadowolona Louisa.
- Sama wiesz, że będzie to dla niego idealnym ćwiczeniem. - szepnąłem do ucha dziewczyny. Brunetka najwyraźniej się zgodziła, ponieważ pokiwała głową.
Przez następne pół godziny pozowaliśmy w różnych pozach, a ja co chwilę podchodziłem do mężczyzny, oglądałem zdjęcia i wprowadzałem poprawki.
- Um… właściwie to… - usłyszeliśmy głos Roberta w momencie kiedy miałem wydać polecenie do kolejnej pozycji.
- O co chodzi? - spytałem, podchodząc do niego.
- Nie, to nie problem ze sprzętem. Po prostu skoro jesteście parą to może… em… scena pocałunku? - zapytał nieśmiało, a Louisa rzuciła mu spojrzenie typu ,,wymyśl coś jeszcze, a jesteś martwy’’
- Jeśli nasz drogi pan stażysta sobie życzy… - powiedziałem i cały czas się uśmiechając, przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Spojrzałem w jej zaskoczone oczy swoim przymrużonym i rozbawionym wzrokiem.

piątek, 7 października 2016

Od Lou

Piętnaście minut po jedenastej następnego dnia do willi fotografa zapukała znajoma osoba.
- No hej. - drzwi otworzył niemal natychmiast.
- Hej, przepraszam za spóźnienie..
- Nic nie szkodzi. Wiedziałem, że się spóźnisz.  - mruknął przeczesując włosy do tyłu
- Skąd? - zmrużyła oczy oczekując jakichkolwiek wyjaśnień
- Zawsze się spóźniasz. - zaśmiał się
- Nieważne. Masz aparat?
- Po co aparat?
- No jakiś zbędny. Nie będę sterczeć i patrzeć jak robicie zdjęcia, mój boyfriendzie. - przewróciła oczyma.
- Piszesz się na to? - to było raczej stwierdzenie, niż pytanie, ale Lou widziała, że jej sąsiad w jakiś sposób się cieszy, że nie pojedzie do miasta sam.
- Jeśli dostanę swój aparat, to nawet chętnie. Nawet za cenę bycia Twoją dziewczyną. - Clark uśmiechnęła się delikatnie przewracając ironicznie oczyma.  Nie podobał jej się ten pomysł, ale co poradzić? Przynajmniej nie będzie wredną egoistką..


O 12 stali już na głównym rynku starego miasta.
- I gdzie ten Twój stażysta? - prychnęła dziewczyna oglądając swoje urządzenie.
- Będzie o pierwszej.
- Więc mamy godzinę wolną.Co powiesz na lody, albo kubek czekolady?
- Przy tamtym rogu mają takie rzeczy. I to nawet dobre.
- Więc chodźmy! Mam straszną ochotę na coś słodkiego. - ani jej, ani Cordianowi nie uszło uwadze to, że dzisiaj od niej bił ogromny optymizm. Tak zwany dobry dzień spowodowany prawdopodobnie odnalezieniem małego, czarnego kucyka.
Dziewczyna zajęła stolik na zewnątrz, gdy Resteez poszedł do środka złożyć zamówienie. Wtedy jak na zawołanie obok Lou pojawiły się koleżanki z jej starej szkoły.
- Lou, kochana! Co tam u Ciebie? - cała czwórka zaczęła mówić jedna przez drugą. - Wiesz, że Madie wychodzi za mąż? W czwartek ma wieczór panieński! A jak tam z Tobą? Masz dzieci?
Clark niemal zachłysnęła się wodą.
- Dzieci? - jęknęła patrząc na dziewczyny.
- Męża?
- Męża? - powtórzyła patrząc na nie jak na wariatki. - Nie mam nikogo. Jestem sama i wolna. - odpowiedziała zgodnie z prawdą czując na sobie zdziwione pary oczu tak jakby pytające: Ale jak?! To tak w ogóle można..? Biedna.. Nie ma życia.. dziwak.
W tym momencie ktoś objął ją od tyłu i przytulił się do jej ramienia.
- Hej, skarbie. - usłyszała głos. Nie byle jaki głos. Cordian. - O! Zapoznasz mnie ze swoimi koleżankami? - pocałował ją w policzek. 
- Pewnie. Dziewczyny, to jest.. - chłopak przerwał jej w połowie zdania.
- Resteez Vinci. - skinął głową, na co obce dziewczyny zaczęły się peszyć. Widać było, że każda z nich znała te nazwisko. - Partner Lou. - uśmiechnął się.
Brunetka na zewnątrz była niezwykłą aktorką, ale w środku czuła się.. no dziwnie. Co tu się właśnie stało? Cordian pomógł jej pozbyć się wścibskich rąbidup, a dodatkowo.. dał im popalić. Gdy tylko to usłyszały, ich uśmiechy zaczęły się zmniejszać. Burknęły coś jeszcze i odeszły. 
- I jak? Cieszysz się, że te dziewuchy nie będą miały o kim plotkować?
-  Cieszę. I jestem Ci wdzięczna, ale.. 
- Ale?..
- Za policzek masz w twarz. Nie rób tak nigdy więcej. - zaakcentowała słowo NIGDY i otworzyła kartę z menu. 
Odpowiedział jej tylko lekki śmiech. 
- I co zamówiłeś? - Louisa siadając przy stole jakby całkowiecie odbiegła od tematu. 
- Zobaczysz. Ale takich smaków jeszcze nie jadłaś. 
- Popatrz! - wskazała na banner na jednej z rynkowych tablic.
- Gdzie?
-Tamta tablica. Czerwone tło. - napis był zbyt daleko aby odczytać ale metodą domysłów...
Dziewczyna wyciągnęła swój aparat i zaczęła kręcić obiektywem. Wystarczyła odpowiednia ostrość i można było odczytać numer telefonu. Klinika weterynaryjna. Lou od razu wyciągnęła telefon i umówiła swojego kucyka na wizytę weterynarza i kowala.
-Nie boję się koni. - mruknęła grzebiąc łyżeczką w lodach. - Znaczy... boję, ale tych dużych. Vanillia była dla mnie wielka

Od Cordian'a



- Tshhyhy, zostaw ją już bo zaraz całą sierść jej wyczeszesz. - powiedziałem do brunetki, która czesała swojego kucyka już po raz 10 tego dnia.
- Chyba masz rację. - powiedziała, ocierając ręką pod z czoła. Obróciła się i skierowała w moją stronę. Usiadła na werandzie obok mnie i wzięła do ręki szklankę wody, która jej podałem. - Rany… - jęknęła przeciągle i sennie. - Kupiłam konia.
- Widać. - potwierdziłem, biorąc łyk wody ze swojej szklanki.
- Kupiłam konia. Ojciec mnie zabije.
- A to zobaczę. - dorzuciłem. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i posłała mi mordercze spojrzenie. Uniosłem ręce w obronnym geście. - Ale chyba najważniejsze że ją odzyskałaś? Chyba twoje szczęście jest dla niego najważniejsze.
- Taaaa… Patrz. Chyba się polubili. - powiedziała, wskazując ręką trzy sylwetki ganiające się po trawie. Na początku głośna i merdająca Pointa, potem wolno i ociężale kulał kucyk, a na samym końcu Riv, który niezdarnie próbował manewrować między rosnącymi na trawniku tujami.
- Kiedy zamierzasz zabrać Vanillę do lekarza? - zapytałem, podciągając nogę do siebie i oplatając ją rękami.
- Wolę zadzwonić po kogoś. Nie chciałabym narażać jej podróżą.
- Nooo swoje lata już ma.
- Jakby była dobrze traktowana nadal byłaby zdrowym i pełnym sił kucykiem. - zaprzeczyła dziewczyna, gotowa do obrony swojego zwierzątka.
- W porządku. Po prostu dziwie się też, że nie masz do niej żadnych oporów. Czyżby strach przed końmi zniknął? - zapytałem, wrednie się uśmiechając. W odpowiedzi Louisa odwróciła głowę.
- Po pierwsze to nigdy nie bałam się koni, a po drugie to Vanilla to co innego. I czy zamierzasz dalej drążyć ten temat?
- Heh. Nie. Sam czułbym się podobnie, gdyby to był Riv no i wiesz… - ziewnąłem i położyłem się na ciepłych od słońca deskach. Odgarnąłem włosy z twarzy, czując jak promienie ogrzewają moją skórę.
- Nie za dobrze panu? - prychnęła dziewczyna, a gdy otworzyłem oczy zobaczyłem, że pochyla się w moją stronę.
- Owszem, dobrze. - zażartowałem. - A byłoby jeszcze lepiej gdyby ktoś zrobił gorącej czekolady…
- Ale tylko ten jeden raz i wiesz za co. - powiedziała i wstała, wchodząc do domu. Przewróciłem się na bok i zacząłem obserwować wesoło biegającego kucyka. O ile w ogóle można to było nazwać bieganiem. Konik co prawda kulał i był w złym stanie, ale w jego zachowaniu nie widać było żadnych znaków, które wskazywałby na coś niezwykłego. Warknąłem cicho i zagryzłem dolną wargę. Cały ten temat nie dawał mi spokoju. Od tylu lat szukałem kogoś, kto skrzywdził Rivago. Obiecałem sobie, że znajdę osobę, która wstrzykiwała w DNA tych zwierząt sterydy. Nie mogłem jednak powiedzieć Louise, że wszystkie tropy prowadziły do jej matki. O ile jeszcze tego nie powiedziałem. Zakryłem twarz dłońmi i jęknąłem z bezsilności. Wyjąłem z kieszeni kurtki telefon i sprawdziłem pocztę. Najwidoczniej cała agencja została już powiadomiona o wypadku szefa, który ,,zdarzył się kiedy jechał do mnie’’ i ponownie zacząłem otrzymywać zlecenia. Przejrzałem również kilka adresów do znanych domów mody, które niedawno podesłał jeden człowiek z pracy i zanotowałem sobie, żeby później wysłać na nie moje projekty. Najbardziej jednak zaciekawił mnie jeden projekt.
- Lou? - zawołałem, a dziewczyna dokładnie w tej chwili pojawiła się w drzwiach z dwoma kubkami w rękach.
- A kiedy niby dałam ci pozwolenie na zdrabnianie mojego imienia? - zapytała, unosząc jedną brew i podając mi naczynie z czarnym płynem.
- Daawno temu. - powiedziałem, wykonując okrężny ruch głową. Spróbowałem czekolady. Była trochę za słodka i za rzadka, ale wypić się dało. - Hej, słuchaj bo mam robotę i…
- Spoko, nie zatrzymuję cię, tylko błagam cię, nic sobie nie zrób. Nie mam ochoty jeździć z tobą po szpitalach sadach i czym tam jeszcze…
- Dooobra kobieto. Spokojnie. Nie o to chodzi. To będą zdjęcia do przewodnika turystycznego. Kojarzysz to miasto niedaleko?
- To z tą starówką?
- Yhym. Chyba ci robole z Ameryki nie przyjeżdżaliby zwiedzać wieżowców, co? - zaśmiałem się cicho.
- I co z tym miastem?
- No mam zrobić zdjęcia do przewodnika.
- AAAaaa! Dobra! - wykrzyknęła, nagle rozumiejąc o co chodzi. - Będzie tam dużo ludzi i mam iść z tobą? - zapytała.
- Gorzej. - powiedziałem, odstawiając kubek obok mnie. - Mam wziąć stażystę.
Między nami spadała cisza. I trwała przez jakiś czas, aż w końcu przerwał ją śmiech Louisy.
- No chyba cię nie zje! Czego ty się boisz?
- Nie o to chodzi! - broniłem się. - Nie będę sami z nim latał! Chodź z nami. - tę ostatnią część dodałem dopiero po chwili i to głosem, którym archimedes zawołał Eureka, siedząc w wannie.
- A w życiu! - dziewczyna machnęła mi ręką przed nosem. - Jak to będzie wyglądać? Cześć, hej, to jest moja sąsiadka, mieszka niedaleko ale i tak będzie z nami zwiedzać to miasto? - mówiła, grając jak w teatrze.
- Numer z siostrą?
- Siostra, która ma za dużo wolnego czasu i chodzi z bratem do pracy mimo że jest dorosła? No ciekawie… Jakieś jeszcze pomysły?
- Em… Dammit… Babcia na…! - już chciałem wystrzelić z kolejnym pomysłem, ale jej wściekłą mina po usłyszeniu pierwszego słowa skutecznie mnie przed tym powstrzymały. - Dobra! To dziewczyna!
- Co?
- Powiem, że jesteś moja dziewczyną, a że chciałaś ze mną gdzieś wyjść to cię zabrałem na taki spacer po mieście.
- Nie ma mowy. Nie będę pajacować. - zaprzeczyła.
- Louuuuu! - zawołałem błagalnym głosem, obejmując jej rękę powyżej nadgarstka. - Ja z nim sam zginęęęęęęęę!
- Przestań się wygłupiać. - powiedziała, wyrywając rękę z mojego uścisku. Popatrzyła przez chwilę przed siebie i odwróciła się do mnie. - Ale tylko pod warunkiem, że jak będziemy w mieście to pójdziemy do weterynarza i poprosimy, żeby przyjechał obejrzeć Vanillę. Może być?
- Dziękuję! - wykrzyknąłem, a mój głos został zniekształcony przez to, że przyciskałem twarz do desek, na których leżałem plackiem.
- To kiedy to jest?
- Emmm jutro. No dobra, to ja już będę się zbierać. - powiedziałem, wstając i poprawiając kurtkę. Zagwizdałem w stronę Rivago, który również zaczął kierować się w stronę furtki. - Ubierz się w coś wygodnego. Zobaczysz jak mozolną pracą jest wykonanie kilku ciekawych i ładnych fotek! - zawołałem opuszczając ogród i biegnąc w stronę domu.

niedziela, 2 października 2016

Od Lou

Zdenerwowana Lou wzięła do ręki nowy telefon i natychmiast rozłączyła.
- Nie chcę. - bąknęła niczym małe, rozkapryszone dziecko. - Moja matka nie zrobiłaby czegoś takiego.
- Znałaś ją zaledwie pięć lat!
- No i tyle wystarczy! - krzyknęła. Z jej oczu biła wściekłość. - A Vanillia została sprzedana innemu dziecku. Chłopak razem ze swoim dziadkiem specjalnie po nią przyjechali. Została sprzedana tylko dlatego, żebym na niej nie jeździła, bo wtedy wielkością była dla mnie jak Rivago teraz.Wszystko się zgadza, a fundacja, jak każda inna chce odkupić konia przeznaczonego na rzeź, nie wiedząc, że ja go odkupię. Mam na to swoje własne pieniądze. Były przeznaczone na naprawę skrzypiec, ale jeśli mogę coś zrobić dla tego kuca, to to zrobię i wydam te pieniądze, chociażby nazajutrz miała umrzeć, to wiem, że nie zrobi tego w ciężarówce, lub na rzeźni, tylko w domu. Swoim domu ze mną.
Chłopak nie miał pojęcia, czy widział już Clark w takim stanie jak teraz. Jej wściekłość, a za razem upór i wola walki sięgnęły zenitu.
- Ty nawet jakbyś chciała, to i tak nie dasz rady się nie upierać przy swoim, co? - uśmiechnął się przeczesując do tyłu włosy.
- Po prostu idź się ubierz. - przewróciła oczyma i gdy chłopak wszedł do domu, usiadła na schodkach. Zaczęła szperać w swojej torebce. Najpierw w jej ręce wpadł portfel. Otworzyła go i jeszcze raz przeliczyła pieniądze. 2000. Jednak jej stres wcale się nie zmniejszał. Nie wiedziała ile czasu przeszukiwała torebkę. Zestresowana przypomniała sobie sytuację w końcu sprzed tygodnia, gdy Paul wcisnął w jej ręce paczkę papierosów. Podarował jej ją mówiąc, żeby wyciągnęła jednego, gdy nie będzie mogła wytrzymać. Miała nadzieję, że biało-czerwona paczka odnajdzie się w bałaganie. Nie było jej. Szukała też po bocznych kieszeniach, a na końcu w akcie desperacji przewróciła czarną torbę do góry dnem i wysypała wszystko na kostkę. Wszystkie drobne rzeczy pogubiły się w bluszczu obok, a ona głośno westchnęła trzymając małą paczkę w ręce. Wyciągnęła jedną sztukę używki i chwyciła w drżące ręce zapalniczkę. Przytrzymała guzik i zobaczyła mały ogień. Już sam widok ognia ją uspokajał. Podpaliła biały koniec i już miała się zaciągnąć, kiedy nie wytrzymała i wyrzuciła papierosa pod nogi. Ugasiła ogień i wrzuciła pogniecioną sztukę do pudełka ciskając nim w dal i krzycząc: JA NIE MOGĘ!  Gdy tylko paczka trafiła za płot, dziewczyna schyliła się i schowała głowę w swoich kolanach. Cordian wszystko widział, ale nie powiedział ani słowa. Dopiero, teraz, gdy już było po wszystkim.
- Lou..?
- Boże! - podskoczyła odwracając się w jego kierunku.
- No już. Schowaj wszystko z powrotem do torebki. I nie stresuj się tak. Jedziemy.
- Ty..
- Czy widziałem? Tak. Widziałem. Stoję tu od jakiegoś czasu, ale interesowało mnie co zrobisz.
- Ja Cię prze.. - już chciała się tłumaczyć, ale po raz kolejny Vinci przerwał jej wypowiedź.
- Nie przepraszaj. Wycisz się przed jazdą, bo nie zamierzam drugi raz skończyć w przepaści. Brawo dla Ciebie, że tego nie zrobiłaś.

Gdy wsiedli do samochodu, mało się odzywali. Widać było, że Louisa nie miała ochoty na żadną rozmowę, a Resteez nawet nie próbował po raz kolejny wytrącać jej z równowagi.
- Gdy już było po wypadku, nie wiedziałam co się stało z mamą. Tata mówił mi, że jej po prostu nie ma, a ja nie rozumiałam o co chodzi. Dopiero na pogrzebie. Okropnie płakałam. Nie chciałam pozbywać się Vanilli. Tata też uznał, że jeśli ją sprzeda tak po prostu, to moje serce będzie okropnie rozdarte, więc wtedy obejrzałam po raz pierwszy " Przeminęło z wiatrem"  i scena, gdzie dziewczynka ginie na czarnym kucyku tak mną wstrząsnęła, że sprzedaż kucyka, nawet tego, którego strasznie kochałam, nie było już trudne.
- Brutalne.
- On dobrze wiedział co robił. Zadziałało, a ja z powodu braku matki musiałam dorosnąć trochę wcześniej.
- A.. Jak to się w ogóle dzieje, że teraz jedziesz? Przecież...
- Jestem na pięciu silnych tabletkach przeciwbólowych. - mruknęła patrząc właśnie na zmieniające się światło i wskazując ręką na białe pudełko w schowku.
- Przecież to jest bardzo mocny lek.
- Myślisz, że o tym nie wiem?

Gdy w końcu dojechali przed metalową bramę, ich oczom ukazała się stodoła i brzydki, odrapany magazyn.
Louisa z prędkością światła wyskoczyła z pojazdu i zadzwoniła na dzwonek. Do furtki dobiegł duży berneński pies pasterski. Zaczął szczekać i warczeć na dwójkę obnażając przed nimi swoje kły.
Dziewczyna, która nie doczekała się odpowiedzi,  nie patrząc na zagrożenie otworzyła furtkę i weszła do środka jednym gestem uspokajając bestię.
- No już. - położyła rękę na jego łbie. I w momencie, w którym Cordian już chciał krzyknąć: OSZALAŁAŚ?! berneńczyk zaczął łasić się do jej zdrowej nogi.
- Czego?! - zza muru wyszedł gospodarz przeklinając pod nosem.
- Dzień dobry! Wspaniałego ma Pan psa! - uśmiechnęła się, chociaż oczy mężczyzny powiększyły się do niesamowitych rozmiarów.
- On nigdy nie wpuszcza obcych. - podrapał się po głowie zdejmując na chwilę czapkę.
- Może ja nie jestem obca? - stwierdziła Lou. Przecież po jej podwórku biegało jedenaście takich psów. Może to jest potomek jednego z nich?
- Przyjechałam, bo słyszałam, że ma pan na sprzedaż czarnego kuca.
- A no mam! Ale nie rozumiem po co. Ona jest już stara i nic nie chce robić. Nic tylko się pozbyć! Już z resztą mam nowszego.
- Są jednak ludzie, którym pasują takie stare kuce. - wtrącił się do rozmowy Cordian.
- A przestań Pan! Idioci!
- Nie koniecznie. Czy mogłabym ją obejrzeć? Bo przyjechałam tutaj z zamiarem jej definitywnego kupna, więc nie rozumiem o co chodzi.
- A pewnie. Tylko ją przyprowadzę.
- Mogę iść za panem?
- A jak Pani chce, to niech se pani idzie.
Clark zawołała gestem ręki swojego 'brata' i podpierając się kulami, doszła z rolnikiem do małej szopki. Już na odległość bił z niej chłód, pleśń i brud. Otworzył drewniane, grube drzwi, a oczom trójki ukazała się mała czarna klacz.
Pierwszym, co dało się usłyszeć był szloch dziewczyny. Ale nie był to zwykły szloch. Był tak głośny, że dało się nim zagłuszyć wycie niejednego psa.
- Boże, Vanillia! - Lou była cała w łzach. Widocznie kucyk czuł od niej ciepło i od razu podszedł, a ona ukucnęła mając cały czas jedną nogę wyprostowaną. Nie była już taka jak kiedyś. Kolor sierści, przycięcie grzywy, czy chód się nie zmienił, ale sierść była brudna i zlepiona, a kopyta nieprzycięte i zaniedbane. Grzywa za to, rozczochrana i nierówna.
- Vanillio, to Ty! - szepnęła przez łzy przytulając szyję małego konika, w którego niemalże wpłynęło nowe życie.
Dotychczasowy właściciel uniósł jedną brew patrząc niezrozumiale na Vinciego, ale ten uspokoił go bladym uśmiechem.
- Louisa, to dziewczyna, od której kupiliście tego kuca piętnaście lat temu.
- Ta mała Lou, która nie chciała rozstać się z kucykiem? - facet jakby od razu się uśmiechnął.
- Dokładnie. - zaśmiała się przez łzy wciąż tarmosząc małe, czarne cudeńko. Odwróciła się w stronę gospodarza wciąż przytulając do siebie brudne zwierze.
- Czy mogę ją w tej chwili od pana odkupić? - spojrzała na faceta z błagalnym wzrokiem.
- No nie wiem. - oparł się o ścianę - No przecież nie jestem potworem. Sprzedam Ci ją.
- Aaaaww. - pisnęła ze szczęścia tarmosząc pysk i chrapy zwierzęcia.
Była tak zajęta, że nie zauważyła, gdy Cordian wyciągnął z portfela 1500 złotych i wręczył je rolnikowi.
- Cordian, nie. - zaprzeczyła patrząc na niego.
- Tyle mogę zrobić. - wzruszył ramionami i nie spostrzegł kiedy dziewczyna wstała i mocno go przytuliła.
- Dziękuję. - szepnęła do jego ucha cały czas patrząc na kuca.

Od Cordian'a



- Spokojnie – powiedziałem, siadając, tyle że nie na sofie a na stole.
- Ale… jeśli czegoś nie zrobimy to… - dziewczyna ściszyła głos. Podparłem brodę na ręce, patrząc na jej twarz.
- To odpalaj laptopa. - odezwałem się po chwili ciszy, co wyraźnie ją zaskoczyło.
- Słucham?
- Gdybym zarabiał 1200 miesięcznie to chyba nie byłoby mnie stać na taki dom, co? 1500 w tę, czy w tamtą nie zrobi mi różnicy. - wytłumaczyłem, czując się przy tym jak ktoś z innej planety. W końcu, który 21-latek zarabiał aż tyle?
- Cordian… ja… - zaczęła dziewczyna, a w jej oczach pojawiła się iskierka nadziei i ulgi.
- No, już, przynieś ten sprzęt. Musimy znaleźć tą fundację. - powiedziałem, ciepło się uśmiechając. Prawdę mówiąc nigdy nie byłem jednym z tych skąpców. Sam lubiłem czasem poszaleć i wydać kilka tysięcy w artystycznym. No i jeszcze ten sposób w jaki dziewczyna patrzyła na zdjęcie kucyka. Pozostawał tylko jeden problem.
- Lou, a jak zamierzasz się nią opiekować? - zapytałem, gdy dziewczyna pojawiła się w pokoju.
- Ale co jak?
- Tak jakby… nie możesz zbliżyć się do Riv, nie wiem czy wielkość konia coś zmieni. - odpowiedziałem pełnym powagi głosem. - Dlaczego ojciec ją sprzedał?
- Bo… bałam się do niej podejść i… Ale ja muszę ją odzyskać!
- Do kiedy jest termin?
- Do 21 maja.
- W takim razie masz tydzień. Ja pójdę już do siebie, muszę się czymś zając, a tym podejmij decyzję. - powiedziałem i podniosłem się ze stołu. Odłożyłem talerzyk z jeszcze nie zjedzonym ciastkiem z owocami i ruszyłem w stronę drzwi. Zatrzymałem się na chwilę z dłonią na klamce. Wyglądało jednak na to, że dziewczyna nie miał nic do powiedzenia. Wyszedłem, zostawiając dom pogrążony w ciszy.
           Udałem się w stronę ogrodzenia i oparłem plecami o furtkę. Spojrzałem w stronę drewnianego domu. Nie raziło mnie słońce, gdyż było dzisiaj pochmurno i całe niebo było koloru jasno szarego. Poczułem chłodny wiatr i poprawiłem czarną, skórzaną kurtkę, zapinając ją. Rozpuszczone włosy zostały rozwiane i zasłoniły mi widok. Nie uniosłem ręki żeby je odgarnąć. Zamiast tego głośno westchnąłem i otworzyłem bramę, opuszczając ogród.
              Szedłem leśną drogą. W myślach podziękowałem, że od kilku dni nie padało i nie zapadałem się w błoto. Pod moimi nogami przelatywały gonione przez wiatr zeszłoroczne liście. Nie mogłem już doczekać się jesieni, pełnej kolorów i kolorowych leśnych dywanów. Wsadziłem ręce do kieszeni, idąc do przodu i nucąc pod nosem piosenkę.


            Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc ten fałsz. Dziewczynie na pewno wychodziło to lepiej, co było łatwe do stwierdzenia po ujrzeniu tych wszystkich instrumentów w jej domu. Muszę ją kiedyś poprosić by coś dla mnie zaśpiewała.
            Po jakimś czasie dotarłem do domu. Od razu usłyszałem radosne rżenie i ujrzałem ten łaciaty pysk. Podszedłem do furtki. Nie miałem przy sobie kluczy, ale bez problemu udało mi się po niej wspiąć. To zabawne, że w dzisiejszych czasach te ogrodzenia są niczym lekko utrudniona ścianka wspinaczkowa. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem na powitanie ogiera.
- Przepraszam, że mnie tyle nie było. Zaraz cię nakarmię i wyszczotkuję. - powiedziałem, wciskając twarz w szyję konia. Złapałem zębami za jeden z długich, białych kosmyków grzywy i pociągnąłem. W odpowiedzi ogier parsknął, wykonując lekki ruch głową. W pewnym sensie wiedziałem jak się czuła. Na jej miejscu zrobiłbym podobnie gdybym ujrzał Rivago przy takim ogłoszeniu. Przynajmniej tyle zbliżało mnie do człowieczeństwa. Poklepałem ogiera po boku i ruszyłem w stronę stajni. Przy drzwiach obejrzałem się i zobaczyłem jak koń kłusuje w moją stronę. To było niesamowite, jak po pewnym czasie można było nawiązać taką więź ze zwierzęciem. Złapałem za stojący w rogu zestaw szczotek i zrzuciłem z siebie zaplamioną koszulkę i spodnie, zostając w samych bokserkach. Nie chciało mi się iść do domu, żeby się przebrać, więc jedynie narzuciłem moją czarną kurtkę.
               Kilka następnych godzin spędziłem razem z Rivago w stajni, ciesząc się że założyłem w niej ogrzewanie. Nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu, więc gdy tylko poczułem zmęczenie, położyłem się na jednej z gór siana. Uśmiechnąłem się delikatnie, kiedy ogier podszedł do mnie i położył się obok, uważają żeby nie uderzyć mnie kopytem. Zamknąłem oczy i zasnąłem, czując miękką sierść pod palcami i słysząc równy oddech konia.
                   Nagle zobaczyłem dziwny obraz. Obraz przedstawiający łąkę. A na niej stado koni. Koni, które znałem. Zacząłem biec w ich kierunku, ze zdziwieniem stwierdzając, że znów mam ciało 13-letniego chłopca. Rozłożyłem szeroko ręce, skacząc w stronę szarej klaczy, żeby przytulić się do jej szyi. Zanim jednak udało mi się to zrobić koń upadł na ziemię. Zatrzymałem się, z przerażeniem patrząc jak przestaje oddychać. Nagle ciało klaczy zaczęło powoli rozpływać się w powietrzu, pozostawiając leżącą na wznak postać. Rozpoznałem w niej swoją ciotkę. I innych. Konie powoli padały, zamieniając się w martwe ciała. Ciała wszystkich, których straciłem. Były w nich także osoby, których nie znałem. Spojrzałem przed siebie. Na łące zostały 3 konie. Zawsze odkąd miałem ten sen zostawały trzy. Podchodziłem do nich i głaskałem je po pysku. Za każdym jednak, kiedy ich dotykałem te stawały się coraz słabsze. A ja kładłem się na trawie pomiędzy nimi i patrzyłem w niezwykle białe niebo, bez chmur, bez słońca.
- No ciekawe sobie znalazłeś miejsce do spania. - ze snu wyrwał mnie czyiś głos.
- Louisa? - poderwałem się z siana, zapinając kurtkę i żałując, że kupiłem taką, co ledwo sięgała do pasa. W końcu nic na siebie nie założyłem, a byłem mężczyzną i rano miałem problem taki jak wszyscy inni.
- No, biorąc pod uwagę, że ten twój szef jest w szpitalu to raczej nikt inny by tu nie przyszedł? - rzuciła, krzyżują ręce a piersi i na szczęście ignorując mój stan. - Nie zimno ci tak?
- Nie było mnie w domu, nie miałem jak się przebrać a w brudnym chodzić nie będę. - uciąłem, owijając się wiszącym na haku kocem. Wzdrygnąłem się, czując drapanie na skórze.
- Nieważne…
- Właśnie. A co ty tu robisz? - zapytałem, ponownie się do niej odwracając.
- Sprawdziłam tą fundację. Znalazłam namiary na właściciela, ale…
- Coś tam śmierdzi? - zapytałem poważnym głosem.
- Nie, że śmierdzi, ale to pierwszy raz kiedy słyszę o tej fundacji… i ta strona internetowa jest dziwna. Choć z drugiej strony Vanilla powinna wyglądać teraz właśnie tak jak na tym zdjęciu, no i mają jej imię.
- W porządku. Masz samochód? - spytałem, podchodząc do drzwi.
- Tak.
- Hah, po ostatnim boję się jeździć z tobą. Ale w porządku. Daj mi tylko minutkę. Tak nie pojadę. - zaśmiałem się, wskakując na mój ubiór i udałem się w stronę domu. Ledwo zdążyłem przekroczyć próg, kiedy w mojej głowie coś zakołatało. Znałem tę nazwę. XXXXXXXXX. Pamiętałem, jakby to było dzisiaj. Pamiętałem kryjący się za panią Clark. Sekret, którego odkrycie uniemożliwiła mi śmierć kobiety dokładnie w momencie, gdy byłe blisko rozwiązania. Sekret, który łączył wszystkie konie z tego domu. Niczym poparzony wybiegłem z domu, łapiąc dziewczynę za ramiona i ignorując fakt że byłem prawie roznegliżowany.
- Lou! Twój kucyk… on już nie jest taki jak kiedyś! - zawołałem, potrząsając dziewczyną.
- Chwila, uspokój się Cordian! O czym ty mówisz? - dziewczyna wyrwała się i odeszła kilka kroków w tył, próbując złapać równowagę.
- Twoja matka… nie była po prostu zwykłym jeźdźcem. Ta nazwa, ona i pewien sekret. To wszystko jest ze sobą powiązane. Jeśli ta organizacja sprzedaje tego konia to oznacza, że coś złego się mu stało i już nie dają rany nad nim panować albo stał się bezużyteczny…
- Co za bzdury wygadujesz?! Moja matka nigdy nie skrzywdziłaby żadnego konia! - krzyknęła.
- Nie skrzywdziłaby. Ona robiła to dla konia. Ale znaleźli się tacy co znaleźli w tym zysk. - powiedziałem, przypominając sobie zlecenie rządu, w którym miałem znaleźć osobę stojącą za mutacją końskich mięśni, powodującą, że zwierzęta stawały się silniejsze i szybsze, a nie można było wykryć w nich żadnego dopingu. Gdy sam zaczynałem badać tą sprawę myślałem, że ta osoba była jedynie łapczywa na pieniądze i zysk. Jednak, gdy dostałem się do głębszej bazy danych dowiedziałem się, że podobno pani Clark pierwotnie chciała uchronić swojego konia przed śmiercią z powodu choroby, poprzez wzmocnienie jego organizmu. Nie udało mi się jednak spotkać z kobietą i upewnić, ponieważ prawdziwe sekrety martwi zabierali do grobu.
- Powiedz mi o co w tym wszystkim chodzi! - zażądała dziewczyna.
- Wydaje mi się, że to nie ja powinienem ci o tym powiedzieć. - odpowiedziałem spokojnie, sięgając do kieszeni jej kurtki i wyjmując wibrujący już od kilkunastu sekund telefon. Podsunąłem pod jej nos urządzenie, na którego ekranie widniał duży napis opisujący nadawcę przychodzącego połączenia: ‘TATA’.

Od Lou

- Lou, jesteśmy wzywani do sądu. - chłopak oświadczył prosto z mostu.
- Nie rozumiem za co. - mruknęła dziewczyna jeszcze na chwilę zamykając oczy.
- Za piractwo drogowe i wjazd na strefę zakazaną.
- Oskarżenia są bezpodstawne. Winy nie ponosimy za nic. Uderzyłam go w głowę w obronie własnej, a właściwie twojej. Działania samoobronne zawsze są uniewinniane. Jechaliśmy szybko żeby ratować ludzkie życie, a w tym wypadku wszelkie inne dobra są mniej ważne niż ludzkie życie. Uciekaliśmy policji, żeby nie tracić na czasie. Jest to również uniewinnione. Mam prawo jazdy, więc nie ponoszę odpowiedzialności karnej. Wjazd na teren strefy zakazanej.. No cóż. Nic nam o tym nie było wiadomo. Z resztą nie wjechaliśmy w przepaść celowo, plus nikt nie umarł. - odetchnęła próbując się odrobinę podnieść. Niebywałe, że powiedziała to wszystko tak szybko i na jednym wydechu,
- Wow, Lou.. Skąd to wiesz?
- Czegoś tam jednak już się nauczyłam na drugim roku studiów prawnych, braciszku. - syknęła patrząc na niego jak na idiotę.
- Myślałem, że tego jeszcze nie miałaś. - wzruszył ramionami znajdując szybką wymówkę.
- No cóż. Nie będę mieszał się już w to, co studiujecie. Rozumiem, że jesteście pełnoletni. - trudno im było stwierdzić czy to było twierdzenie czy pytanie ze strony wojskowego, który właśnie wszedł do środka.
- No raczej. - jęknęła dziewczyna po raz kolejny wykrzywiając się w grymasie bólu.
- Waszemu zdrowiu i życiu już nic nie zagraża. Tobie nic nie jest. - wskazał na Cordiana. - A Tobie nic więcej się nie stanie. - zwrócił się do Clark. - Tego kolesia odwieziemy do szpitala.
- Jedna prośba. - Louisa delikatnie uniosła rękę, jak w szkolnej ławce. - Podobno on nie wie co się stało..
- Racja.
- Niech pan mu powie, że jechał sam i sam spadł z klifu.


xXxXx

Nie minęła godzina 13, gdy wojskowy samochód jechał po dobrze znanej im drodze.
- Nie mówiłaś, że jesteś na studiach.
- Bo nie pytałeś. - mruknęła jednocześnie zakańczając rozmowę. Nie miała najmniejszej ochoty na wypowiedzenie chociażby jeszcze jednego zdania. I tak zaraz musiała się tłumaczyć ojcu.
- Macie kogoś w domu? -zapytał się kierowca.
- Nie wiem, czy na chwilę obecną, ale powinien być nasz ojciec. - chłopak postanowił wyręczyć Clark i sam zaczął odpowiadać na pytania.
- A matka?
- Nie żyje.
- Współczuję. Coś się stało?
- Zginęła razem z koniem kiedy ja i Lou byliśmy dziećmi.
- Konie to piękne stworzenia.
- Prawda? - przytaknął niemalże od razu i z pasją zaczął opowiadać kierowcy o Rivago. Znalazł kogoś, kto podobnie jak on kochał konie.

Gdy podjechali pod dom, Louisie od razu w oczy rzuciła się jej Dakota, a właściwie jej brak. Adam pojechał zapewne do mechanika z ustrojstwem, które nie chciało odpalić. Pod bramą już czekała Pointa z niecierpliwością wpatrując się w maskę wojskowego auta.
- Dziękujemy. - zdążył tylko uścisnąć wojskowemu rękę i wyszedł, żeby pomóc wyjść Lou.
Gdy tylko dziewczyna usiadła na salonowej kanapie, od razu podszedł do niej złoty pies przytulając się do jej zdrowego kolana.
- Witaj, kochanie. - właścicielka delikatnie przejechała po jej pysku i całej głowie, a w tym czasie Cordian zrobił coś słodkiego do jedzenia i usiadł na przeciwko trzymając gazetę.
- Lou, pamiętasz co powiedziałaś wtedy gdy spadliśmy? - uniósł kubek z gorącą czekoladą.
- Nie. - zmrużyła oczy patrząc na niego podejrzliwie.
- Powiedziałaś, że jeśli przeżyjemy, to zaczniesz jeździć konno.
- Marzenie ściętej głowy.
- Obiecałaś. Czy ty teraz chcesz nie wywiązać się z własnego postanowienia?
- Denerwujesz mnie.
- KURDE LOU! - w pewnym momencie Resteez podskoczył z wrażenia na sofie wylewając na siebie pół kubka ciepłego napoju. - CHOLERA! - krzyknął widząc mokrą koszulkę, a jednocześnie wciąż wpatrywał się w gazetę.
- Powiesz w końcu co tam masz? - przewróciła oczyma.
Goldenka podbiegła do sofy i zaczęła zlizywać resztę napoju.
- Pamiętasz to zdjęcie tej małej dziewczynki z czarnym kucykiem w Twojej stajni?!
- No tak. To byłam ja i Vanillia.
- ZNALAZŁEM JĄ! TO ONA! - zaśmiał się stając na ławie.
- CO?! Pokaż ją! - rozkazała całkowicie olewając fakt, że Vinci stał na stole.
Rzeczywiście. W gazecie, na stronie z ogłoszeniami, znajdowało się zdjęcie czarnego jak smoła, starszego wiekiem kucyka z oczyma wpatrzonymi w kamerę. Miał na sobie zniszczony kantar, a do niego doczepiony sznur. Ten widok wywołał na twarzy Clark niezwykły uśmiech. Obok fotografii tekst:
" Vanillia patrzy z ufnością w stronę aparatu. Przez ostatnie piętnaście lat służyła na farmie jako kucyk dla dzieci. Jednak teraz, gdy jest już w podeszłym wielu, została zamieniona na "nowszy model" i czeka na ciężarówkę i bilet w jedną stronę. Właściciel za życie Vanilli żąda 1500 złotych. Jeśli uzbieramy tę kwotę do dnia 21 maja, uda na się ją uratować. Wpłać pieniądze na konto fundacji xxxxxxxxxxx i pomóż nam zafundować temu kucykowi lepszy los! "
- Cordian.. spojrzała poważnie w stronę sąsiada. - Ja muszę ją odzyskać.

piątek, 30 września 2016

Od Cordian'a



                 Kiedy ujrzałem wchodzącą do pomieszczenia postać, moja twarz przybrała poważny wyraz. Na przeciwko mnie stanął wysoki i krępy mężczyzna. Miał krótko przystrzyżone czarne, lekko siwiejące włosy i od kilku dni niegolony zarost. Nosił mundur koloru brudno-ciemnozielonego, który zdecydowanie nie był ubiorem do ćwiczeń. Ledwo powstrzymałem gwizd na widok tych wszystkich odznak wiszących na jego piersi. Z jego twarzy był spokój i powaga.
Wstałem z krzesła i zbliżyłem się do gościa.
- Dobry. - rzuciłem, stając i zaczepiając palcami o pas od spodni. Mężczyznę najwidoczniej mało obchodziła moja postawa, więc przerzucił wzrok na śpiącą dziewczynę.
- Kim jesteście? - powiedział praktycznie bez emocjonalnym głosem. - Obawiam się, że nie macie prawa tu przebywać.
- Chyba jej nie wyrzucisz do lasu? - zaśmiałem się lekko, nie dbając o zwroty grzecznościowe.
- Przewieziemy was do szpitala. Najpierw jednak potrzebuje wasze dane osobowe i dlaczego znaleźliście się w tym miejscu.
- Już opowiadałem. - jęknąłem.
- Każdy może sobie wymyślić taką bajeczkę. - kontynuował nadal nieugięty żołnierz. Zrezygnowany udałem się w stronę mojej kurtki leżącej koło łóżka Lou. Przeszukiwałem kieszenie, wręcz błagając w myślach, aby była tam ta jedna rzeczy. Z ulgą wyciągnąłem coś na kształt małego, oprawionego w skórę zeszytu. Otworzyłem go i zacząłem przerzucać miękki i twarde kartki. Gdy odnalazłem tą konkretną, wyciągnąłem i podstawiłem mężczyźnie pod nos. Ten skrzywił się lekko, ale wziął papier i zaczął czytać.
- Ufam, że nie będą wam potrzebne nasze tłumaczenie i informacje. - odezwałem się, delikatnie wyciągając ‘dokumencik’ z ręki zaskoczonego człowieka. Schowałem go z powrotem do zeszytu, a następnie do kurtki, mają nadzieje, że nikt tego nie znajdzie. Doprawdy, nie lubiłem używać tego wszystkiego, ale były momenty kiedy się przydawało. To wręcz śmieszne, że udało mi się osiągnąć w mojej drugiej pracy aż tyle, kryjąc to pod hobby malarza i fotografa.
- Owszem. Będziemy zaszczycenie jeśli tu zostaniesz i oczywiście pomożesz. - powiedział mężczyzna, lekko się uśmiechając. Zabawne, jak jeden głupi zwitek papieru mógł aż tak bardzo zmienić człowieka.
- Z chęcią czymś się zajmę. - skłamałem, odwracając się do lekarza. Ten jedynie pokiwał głową, jako potwierdzenie, że wezwie mnie w razie jakiegokolwiek wypadku.
- Ekhem! Ja tu żyję! - zawołała leżąca Louisa, przerywając cisza. Ciekawe jak wiele zauważyła z tego co robiłem…
- Oj, nie bądź niemiła. - zaśmiałem się. - Idę się przewietrzyć, a ty odpoczywaj. - powiedziałem, opuszczając szpital. Na zewnątrz dołączył do mnie żołnierz. Odpiął kieszeń i wyciągnął z niej paczkę papierosów.
- Nie waż się palić przy mnie tego gówna. - prychnąłem. Nienawidziłem smrodu papierosów. Człowiek najwyraźniej uznał, że opór jest bezcelowy, więc schował używki z powrotem do kurtki.
- Jestem nadzorcą krajowego zgrupowania obrony, Daniel Fiaro. - przedstawił się mężczyzna.
- Po co mi podajesz swoje nazwisko? Jakbym go potrzebował, już dawno znałbym je, a czy będziemy na ty nie ma znaczenia.
- Hah. Jak zwykle podchodzisz poważnie do swojej roboty. Niesamowite, że ktoś w tak młodym wieku może tyle osiągnąć. - skomplementował mnie mężczyzna, z wyraźnym podziwem w głosie.
- A niektórzy nawet w tak starym jak ty nic nie osiągną. - prychnąłem, rezygnując z uprzejmości. Ruszyłem przed siebie, a Fiaro wyprzedził mnie niedługo potem, wskazując drogę.
               Nie minęło dużo czasu, aż znaleźliśmy się w nadzwyczaj nowoczesnym jak na leśne warunki biurze. Daniel stanął koło biurka i wskazał ręką leżący na nim laptop.
- Masz przejrzeć dokładnie ostatnie dane wojskowe. Ostatnio ginie tam dużo pieniędzy. - rozkazał. Posłusznie usiadłem na krześle, nie otworzyłem jednak sprzętu.
- Nie obawiasz się, że mogę zobaczyć tajne dane? - zapytałem, opierając się na łokciu.
- Jakbyś chciał, to dostałbyś się do nich pewnie w inny sposób.
- Raczej. - brawo! Wreszcie zacząłeś myśleć gościu, dodałem w myślach.
Po godzinie pracy podsunąłem mężczyźnie wydrukowaną kartkę pod nos.
- Tyle ginie, gdzie, kiedy, ten bierze, ten daje… - mówiłem, opisując grupki cyferek znajdujących się na niej.
- Interesujące. Swoją drogą Cordian… - Fiaro spojrzał na wydruk, jednocześnie drapiąc się po podbródku.
- Tsh. Resteez. - przerwałem mu. Nie chciałem, żeby ktokolwiek mówił do mnie moim imieniem. No, może Lou. Choć w sumie to nie moja wina, że nie dało się wyrobić dokumentów na pseudonim.
- Resteez. Niedługo i tu się nie ukryjesz. - powiedział, odkładając kartkę.
- Co?
- Uciekłeś do lasu, fotografie. Myślisz, że tu cię nie znajdą? Oni są bardzo wytrwali w eliminowaniu zagrożeń.
- A jakim niby ja jestem zagrożeniem? - zaśmiałem się, odwracając na krześle i siadając okrakiem wokół oparcia.
- Nie musisz udawać. Słyszałem kim jesteś naprawdę, oprócz marnego artysty. Potwierdza to nawet to co przed chwilą zrobiłeś. Mógłbyś obalić cały rząd jeśli byś chciał…
- I dlatego właśnie nic mi nie zrobią. Bo wiedzą, że mam ich w garści. - zakończyłem. - Ale prawdę mówiąc to nie uciekam od prawa… od przeszłości jeśli już.
- Przeholowałeś, co? - zaśmiał się Daniel, opierając się o ścianę i unosząc do ust filiżankę z herbatą.
- Nie mam zamiaru drążyć tego tematu. Zrobiłem wszystko co miałem, reszta leży w twoim interesie. A teraz pójdę już do przyjaciół. - powiedziałem, wstając i kierując się do drzwi.
- Nie myśl, że po prostu od tego uciekniesz. - usłyszałem, wychodząc z domku. Przyśpieszyłem kroku, jakbym chciał jak najszybciej zostawić tamto miejsce i rozmowę za sobą. Włożyłem ręce do kieszeni i zacząłem poszukiwać jakiegokolwiek ołówka lub kartki. Warknąłem, gdy nie znalazłem nic podobnego. Zawsze moje nerwy puszczały, gdy nie mogłem wyładować ich podczas szkicowania. Rozejrzałem się dookoła, szukając substytutu rozrywki. Po chwili dostrzegłem leżące pod drewnianą szopą pistolety. Zbliżyłem się i podniosłem jeden z nich. Broń była zimna i ciężka, a magazynek naładowany. Uniosłem ja zdrową ręką i wycelowałem w jedno z drzew. Pociągnąłem za spust i usłyszałem huk oraz poczułem jak uderza we mnie fala powietrza. Spojrzałem przed siebie, na mały otwór wydrążony w drewnie. Zagwizdałem cicho, widząc że moc tego sprzętu mogła przebić drzewo. Uniosłem broń ponownie i wystrzeliłem, tym razem w kierunku innego drzewa. Powtórzyłem czynność kilkukrotnie, z każdym razem z powodzeniem, aż koło mnie pojawił się jeden z tych półgłówków.
- Pogięło cię?! Co robisz? - burknął, wyrywając mi broń z ręki.
- Bawię się. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, unosząc ręce w geście obronnym.
- Tsh. Nie rozumiem dlaczego mamy tu trzymać takiego bezmyślnego dzieciaka. Nie dotykaj broni, tym można się zranić. - zagroził, zbierając resztę pistoletów do plecaka.
- Ciekawe, czy o tym myślałeś, kiedy przestrzelałeś mi ramię. - mruknąłem w jego stronę, po czym odszedłem, słysząc z tyłu potok przekleństw.
Gdy dotarłem do szpitala odetchnąłem z ulgą, widząc śpiącą Lou. Nie miałem ochoty na tłumaczenie się z; dlaczego mnie tyle nie było i co robiłem. Kiwnąłem głową w stronę lekarza i usiadłem na krześle. Spojrzałem za okno, wpatrując się w monotonną mieszankę liści i igieł różnych drzew. Było lato, a po lecie nastanie jesień. Kolorowa jesień. Jesień przynosząca natchnienie do malowania. Ciekawe co jeszcze przyniesie…
              Nagle do pomieszczenia wszedł Fiaro.
- Resteez, wybuch samochodu i cała wasza akcja zdążyła się już rozprzestrzenić. Jesteście wezwani do sądu pod zarzutem piractwa drogowego i wkroczenia na strefy zakazane. Z góry mówię, że to nie ja to zgłosiłem. - powiedział, sugestywnie machając rękami.
- Wiem. - westchnąłem. - Urgh… wiedziałem, że tak łatwo to się nie skończy.
- Co się nie skończy? - usłyszeliśmy zaspany głos Louisy.

niedziela, 25 września 2016

Od Lou

Znów miała pięć lat. Widziała młodego tatę śmiejącego się z jej nieudolnych prób pierwszych skoków na czarnym jak smoła kucyku.
- Tatusiu, popatrz! Teraz skoczę! - machnęła ręką w jego kierunku. 
- No! Zobaczymy! Pamiętaj! Trzymaj się mocno i pochyl do przodu! - pan Clark był w niesamowitym humorze. Widocznie na kogoś czekał. 
Kładka była zawieszona jakieś 10 cm nad ziemią, jednak dla małej Lou był to co najmniej metr. 
- Dalej, Vanillio! Uda nam się! - mrużyła duże oczy i ponagliła kuca do biegu. Klacz dosłownie przeszła przez przeszkodę, a malutka Clark pisnęła ze szczęścia. 
- Brawo Lou! A zobacz, kto jedzie! - wskazał palcem na wysokiego wierzchowca dumnie podążającego w ich kierunku. Na jego grzbiecie siedziała znajoma Lousie osoba, która aż promieniała ze szczęścia. 
- Mamusiu! - krzyknęła dziewczynka kłusując na kucyku w jej stronę. 
- Witaj Lou. Widziałam twój skok. - uśmiechnęła się schodząc na chwilę z konia i głaszcząc malutką po policzku. 
- Podobało się?
- Oczywiście. Kiedyś będziesz ze mną jeździła na zawody i startowała obok mnie.
- Na Vanilli? 
- Oczywiście. - skłamała. Vanilla przecież już nie miała urosnąć. Miała zaledwie 100cm w kłębie. - Ścigamy się do tamtego stogu? - uniosła jedną brew. 
- Lou kochała swoją mamę ponad wszystko. Była dla niej ideałem piękna i uważała, że Rozie musiała być kiedyś księżniczką. Nieodłącznym elementem ich zabaw był wyścig po zielonym padoku. Oczywiście mama dawała małej ogromne fory. W końcu jej koń był wyścigowcem, a kucyk.. kucykiem. Gdy klacz sportowa na wyścigach osiągała ponad 60 km/h, kucyk z małą Lou na grzbiecie - góra 10. 
- Adam, możesz ją podać? - zaśmiała się kobieta wyciągając ręce w kierunku córki. Mała usiadła przed nią w siodle i w ten sposób, prowadziła dużego konia. Przynajmniej rękoma. 
Po skończonej jeździe, obie czyściły swoje wierzchowce. Przechodząc przez stajnię dało się słyszeć wszechobecne konie. 
- Zobacz, to jest Quatra. Kiedyś będziesz na niej jeździć. - kobieta pogłaskała konia po policzkach. 
- Ale mamo.. Ja chcę jeździć na Vanilli.
-Vanillia zawsze będzie kucykiem, a ty będziesz rosła. Kiedyś będziesz na nią za duża i ona nadal będzie Twoim kucykiem, ale jeździć będziesz na Quatrze. 
- Ale mamo... Ona jest strasznym osiołkiem i w ogóle nie biega, a mój kucyk biega. 
- Hahahahah.. Zobaczysz. Quatra jest dobrym koniem i bardzo Cię lubi. Chcesz na niej pojeździć? 
W pewnym momencie mama pocałowała Lou w główkę i razem z kasztanką, zaczęła się oddalać. 
- Mamo? Mamo, nie odchodź! Mamusiu! - Lou nawoływała ją, ale ta nawet się nie odwróciła. - Mamo... Mamo.. Nie idź. Nie zostawiaj mnie. Mamo.. 

Było zimno. Lou pomału otworzyła ciężkie powieki. Czuła się.. okropnie. Jak śmieć. Każdy oddech sprawiał jej ból, chociaż była pewna, że dostała środki przeciwbólowe. Próbowała chociażby podnieść głowę, ale szybko zrezygnowała. 
- Hej, wnioskuję, że miałaś ciekawy sen. - usłyszała znajomy, ciepły głos. 
- Cordian... - westchnęła podnosząc rękę i przecierając nią oczy jednocześnie po raz kolejny wypuszczając ciężko powietrze. - Dlaczego?
- Cały czas wołałaś mamę. - mruknął cały czas bawiąc się jej włosami. 
- Mój tata nie wie, gdzie jestem. Pewnie się martwi... 
- Znasz jego numer?
- ...
- Znasz?
- Tak. 
- Super. Tam w rogu jest telefon. Jeśli podasz mi numer, to zadzwonię. 
- Sama mogę zadzwonić. 
- Proszę bardzo. Tylko spróbuj tam podejść. - w jego głosie było słychać ironię. 
- Masz rację. - zrezygnowana zamknęła oczy podając cyfry. 
Do ucha chłopaka dotarła seria piszczącego, urywanego dźwięku.
- Dzień dobry! Tutaj Resteez. Dzwonię, z budki telefonicznej, bo z Lou, Jenny i Jasperem jesteśmy w mieście i Lou chciała zadzwonić, że zostajemy tutaj na kilka dni, ale nie dała rady, bo weszli właśnie do knajpy. Podała mi numer, żebym zadzwonił, bo i tak jeszcze nie wchodzę do środka.. - zdawało się, że przez chwilę serce dziewczyny podskoczyło do gardła, gdy głos przejął jej ojciec.
- Jasne! Jakby co, to będziemy w kontakcie. Tak Jasper, już idę! Jasper mnie woła. Przepraszam, muszę już wejść. Swoją drogą, jak pan ocenia restaurację na ulicy xxxxxx? Tak? Okay. Bo właśnie tam jesteśmy. Muszę iść coś zamówić, do widzenia!
- Umiesz kłamać. - uśmiechnęła się słabo.
- Uczę się od najlepszych. - wskazał na nią.
- No cóż..  Nie zaprzeczam. Dobrze, że nie powiedziałeś mu prawdy.
-  Tak? Myślałem, że mnie zganisz.
- Dobrze, że nie wie co się stało. Nie znasz mojego ojca. Zaraz by tu był i zrobiłby rewolucję francuską. Okropnie się o mnie boi. Dostałby zawału.
W tym momencie do środka wszedł ktoś ważny. Widać to było po jego postawie i mundurze z wieloma odznaczeniami. Z jego oczu bił spokój. 

sobota, 24 września 2016

Od Cordian'a



- Kurw… - warknąłem widząc pobitą szybkę urządzenia, które najwyraźniej zdecydowało się odmówić posługi. Rzuciłem nie zdatną do użytku maszynę i ułożyłem delikatnie dziewczynę na ziemi. Przy każdym ruchu na jej twarzy było widać grymas bólu. Najdziwniejsze było to, że w porównaniu do obrażeń dwójki pozostałych pasażerów, mi nic się nie stało. Przynajmniej zewnętrznie.
Podszedłem do najbliższego drzewa, w tym przypadku sosny i usiadłem na miękkim mchu, opierając się o pień. Uniosłem głowę żeby spojrzeć na błękitne niebo poprzez rozłożyste gałęzie. Mój widok zaczął przesłaniać dym. Istniała nadzieja, że ktoś go zauważy i przyjdzie z pomocą. Wróciłem wzrokiem do dwóch leżących sylwetek, tonących w szarej mgle. To wszystko zaczynało przypominać kiepski film akcji. Taki bez happy-endu.
- Lou? - zapytałem słabym głosem. Kiedyś słyszałem, że z rannymi najlepiej utrzymywać jest kontakt.
- Cordian?
- Szybko się przyzwyczaiłaś do tego imienia, co? - powiedziałem, delikatnie się uśmiechając. - To było głupie…
- Zachowaliśmy się jak jakieś naćpane dzieciaki.
- Chcieliśmy uratować czyjeś życie.
- A wyszło przeciwnie. - Huh? Przeciwnie? W jednej chwili poderwałem się i podbiegłem do leżącego mężczyzny. Schyliłem się nad nim i sprawdziłem oddech. Żył. Co prawda był gorący niczym kaloryfer w zimę, ale żył.
- Masz pojęcie, gdzie jesteśmy? - zapytałem, wstając.
- Khy, khy – zakaszlała. - Nie przypominam sobie takiego urwiska.
- No pięknie. Wiem, że niby zawsze może być gorzej, ale w tym wypadku to… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ nagle usłyszeliśmy huk. A ja dodatkowo poczułem ból. Upadłem na kolana, łapiąc się za przedramię, w którym poczułem nagły, ostry i piekący ból. Chwilę później moja dłoń pokryła się czerwonym płynem. - Co jest? - warknąłem.
- Cordian?! - zawołała Louisa, próbując się podnieść. Kątem oka zauważyłem jednak, że uniemożliwił jej to ból i z sykiem opadła na ziemię. Huk, rana, myśl, myśl Resteez! Strzał! To musiała być jakaś broń palna. A skoro broń palna, to i człowiek!
- Halo! Pomocy! - krzyknąłem. W odpowiedzi usłyszałem kolejny huk i poczułem jak coś przecięło powietrze kilka metrów ode mnie. Obejrzałem się w stronę, z której został wystrzelony pocisk. - Nie jesteśmy uzbrojeni! Mieliśmy wypadek i potrzebujemy pomocy!
Nagle dało się słyszeć szelest i z krzaków wyszło 7 mężczyzn ubranych w kombinezony moro, hełmy i trzymających karabiny.
- To… jakiś żart?! - zawołałem zaskoczony, mocno ściskając krwawiącą rękę.
- Co tu robisz? - burknął jeden z żołnierzy. - To jest ściśle tajny teren specjalnych ćwiczeń wojskowych. Obce osoby nie mogą tutaj wchodzić.
- Huuh?! - z deszczu pod rynnę? Chociaż służba wojskowa musiała mieć własny szpital. - Proszę, pomóżcie im! - powiedziałem, prawie błagalnym głosem, zdrową ręką wskazując na dwie leżące osoby. Proszenie na kolanach (czyli w pozycji, w której się właśnie znajdowałem) było zdecydowanie wbrew moim zwyczajom, ale to była wyjątkowa sytuacja.
- Pytam co się stało, i co to był za wybuch. - warknął gardłowym głosem jeden z żołnierzy, a ja poczułem zimno stalowej lufy na moim gardle.
- Jesteście wojskiem, czyż nie? - spytałem z wrednym uśmiechem na twarzy. - Nie powinniście pomagać obywatelom, zamiast w nich celować? - dokończyłem, co jeszcze bardziej spotęgowało jego gniew.
- Zabrać ich wszystkich do medyka. Potem jeszcze dowiemy się więcej. - żołnierz skinął na swoich towarzyszy, którzy już zaczęli robić prowizoryczne nosze z gałęzi. Gestem pokazałem im, że nie potrzebuję pomocy i obwiązałem krwawiącą rękę kawałkiem materiału oderwanym od koszulki. Zbliżyłem się do leżącej na noszach Louisy.
- I co? - zapytałem, delikatnie się uśmiechając.
- Masz szczęście. - prychnęła dziewczyna.
- Hej, wiem, że martwisz się o swoją dziewczynę, ale czy mógłbyś odejść na bok? Utrudniasz. - zawołał twardym głosem jeden z żołnierzy.
- Nie jestem jej chłopakiem, tylko bratem. - skłamałem, wiedząc, że później to małe kłamstwo mi się przyda.
- Cokolwiek. Jak tak palisz się do pomocy to pomóż innym przy tym drugim.
- Chyba spasuję. - uśmiechnąłem się delikatnie, dotykając opaski uciskowej na moim ramieniu.
Po pół godzinie przedzierania się przez las dotarliśmy do polowego szpitala-baraku, w którym panowały nadzwyczaj sterylne warunki. Dwie pielęgniarki zajęły się Louisą i mężczyzną, podczas gdy do mnie podszedł lekarz w białym fraku. W duchu dziękowałem, że przynajmniej ta grupa naburmuszonych dryblasów została na zewnątrz. Choć w sumie nie przeszkadzała mi ich ilość. Może dlatego, że przez te ich mięśnie, IQ całej grupy łącznie było równe IQ przeciętnego człowieka.
- Co się stało chłopcze? - zapytał już lekko siwiejący facet.
- Wypadek.
- Nie wyglądasz jakbyś był pod wpływem narkotyków, albo alkoholu. - stwierdził, dokładnie mnie oglądając.
- Haaah. To trochę inna historia. - syknąłem, kiedy doktor zabrał się za odwijanie rękawa od mojej bluzy, aby dostać się do rany.
- Z chęcią bym jej wysłuchał.
- Tooo tamten facet to mój szef. - powiedziałem, krzywiąc się w bólu, podczas gdy lekarz starał się wydobyć pocisk z rany. - I zrobił coś, czego nie powinien, więc moja siostra uderzyła go deską w głowę. I upadł w błoto. I dostał zakażenia. I chcieliśmy go zabrać do lekarza. I jechaliśmy bardzo szybko, bo był w złym stanie. I goniła nas policja. I wjechaliśmy do lasu. A potem spadliśmy z urwiska, a mnie postrzelili. Koniec! - zawołałem i uniosłem obie ręce, czego pożałowałem. Opuściłem rękę, sycząc z bólu. Całe szczęście, że była to prawa, a ja byłem leworęczny.
- Spokojnie. I tak się już pogubiłem. - zaśmiał się lekarz, rzucając mi karcące spojrzenie. Stwierdziłem, że nie wiercenie się również będzie dobrym wyjściem dla mnie.
- Wszystko z nimi w porządku? - zapytałem, odwracając głowę do dwóch krzątających się pielęgniarek.
- Dziewczyna ma połamane 4 żebra i w dwóch miejsca lewą nogę. - odpowiedziała jedna z dziewczyn tak, jakby było to czymś zupełnie normalnym i codziennym.
- Auć. A mężczyzna?
- Zakażenie. Wystarczy podać mu kilka zastrzyków. Oprócz tego nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.
- A ty jak się trzymasz? - zagadnął lekarz, ciepło się uśmiechając i kończąc zawiązywać bandaż.
- Noo… lekki strach jest. - zaśmiałem się, sprawdzając opatrunek. - Trzeba mieć szczęście, żeby najpierw spaść z klifu pośrodku zadupia, a potem wpaść na szpital polowy.
- To jest życie. Wszystko się wyrównuje. - powiedział mężczyzna, podchodząc do stojącej w rogu szafki i wyjmując z niej kilka kubków. - Zrobię i herbaty na uspokojenie i odzyskanie sił.
- Dziękuję. - odpowiedziałem i wstałem, żeby usiąść koło łóżka, na którym leżała już nieprzytomna Louisa. Oparłem się plecami o ścianę, zdrową ręką łapiąc kosmyk włosów dziewczyny i przyglądając się poczynaniom pielęgniarek. Nawet nie zauważyłem kiedy moje powieki zaczęły robić się ciężkie, a ja odpłynąłem w głęboki sen.

Od Lou

Lou jeszcze nie do końca kontaktowała co się dzieje. Z jej płuc ciężko wyleciało powietrze. Ulżyło jej, że żyją, chociaż rwanie w okolicach krzyża, nie ustępowało.
Po chwili starań, w końcu uspokoiła się i oparła głowę o oparcie.
- Tak, Cordian. Też się cieszę, że żyjemy. - westchnęła mając zamknięte oczy. Nadal była do niego przytulona. W pewnym momencie dotarła do niej jedna, zasadnicza myśl. Natychmiast obróciła się do tyłu patrząc na przypiętego trzema pasami bezpieczeństwa, leżącego właściciela samochodu. Z trudem wyciągnęła rękę i po chwili wyczuła puls. W tym monecie ucieszyła się, że jednak nie zabrała Pointy. Dla niej wypadek okazałby się tragiczny.
- Co teraz? - fotograf zadał pytanie, na które żadne z nich nie znało odpowiedzi.
- Zawsze do lasu zabieram plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś teraz nie zabrałam. Nie wiadomo czemu. - w jej głosie dało się wyczuć sarkazm.
- Ciekawe. - zaśmiał się próbując podtrzymać atmosferę. Z zewnątrz wyglądałoby to dziwnie. Właśnie spadlli z urwiska, samochód może lada chwila wybuchnąć, są połamani, z tyłu leży ciężko ranny facet, nad nimi wisi chmura śmierci, a w środku słychać śmiech. Psychopaci?
Dziewczyna dotknęła tyłu swojej głowy. Jej włosy były mokre od krwi. W pewnym momencie najechała na ranę i aż syknęła z bólu. Spojrzała na szefa Cordiana.
- Karma wraca. - mruknęła w jego kierunku uśmiechając się.
- Lou, trzeba jak najszybciej wyjść z tego auta.
- Masz rację. Ale nie wiem, czy dam radę..
- Dasz. Raczej Cię nie zostawię. - Vinci otworzył pogięte drzwi i z trudem zaczął się czołgać na zewnątrz. Dziewczyna próbowała wyjść, ale już pierwszą przeszkodą były zmiażdżone drzwi niechcące się otworzyć w żaden sposób.
Chłopak, na tyle, ile pozwoliło mu poobijane ciało, dobiegł do drzwi kierowcy.
- Wycieka ropa! - krzyknął próbując otworzyć drzwi.
- Drzwi wbiły się w ziemię. Nie dasz rady. Uciekaj. - zamknęła oczy niewiarygodnie łatwo zgadzając się ze swoim losem.
- Żartujesz?! Nie zostawię Cię! - krzyknął kopiąc w ziemi.
- Cordian, ten samochód zaraz wybuchnie, uciekaj. - jęknęła. - przytrzasnęło mi nogi. I tak nie wyjdę. - wyznała zgodnie z prawdą.
- Do cholery, przestań narzekać! Nie ucieknę stąd bez Ciebie, idiotko! - jego ton głosu ewidentnie wskazywał na jego wściekłość i zawziętość. Podbiegł od strony pasażera i próbował z tamtej strony wyciągnąć Lou. Ledwo ją ruszył, a ona już krzyknęła z bólu.
- Teraz musisz się trzymać. Nie masz wyboru. - przekręcił głową starając się zrobić cokolwiek.Walczył z czasem, bo wszędzie czuć było wszechobecną benzynę. Działań nie umilał okropny grymas na twarzy Clark, która, wydawało się, że niedługo umrze z bólu.
- Cordian.. - wtedy Lou wypowiedziała słowa, w które sama nie wierzyła. - Jeśli przeżyjemy, to obiecuję, że zacznę jeździć konno.
Resteez odpiął jej pasy i na siłę wyciągał z czarnego samochodu. Gdy już to zrobił, zemdlała. Wahał się czy wrócić po szefa, ale najpierw zaciągnął nieprzytomną Lou za ogromną skałę obok.  Wyglądało na to, że najmniej obrażeń podczas wypadku odniósł właśnie on.. Zdążył wrócić po faceta i bez problemu go odpiąć.Właściciel auta nadal się nie budził, a Lou wreszcie otworzyła pełne bólu oczy. Wszystko ją bolało. Właśnie wtedy czarne auto z ogromnym hukiem wyleciało w powietrze.
- Lou, nie umieraj. Powiedz co mam zrobić. - zwrócił się do swojej sąsiadki.
- W kieszeni mam telefon. Zobacz, czy działa i zadzwoń po pomoc.

piątek, 23 września 2016

Od Cordian'a



- Co ty odpierdalasz? - z oszołomienia wyrwał mnie dobrze mi znany głos. Uniosłem dłoń i wytarłem nią ślinę z ust.
- Sam bym chciał to wiedzieć.- odpowiedziałem sennym głosem. Zawsze ostre pocałunki wprawiał mnie w stan otępienia na kilka minut. Zbliżyłem się do bezwładnie leżącego na ziemi mężczyzny. Dotknąłem delikatnie jego pleców, oczekując na ruch. Przejechałem wzrokiem na jego czaszkę, z której sączył się strumyk krwi. - Czym mu przywaliłaś?
- Eeee tym? - zapytał niby siebie dziewczyna i wyciągnęła w moją stronę kawałek deski. - Potknęłam się o jedną z twoich sztalug i to się oderwało i…
- Dobra nie tłumacz. I daj mi to bo jeszcze komuś krzywdę zrobisz. - warknąłem. Niestety dziewczyna również nie pozostałą bierna.
- Tak w ogóle to co to miało być?! Ja jestem u ciebie w gościnie a ty sobie tu stoisz i całujesz tego, tfu, gościa?! - krzyknęła, wymachując rękami a ja ucieszyłem się, że zdążyła mi oddać kawałek deski.
- Ale to nie powód, żeby niszczyć moją sztalugę! - prychnąłem. - To z kosodrzewiny! Szybko takiej nie znajdziesz!
- A idź do lasu to zaraz w te krzaki wleziesz! I czekam na wyjaśnienia! Kto to niby jest?! - dziewczyna wciąż się wydzierała, przez co mój opór okazał się bezcelowy.
- Mój szef. - powiedziałem spokojnie.
- Aha. A wiesz, że myślałam, że pracujesz w firmie fotograficznej, a nie w burdelu? - prychnęła, a ja posłałem jej karcące spojrzenie.
- To moja praca.
- Ahhaaaa! Szkoda, że wszystkie twoje fanki nie wiedzą jak ciężko pracujesz… - nadal żartowała dziewczyna. Miałem dosyć jej gadania. Miałem dosyć wszystkiego. Tego, że miała rację, jak i tego, że to był pierwszy raz kiedy… próbowałem go odepchnąć? Zrezygnowany, opadłem na ziemię i wtuliłem twarz w trawę.
- Mam już dosyć… - jęknąłem. - Wcześniej wszyscy mnie wykorzystywali i zgadzałem się na to, jeśli miałem z tego korzyści. Czemu więc teraz mam obiekcje?
- Hej Ree… - najwyraźniej już spokojniejsza Louisa usiadła obok mnie i położyła mi dłoń na plecach.
- Nie Rezteez.
- Uh?
- Cordian.
- Co?
- Cordian. Moje imię. - powiedziałem, przewracając się na plecy i patrząc w górę. Nade mną widziałem liście i gałęzie drzew, przez które prześwitywało słońce oraz błękitne niebo. Zacząłem żałować, że nie miałem przy sobie aparatu. Każda chwila w życiu była niesamowita. Nawet kiedy wszystko zaczynało się walić był obraz na który mogłeś spojrzeć i odzyskać spokój.
- Ale czemu?
- Nie lubię gdy inni mnie tak nazywają. Mam przez to wrażenie jakbym odsłaniał to, co mam w środku. Ale prawdę mówiąc, to właśnie toczy się tam taka bitwa, że jeżeli tego nie zrobię to wybuchnę. - wytłumaczyłem, ciepło się uśmiechając.
- Tylko mi tu nie wybuchaj. Miałeś mi podać przepis na te kremówki.
- Haahaah. To mój sekret. Ale może w testamencie ci zapiszę. - zaśmiałem się. - Hej, możemy tak chwilę zostać?
- Jeśli lubisz leżeć w błocie, koło krwawiącego, nieprzytomnego człowieka to spoko. - wzruszyła ramionami.
- Cholera. - poderwałem się na nogi i spojrzałem na szefa. Nie oberwał mocno, jednak jego stan idealny też nie był. - Em… dzwonić po karetkę?
- I tak żadna tu nie dojedzie. Musimy go zabrać do szpitala.
- Niby jak? Na koniu? - zaśmiałem się, na co Louisa zbliżyła się do mnie i pacnęła mnie w głowę.
- Tym. - powiedziała, wskazując stojący niedaleko czarny, sportowy samochód.
- Jesteś pewna? - zapytałem, przypominając sobie jej mały powóz.
- Chyba prawo jazdy jakoś zdałam. Dobra ja zrobię mu prowizoryczny opatrunek, a ty poszukaj kluczyków. - mówiąc to, rzuciła w moją stronę granatową marynarkę. Od razu zabrałem się za przeszukiwanie kieszeni. Przy okazji znalazłem w nich kilka przedmiotów, które najwyraźniej mężczyzna przygotował na moment, w którym byłbym przychylny do jego oferty. Po kilku chwilach odnalazłem kluczyki z przyczepionym do nich breloczkiem w kształcie smoka, w myślach dziękując, że to ja przeszukiwałem tą marynarkę, a nie ona.
- Ciekawe. Często zdarza ci się kogoś przywalić deską a potem opatrywać? - zapytałem, przyglądając się jej działaniom.
- Nie, a co, chcesz być następny? - rzuciła, nie odrywając się od pracy.
               Gdy wszystko, włącznie z pacjentem było już gotowe zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy. Najwidoczniej mężczyzna zbyt długo leżał w błocie, ponieważ do rany musiała wdać się infekcja, która wywołała gorączkę.
- Cholera Lou. W co my się wpakowaliśmy? - jęczałem. - Daleko jeszcze? Nie da się szybciej?!
- Po pierwsze to twój szef nie mój, po drugie to mieszkamy na zadupiu więc wszędzie jest daleko, a po trzecie to nawet to cacko więcej niż 200 km/h na tej drodze nie wyciągnie.
- Zwariowałaś?! Jedziesz 200 na godzinę?! - wykrzyknąłem, i jakby na potwierdzenie moich słów zaraz za nami usłyszeliśmy dźwięk syreny. - To karetka, prawda?
- Chciałbyś. - prychnęła dziewczyna. Oboje spojrzeliśmy w lusterko, mając nadzieje, że ten wóz policyjny jest jedynie halucynacją.
- Nie możemy się zatrzymać! Z nim jest serio źle. - warknąłem, widząc jak tamci zaczynają nas doganiać.
- Na tej autostradzie nigdy ich nie zgubimy. To jest terenowy samochód, tak? No to trzymaj się! - krzyknęła, gwałtownie skręcając i zjeżdżając z drogi prosto do lasu. To był chyba jeden z nielicznych przypadków w moi życiu kiedy wydarłem się jak kobieta i z przerażeniem zacząłem wymachiwać rękami w poszukiwaniu cykor-łapki.
- Kur*a Louisa, nie zabij nas! - było jedynym co udało mi się wydukać, kiedy skakaliśmy po górkach i wymijaliśmy drzewa. Musiałem przyznać, że jak na trudny teren i presję sytuacji dziewczyna dobrze jeździła. Ciekawe, gdzie robiła prawko?
                 Za nami już nie słyszeliśmy odgłosu syreny zdecydowanie nie terenowego policyjnego auta, a las zaczął się przerzedzać. Coś zaczynało być nie tak. Spojrzałem na dziewczynę i zobaczyłem, że nie tylko ja mam złe przeczucia. Mimo to, ona nadal dociskała pedał gazu, pędząc do przodu. Myślałem, że wystarczy mi adrenaliny na następne kilka lat. Najwidoczniej się pomyliłem, ponieważ po chwili odkryliśmy powód przerzedzania się drzew. A mianowicie urwisko.
- Cholera! - krzyknęła dziewczyna. Ostro hamując. Niestety prędkość pojazdu była zbyt wielka i wyjechał on ‘w powietrze’. To był ten moment, kiedy czujesz się jak ci bohaterowie z kreskówek co wybiegają nad urwisko i biegają w powietrzu, żeby po chwili spaść. Z tą różnicą, że ty od razu spadasz. To był też moment, w którym odkryłem, że zwykłe pasy samochodowe nie sprawdziły by się jako uprząż trzymająca astronautów na miejscach.
- Jak to przeżyjemy to cię zabiję! - pisnąłem, chwilę przed uderzeniem głową w sufit. Moje włosy oblepiły mi cała twarzy i oczy, przez co następnym co poczułem było mocne uderzenie. Uderzenie, wywołujące uczucie miażdżenia kręgosłupa. - Aaaaargh! - krzyknąłem.
              Jedynie co mi odpowiedziało, to cisza. Uniosłem rękę, z jakże wielką ulgą czując, że nic nie złamałem. Odgarnąłem włosy z czoła, żeby ujrzeć jakże katastroficzny widok. Samochód leżał na dachu, najwyraźniej wśród skał, porośniętych krzewami, bo przez przednią, całkowicie zbitą szybę wystawała mała sosna. Przód był kompletnie zniszczony, a cudem było to że nie wybuchł.                Rozejrzałem się dookoła i pobite szyby oraz pognieciona we wszystkich miejscach blacha utwierdziła mnie w przekonaniu, że samochód był w stanie do kasacji. Wtedy nagle coś mnie tknęło. Spojrzałem na siedzenie kierowcy. Louisa siedziała bez ruchu, tonąc w poduszce powietrznej. Przynajmniej tyle dobrze, że się otworzyła. Oderwałem materiał i odrzuciłem go na bok. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem nią policzka dziewczyny.
- Hej, Loou… żyjesz? - zaśmiałem, się chociaż nie było mi do śmiechu. Sądząc po wysokości wzgórza i rodzaju podłoża ujście z życiem z takiego wypadku było wielkim wyczynem. Ku mojej ogromnej uldze, dziewczyna otworzyła oczy.
- Brzuch mnie boli… - jęknęła.
- Lou… - zdążyłem jedynie powiedzieć, zanim oplotłem ją ramionami, przytulając się do niej. Niby była tylko moją sąsiadką, ale nie mogłem sobie wyobrazić tego, że nie otworzyłaby już tych oczu. - Co myśmy cholera zrobili...

sobota, 17 września 2016

Od Lou

- Zostań tu, dobrze? - z tymi słowami chłopak pożegnał Lou, która właśnie przełykała kremówkę.
- Okay. - zdążyła odpowiedzieć, chociaż nie była pewna czy usłyszał. Zastanawiało ją to, czym przejął się nagle aż tak.
Z natury jest okropnie ciekawska i zdążyła tylko dojeść resztę, gdy poddenerwowana pokonała bieg z przeszkodami do drzwi potykając się międzyczasie o puszkę z farbą. Spojrzała przez judasza na zewnątrz. Jej oczom ukazał się rozmawiający z Resteezem nieznajomy mężczyzna. Ledwo go zobaczyła, a już od razu coś jej w nim nie pasowało. Jej pierwsze skojarzenia to ' ale dupek'. W tym momencie żałowała, że nie zabrała Pointy.
Uśmiechnęła się sama do siebie i już chciała wyjść gdy zobaczyła coś... dziwnego, to mało powiedziane. Okropnego, jak dla niej. Boże. W jej umyśle pojawił się coś mniej więcej takiego:

Cholera, co oni robią?! Co On robi?! Kto to w ogóle jest? To jest dobre czy złe? Ja. nie wiem. Nie mam pojęcia co robić. Chcę zapaść się pod ziemię. Uciekam. Idę po kobyłę, wsiadam i jadę przed siebie. Może ich staranuję? Oby. Nie, jednak nie. Przecież boję się koni.. Ale to co. Idę. Co to w ogóle jest?! Czy Resteez chce go pocałować? Boże, cholera. Nie chcę. Zjadłabym jeszcze tą przepyszną kremówkę... Chryste, Louiso ogarnij się! Nie będziesz teraz żreć! Ale przecież on chce się wyrwać! Debil! Za kogo uważa się w ogóle ten żywy Ken?... Nie lubię go. Nie. Nienawidzę. Co on sobie w ogóle myśli?! Czy Resteez ma gdzieś tu pistolet? A jak nie trafię i zabiję jego? A jak w ogóle nie trafię, zaraz tu wejdą i zabiją mnie żeby nie było świadków.. W co ja się wpakowałam. Czego ja jeszcze nie wiem o tym niezrównoważonym pajacu... TATO. CO JA TU ROBIĘ. 


W końcu jednak w miarę się opanowała i dostrzegła to, że Resteez próbuje się wyrwać. W każdym bądź razie zanotowała w głowie tylko ten fakt. Z emocji krzyknęła RESTEEZ?! chociaż wcale tego nie chciała. Szybko zamknęła ręką usta i pobiegła do tylnich drzwi przewracając się po drodze o sztalugę. Zdążyła jeszcze przeklnąć, ponieważ gruba drewniana noga od niej uległa zniszczeniu i oderwała się. Clark natychmiast chwyciła ją w ręce i wybiegła. Okrążyła dom za ogrodzeniem przebiegając obok konia i chwilę potem znalazła się za samochodem bruneta. Po raz kolejny straciła panowanie nad sobą gdy zobaczyła co się działo teraz. Wyszła zza pleców nieznajomego. Sąsiad zauważył ją, jednak nie przerywał ani nie próbował wyszarpnąć się ponowie z uścisku. To, w jaki sposób obcy dotykał Resteeza było chore. Zamknęła oczy skradając się najciszej jak potrafiła. Sama nie wiedziała, że to zrobiła. Długowłosy blondyn widząc jej ruch zdążył się ostatecznie i szybko odsunąć. Zdezorientowany brunet zdążył tylko obejrzeć się w stronę Lou, gdy kawał drewna przywalił z impetem w jego zakuty dość porządnie łeb.
Dziewczyna stała jeszcze chwilę w dość, pochylonej dziwnej pozie patrząc szeroko otwartymi oczyma to na jednego to na drugiego mężczyznę i to na narzędzie zbrodni.
Nie potrafiła określić miny fotografa.
Złość, zdziwienie, może nutka ulgi? Chyba nie był świadomy tego, że dziewczyna potrafi kogoś zwalić z nóg.. Dosłownie. Wystarczy porządna belka.
Przez dłuższą chwilę obydwoje stali w bezruchu i milczeniu, a obok nich leżał na ziemi nieprzytomny właściciel samochodu. Gdy Clark przestała ciężko oddychać, jej szeroko otworzone, błękitne oczy nagle mocno się zmrużyły szukając wyjaśnienia u swojego sąsiada. Nie poruszyła się ani trochę. Oprócz oddechu i jeszcze mocniej zaciśniętej w rękach belki. Po chwili ciągłej ciszy, zniecierpliwiła się i ponagliła chłopaka do wyjaśnień:
- Co ty odpierdalasz?

Od Cordian'a



- Nie strasz. - powiedziała dziewczyna po chwili ciszy.
- Uh?
- Myślałam, że coś ci się stało, jak zadzwoniłeś.
- Aż tak się do mnie przywiązałaś przez ten krótki czas? - zaśmiałem się, przewracając na bok i podpierając głowę na łokciu. W ten sposób miałem dobry widok na jej wpatrzoną w niebo twarz.
- Coś ty. Ale jakbyś umarł to ja bym miała najwięcej problemów. - powiedziała, tym razem pozbawionym emocji głosem.
- A ja za to mam lekkie Deja vu. - zaśmiałem się. Byłem wręcz pewny, że ta rozmowa miała już raz miejsce. - Jak tam w domu?
- Co? A tak. Znaczy dobrze. Tata po twoim pokazie kulinarnym zaczął czytać książki kucharskie. Chyba tak łatwo się nie podda. A Pointa, jak zwykle. Ciągle dokazuje. A czemu do mnie zadzwoniłeś?
- Haaah… - jęknąłem, z powrotem kładąc się na trawie. Co miałem jej powiedzieć? Że jest wystarczająco wkurzająca, aby spowodować u mnie jakieś wyrzuty sumienia? - Moje życie jest popierdolone.
- Widać. Em… mógłbyś powiedzieć swojej krowie, żeby się odsunęła. Jest trochę niebezpiecznie blisko mojej głowy.
- Riiv! - zawołałem lekko śpiewającym głosem. Wbrew oczekiwaniom dziewczyny koń nie odszedł, a zbliżył się do nas. Wyciągnąłem rękę i nadal nie wstając pogłaskałem go po opuszczonej głowie. Spojrzałem na dziewczynę. Ta leżała cała spięta, a w jej oczach widać było zarówno strach jak i złość. W pewnym momencie po prostu poderwała się na nogi i odbiegła kawałek dalej.
- Ja tak nie mogę. - zaprotestowała. Z westchnieniem również podniosłem się do pozycji stojącej i ruszyłem w jej stronę.
- Jak wolisz. Chodź do środka. Wczoraj wieczorem dużo piekłem, więc możemy zjeść coś słodkiego. - powiedziałem, gestem zapraszając ją do domu. Louisa niechętnie pokiwała głową i udała się za mną.
- Niedługo muszę wrócić do domu. Jeszcze dużo roboty czeka.
- Jasne, jasne. A i… - przed samymi drzwiami obróciłem się, unosząc dłoń do góry. - … em… nie zwracaj uwagi na ten… ‘artystyczny nieład’. - zakończyłem i z wrednym uśmieszkiem otworzyłem szeroko moje ‘wrota’. Doprawdy, mina dziewczyny, wywołana podłogą zawaloną… lub też lepiej powiedzieć ledwo widoczną podłogą spod stosu książek, artykułów malarskich, ubrań, tkanin i innych takich był bezcenny. Jeszcze tylko kamera by się przydała.
- Mówiłeś że co mam robić? - zapytała lekko zakłopotanym głosem.
- Heh… takie tam… rozłożenie rzeczy… - mówiłem, lekko się uśmiechając.
- Co proszę? - zapytała dość niebezpiecznym, lub też ostrzegawczym głosem.
- No bo jak są powpychane do szuflad to nie mogę nic znaleźć a na biurkach i takich tam skończyło mi się już miejsce. - kontynuowałem, wykonując nieokreślone ruchy rękami.
- Skończyło ci się już miejsce? Resteez spod tych gratów to podłogi nie widać! Jak na mam niby przejść do kuchni?! Przecież na środku tego korytarza stoi naturalna brama warowna zbudowana ze sztalug! A przed nią leży fosa bluz! - wykrzykiwała lekko wkurzona dziewczyna. Pffft… lekko… Bardzo.
- Po tym. - odpowiedziałem cicho, wskazując na zwisającą z haka koło żyrandola linę. Aby zademonstrować, wziąłem rozbieg i skoczyłem, łapiąc zwisający sznur. Podciągnąłem wysoko nogi, przeskakując nad poustawianymi ramami i innymi przedmiotami. Gdy bezpiecznie wylądowałem na specjalnie przygotowanym do tego celu kawałku wolnej podłogi usłyszałem kpiący głos dziewczyny.
- Jesteś chyba jedynym człowiekiem na świecie, który przez własny przedpokój musi ‘przelatywać’ na linie, bo nie ma jak przejść.
- Jasne, jasne. To idziesz? - zawołałem w jej stronę.
- Zwariowałeś?! Umiem huśtać się na linach ale nie mam zamiaru zderzyć się z ścianą lub z tą barykadą.
- Jak wolisz. Poczekaj na ganku. Przyniosę jakieś ciasto. - pomachałem jej i zniknąłem w kolejnym pokoju. Podążałem kolejnymi, mniej lub bardziej zawalonymi korytarzami, aż w końcu dotarłem do kuchni, jedynego posprzątanego pomieszczenia. O ile posprzątanym można nazywać wszędzie rozwalone naczynia i garki. Były one jednak czyste. Ogólnie w całej kuchni było czysto. Mimo tego, że w moim domu panował wieczny bałagan to zawsze utrzymywałem go w czystości. Co prawda odkurzanie podłogi przy tych porozwalanych gratach było trudne, ale jak widać możliwe.
            Po około 15 minutach dotarłem z powrotem na taras. Przeniesienie tych kilku talerzy na linie nie było łatwym zadaniem. Ja jednak miałem już pewnego rodzaju wprawę. Usiadłem koło dziewczyny, podając jej talerzyk i nakładając na niego sporych rozmiarów kremówkę. Louisa dokładnie obejrzała porcelanę, a następnie ciastko.
- Masz ciekawe naczynia. - mruknęła, biorąc ode mnie widelczyk. Sam spojrzałem na swój talerz. Biały, z pokrytymi złotą farbą brzegami, układającymi się w roślinne wzroki. Właściwie była to jednak z niższej rangi zastawy, ale niech myśli co tam chce. Podparłem brodę na łokciu, patrząc jak dziewczyna pochłania ciasto.
- Smakuje? - zaśmiałem się lekko, gdy obróciła się w moją stronę z pełną ciasta buzią.
- Jak zawsze. - odpowiedziała i widać było, że jej humor się poprawił. Będę musiał sobie zanotować, że uspokajają ją słodycze.
- Prawdę mówiąc, to nie mogę wyobrazić sobie dalszego życia bez twojego ględzenia. Jesteś jednym z nielicznych ludzi, którzy mi nie przeszkadzają.
- Mam się czuć zaszczycona?
- Moż… - uciąłem, ponieważ nagle usłyszeliśmy odgłos silnika samochodowego. Odgłos, który dobierał od strony furtki. Wstałem i gestem nakazałem Louis’ie, żeby została na tarasie. Sam udałem się w stronę dźwięku. I miałem złe przeczucia.
                 Pierwszym co zobaczyłem po otwarciu drzwiczek była gęba. I to akurat ta gęba, której najbardziej nie chciałem oglądać.
- Zaskoczony, Re-e? - dobiegł mnie męski głos. Tylko jedna osoba mnie tak nazywała. Ta osoba miała około dwóch metrów, krótkie ciemne włosy, 30 na karku i dobrze zbudowane ciało.
- Czym zawdzięczam wizytę? - warknąłem, opierając się od furtkę i nie mając najmniejszego zamiaru wpuścić nieproszonego gościa do środka.
- Wiedziałem, że do miasta nigdy nie przyjedziesz, więc sam się tu wybrałem. - mężczyzna zamknął drzwi od samochodu i zaczął iść w moją stronę.
- Po co?
- Musimy porozmawiać na temat pewnych rzeczy.
- Jakich? - gdy znalazł się na wyciągnięcie ręki odsunąłem się do tyłu. Trochę przeszkodziła mi w tym brama.
- Twoje projekty. Możesz z nim zdziałać bardzo dużo. Możesz dostać się na rynek między narodowy. Mógłbyś opuścić ten kraj, kupić swoją własną wyspę i tam zamieszkać. Bez nikogo. - kontynuował, jedną ręka dotykając moich włosów, a drugą delikatnie mnie do siebie przyciągając. Nie obrzydzało mnie to, ani też nie było mi jakoś szczególnie przyjemnie. - Ty jednak musisz spełnić część swojej umowy…
- Znajdź sobie jakąś prostytutkę. - prychnąłem, odtrącając jego rękę.
- Huh? Przecież nigdy nie miałeś z tym problemów. Poza tym, dobrze wiesz, że jesteś lepszy.
- Koniec. Mogę osiągnąć to co chcę, jak chcę. A chcę zostać tu i robić to co teraz. Nie zamierzam zostawiać tego co mam tutaj i osób które zn… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ mężczyzna przyciągnął mnie do siebie, mocno całując. Położyłem ręce, aby go odepchnąć, jednak jego uścisk było dużo silniejszy. Walczyłem jeszcze przez chwilę, lecz poddałem się gdy tylko jego język wdarł się do wnętrza moich ust. Czemu stawiałem mu opór? Co miałem zyskać przez walkę? Jeśli mogę robić to co kocham, czyli zajmować się fotografią i sztuką, to nie obchodzi mnie co będzie z całą resztą. Dlaczego więc czuję się, jakbym został pokonany?
Z zamyślenia i pocałunku wyrwał mnie zaskoczony, kobiecy głos.
- Resteez?!