Uwaga!

poniedziałek, 24 grudnia 2018

For my beloved one



Wesołych świąt Roxo...





*******************************************************************


sobota, 22 grudnia 2018

Od Lou

Carter idąc ciemną ścieżką pośrodku lasu nie wiedziała sama, czy ma być zawiedziona przeprowadzoną rozmową i jej rezultatami, zaskoczona pytaniem jej rozmówcy i szybkim obrotem spraw, przerażona otaczającą ją scenerią oraz faktem, że jej jedyny towarzysz podróży uciekł stąd w popłochu, czy wściekła na fotografa, który jak najzwyklejsza świnia wyprosił ją z jego ogrodu znajdując marną wymówkę, i wystawił ją na pastwę tego, czego chwilę temu tak przestraszył się dziki rumak. W jej głowie roiło się tyle pytań..  Co tak zajęło głowę Alphy? Kim jest Irvin? Dlaczego, przez chwilę gdy rozmawiali, w Lou zatliła się iskierka nadziei na dobre stosunki z brunetem, które on tak nagle zgasił? Jaki do cholery ryś? I przede wszystkim, czemu wilki? No właśnie, wilki. Dlaczego facet, który na własne oczy widział sporych rozmiarów watahę wilków, co więcej, sfotografował ją, tłumaczy, że konia na pewno spłoszyło inne zwierze?
Gdy jasnowłosa uszła już tyle, by, gdy tylko się odwróciła, uznać, że dom fotografa zniknął jej z oczu, przystanęła i usiadła na pniu obok niej wypuszczając z płuc powietrze. Gotująca się w niej wściekłość musiała ulecieć i pozostawić miejsce bezradności. Nie miała pojęcia gdzie jest. Wiedziała, że jeśli pójdzie dalej, wyjdzie nie wiadomo gdzie, wtedy zapyta kogoś o drogę do miasta, a jeśli nikogo nie spotka, będzie w ciemnej dupie. Nie miała nawet pojęcia, w którą stronę musiałaby zboczyć ze ścieżki, aby dojść do prostej drogi, jaką tu doszła. Wpatrując się w jej 'krzesło', pomyślała o numerze telefonu, jaki wyryła w korze drzewa, na jakim siedziała z długowłosym. Wiedziała, że nawet jeśli ta rozmowa skończy się tak, jak się skończyła, mężczyzna nielubujący się w kontaktach międzyludzkich szybciej wróci na to miejsce, niż do miasta i zauważy szereg cyfr 'wypisany' na pniu za pomocą klucza od domu Lou. 
Gdy zamyślona Carter wyciągnęła z kieszeni telefon, ze zdziwieniem spostrzegła w rogu ekranu jedną kreskę zasięgu, jednak nawet nie łudziła się na połączenie od trzydziestolatka. W ostatnich numerach, z jakimi się kontaktowała, odszukała numer podpisany "Właściciel domu". Pomyślała, że teraz, gdy już zna go z imienia i nazwiska, nadeszła pora na zaktualizowanie kilku informacji w jej komórce. Zawahała się przez chwilę oglądając za siebie i niepewnie wybrała zieloną słuchawkę.

Już po jakichś piętnastu minutach, do uszu Louisy dobiegł znajomy odgłos, który pozostawiał ją jednak w niepewności co do osoby, która go wydaje. Wśród sylwetek drzew, wyłoniła się jedna, która bynajmniej sosną nie była, a na której widok dziewczynie bardzo ulżyło.
— Twoja lokalizacja była dla mnie nie lada zagadką, Panno Carter. — uśmiechnął się błękitnooki mężczyzna, gdy doszedł na miejsce podając jej rękę. Ta wstała i uśmiechnęła z wdzięcznością.
— Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. Pewnie błądziła po tym lesie, aż w końcu zaadoptowałyby mnie jakieś wilki i wychowały jak szczenię. — blondynka teatralnie chwyciła się za głowę dodając sytuacji sztucznego tragizmu.
— Jak dobrze, że każda dama ma swojego rycerza zdolnego w każdej chwili przybyć jej z odsieczą. — zaśmiał się brunet. — Niestety bez konia.. Ani innego środka transportu. W lesie lepiej nie hałasować motorem. A co z Goldtearą? — chłopak wskazał ręką w kierunku domu "pustelnika".
— To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem. Czyli... Sama nie wiem gdzie. Niczego nie osiągnęłam, a ciasto wciągnął jak odkurzacz. — skwitowała widząc złość w oczach towarzysza.
— Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać. Teraz, lub następnym razem, gdy go spotkam. — zatroskany uniósł brwi stojąc bardzo blisko jasnowłosej.
— Nie zaprzątaj sobie głowy. To sprawa między nim, a mną. — westchnęła spuszczając wzrok. — Przynajmniej nie okazał się psychopatą. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że możemy się polubić... Obiecał, że się ze mną skontaktuje.
— Ale mógł cię chociaż odprowadzić jak prawdziwy facet. Zwłaszcza, że nie znasz tych stron..
— Nie każdy jest tak wspaniałomyślny jak ty, Panie Hendersonie. Chodźmy. — odrzuciła dziewczyna podążając razem z mężczyzną w głąb lasu.
Gdy dotarli do drogi, pod jasnowłosą nieoczekiwanie ugięły się nogi, a właściwie prawa kostka. Dziewczyna zaklęła cicho z grymasem bólu na twarzy robiąc sobie przymusowy przystanek  wśród leśnego mchu.
— Boli? — zapytał Will szybko zdając sobie sprawę z idiotyzmu pytania.
— Jak myślisz? — zaśmiała się przez chwilę Lou trzymając się za piekące miejsce. — Chyba skręciłam kostkę. Daleko jeszcze do domu?
— Obawiam się, że dobre dziesięć minut drogi marszem. — przykucnął obok niej przyglądając się jej uważnie.
— Czekaj. Jakim sposobem znalazłeś się przy mnie w piętnaście minut, skoro my maszerujemy już tyle czasu i dopiero doszliśmy do drogi? — blondwłosa podejrzliwie zmrużyła oczy.
— Biegłem po ciebie. Nie chciałem, żeby cię coś zjadło. Dasz radę wstać? — położył delikatnie dłoń na jej kostce wyszukując w jej ciemnych oczach prawdy.
— Boję się, że nie. Może.. Mógłbyś pójść w drodze wyjątku po jakiś samochód, czy motor, a ja tu grzecznie zaczekam?
— Nie ma mowy. Nie zostawię cię tutaj choćby na minutę. — to mówiąc, chłopak wstał i jednym ruchem uniósł zdziwioną młodą dziennikarkę na rękach.
— Scena jak z komedii romantycznej. — pomyślała Carter cicho się śmiejąc i przewracając oczyma oplotła szyję jej rycerza rękoma. Mimo, że oddechy młodych przez całą drogę praktycznie się mieszały, to żadne nie miało w planach tego wykorzystywać. 
W pewnym momencie, dziewczyna usłyszała za sobą ciche rżenie.
— Słyszałeś? — gdy obejrzeli się za siebie, ich oczom, wśród leśnego krajobrazu ukazał się rudo-biały koń obserwujący ich uważnie.
— Będziemy musieli przełożyć nasze wspólne zajadanie jabłek, na inny dzień, Duchu! Dziś mam już transport! — brązowooka krzyknęła do rumaka, który zdawało się, że dokładnie zrozumiał o co jej chodzi.
— Nie wierzę.. — brunet z uśmiechem pokiwał głową i w chwili, gdy Louisa spodziewała się pytania w stylu "Jak udało ci się to zrobić?" usłyszała pełne powagi — ..Jesteś Indianką? — Po którym momentalnie wybuchnęła śmiechem

Obiecane dziesięć minut później, znaleźli się już około sto metrów od domów. Dziewczyna spoczywająca cały czas w objęciach Hendersona, miała dokładnie dwa pytania. Pierwsze, czy nie jest za ciężka? Drugie, które zdecydowała się zadać, brzmiało nieco inaczej. — Teraz zaniesiesz mnie do mojego domu? 
— Oczywiście, że nie. Mam zamiar skorzystać z okazji, że nie możesz chodzić, zanieść cię do siebie i wykorzystać. — Jak powiedział, tak zrobił. W pewnym sensie.
Zadanie Carter polegało na odkluczeniu drzwi, ponieważ z przyczyn oczywistych, Henderson nie był w stanie tego zrobić. Gdy już jej się to udało, chłopak przyznał, że dziennikarka jest pierwszą dziewczyną, jaką przenosi przez próg własnego domu.
Lou musiała przyznać, że makaron z serem podawany przez jej sąsiada, był najlepszym jaki do tej pory jadła, a pomieszczenie, w jakim się znajdowała, zupełnie skradło jej serce swym kanadyjskim charakterem. 
— To co mi powiesz o naszym sąsiedzie z lasu? — zagadał mężczyzna jedząc swoją porcję. 
— Hmm. — jasnowłosa zastanowiła się przez chwilę wpatrując w danie. — Myślę, że coś ukrywa... Coś więcej niż zeznania podatkowe. Prawdopodobnie ma znajomych, bo nie widząc, kto przyszedł, zwrócił się do mnie innym imieniem. Ma też obsesję na punkcie wilków... i kontakt z nimi. Uważa, że nie są agresywne. Dał się sprowokować i jego ciało zdradziło odmienne poglądy gdy wspomniałam, że mogą rzekomo zaatakować człowieka. Do guzika jego koszuli przyczepiło się kilka wilczych włosów. Takich samych, jak do płotu, przez który mnie wypuszczał. Tak myślę. Nie należą do psa. Z resztą, mam ich trochę.

piątek, 21 grudnia 2018

Od Cordiana

    Cordian popatrzył na klęczącą przed nim dziewczynę i potrząsnął głową, usiłując się nie roześmiać. Nie mógł uwierzyć, że zapuściła się tak głęboko w las tylko po to, żeby poczęstować go kupnym ciastem.
- Nie śmiałbym odmówić. - powiedział i zamiast jednego kawałka delikatnie oswobodził całą tackę z rąk dziewczyny. Następnie chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Czując, że stawia ona opór uśmiechnął się uspokajająco i wskazał na pień, zachęcając żeby usiadła koło niego. - Nie tarzaj się już w tej trawie. Po wczorajszym deszczu jest wciąż mokra.
    Jego słowa najwyraźniej uspokoiły jasnowłosą kobietę, bo ta wstała i uprzednio otrzepawszy kolana zajęła miejsce obok niego na powalonym drzewie. Mężczyzna położył ciasto na swoich kolanach i wyciągnął spod foli ciemnobrązowy kawałek. Czuł jego ciepło w dłoni, a słodki, czekoladowy zapach jest wzmagany przez jego wilcze zmysły. Uniósł go do ust i ugryzł, drugą dłoń trzymając pod brodą jak talerz. Czuł na sobie wzrok dziewczyny, ale mimo tego on wpatrywał się przed siebie. Na chwilę otoczyła ich cisza. Żadna z siedzących osób nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po części żadne z nich nie wiedziało właściwie co powiedzieć, w końcu ich wiedza ograniczała się jedynie do imion i opisu wyglądu zewnętrznego. Cordian musiał jednak przyznać, że w niektórych momentach samo odczuwanie ciepła drugiej osoby oraz słyszenie jej miarowych oddechów było znacznie lepsze od głośnej rozmowy. Poczuł jak jej dłoń zbliża się w jego stronę i delikatnie wyciąga kawałek ciasta z pojemnika, niczym dzikie zwierze, które próbuje zdobyć kawałek pożywienia bez aktywowania zastawionej pułapki.
- Niedawno przyjechałaś i już nauczyłaś się obsługiwać piekarnik Hendersona? - zapytał, uśmiechając się delikatnie. Dziewczyna spojrzała się na niego, lekko zaskoczona tym nagłym pytaniem. W pierwszej chwili chciała opowiedzieć „a skąd wiesz, że dopiero przyjechałam” jednak w porę zauważyła, że zadawanie takiego pytania w miasteczku, które nie liczy nawet pięciuset mieszkańców ma mniej więcej tyle samo sensu co urządzanie wykładu na temat „czy powinniśmy pomagać starszym”. Zamiast tego postanowiła skorygować słowa mężczyzny.
- Piekarniki nigdy nie były dla mnie tematem taboo, jednak obawiam się, że trochę się pomyliłeś. Nigdy nie byłam w domu Willa. - Cordian uniósł jedną brew, tym samym zachęcając ją do kontynuowania swojej wypowiedzi. - Miejsca do spania potrzebowałam, to prawda jednak wątpię czy szukałabym go w domu jakiegoś samotnie mieszkającego chłopaka. Mieszkam w jednym z tych drewnianych domów wzdłuż drogi. Bardziej dokładnie nie wytłumaczę bo byłam tam tylko raz i to dość późno w nocy.
- Wiem, że to dość bezpośrednie pytanie, ale nie jesteś czasem jego dziewczyną? - odstawił tackę z ciastem na trawę i spojrzał na dziewczynę, krzyżując ręce na piersi.
- Przepraszam? - lekko się skrzywiła, po czym roześmiała. - Oczywiście, że nie. Znam go dopiero od kilkunastu godzin.
- W takim razie co tu robisz, Louiso? - Cordian przekrzywił głowę na bok. W mgnieniu oka powróciły do niego wszystkie uprzedzenia, które mężczyzna miał względem obcych. Chociaż kobieta, z którą właśnie rozmawiał miała bardzo sympatyczny charakter oraz udało jej się przekupić go ciastem, nadal była kimś obcym, nieznanym. A to jednoznacznie oznaczało zagrożenie dla watahy.
- Jestem tutaj z ważną misją. - powiedziała teatralnym tonem. - Otóż biorę udział w specjalnym projekcie, którego celem jest przygotowanie pewnego rodzaju reportażu o każdym kontynencie. Każda osoba z mojej grupy miała udać się w jedno miejsce i tam poznawać zwyczaje, tradycje, może trochę fauny i flory, zabytków. Wiesz co jest zabawne? Mówię to samo już drugi raz dzisiaj. - kobieta zakończyła swoją entuzjastyczną wypowiedź uśmiechem. Mimo tego mężczyzny nie rozbawił też żart. Wręcz przeciwnie, Cordian zacisnął usta powstrzymując się od wydania z siebie dźwięku przypominającego gardłowe warczenie. Tylko tego mu brakowało. Kolejnej osoby, która pod pretekstem jakiegoś szczytnego celu węszy zbyt blisko jego watahy. Zanim zdążył zareagować na opowieść kobiety, ta ubiegła go.
- Widziałam dzisiaj w kawiarence twoje zdjęcia. Właściwie ty pewnie wiedziałeś, że je widziałam, ale mniejsza z tym. Właściwie to przyszłam tutaj z takim ukrytym motywem. Otóż zastanawiam się, czy nie mógłbyś użyczyć kilku z nich do mojej książki? - zapytała, uważnie obserwując jego reakcję. Twarz Cordiana pozostała jednak bez zmian. Do czasu, aż dziewczyna podała mu kilkukrotnie złożoną kartkę. - Przepraszam, nie powinnam była tego zabierać ale… - zaczęła i zamilkła, nie mogąc znaleźć dobrej wymówki. Zamiast tego przyglądała się uważnie jak rozkłada on zwitek papieru.
    Zawierał on wydruk zdjęcia. Było ono bardzo ciemne. Większość pracy stanowiły niemalże czarne przestrzenie. Kształt przedstawionych na fotografii obiektów można było rozpoznać jedynie dzięki otaczającej je charakterystycznej poświacie. Zupełnie jakby wszystko oświetlało bardzo mocne światło księżyca. Bo był to bynajmniej kadr zrobiony w lesie, w środku nocy. Wśród ciemnych kształtów można było wyróżnić te przypominające gałęzie świerków, kamienie i niskie rosnące w podszycie krzaki. Tym jednak co najbardziej przykuwało uwagę były liczne sylwetki, znikające w znajdującej się w oddali gęstej mgle. Wyglądało to niemal tak jakby ktoś użył specjalnej maszyny wykorzystywanej to tworzenia dymu na scenach. Cordian ścisnął mocniej kartkę, wpatrując się w wilcze sylwetki. Doskonale pamiętał to zdjęcie. Jedna z niewielu fotografii watahy oraz jedyna, którą upublicznił. W mgnieniu oka wróciły do niego wspomnienia. Wspomnienia lata, kiedy to obchodził swoje trzydzieste urodziny. Wtedy właśnie cała watahy zebrała się jednego wieczoru, aby świętować wejście ich przywódcy w trzecią dekadę życia. Mężczyzna musiał przyznać, że była to jedna z tych nielicznych chwil, kiedy wszyscy bez wyjątku byli ze sobą zgodni i wspólnie bawili się przez całą noc. Noc wilczych harców oraz polowań będących szaleńczą gonitwą za uciekającą zwierzyną. Mogli wtedy cieszyć się obecnością swoich wilczych braci, słyszeć uderzenia wolnych i nieujarzmionych przez kruche ludzkie ciało serc oraz śpiewać jedną wilczą pieśń. To zdjęcie basior wykonał przemieniając się na chwilę w ludzką postać podczas czy pozostali członkowie watahy przemierzali terytorium watahy w świetle księżyca, który tego dnia był jedną z największych i najjaśniejszych pełni jakie mężczyzna widział w swoim życiu. Czemu nie możemy zawsze być tak zgodni z sobą jak tamtego dnia? Zastanawiał się wielokrotnie Cordian. Czemu potrzeba specjalnej okazji żeby zapomnieć o podziałach i żądzy władzy?
    Prawie podskoczył, kiedy poczuł jak czyjaś dłoń dotyka jego ramienia.
- Em… Alpha? - zapytała dziewczyna niepewnym głosem. Samiec uniósł brwi, przeżywając krótki wewnętrzny szok. Dopiero po chwili zrozumiał, że słowa dziewczyny nie odnosiły się od jego stanowiska, lecz do pseudonimu artystycznego, którego używał.
- Cordian wystarczy. - powiedział, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że będzie on zły iż zapomniała jego imienia i nazwiska.
- Cordian. - powtórzyła, starając się wyryć to słowo w swojej pamięci, dzięki czemu będzie w przyszłości mogła uniknąć podobnych sytuacji. - Jak widzę kontemplujesz swoją własną sztukę.
- To, że ja zrobiłem to zdjęcie nie znaczy, że nie mogę mówić iż mi się podoba. - uśmiechnął się.
- Oczywiście, że możesz. Po prostu… trochę się zamyśliłeś. Chciałam się upewnić czy wszystko w porządku.
- Chyba nie mam powodu, żeby ukrywać, że nie? - mówiąc to oparł łokcie na kolanach i uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na dziewczynę. Przez chwilę rozważał w głowie kilka odpowiedzi. W końcu zdecydował się zaryzykować i wybrał tą, na która odpowiedź chciał usłyszeć najbardziej. - Co myślisz o wilkach?
- O wilkach? - powtórzyła dziewczyna, lekko zbita z tropu. Szybko odnalazła wzrokiem fotografię, która Cordian wciąż trzymał w dłoni i przez chwilę przyglądała się uważnie uwiecznionym na niej sylwetkom.
- To zwierzęta. Zwierzęta leśne, jeśli mam być dokładna. - dodała, próbując zmienić tą pełną napięcia atmosferę żartem. Kiedy jednak nie doczekała się żadnej reakcji ze strony Cordiana, wciąż lustrującego ją wzrokiem, spoważniała. - To trochę taka jakby nieujarzmiona siła. W końcu są one przodkiem naszych udomowionych psów. Nikt nie może nad nimi zapanować. To znaczy, mogą je wyłapywać, ale nie słyszy się raczej o ludziach, których wilki słuchają. - mężczyzna pokiwał głową, zachęcając ją do dalszego mówienia. - Wilki to też drapieżniki. Żyją na wolności, więc muszą polować, żeby zdobyć pożywienie. Co niestety często sprowadza się do ataku na gospodarstwa wiejskie. I niekiedy na ludzi. - powiedziała cicho, a samiec zacisnął mocno pięści. To właśnie było jedno z jego głównych zmartwień. Jakimś cudem wśród ludzi wykreował się stereotyp, że wilki zaatakują każdego człowieka, którego zobaczą niczym żądne krwi bestie i jedyną szansą na ratunek jest postrzelenie tego potwora nim ten cię zauważy. Gdyby nie to, nie musiałby martwić się aż tak bardzo o to, aby nikt ich nie zauważył podczas nocnych polowań. Dość oczywiste było to, że osoba, która wyciąga broń nawet na widok zwykłego wilka zareaguje nawet gwałtowniej, kiedy dostrzeże wzrostem dorównującego koniowi Cordiana. - Z drugiej strony… wilki są piękne. - ta krótka uwaga sprawiła, że mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. - W końcu wszędzie można kupić jakieś przedmioty z motywem wilka. To taki symbol wolności.
    Choć Louisa skończyła mówić, on wciąż wpatrywał się w nią, jakby miała powiedzieć coś jeszcze. Coś ważnego, niezwykle ważnego. Ale mimo tego dziewczyna spojrzała na poruszające się na wietrze korony drzew i zmieniła temat.
- Lubię te indiańskie legendy. Moi rodzice zawsze chcieli tutaj przyjechać. Byli pewnego rodzaju pasjonatami tej kultury, tradycji i zwyczajów. I pewnie dlatego w dzieciństwie zamiast słuchać jak inne dzieci opowieści o kopciuszku i pięknym księciu, ja każdego wieczoru przeżywałam od nowa historię o szumiącym lesie, wyjących wilkach i przemierzających kaniony kojotach. - mówiąc to wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok, jednak Cordian mógł przysiąść, że jej serce pokazuje dziewczynie w tej chwili zupełnie inny widok.
    Ta spokojna atmosfera sprawiła, że obydwoje poczuli się w pewien sposób nostalgicznie. Zupełnie jakby wszystkie ich kłopoty, zmartwienie i problemy zniknęły w ciągu zaledwie jednej sekundy. Jakby cały projekt, Henderson i denerwujący reporter naprawdę nigdy nie istnieli. Jedynymi istotami na tym świecie byli tylko oni. Obserwując dzieło stworzenia i zachwycając się jego pięknem. Mężczyzna wsłuchał się w miarowe bicie ich serc i przez chwilę rozważał objęcie dziewczyny ramieniem. Nie miał jednak okazji podjąć decyzji, gdyż ciszę przerwało głośne rżenie konia.
    Obydwoje poderwali głowy do góry, akurat w idealnym momencie, żeby być świadkami jak brązowo biały kształt z ogromną prędkością mija drewniany płot otaczający dom i znika wśród gęstych krzewów.
- On był przerażony… - wyszeptała dziewczyna, podrywają się do góry. Cordian zrobił to samo, uważnie wpatrują się w stronę, z której przybiegło zwierzę. Po chwili do jego nosa dotarła dość charakterystyczna woń i choć stłumiona przez jego ludzką formę, basior mógł bez problemu określić jej źródło.
- Pewnie przestraszył się jakiegoś rysia. - odpowiedział szybko, jednocześnie delikatnie nakierowując dziewczynę w stronę ścieżki. - Mimo wszystko powinnaś już iść, zanim zrobi się ciemno.
- Zaczekaj… - wyszeptała wciąż zaskoczona dziewczyna.
- Jak będziesz szła tą ścieżką bezpiecznie dotrzesz do głównej drogi. Tam pewnie znajdziesz kogoś, kto wskaże ci drogę do miasteczka. A jeśli chodzi o zdjęcia, to później jeszcze porozmawiamy. Ja mam dzisiaj jeszcze trochę pracy. - doprowadził dziewczynę do wąskiej wydeptanej dróżki i wskazał kierunek, w którym powinna się udać. - Jeszcze raz dziękuję za przepyszne, „własnoręcznie pieczone” ciasto i miło spędzony czas. Do zobaczenia Lousio.
- Pa, Cordian. - bez przekonania potrząsnęła jego wyciągniętą dłonią i ruszyła w stronę drogi.
    Dopiero kiedy jej sylwetka całkowicie zniknęła wśród gałęzi drzew i krzaków, mężczyzna spojrzał za siebie. W tym samym momencie przez płot przeskoczył wilczur o sylwetce niedźwiedzia grizzly i ciemno brązowym futrze. Olbrzym stanął na szeroko rozstawionych łapach i pochylając lekko głowę, otrzepał futro z wody. Bieganie po deszczu, szczególnie kiedy krople wody osiadają na każdym liściu zawsze oznaczało mokrą i posklejaną od błota sierść.
    Cordian uniósł ręce, próbując osłonić się przed lecącymi w jego stronę opryskami błota i wody, jednak jego wysiłki przyniosły dość marny rezultat. Mężczyzna pokręcił głową, wpatrując się w swoją, jeszcze chwilę temu czystą koszulę i podszedł do wpatrującego się w niego swoimi bursztynowymi ślepiami wilka. Wyciągnął dłoń i przeczesał nią futro na pysku basiora, co biorąc pod uwagę jego wzrosty wyglądało jakby głaskał konia rasy shire. Odczytując nieme pytanie, uśmiechnął się delikatnie.
- Nie mam dzisiaj siły na przemianę i polowanie. - wyszeptał, wciąż przeczesując ciemnobrązowe i sztywne włosy. Zwierzę pokiwało głową i odsunęło się kilka kroków do tyłu. Mężczyzna mógł obserwować jak kształt stojącej przed nim postaci stopniowo się zmienia. Najpierw futro, które stawało się coraz krótsze, odsłaniając jasnoróżową skórę oraz kości, które odkształcają się przy akompaniamencie głuchych pęknięć. Nie minęło nawet pół minuty, a w miejscu masywnego wilka klęczał teraz nagi mężczyzna o pokaźnych mięśniach, brązowych włosach i gęstej brodzie i bynajmniej typowo ludzkim wzroście. Trochę dłużej natomiast zajęło mu dojście do siebie. Cordian doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wielki ból wiąże się z przemianą i o ile łatwiej było go znieść, przechodząc w wytrzymalszą i bardziej odporną na ból wilczą postać, tak w drugą stronę bardzo czasami potrzebował on nawet kilku minut aby dojść do siebie i odgonić wszystkie ciemne plamy pojawiające się przed jego oczami.
    Wpatrywał się jak mężczyzna wydaje bliżej nieokreślony gardłowy odgłos, po czym zaczyna przesuwać się w jego stronę na czworakach. Cordian położył mu dłoń na plecach w uspokajającym geście.
- Spokojnie, przyjacielu. Poczekaj tutaj chwilę, ochłoń a ja przyniosę ci coś do ubrania. - powiedział i zostawiając brodacza na środku trawnika ruszył biegiem w stronę domu. Garret odwiedzał go dość często, więc jednocześnie część jego garderoby na stałe zamieszkała u chłopaka. Wyciągnął z szafy parę dżinsów, skarpetek, bluzę i inne niezbędne części ubioru. Wszystko razem tak duże, że sam mógłby się w tym utopić i ruszył z powrotem na dwór, pokonując schody zaledwie kilkoma skokami.
    Jak się okazało, drugi mężczyzna zdążył już dojść do siebie i właśnie przechadzał się po trawie z wypiętym torsem, dumnie obnosząc się z tym czym obdarowała go natura. Cordian zaśmiał się, widząc to przedstawienie. W takich chwilach jak ta cieszył się, iż jego dom znajduje się tak głęboko w lesie i jedynymi świadkami przemian odwiedzających go wilków są jelenie i siedzące na gałęziach ptaki.
- Hej, panie piękny, ubieraj się! - zawołał, obrzucając nagą postać stertą ubrań.
- W wilczej formie też nie mam ubrań, a ci to nie przeszkadza. - zażartował, wyławiając ciemne spodnie i bez pośpiechu je zakładając.
- Uwierz mi, nie chcesz abym kontynuował tą dyskusję. - Uciął długowłosy, opierając się do wystające ze ściany drewniane bele. W odpowiedzi usłyszał niskie śmiech.
- Pewnie tak. Swoją drogą, Goldie, wyglądasz na przygnębionego. - kiedy narzucił na siebie już ostatnią rzeczy – czarną bluzę z kapturem i napisem „Be yourself” podszedł do Coridana i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. Samiec uniósł brew, słysząc swoje przezwisko, które ostatnio stawało się coraz bardziej popularne. A może zawsze było, tylko on nigdy nie zwracał na to uwagi? - Wiem co doskonale poprawi ci humor. Opowiem ci co mi się wczoraj zdarzyło! - zaczął, a wnioskując po jego entuzjazmie odwiedzenie go od tego pomysłu może być trudniejsze od przekonania jelenia, żeby nie uciekał podczas gdy cała wataha wilków będzie okrążała go z każdej strony.
- Garret, nie. Uwierz mi, nie mam ochoty słuchać twoich opowieści o… sam dobrze wiesz czym. Prawdę mówiąc nie zdziwiłbym się, gdybyś powiedział mi że w końcu załapałeś HIV albo zaciążyłeś jakąś kobietę. - przerwał mu Cordian, desperacko próbując zasłonić dłonią usta drugiego mężczyzny. Ten jednak bez problemu wygrał ten drobny pojedynek i przez chwilę wpatrywał się w swojego alfę, który próbował wyrwać swoje dłonie z jego uścisku. Oczywiście bez większych rezultatów, gdyż dla umięśnionego samca jego ruchy były niczym ostatnie podrygi wyłowionej z wody ryby.
- Przecież dobrze wiesz, że nie możemy rozmnażać się z ludźmi ani zarazić żadną z ludzkich chorób. Sam to mówiłeś. Nazwałeś to… eee… uwarunkowanie gee… gen… geo… geometryczne! - powiedział brodacz, a Cordian zmierzył go wzrokiem. Kiedy po chwili zrozumiał, że mężczyzna wcale nie żartował, mentalnie przybił piątkę ze swoją twarzą.
- Genetyczne, ty analfabeto. - zaśmiał się rozpaczliwie i jak tylko oswobodził się z z zakleszczonych wokół jego nadgarstków dłoni, przeskoczył wspiął się na drewnianą barierkę, która otaczała werandę. - Chodź beto. - zawołał, teatralnie gestykulując. - Mamy ważną naradę wojenną w naszym zamku. - chociaż brzmiało to dość zabawnie, w rzeczywistości oznaczało kilka, lub też nawet kilkanaście godzin ciągłej dyskusji i powracania do problemów, o których Cordian tak bardzo chciał zapomnieć. Jednak mimo tego dobrze wiedział, że jeśli chce jak najlepiej dla swojej watahy są pewne rzeczy, których nie może odrzucić na bok. I są to obowiązki.
    Mężczyzna otworzył drzwi i już prawie był w środku, kiedy za swoimi plecami usłyszał poważny głos basiora.
- Cordian… kim była ta dziewczyna? - samiec zamarł i przez krótką chwilę wpatrywał się w stojącą na środku salonu kanapę nieobecnym wzrokiem. Poczuł jak jeszcze raz przeżywa całą wcześniejszą rozmowę z brązowooką dziewczyną. Zacisnął powieki.
- Nikim. - odpowiedział cicho. - Zabłądziła. - odpowiedział szybko, dając drugiemu wilkowi zna, żeby nie drążył już dalej tego tematu. Bo kiedy alfa uważa jakiś temat za skończony, to jest on skończony. Garret wzruszył ramionami. Oboje w milczeniu weszli do środka. I każdy z nich dobrze wiedział, że nikt nie zabłądził...

czwartek, 20 grudnia 2018

Od Lou

Cała relacja między mieszkańcami Alpine, a fotografem-samotnikiem mieszkającym w lesie za jej domem wydawała się dziwna. Dziewczyna przez chwilę przestała o tym myśleć poświęcając całą swoją uwagę kolesiowi, który siedział z nią przy stole i opowiadał o tutejszych zwyczajach i o tym, że 4 lipca w Dzień Niepodległości mieszkańcy organizują świetną lokalną imprezę, a w jednym z konkursów można wygrać najprawdziwszego żywego prosiaka bynajmniej z jabłkiem w pysku.
— Muszę to koniecznie zapisać w dzienniku. — uśmiechnęła się jednocześnie subtelnie urywając temat. — Powiedz mi, czy w tych rejonach byli spotykani Indianie? — zmarszczyła brwi przykładając kubek z czekoladą do ust i dmuchając na zbyt gorący napój. 
— Właściwie, do niedawna żyła tu jedna taka starsza kobieta, ale wyjechała gdzieś do dalekiej rodziny. Skarżyła się na podeszły wiek i na to, że nie może się już opiekować koniem, którego przed wyjazdem wypuściła do lasu. Biedak zdziczał. Nie chciała niczyjej pomocy. Po prostu nas opuściła. — Henderson wzruszył bezradnie ramionami. — Pewnie wywiad z nią dałby ci o wiele więcej materiałów do książki... Przykro mi. — Wymawiając ostatnie słowa, Will odruchowo położył dłoń na dłoni Lou, która leżała swobodnie na stoliku, na co zamyślona Carter uśmiechnęła się tylko słabo wypuszczając z płuc powietrze.
— Czyli po tych lasach biega zdziczały koń? — Louisę zdziwił jej głupkowaty ton głosu. Chyba po prostu nie wierzyła własnym uszom. 
 Wtedy kątem oka mignął jej ktoś prawie wybiegający z kawiarni. Był to nie kto inny, niż pan Alpha. 
— Dlaczego stąd tak wyleciał? — jasnowłosa momentalnie zabrała rękę ze stołu oglądając się do tyłu, gdzie podekscytowany facet w garniturze wkładał ostatnie papiery do teczki. — Chyba dobili targu. 
— Mówiłem, to typ samotnika. Przebywanie wśród ludzi chyba wywiera na nim zły wpływ. — gdy chłopak zorientował się, że jego nowa znajoma odsunęła swoją dłoń, położył ją na swoim kubku z czekoladą. Blondynce zarejestrowanie tego zajęło dosłownie ułamek sekundy, bo jej czujny wzrok odprowadzał fotografa na zewnątrz. I właśnie wtedy, gdy miał powrócić na twarz Willa, trzydziestolatek odwrócił się patrząc akurat na nią. 
"O cholera, gdzie się gapisz, Carter?" — Zganiła się w myślach, jednak nie przestawała patrzeć mężczyźnie w oczy. Nie należała do tych osób, które pierwsze odwracają wzrok i jak się przekonała, Alpha też nie.  

— To jest to. — szepnęła zdecydowanym głosem Lou ku zdziwieniu jej towarzysza.
— Wiedziałem, że tajemniczy kolesie zawsze mają większe powodzenie. — Will zabawnie uniósł brew razem z jednym kącikiem ust na co Carter wybuchnęła śmiechem. 
— Nie, Sherlocku. — przewracając oczyma pacnęła lekko bruneta w czoło łyżeczką. — On robi na prawdę wspaniałe zdjęcia. Gdyby te widoki zdobiły moją część książki... 
— Byłaby najlepszą częścią ze wszystkich. — dopowiedział przymykając oczy.
— Dokładnie. — skwitowała obserwując w którą stronę idzie fotograf. Zmierzał w kierunku domu. 
— Chcesz do niego iść? Sama? — błękitnooki wlepił w nią swój zatroskany wzrok. 
— Znam się trochę na kontaktach międzyludzkich. Damsko-męskich też. Jeśli pójdę bez ciebie, szansa, że się zgodzi będzie większa. A wzrośnie jeszcze bardziej, jeśli pójdę teraz. 
— Szansa, że to psychopata, który tylko czeka, aż ładna samotna dziewczyna zapuka do jego drzwi też. — uniósł brwi pochylając się nad stołem.
— Nic mi nie będzie. Wrócę niedługo, nie martw się. Nie dam się zabić zanim nie pokażesz mi całej okolicy. Po ile ta czekolada?
— Ja płacę. — Odparł nadal nieco niespokojnie, jednak na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Dzięki.  — Rzuciła i szybkim ruchem oderwała się od krzesła, żeby złożyć na policzku Hendersona szybki pocałunek.

Nie minęła minuta, gdy Lou ubrana w ciepłe ubrania z ciastem czekoladowym na rękach opuściła lokal i swojego nowego znajomego, który prawdopodobnie oczekiwał od niej więcej, niż ta mogła mu dać. Wychodząc, tylko przez ułamek sekundy pomyślała o nim. Potem wyłączyła umysł kierując się w las.
W głowie cały czas wybrzmiewały jej słowa: "Ale nie ufałbym mu na tyle, żeby zostać z nim sam na sam". Co może być nie tak z samotnym kolesiem mieszkającym w lesie i unikającym ludzi? No chyba, że to samotny koleś z długimi włosami mieszkający w lesie i unikający ludzi. To na pewno czyni z niego psychopatę.
- Oh, well, Will. — pomyślała. —Wiesz jak skutecznie zatrzymać przy sobie miastowe dziunie.. Tyle, że ja nią nie jestem..
Gdy Carter dotarła na początek leśnej drogi, przystanęła na chwilę patrząc w mały, odchodzący punkt na szarym jej końcu. Widząc, że nie będzie w stanie dogonić go, zanim ten przekroczy próg swojego domu, skierowała się do swojego ogrodu. Wbiegła do salonu poszukując czegoś w nierozpakowanej walizce. W kosmetyczce, pomiędzy perfumami odnalazła małą puszkę od ciśnieniem. Przyjrzała jej się bliżej obracając w dłoniach, po czym umieściła w kieszeni kurtki. Na wszelki wypadek.

Gdy dziewczyna szła w stronę domu Alphy, mogła przyznać, że razem z odcinkiem, jaki musi pokonać, wprost proporcjonalnie igliwie sosen otaczających ścieżkę ciemnieje. Nie pomagał jej znakomity słuch, przez który słyszała nawet najmniejsze szelesty i łamane gałązki w podszyciu lasu. Towarzyszyło jej również wrażenie, że ktoś lub coś cały czas ją obserwuje i gaz pieprzowy, który kurczowo ściskała w ręce, może jej nie starczyć, chyba, że cokolwiek to jest, zadowoli się ciepłym jeszcze brownie. Wtem, usłyszała za sobą kroki czegoś, co na pewno nie miało dwóch nóg i biegło w jej stronę. Oczyma wyobraźni, jasnowłosa już widziała stworzenie, które tej nocy zbudziło ją przeraźliwym wyciem.
— Umrę. — skwitowała w głowie. — Już nie żyję. Trzeba było zabrać jakiś nóż, albo czołg.
Louisa wypuściła z ulgą powietrze z płuc, gdy odwracając się, zamiast drapieżnika, przywitał ją z odległości około dziesięciu metrów łaciaty koń. Zdziwiona jego widokiem uniosła brwi na pół czoła, jednak cieszyła się, że koniom bardziej smakuje trawa, niż samotne, młode kobiety, lat około 25.
— Co tu robisz, piękny? Musisz być koniem Indianki... No tak.  — spróbowała zrobić krok w jego stronę, ale ten nerwowo się cofnął. — Nie mam nic dla ciebie. Chyba, że lubisz ciasto czekoladowe, ale musi wystarczyć jeszcze dla fotografa. Inaczej nie da mi swoich zdjęć i będę w czarnej dupie. — Na jej twarzy ukazał się dziwny grymas, na co wierzchowiec tylko prychnął.
— Nie śmiej się. To ty mnie pewnie śledziłeś od dłuższego czasu. Chciałeś, żebym dostała zawału? — Lou zaśmiała się, widząc, że ogier przytakuje łbem. — Fajny jesteś. Mój koń też tak umie. Mówię to, dlatego, żebyś nie myślał, że jesteś jakiś szczególny. — Jednak ciemnooka właśnie tak myślała. Koń miał dobre 180 cm w kłębie, a jego maść pinto robiła ogromne wrażenie. Wyglądał, jakby białego konia, oblano z góry brązową farbą, która chaotycznie rozprysnęła się po całym jego ciele. Co więcej, podobno zdziczały koń podążał za nią. Gdy wykonała kilka kroków w stronę posiadłości Goldteary, ten poszedł za nią zachowując tą samą, bezpieczną według niego odległość. Zatrzymał się dopiero, gdy ta otwierała furtkę do ogrodu domownika i nie odważył się podejść bliżej.
— Myślę, że uporam się z tym w miarę szybko, więc możesz na mnie zaczekać. Mam w domu jakieś jabłka. — pożegnała się z niesamowitym koniem i zapukała kilka razy do drewnianych drzwi, jednak nikt nie raczył jej otworzyć nie wspominając o ciepłym przywitaniu. Pomyślała wtedy, czy to czysty przypadek, że może jednak Cordian nie poszedł do domu, lecz dalej w las, czy po prostu nie chce jej otworzyć.
Widząc, że dobijanie się do drzwi cudzego domu nie przynosi rezultatów, zeszła z ganku i obeszła ściany budynku, za dwoma z nich znajdując mężczyznę siedzącego do niej tyłem na pniu drzewa. Po incydencie ze śledzącym ją koniem, cały strach z niej uleciał. Bez wahania, podeszła do niego i w chwili gdy miała się odezwać, on zrobił to pierwszy, prawdopodobnie biorąc ją za kogoś innego.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić... — zaskomlał. Chwila, co zrobił? Wysoki mężczyzna, lat 30 wydał z siebie iście szczenięcy odgłos. Carter zdecydowała. że lepiej będzie wmówić sobie, że się przesłyszała. Coś najwyraźniej gryzło jej sąsiada i nie były to pchły.
— Em... Mam na imię Louisa. — gdy zdziwiony Alpha odwrócił się do niej, ta tylko słabo się uśmiechnęła. — Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? — Zmarszczyła brwi obserwując smutek w jego oczach.
— Tak. Tak. Wszystko w porządku. — Odparł, a Carter wiedziała już, że nic nie jest w porządku. 
— Dobrze... W końcu jakiej odpowiedzi może się spodziewać obca osoba.. — wlepiła wzrok w krople rosy na trawie. — Wiem jednak, co może poprawić humor każdemu. Przynajmniej każdemu, kto lubi czekoladę. — przyklękła przed mężczyzną z brownie w obu rękach.  — Nie oświadczam się. Proponuję jeszcze ciepłe ciasto. Sama piekłam... A ta cena nie wiem skąd się tu wzięła. — dorzuciła obrywając białą nalepkę z kilkoma cyframi z aluminiowej tacki, na co, mogłaby przysiąc, fotograf cicho się zaśmiał — Nie codziennie częstuję ludzi kupnym ciastem. Nie daj się prosić..

sobota, 15 grudnia 2018

Od Cordiana - "Na razie"

    Cordian przeglądał strony z najnowszymi informacjami, co chwilę sprawdzając godzinę w dolnej części ekranu jego laptopa. Czuł, ze za chwilę puszczą jego nerwy. Miejsc takich jak to unikał jak ognia. Przebywanie wśród dużej grupy ludzi sprawiało, że czuł się niezręcznie. Chociaż znał wszystkich mieszkańców Alpine chociaż z widzenia, fakt iż w przeciwieństwie do członków jego watahy nie ma na nich żadnego wpływu bardzo go irytował. Za każdym razem, kiedy ktoś przypadkowo ocierał się o jego plecy, wszystkie jego zmysły automatycznie przestawiały się w stan najwyższej gotowości. Nie oznaczało to, że bał się ludzi. Nie, on po prostu nie czuł się komfortowo w ich otoczeniu. Jakim więc cudem siedział właśnie w jednej z miasteczkowych kawiarenek?
    Wszystko zaczęło się od nowego redaktora, który chciał wykorzystać jego zdjęcia w swoim artykule. Niestety, oferta była zbyt kusząca, żeby Cordian ją porzucił, nawet mimo tego, że mężczyzna nalegał na osobiste spotkanie. Zapraszanie go do własnego domu nie przeszło mu nawet przez głowę, a biorąc pod uwagę obecny obrót spraw w watasze, oddalanie się od miasteczka nie wchodziło w grę. I tak Cordian skończył w kafejce, nerwowo bębniąc palcami w blat stołu, oczkując spóźniającego się gościa. Kątem oka obserwował lokal i siedzące w nim osoby. Jak na ta dość osobliwą porę dnia, był on prawie pełny.
    Samiec starał się nazywać z imienia i nazwiska wszystkie osoby w swoich myślach. Choć mogło to już podchodzić pod paranoję, musiał być na bieżąco ze wszystkimi zmianami w miasteczku, aby zminimalizować ryzyko.
    Cordian westchnął i wrócił do ekranu swojego komputera. Myślenie o tych sprawach, sprawiało jedynie, że martwił się jeszcze bardziej. To iż przysiągł sobie, że pewna dość znacząca sytuacja z jego przeszłości już nigdy się nie powtórzy, sprawiało, że nie mógł on już poprawnie funkcjonować. Właśnie przeglądał plany przeprowadzenia badań geologicznych na terenie rezerwatu, kiedy usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Odruchowo spojrzał za siebie i widok, który ujrzał lekko go zaskoczył. Przez kilka sekund wpatrywał się w twarz jasnowłosej dziewczyny, która rozglądała się dookoła, uśmiechając się o rozmawiając. Dopiero po chwili Cordian zdał sobie sprawę z tego, że wpatruje się w nią przez ramię i szybko odwrócił głowę. Choć jego oczy były skierowane na ekran, przez jego głowę przelatywał potok myśli. Każda nowa i nieznana osoba w Alpine mogła być zagrożeniem. Jednak nie poświęciłby on jej więcej niż kilka minut, gdyby nie jej towarzysz. Will Henderson. Chłopak pełnił odpowiednika samca alfa w tym ludzkim stadzie i zdecydowanie zbyt często wpychał nosa w nie swoje sprawy. Zapuszczał się głęboko w las, a latem urządzał polowania z przyjaciółmi. Najgorsze było jednak to, że w świetle prawa był on czysty. Po prostu zwykły, nadziany dzieciak, który załatwia sobie legalne pozwolenia na polowania. 
    Cordian bezwiednie zacisnął pięści. Wiele by oddał, żeby trzymał się on z daleka od jego terytorium i rodziny. Szczególnie, kiedy biegnie ze swoimi nie zawsze trzeźwymi znajomymi z bronią w ręku. Dodatkowo, wyglądało na to, że znalazł sobie nową dziewczynę. Samiec potrząsnął głową. To nie była jego sprawa. Musiał jedynie uważać, żeby William nie wyruszył ze swoją wiatrówką popisywać się przed pięknością jego życia.
    Wtem do lokalu weszła jeszcze jedna osoba. Co tam weszła, wbiegła. Mężczyzna około trzydziestki, ubrany w pogięty i mokry od mżącego deszczu miał przy sobie kilka teczek wypełnionych papierami. Zatrzymał się zaraz przy drzwiach i zaczął nerwowo się rozglądać, najwyraźniej kogoś szukając. Kiedy spostrzegł Cordiana, przywitał go skinieniem głowy i ruszył w jego stronę, desperacko starając się nie zgubić żadnej z kartek. Niestety, w tej samej chwili pewna dziewczyna zwróciła się w tą samą stronę, najprawdopodobniej z zamiarem zajęcia miejsca przy najbliższym wolnym stolik. Efekt był dość spektakularny, gdyż dwie postacie zderzyły się ze sobą i cała góra papieru rozsypała się po całej kawiarni zupełnie tak samo jak w filmach komediowych. Jakby tego było mało, większość klientów porzuciła swoje dotychczasowa zajęcie i zaczęła schylać się, aby pomóc pozbierać niemalże zakrywające podłogę morze kartek. To samo zrobiła również kobieta, przyklękając i energicznym ruchem zgarniając je do siebie.
    Cordian obserwował całą akcję, starając się jednocześnie powstrzymać się od uśmiechania. Scena, która miała miejsce przed jego oczami była komiczna i każdy przechodzący przed kawiarnią z pewnością stwierdziłby, że nagrywają w niej jakąś komedię romantyczną. Zaraz z pewnością Will pochyli się, aby pomóc swojej piękności, ich dłonie przez przypadek się spotkają i wszystko zakończy się zupełnie przypadkowym pocałunkiem, pomyślał. Nic takiego jednak nie miała miejsca, gdyż chłopak stał w miejscu, śmiejąc się głośno i nic nie wyglądało na to żeby miał włączyć się do sprzątania. Natomiast dziewczyna zastygła z jedną z kartek w ręku. Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, po czym zwróciła się do patrzącego na całe zajście nieobecnym wzrokiem mężczyzny w garniturze.
- Najmocniej pana przepraszam! Jestem tutaj po raz pierwszy i jestem wciąż trochę roztargniona. Czy coś się panu stało? - zapytała. On zwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się.
- Wszystko w porządku. I nie ma pani za co przepraszać. To moja wina, śpieszyłem się i nie patrzyłem przed siebie. A poza tym też jestem tu pierwszy raz. - powiedział, odbierając stosik papierów z jej rąk. Wtedy dziewczyna wskazała na ten leżący na wierzchu.
- Bardzo interesująca fotografia. Nie mówię tego każdemu nieznajomemu, ale doprawdy w tej jest coś niesamowitego, nie sądzi pan? - Cordian mimowolnie spojrzał na kartkę. Dopiero teraz zauważył, że większość z tych rozsypanych zawierała wydruki jego zdjęć. To, które szczególnie spodobało się dziewczynie przedstawiało ujęcie ze słońcem prześwitującym przez liście i odbijającym się od tafli leśnego jeziora. Było to jedno z jego ulubionych i dobrze pamiętał jak wiele godzin spędził tego letniego popołudnia niż uzyskał to jedno idealny zdjęcie z najlepszym naświetleniem oraz intensywnością barw.
- Owszem, prawdę mówiąc muszę przyznać, że większość z nich to prawdziwe arcydzieła! - powiedział, wykonując zamaszyste ruchy rękami. - Ale nie są one moje. Ich autorem jest… - nie zdążył dokończyć, kiedy nagle czyjaś dłoń podsunęła plik kartek pod jego nos.
- To moje zdjęcia. - Cordian uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynę. Oparł lewą dłoń na kolanie i ignorując fakt, że wciąż siedzą na podłodze, wskazał na jedno z zdjęć. - A to jest jeden z kadrów wykonanych w czasie lata. Interpretacja dowolna.
- O… lata… - Wyjąkała dziewczyna, lekko zaskoczona. - Czekaj, twoje? Łał. Naprawdę cudowne. Brak słów. No, może nie aż tak ale przyciąga uwagę.
- No właśnie! I nasz drogi Cordian ma tylko 30 lat! A już taki wirtuoz sztuki! - wtrącił się mężczyzna w garniturze. Basior zignorował jego entuzjastyczną i jednocześnie niepoprawną odpowiedź i odebrawszy od dziewczyny papiery, wstał.
- Pragnę zauważyć, że i tak spóźnił się pan na umówione spotkanie i wolałbym go nie przeciągać zbędnymi… czynnościami. - powiedział chłodnym głosem i zajął miejsce przy stoliku.
- Ah, tak, oczywiście. Najmocniej przepraszam! - zawołał i poderwał się z miejsca, zbierając wszystkie pozostałe dokumenty od siedzących przy najbliższych stolikach ludzi. Zanim dotarł jednak do tego, przy którym siedział Cordian, odwrócił się w stronę dziewczyny.
- Polecam sprawdzić więcej zdjęć w internecie. Pod hasłem Alpha. Dziękuję za pomoc i życzę pani miłego dnia. - po czym usiadł koło samca i zaczął rozkładać dokumenty na stole.
    Fotograf poświęcił mu większość swojej uwagi, choć mógł on jeszcze usłyszeć strzępki rozmowy kobiety z Hendersonem.
- Nie wierzę! Jaka akcja! Nie codziennie mamy tutaj takie atrakcje, wiesz? - chłopak wciąż śmiał się, bezowocnie próbując zasłonić usta dłonia.
- Mi też pierwszy raz się coś takiego zdarzyło. Swoją drogą, to miejsce musi być istną kopalnią artystów. Że też o tym nie pomyślałam. Taki urokliwy krajobraz.
- Masz rację, chociaż Alpine to dziura, to jednak nadal piękna dziura. Zainspirowałaby nawet takie beztalencie jak ja. - przyznał jej Will, któremu w końcu udało się uspokoić swój napad śmiechu. Zajęli oni miejsce przy stoliku nakrytym obrusem w czerwoną kratkę, a drobna kelnerka, która jak dotąd obserwowała całą akcje zza lady, podbiegła aby wręczyć im kartę z napojami.
- Przecież to oczywiste, że w tym miejscu znajdzie się choć jedna uzdolniona osoba. Może mogłabym przeprowadzić z nią wywiad a potem zamieścić w moim projekcie. - stwierdziła entuzjastycznie, biorąc kartę do ręki.
- Z nim? - mężczyzna gestem głowy wskazał na Cordiana i skrzywił się. - Jak mam być szczery, to to jest raczej odludek i dziwak niż artysta. Masz racje, zdjęcia robi bardzo ładnie i wcale się nie dziwię, patrząc na to, że całe dnie spędza w lesie, ale nie ufałbym mu na tyle, że zostać z nim sam na sam. - wyszeptał i gdyby nie wyostrzony zmysł słuchu, który basior posiadał dzięki swojej wilczej formie, nie usłyszałby go. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego jaką opinię mają o nim ludzie, ale nie mógł powiedzieć, że usłyszenie tego bezpośrednio z czyiś ust nie dotknęło go. - Prawdę mówiąc jestem zaskoczony, że pojawił się w takim miejscu jak to.
- Trochę przesadzasz. Może po prostu jest trochę nieśmiały i jednocześnie pochłonięty swoją pasją? Yhym. To ja poproszę…
- Panie Goldteara? - głos mężczyzny w garniturze zmusił Cordiana do przerzucenia swojej uwagi z rozmawiającej pary na rozłożone przed nim dokumenty.
- Przepraszam, coś mnie rozproszyło. Czy mógłby pan powtórzyć jeszcze raz, panie…
- Franz. Albert Franz. Zaczynając od początku, tutaj są dokumenty z umową odnośnie wykorzystania pańskich fotografii w naszym magazynie. Zalecałbym przestudiować go w domu, a następnie przesłać nam skan z podpisem. W umowie znajduje się również lista zdjęć, do których chcemy uzyskać wyłączność i która została stworzona wedle naszych wcześniejszych ustaleń.
- I dlatego nalegał pan na to spotkanie, tylko po to żeby wręczyć mi ten zwitek papieru? - mruknął, wyraźnie pokazując swoje niezadowolenie.
- No i tutaj pan mnie ma. Właściwie to przyjeżdżając tutaj mam również drugi, ukryty motyw, a konkretniej: jest to projekt na coś nowego i rewolucyjnego! - Cordian zmierzył go wzrokiem. Doprawdy mężczyzna miał dar do budowania napięcia niczym śpiący leniwiec. O tym, że cała ta sprawa już brzmiała podejrzanie nie chciał wspominać. Najchętniej podniósłby się on z miejsca i opuścił lokal, gdyby nie to, że intrygował go dalszy obrót spraw.
- Przypuszczam, że w tym rewolucyjnym projekcie jest przewidziany mój udział? - zapytał, pakując papiery do torby, po czym układając dłonie w charakterystyczną piramidkę.
- Oczywiście. Otóż planujemy nakręcić nowy reportaż w przyrodzie. Coś jak national geographic, tylko z większą głębią artystyczną. - długowłosy mężczyzna uniósł brwi. Zdecydowanie nie kupował tego pomysłu. - Chodzi o to, żeby przedstawić naturę w nowy sposób. Z taką artystyczną wizją fotografa, która sprawi, że ludzie spojrzą na świat przyrody w inny sposób. Że będą mieli takie: Łał! I potrzebujemy tutaj właśnie pańskiego udziału, panie Goldteara. Mając takiego utalentowanego fotografa za przewodnika i kierownika zdjęć, nasz program znalazłby się w czołówce tych z najwyższą oglądalnością! Proszę tylko pomyśleć o tym jakie cuda matki natury znajdują się zaledwie kilka kilometrów od pańskiego domu! Co o tym pan sądzi? - Nie kupuję tego, warknął w myślach Cordian, ostatkiem sił powstrzymując się przed gwałtownym zerwaniem się z miejsca i trzaśnięcia krzesłem. Dobrowolne wprowadzenie grupy ludzi na terytorium watahy byłoby ostatnią rzeczą, którą zrobiłby w swoim życiu.
- Nie uważam, żeby ta idea zyskała wielu zwolenników. Obecnie emitowanych jest już wystarczająco wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Dodatkowo, ludzie coraz mniej czasu poświęcają na telewizję, a jeśli już to jest to jedynie z zakresie kanałów z serialami. - zaczął tłumaczyć, licząc że uda mu się przekonać mężczyznę do zmiany zdania. Chciał jedynie podpisać umowę odnośnie wykorzystania jego zdjęć i zwinąć się do domu, gdzie przez resztę dnia będzie mógł leżeć na kanapie w salonie, myśląc jedynie o sękach w deskach a suficie.
- Ma pan rację, ale mamy jeszcze jeden ukryty motyw. Otóż jest to projekt prowadzony we współpracy z wieloma szkołami, które będą mogły korzystać z naszych nagrań jak z materiału naukowego. A przecież edukacja młodzieży jest najważniejsza.
- Moja odpowiedź nadal brzmi nie. - Cordian zdążył już spakować swojego laptopa do torby, co było wyraźnym znakiem, że zamierzał opuścić lokal, z premedytacją ignorując zasady kulturalnego zachowania. W podobnych sytuacjach lubił tłumaczyć się tym, że skoro nie jest człowiekiem, nie obowiązują go ludzkie prawa. - A teraz, jeśli pan wybaczy, muszę już iść. Mam jeszcze dużo planów na dzisiaj. - ...takich jak na przykład liczenie wilczych włosów na jego dywanie, dodał w myślach.
- W porządku. W takim razie będę musiał znaleźć kogoś innego. Właściwie to znalazłem już osobę, która się na to zgodziła tutaj w Alpine… - powiedział zagadkowym głosem mężczyzna. Oczy Cordiana natychmiast odnalazły siedzącego naprzeciwko jasnowłosej dziewczyny chłopaka. Cieszył się, że nikt nie może zobaczyć jak zaciska zęby, usiłując zachować spokój. Jeżeli ten samozwańczy reżyser naprawdę współpracuje ze szkołami, to szanse na udowodnienie przed sądem iż projekt ten jest niepotrzebny były nikłe. Z drugiej strony, wpuszczanie na jego terytorium grupy ludzi z kamerami pod przewodnictwem Hendersona nie przechodziło mu nawet przez myśl. Wystarczył choć jeden nierozważny wilk, żeby sekret ich wszystkich wyszedł na światło dzienne.
    Cordian trwał w bezruchu, rozważając wszystkie za i przeciw. Siedzący koło niego człowiek irytowało go. A szczególnie fakt, że szantażował go przy użyciu jednej z najprostszych technik perswazyjnych, którą znają nawet dzieci, a która działała na niego tylko dlatego w jakiej sytuacji się znajdował. W końcu, wiedząc, że będzie przeklinał się za tę decyzję do końca swojego życia, spojrzał mężczyźnie prosto w oczy i wyciągnął prawą dłoń.
- Liczę na owocną współpracę, Albercie Franz. - praktycznie wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Goldteara. Jestem pewien, że nie pożałuje pan. W ciągu tego najbliższego tygodnia otrzyma pan drogą elektroniczną wstępne dokumenty i projekty. Oczywiście, jestem otwarty na wszystkie poprawki i propozycje. - Franz pochwycił dłoń Cordiana tak szybko, jakby obawiał się, że mężczyzna zmieni zdanie i zabierze ją w ostatniej chwili. Ten gest sprawił, że basior skrzywił się jeszcze bardziej. Niektórych ludzi respektował, innych tolerował, ale tymi ostatnimi po prostu gardził.
- Do widzenia. - zakończył rozmowę, zanim zdążyło wyniknąć z niej coś więcej i po uprzednim oswobodzeniu dłoni z mocnego uścisku, błyskawicznie udał się w stronę drzwi. Gdy tylko poczuł zimny powiew powietrzna na swojej twarzy poczuł się zdecydowanie lepiej. Nie zamierzał oglądać się za siebie. Nie chciał widzieć twarzy Franza, szczerzącego się głupkowato, ani opowiadającego historie swojego życia Hendersona. Jednak, Cordian odwrócił głowę. Tylko na chwilę. Tylko, żeby zobaczyć siedzącą za szybą jasnowłosą dziewczynę, popijającą gorącą czekoladę. I żeby zdać sobie sprawę, że ona patrzy się na niego.

                                                                     ***

    Zdenerwowany Cordian krążył wokół stojące w salonie kanapy, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Po raz setny pojawiła się na nim ikonka oczekiwania na połączenie. Mając dość tych głuchych, powtarzających się dźwięków, postanowił nagrać swoją wiadomość na skrzynkę głosową. Jego ręce za bardzo się trzęsły żeby był w stanie napisać wiadomość, a żaden tekst pisany i tak nie był w stanie odpowiednio dobrze przekazać uczuć, które nim targały. On potrzebował widzieć swoja przyjaciółkę. Czuć ciepło jej ciała i dotyk puszystego futra. Słyszeć jak ich wilcze oddechy mieszają się z szumem liści, a ich głowy wypełniają się słowami. Taki rodzaj rozmowy był jednocześnie bardzo intymny jak i pozwalał zrozumieć emocje drugiej osoby.
- Ivy, Musimy pogadać. To ważne. - wypowiedział na jednym wydechu, po czym zatwierdził wysyłanie, z nadzieją, że wilczyca odczyta ją najszybciej jak się da.
    Niestety mijały minuty i jedyną odpowiedzią jaką Cordian otrzymał była cisza. Po kwadransie, sfrustrowany mężczyzna, obawiając się, że zaraz wydepcze dziurę w swoim dywanie postanowił wyjść na dwór. Wyobrażał sobie co może powiedzieć Irvin. W końcu obydwoje doskonale wiedzieli co zaledwie poprzedniego wieczoru mówił na zgromadzeniu watahy. To iż najpierw utrzymywał, że kluczem do bezpieczeństwa jest dystans do ludzi, a następnie dobrowolnie wprowadza całą ich grupę na terytorium watahy mogło poważnie nadszarpnąć jego reputację. Miał już wystarczająco problemów z czarnym wilczurem. Taki obrót spraw mógłby jedynie dodać mu zwolenników. Basior wiedział, że nawet na chwilę obecną są w watasze osobniki, które tolerują jego przywództwo tylko z szacunku do jego ojca. Co prawda wciąż przeważają ci, którzy są wdzięczni Cordianowi za to iż mogą bez większych obaw o swoje życie spędzać czas w obydwu swoich formach. Na razie.
    Na razie. To cholerne słowo, które zaczynało go prześladować. Na każdym kroku przypominało mu  iż obecna sytuacja jest jedynie kwestią czasu. Mężczyzna usiadł na pniu powalonego drzewa, które leżało niedaleko jego domu. Zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. Miał ponad 30 lat, a nie potrafił poradzić sobie z tak wieloma problemami. Nie potrafił ochronić swojej rodziny.
    Usłyszał miękkie kroki, które ktoś stawiał po mokrej trawie. Gdy postać znalazła się koło niego, Cordian zaskomlał tak, jakby to zrobił w swojej wilczej formie, nawet na nią nie spoglądając.
- Irvin, tak bardzo cię przepraszam. Ja już nie wiem co mam robić… - wyszeptał, pocierając dłońmi twarz. W całym tym zamieszaniu nie pomyślał nawet na chwilę o tym jak odzyskać zaufanie przyjaciółki. Może to, iż zdecydowała się do niego przyjść, znaczyło że jest jeszcze szansa?
    Gdy kobieta się odezwała, basior zrozumiał jak bardzo się pomylił.
- Emm… mam na imię Lousia. - ten delikatny głos, który Cordian miał szansę usłyszeć przez krótką chwilę zaledwie godzinę wcześniej, sprawił że jego oczy otworzyły się szeroko. Gwałtownie odwrócił się on w stronę kobiety. Nad nim pochylała się jasnowłosa dziewczyna Hendersona. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale czy wszystko w porządku? - zapytała, a jej głos był pełen szczerego zatroskania.
- Tak. Tak. Wszystko w porządku. - powiedział, powtarzając swoje słowa kilka razy. Zupełnie jakby chciał się utwierdzić w przekonaniu, że była to prawda. Jak bardzo pragnął, żeby to była prawda.

<C.D. Lou>

sobota, 20 października 2018

Od Lou

Gdy Lou otworzyła zaspane oczy, w kominku obok niej było już ciemno. Mimo, że ogień mógł wygasnąć jakieś dwie godziny temu, w drewnianym domku, na owczej wełnie dziewczyna nie mogła poskarżyć się na zimno. Przeciągnęła się leniwie i wyjrzała za okno. Jej oczom ukazał się bezkresny błękit nieba zwiastujący dobry dzień. Dziewczyna ledwo co zdążyła włączyć telefon i obejrzeć zdjęcia jej przyjaciół, który byli już na pozostałych kontynentach, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Cholera. Już? - szepnęła cicho włączając aparat w telefonie. Zrobiła dziwną minę i rozesłała zdjęcie z podpisem "Pierwszy dzień projektu, a już budzą mnie zbyt wcześnie".
- Chwila! Już otwieram! - krzyknęła wyczołgując się spod koca i idąc w kierunku drzwi. Gdy je otworzyła, jej oczom ukazała się znajoma twarz młodego chłopaka.
- Wyglądasz, jakby trafił cię piorun. - uśmiechnął się wskazując na jej głowę.
- Taki mam styl. Miło, że doceniasz. - przekręciła lekko oczyma.
- Czyżbym cię obudził? - uniósł brew w cwanym uśmieszku.
- W tych rejonach wszyscy wstają tak wcześnie? - ziewnęła i uniosła ręce rozciągając się
- Tak. Od rana pracujemy na pełnych obrotach, żeby jak najszybciej zabrać się za pracę.
- Ja nie lubię szybko. - Lou zmarszczyła czoło poprawiając koszulkę, która odsłoniła jej brzuch. - Ja lubię wolno.
- Zapamiętam. - chłopak mrugnął do Carter i poszedł do kuchni. - To jeśli chcesz, daję ci czas na ogarnięcie się, a ja zrobię w tym czasie herbatę.
Lou była mu wdzięczna. Nie każdy miałby ochotę poświęcać swój czas obcej osobie i oprowadzać ją po swoim, zdawałoby się, nudnym mieście, podczas gdy jest do zrobienia wiele ciekawszych rzeczy. Chyba, że to atrakcyjna młoda dziennikarka. To zmienia postać rzeczy.
- My mieszkamy na uboczu. - Zaczął Will podając blondynce kubek z ciepłym naparem. Dosłownie pięć minut zajęło dziewczynie szybkie ogarnięcie się. - Naprzeciw nas mieszka starsze małżeństwo. Nie przeszkadzają. Lubią siedzieć w domu. Założę się, że jak już cię zobaczą, będą prosić o wyprowadzenie ich psów na spacer. Bliżej lasu jest jeszcze jeden dom. Mieszka tam młody facet. Możesz niekiedy zobaczyć jak będzie przechodził obok bramy, ale raczej nie jest gadatliwy. Dość ponuro to do tej pory wygląda, ale.. - uśmiechnął się zawadiacko. - mamy jeszcze całe miasto do obejrzenia. Tam nie jest tak nudno. Szybko znajdziesz znajomych.
- Wypiję i pójdziemy. - uśmiechnęła się do niego przyglądając uważnie. Był wysokim brunetem o błękitnych jak niebo oczach i nieziemskim uśmiechu. Przypominał jej przyjaciela z rodzinnego miasta, ale w przeciwieństwie do niego, na jego twarzy widniał pięciodniowy zarost dodający mu lat. Flanelowa koszula w kratę sprawiała, że jego wizerunek "drwala" stawał się autentyczny.

O godzinie siódmej przekroczyli drzwi domu. Pogoda była bezwietrzna, choć jeszcze mroźna. Wyszli na polną drogę idąc blisko siebie. Oboje trzymali ręce w kieszeniach utrzymując ich ciepło.
- Więc.. Na czym dokładnie polega twój projekt? - zapytał chłopak zaczynając rozmowę
- Sama nie wiem. W grupie jest nas tylu, ile kontynentów na jakie się udaliśmy. Wszystko co musimy robić, to dokumentować obserwacje, poznawać tradycje.. Po prostu żyć i zapamiętywać wszystko co nas spotka. Potem wydamy książkę. - Lou mówiąc zauważyła, że z jej ust leci para. Zawsze gdy była mała, udawała wtedy, że jest smokiem, który zieje ogniem, lub zwyczajnie pali papierosy.
- Mogłaś lecieć do Europy, albo Azji. Zwiedzać świat! Dlaczego wybrałaś miejsce najbliżej domu? - zmarszczył brwi patrząc na nią.
- Mam tu pewną sprawę, którą muszę rozwiązać. Macie tu bibliotekę?
- Jak najbardziej. Jest w środkowej części miasta. Choć może ci być trudno zorientować się, gdzie jest tutaj środkowa część miasta. Całe Alpine jest posiatkowane jak nożem. Tam też cię zaprowadzę.
- Dziękuję - Lou spojrzała na swojego towarzysza z wdzięcznością. Jeśli już zdobędzie jego zaufanie, będzie mogła wyjawić mu sekret jej rodziców. Na razie musi być bardzo ostrożna. W tej chwili Lou postanowiła nie traktować tego jako priorytet. Zajmie się zniknięciem rodziców później, gdy zdobędzie zaufanie mieszkańców Alpine. Najpierw musi dokładnie poznać okolice. Zarówno te zamieszkane, jak i te dzikie. Musi też znaleźć kogoś, kto będzie wiedział cokolwiek o zawartości jej plecaka. Nie wie jak pozna, że to właściwa osoba. Nie wie czy w ogóle takową znajdzie i kiedy to nastąpi, ale jeśli nie tutaj, to gdzie?
Droga z lasu do najbliższego sklepu to jakieś dziesięć minut spaceru. Po drodze, przez pewien moment nie mija się żadnych domów, lecz za zakrętem ich ilość gwałtownie wzrasta. Miasteczko żyje własnym życiem. Mała liczba mieszkańców zbudowała tutaj własny świat.  Pierwsze, na co Louisa zwróciła uwagę wkraczając do centralnego punktu Alpine było wszechobecne nazwisko "Henderson". Widniało na każdym sklepie i kafejce.
- Czekaj.. Czy ty czasem.. nie nazywasz się Henderson? - dziewczyna zmarszczyła brwi uświadamiając sobie, że to właśnie osoba o tym nazwisku przejęła wszystkie możliwe biznesy w tym mieście.
- Tak. - odpowiedział krótko, jakby chciał uniknąć niewygodnego tematu. Zdawałoby się, że szybko jednak zmienił zdanie. Być może w jednej chwili pomyślał, że przecież Lou będzie tu przez cały rok i i tak wszystkiego się dowie. Może pomyślał, że skoro mają być dla siebie kimś więcej, trzeba zbudować ten związek od zdrowych podstaw. Szkoda tylko.. - To wszystko należy do moich rodziców. Zaczęło się od dziadków. To oni zmonopolizowali to i kilka pobliskich miast.
- Rodzinny interes. Wiesz już co powinieneś robić w przyszłości. - Lou uśmiechnęła się lekko przyglądając się ludziom na ulicy. Po raz kolejny poczuła niesamowity klimat tego miejsca. Mimo, że mieszkała tu zaledwie od wczoraj, było w nim coś, co kazało jej tu zostać już na zawsze.
- Kiedyś w tej kawiarni znajdował się jedyny komputer w obrębie trzydziestu kilometrów. Każda minuta kosztowała jednego centa. Ludzie nie interesowali się jednak nim za bardzo. Teraz, gdy czasy się zmieniły, i wszyscy ludzie na świecie wiedzą co to smartfon czy laptop, tutaj zainteresowanie elektroniką nadal jest znikome. W barze przy wulkanizacji mamy piękną grającą szafę.
- Strasznie już mi się tu podoba. - stwierdziła Carter wchodząc do kawiarni.
- Daniel! Daj dwie gorące czekolady! - Will zawołał młodego pracownika, który wesoło zabrał się za obsługiwanie maszyny do napojów.
Chociaż w środku siedziało kilka osób, wzrok Lou zatrzymał się na mężczyźnie siedzącym do wszystkich tyłem. Miał długie, związane w kok włosy i nie był zainteresowany niczym, co działo się w kawiarni, czym wydał się jej trochę podejrzany.
- Kto to jest? - szepnęła do Hendersona marszcząc czoło. Przez chwilę pomyślała o tym, jak cudownie byłoby przywoływać kogoś siłą umysłu i sprawiać, żeby się do niej odwrócił. O tak. Lou zawsze miała dziwne myśli.
- To facet, o którym ci opowiadałem. Twój sąsiad spod lasu. Aż dziwne, że tu siedzi. Raczej nie wychyla się na światło dzienne. Dziwne. - skwitował nie przywiązując do niego więcej uwagi. Podziękował pięknie za czekoladę i podał Lou jeden kubek wypełniony u góry bitą śmietaną i czekoladowym sosem. - Spróbuj. Założę się, że nigdy nie piłaś lepszego trunku.


poniedziałek, 10 września 2018

Od Cordiana, czyli co się dzieje podczas pełni księżyca...



    Kiedy Cordian otworzył oczy otaczała go ciemność. Przetarł twarz dłonią i westchnął dochodząc do wniosku, że musiał zasnąć gdzieś podczas ostatecznej walki. Trudno. Najwyżej skończy seans innym razem. Powoli podniósł się z kanapy, na omacka pokonując drogę w kierunku okna. Był to jeden z momentów, kiedy żałował, że jego wilcze zmysły, w tym supermoc widzenia w ciemności, jak nazywała ją Irvin, nie przysługuje mu również w jego ludzkiej formie. Odetchnął z ulgą, kiedy poczuł w ręce sznurek od rolety, co oznaczało koniec poszukiwań. Następnie pociągnął go energicznie, odsłaniając czarne okrycia szyb. Najwyraźniej musieli spać już kilka godzin, gdyż na dworze zrobiło się już ciemno. Cordian uśmiechnął się, widząc, że zarówno deszcz jak i chmury zdążyły już przenieść się aby nękać jakieś inne, odległe miejsce. Teraz na nieboskłonie pozostały jedynie niezliczone małe świecące punkciki oraz wielka, okrągła tarcza księżyca. Mężczyzna przycisnął twarz do szyby, wyobrażając sobie, że te nocne promienie muskają jego skórę.
    Z tego melancholijnego stanu wyrwał go odgłos kroków za jego plecami. Dziewczynę prawdopodobnie zbudziło światło wpadające do pokoju. Położyła dłoń na jego ramieniu i również oparła się o szybę, wpatrując się w linie drzew przesłaniających horyzont.
- Piękny jest, prawda? - zapytała zaspanym głosem. W odpowiedzi Cordian powoli pokiwał głową. Choć wszystkie historie odnośnie wilkołaków przemieniających się bądź wpadających w szał podczas pełni księżyca były jedną wielką bujdą, to jednak basior uwielbiał biegać po leśnej polanie skąpanej w jego świetle, wyobrażając sobie, że dodaje mu on niesamowitych sił i zdolności.
    Mężczyzna na chwilę oderwał wzrok od przepięknego krajobrazu i spojrzał na swoją przyjaciółkę. Uśmiechnął się, widząc, jak ta, zahipnotyzowana widokiem nie zwracała nawet uwagi na to, że szybę przed jej twarzą w całości pokryła para z jej oddechu.
- To co, będziemy tu stali, czy idziemy się przebiec? Inni pewnie już czekają. - zapytał, kierując się w stronę drzwi. Był niemal pewien jaką otrzyma odpowiedź.
- Ale padało… I wszędzie jest błoto.
- Przeszkadza ci to? - zakpił, upewniając się, że wszystkie sprzęty w pokoju są wyłączone.
- Mii? - zawołała dziewczyna piskliwym głosem po czym wybiegła na korytarz, ciągnąc za sobą narzutę z kanapy Cordiana, którą przykryła się podczas snu. - Gdzieżby! - ostatnie słowo, które usłyszał wskazywało na to, że Irvin była już na dole i znając ją, nie zamierzała długo czekać. Mężczyzna wyszedł z pokoju, zamykając drzwi i pośpiesznie udał się na dół. Choć nigdy nie przyznałby się nikomu, wciąż czuł zniecierpliwienie i podniecenie przed każdą przemianą. Uwielbiał wsłuchiwać się we wzrastające tępo uderzeń swojego serca kiedy jego kości oraz mięśnie deformowały się w zawrotnym tempie, a skórę pokrywało grube futro. Bezwiednie przyśpieszał przy kolejnych krokach, w wyniku czego schody pokonywał już niemal w biegu. Minął swoją szczerzącą się w szerokim uśmiechu przyjaciółkę i dotarł do drzwi. W międzyczasie zdążył się już pozbyć swojej koszulki w kolorze khaki, która teraz wisiała bezładnie na oparciu stojącego w salonie fotela. Przekręcił zamek i nacisnął klamkę, z impetem otwierając drzwi na oścież. W jednej chwili poczuł jak zalewa go fala wilgotnego, chłodnego nocnego powietrza, przesycona zapachami deszczu i lasu. Tego co czuł nie potrafił opisać żadnymi słowami. Jedyne co mógłby powiedzieć, to to, że współczuje zwykłym ludziom, którzy nie mogą dostąpić zaszczytu posiadania wilczych zmysłów. O tak, to właśnie powietrze które głęboko wdychał, którego orzeźwiający smak czuł na języku, chłodny wiatr, który przesuwał się po jego skórze oraz wręcz nierealne światło księżyca sprawiały, że nie obchodziło go nic innego. Czuł jak wypełnia go życie, a adrenalina pobudza wszystkie komórki ciała. W mgnieniu oka jego oddech przyśpieszył, a on sam skoczył z tarasu na mokrą trawę.
    Choć żaden odgłos nie zmącił pieśni szumiących na wietrze gałęzi drzew, Cordian mógłby przysiąc, że wyraźnie słyszy dźwięk łamiących się i na nowo zrastających kości. Dźwięk rwących i rozciągających się mięśni oraz pełne bólu sapanie, które powoli zmieniało się w niskie, gardłowe warczenie. Przez chwilę nie otwierał oczu, starając się rozgonić pędzące pod powiekami czerwone plamy bólu. Dopiero po kilkunastu sekundach mógł odetchnąć z ulgą, nie czując żadnego ucisku w klatce piersiowej. Nawet jeśli w swoim życiu przemieniał się już tysiące razy, a czas spędzony w wilczym ciele był wart każdej ceny, Cordian nigdy nie przyzwyczaił się do zmiany formy. Basior spojrzał pod siebie, w myślach witając swoje wielkie, pokryte białym futrem łapy oraz składając kondolencje strzępkom porwanych spodni. Kiedy usłyszał rytmiczne uderzenia łap o grunt za sobą, odwrócił się. Za nim stała niewielka wilczyca o smukłej sylwetce i szarej sierści. Gdzieniegdzie można było dostrzec pasma ciemnego futra, sprawiające że wadera wyglądem przypominała skrzyżowanie wilka z dalmatyńczykiem. Tym, co sprawiało, że wyróżniała się ona wśród innych wilków był niezwykły kolor oczu. Na basiora właśnie spoglądały duże, turkusowo-zielone tęczówki. Cordian lubił porównywać je do barwy oświetlonych księżycowym światłem paproci, a w momencie, kiedy spoglądała na swoją ofiarę – zimowego lodu, który skuł powierzchnię leśnego strumyka. Mężczyzna bał się, że kiedyś jego przyjaciółka spotka w lesie kłusownika, który przerażony niecodziennym kolorem bezmyślnie wystrzeli.
    Basior przestał rozmyślać dopiero kiedy wadera zbliżyła się do niego i polizała jego ucho w przyjaznym geście. W odpowiedzi samiec złapał ją delikatnie zębami za kark i przewrócił na trawę. Przed dłużą chwilę wilki siłowały się ze sobą, z przyjemnością korzystając z możliwości, które dawało nowe ciało. Ich zabawę przerwał odgłos wilczego wycia, niosący się niczym echo nad koronami drzew. Cordian uniósł głowę, ciężko dysząc i spojrzał na swoją przyjaciółkę… a właściwie to omegę. Mała wadera zajmowała najniższe stanowisko w watasze, jednak dzięki swojemu optymistycznemu charakterowi zdołała zaskarbić sobie sympatię prawie wszystkich członków watahy. Nigdy nie skarżyła się na swoją pozycję, zwłaszcza, że każdy chętnie bawił się z nią i pomagał w różnych obowiązkach. I choć Cordian nigdy nie przyznałby tego na głos, bardzo troszczył się o Irvin i bez wątpienia sprawiłby, że każdy kto ją skrzywdził zapłaciły odpowiednią cenę.
    Kiedy upewnił się, że podczas zabawy wadera nie została ranna, wolnym truchtem ruszył w stronę linii drzew stanowiącej granicę gęstego lasu. Mijał kolejne drzewa, czując jak ich gałęzie drapią jego boki a łapy zagłębiają się w mokrą i błotnistą ściółkę. Zaraz za nim biegła mała wadera, bez trudu przemykając pomiędzy krzewami i dotrzymując wilkowi kroku. Przedzierali się tak przez kolejne strefy terytorium watahy, nie zważając na upływ czasu i jedynie napawając się wszystkimi bodźcami jakie wysyłała otaczająca ich natura. Cordian mógł również wyczuć coraz to silniejszą woń innego wilka, który podążał tą samą ścieżką co oni tego wieczoru. Gdy minęli gęsty żywopłot stanowiący barierę osłaniającą jedną z licznych leśnych polan, ich oczom ukazał się stojący na polanie olbrzym. Wilczur był jeszcze większy od Cordiana, który sam był ponad normą z racji na swoją pozycję alfy. Stojący przed nimi basior przypominał bardziej niedźwiedzia niż wilka, zwłaszcza iż jego masywnie zbudowane ciało pokrywało grube, ciemnobrązowe futro. Samiec bez wątpienia budził strach i przerażenie nawet najodważniejszych przeciwników. Ci jednak, którzy myśleli o nim jako o jedynie niebezpiecznym i wielkim potworze w znacznym stopniu mijali się z prawdą. A przecież wystarczyło jedynie spojrzeć w ciepłe, bursztynowe oczy samca, które wręcz emanowały spokojem. Alfa lubił porównywać je do rozgrzanego przez słońce złocistego piasku na plaży. To właśnie one ujawniały prawdziwy charakter basiora. Miał on niesamowite podejście do dzieci, pomagał słabszym i troszczył się chyba o każdego członka watahy. To właśnie te cechy sprawiały, że był on idealną Betą i jednocześnie drugą najbliższą Cordianowi osobą zaraz po Irvin.  Choć samiec widział go jedynie kilka razy w ludzkiej formie, mógł śmiało powiedzieć, że jest on doskonałym przykładem na to iż obydwa ciała są do siebie bardzo podobne. Beta był typowym przedstawicielem fanów mody „na drwala” o czym świadczyła jego długa broda oraz nigdy nie prasowane flanelowe koszule na każdą okazję. Jednak, jak każdy oprócz zalet posiadał on również i wady. A właściwie to tylko jedną, zaś skutecznie doprowadzającą Cordiana do szału. Otóż samiec uwielbiał włączać do swojej rutyny dnia codzienne regularne wypady, które określał mianem „eskapad na dziwki”. Prawda była taka, że samca nie obchodziło to w czyim łóżku i z kim spędzał noce, byleby tylko spełnić swoje żądze. Alfa wiele razy krzywił się, słysząc jego opowieści o jego ekscentrycznych przygodach. Postanowił jednak, że dopóki jego przyjaciel nie zaniedbuje swoich obowiązków względem watahy i nie przystawia się do innych wilków, będzie ignorował to co rozpustny Beta robi ze swoim ludzkim ciałem.
    Cordian wyszedł na polanę i wydał głęboki pomruk aprobaty, kiedy basior schylił głowę w geście uniżenia przed liderem watahy. Następnie zbliżył się do niego i polizał jego ucho, w międzyczasie posyłając krótkie spojrzenie stojące z tyłu waderze. Ta w odpowiedzi zaszczekała i podbiegła, aby otrzeć się bokiem o jego przednią nogę. Alfa uśmiechnął się w myślach widząc jak jego przyjaciółka bez problemu może przebiegać pod brzuchem ogromnego basiora. Zanim zdążył on odpowiedzieć na jej zagrywki, w głowie zebranych na polanie wilków odezwał się niski głos.
„Jak miło, że wpadłeś w odwiedziny, Złotko.” wszyscy odwrócili się w stronę wychodzącego z zarośli wilki. Miał on czarne jak noc futro, które sprawiało że wyglądał jak cień przemykający między drzewami. Jedyną cechą przypominającą o jego cielesności były niemal świecące w ciemnościach, typowo wilcze żółte oczy. Cordian skrzywił się. Nie lubił kiedy inne wilkołaki używały telepatycznego sposobu komunikacji. Był on dla niego czymś sprzecznym z naturą. Głównie dlatego, że przypominał o ich ludzkiej formie, ale również ponieważ nikt nie był pewny jak on właściwie działa, ani kiedy został odkryty. Po prostu, od zawsze mogli oni porozumiewać się telepatycznie jako wilki, dzięki czemu byli w stanie przekazać komunikaty zbyt trudne do zawarcia jedynie w języku ciała. Ten sposób komunikacji był wygodny głównie dlatego, że mógł służyć do porozumiewania się z całą grupą lub jedynie jednostką. Tak, czy siak, basior preferował ograniczenie jego użycia do minimum. Dodatkowo nie faworyzował użytego przez samca przezwiska. Powstało ono w oparciu o kolor jego futra, które począwszy od białego na nogach przechodziło w niemal złote kosmyki na grzbiecie.
„Jak miło, że wyszedłeś nas powitać, Matt.” powiedział Cordian, z całych sił powstrzymując warczenie. Obsydianowy basior od wielu lat dumnie piastował stanowisko gammy, które wyraźnie go nie satysfakcjonowało. Jednak wiele wilków, włącznie z samcem alfa widziało, że ze swoim porywczym i agresywnym charakterem nie zasługiwał na nic więcej. Niestety, pomyślał ze smutkiem Cordian, nie wszyscy.
„To dość wyjątkowo okazja widzieć cię w tej części terytorium.”  Brązowy wilk stanął koło niego, gotów wspierać swoją alfę.
„Przecież to nadal terytorium watahy, a nie prywatny teren złocistego. Mam takie same prawo żeby tu być jak ty, Garret.” prychnął, szczerząc kły w dziwnie ludzkim uśmiechu.
„Przestańcie się gryźć. Zadałeś sobie wystarczająco trudu żeby tu przyjść, więc mów czego chcesz.” Cordian przerwał ich walkę na spojrzenia. W odpowiedzi czarny basior wskazał pyskiem stronę, z której przyszedł.
„Wataha już czeka. Chodźmy, opowiem ci po drodze.” alfa westchnął, zdając sobie sprawę z tego, że szanse na przyjemnie spędzoną noc spadły do zera. Ruszył śladem Matt’a, co jakiś czas spoglądając na podążającą za nim waderę. Ta co i rusz rzucała mu krótkie, ostrzegawcze spojrzenia. Gdyby był w swojej ludzie formie, Cordian najchętniej wzruszyłby ramionami. W końcu co mógł zrobić?
    Kiedy dotarli na jedną z największych polan w lesie, większość członków watahy już się zebrała. Basior rozejrzał się dookoła, w myślach łącząc imiona z gęstymi futrami. Otaczało go ponad 40 wilków różnych rozmiarów i kolorów. W całym składzie wataha obecnie liczyła sobie 47 wilków oraz dwa mioty szczeniąt. Jej członkowie wiedli własne życie, często zupełnie różne od siebie. Jednak tylko niektórzy z zebranych wyglądem przypominali prawdziwe wilki. Większość była znacznie większa niż przedstawiciele tej rasy, a ich futra miały niespotykane kolory i odcienie. Jednak cechą, która wyglądała najbardziej niezwykle były oczy. Niemal ludzkie, we wręcz sprzecznych z naturą kolorach. Cordian zatrzymał się, kiedy jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem rudej niczym lis wilczycy. Uśmiechnął się w myślach, skinieniem głowy pozdrawiając deltę o fiołkowych oczach. Dokładał on wszelkich starań aby utrzymać stały kontakt i pozytywne stosunki z innymi członkami watahy. Walki spowodowane nieporozumieniami były ostatnią rzeczą, której pragnął.
    Jednocześnie starał się nie spuszczać czarnego basiora z oczu. Nawet bez pomocy jego przyjaciółki doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Matt za nim nie przepada. Natomiast przy takim obrocie zdarzeń jego uprzejme zachowanie względem alfy było nawet więcej niż lekko podejrzane.
„Drodzy członkowie watahy. Moja droga rodzino. Zebraliśmy się tutaj pod błogosławieństwem księżyca w pełni, aby śpiewać wilczą pieśń, która zjednoczy nasze serca…” Onkysowy samiec wystąpił z szeregu i stanął pośrodku kręgu wilków stojących na polanie. Cordian zauważył jak stojący koło niego beta marszczy skórę na pysku. O tak, ta przemowa nie może się dobrze skończyć.
„Dlatego pytam was: jak długo macie zamiar wysłuchiwać tych bzdur? Mistycyzm, magia, wyjątkowość… i w końcu kłusownicy. Powiedzcie, czy nie irytuje was zakaz kontaktów z ludźmi? Czy nie irytuje was fakt, że jesteście ograniczanie przez własnego przywódcę? Czy nie czujecie, że robi się z nas odmieńców? Jedni mówią, że nie jesteśmy ani ludźmi, ani wilkami. Że nie pasujemy do żądnego z tych światów. Ja powiem wam tak: jesteśmy wyjątkowi. Jesteśmy i ludźmi i wilkami. A z naszym życiem powinniśmy robić co tylko chcemy!” zakrzyknął wilczur, wywołując pomruki aprobaty wśród ponad połowy zgromadzonych. „...a nie jedynie słuchać kogoś z traumą z dzieciństwa” dodał cicho.
    Zaledwie kilka zdań wystarczyło żeby Cordian posłał basiorowi mordercze spojrzenie. Nie sądził, że tak szybko podejmie on aż tak bezpośrednie próby przejęcia władzy. Ponownie obejrzał się na stojącego za nim ogromnego wilka. Był pewien, że w razie ewentualnego konfliktu stanie on po jego stronie, a samcowi o posturze niedźwiedzia mało kto się oprze. Wolał jednak uniknąć używania siły. Uporczywie mierzył wzrokiem poszczególnych członków watahy i ich reakcje. Zawsze się obawiał, że powodem rozpadu watahy może być nie tyle zewnętrzne zagrożenie ale konflikty między jej członkami. Myśl, myśl, powtarzał sobie, zaciskając zęby i powstrzymując się od nerwowego drapania łapą ziemi. W tej chwili liczył się czas. Jeżeli podjąłby działania wystarczająco szybko, dopóki wilki jeszcze się wahały, miałby szansę na przynajmniej tymczasowe uspokojenie sytuacji. Kiedy do głowy nie wpadł mu żaden dobry pomysł, postanowił zaryzykować. Wystąpił z tłumu i stanął na miejsce pośrodku polany, z którego jeszcze przed chwilą przemawiał basior o ciemnym futrze. Wziął głęboki oddech i rozpoczął swój monolog, licząc iż wystarczy on aby przekonać jego pobratymców.                                                                     
„Siostry, bracia. Może moje słowa brzmią pusto i srogo, pragnę jednak abyście zrozumieli, że wszystkie działania, które podjąłem były z troską o was. To prawda, że zakazałem kontaktu z ludźmi. Nie zrobiłem tego z powodu własnej traumy powiązanej z dobrze znanymi nam wszystkim wydarzeniami z przeszłości, lecz z czystego rozsądku. To prawda, że każdy człowiek, którego spotykamy nie może być w pełni negatywnie nastawiony do naszego gatunku. Pewnie istnieją tacy, którzy byliby tym faktem zainteresowani. Inni przyjęliby to tak samo jak jesienny deszcz. Pamiętajcie jednak, że nie ma też osób, którzy w stu procentach by nas zaakceptowali. Jest tylko jedna, grupa, której możemy zawsze ufać. I jesteśmy to my. Ponieważ jesteśmy rodziną. Rodziną, która dla mojego ojca znaczyła wszystko, tak samo jak dla mnie. Dlatego pytam was wszystkich jak i każdego z osobna. Czy jesteście ze mną?” ostatnie zdanie Cordian niemal wykrzyczał. Wiedział, że telepatycznie przesłany krzyk potrafi ogłuszyć niczym bardzo głośna muzyka i zaślepić wszystkie zmysły. Bynajmniej, był to efekt, który chciał osiągnąć. I przyniósł on oczekiwane skutki. Wszystkie wilki niemal w tym samym momencie uniosły swoje pyski ku niebu i wydały wspólny okrzyk – niosące się echem wilcze wycie. Może u zwykłych przedstawicieli tego gatunku oznaczało ono jedynie zakończenie polowania sukcesem, jednak Cordian sumiennie starał się podtrzymywać tradycję, według której wilcza pieśń miała być czynnikiem jednoczącym watahę. Basior uwielbiał wsłuchiwać się we wszystkie głosy, które choć odmienne od siebie, wspólnie tworzyły jedną całość. Skierował głowę do góry, dołączając się do innych. Uśmiechnął się w myślach, słysząc jak pozostały wycia podłapują dźwięki od głosu alfy. Wiódł on swój śpiew najdłużej ze wszystkich, aż do momentu kiedy palący ból w piersi przypomniał mu o potrzebie oddychania. Opuścił pysk, ciężko dysząc. Kiedy odwrócił głowę, ujrzał zbliżającą się w jego stronę przyjaciółkę. Choć dołączyła się do wspólnego wycia, nie wyglądała na zadowoloną.
„Przekonałeś ich.” powiedziała, uważając żeby jej przekaz dotarł jedynie do niego.
„Irvin, ja powiedziałem tylko praw…” zaczął Cordian, podchodząc do samicy z zamiarem polizania jej ucha. Ta jednak zwinnie wyminęła go i przeszła obok, nawet nie ocierając się o jego futro.
„Na razie.” po tych dwóch słowach nie poświęciła mu nawet chwili uwagi. Basior odruchowo obnażył kły, cicho warcząc. Jako alfa nie lubił kiedy inni mu się sprzeciwiali. Bardziej jednak nie podobał mu się jego wewnętrzne przeczucie, że jego przyjaciółka ma rację. Spojrzał w stronę górującego nad innymi wilkami bety. Kiedy ich spojrzenia się spotkały beta pokiwał głową. Nawet jeśli nie popierał decyzji alfy, nie mógł pokazać tego tak otwarcie jak omega. Jednego Cordian był jednak pewien. Nie ważne co przyniesie przyszłość, dzisiejszą noc spędzi na polowaniu. I postara się o to, aby do rana nie musiał myśleć o niczym innym.

<C.D. Lou>

niedziela, 2 września 2018

Od Lou

Więc tak wyglądają pożegnania. Pierwsze złote liście wierzby spadły, zdawałoby się, że z hukiem, na połyskujące w południowym słońcu kocie łby przed głównym budynkiem pensjonatu dla koni w stanie Kentucky. Louisie wydawało się, że zaledwie wczoraj oglądała gonitwę na torze Churchill Downs, w której uczestniczył jeden z najlepszych jej wierzchowców, a przecież od tego czasu minęły już cztery miesiące. Pierwsze i zarazem ostatnie miesiące w tym roku spędzone w jej rodzinnym domu, które poświęciła na przygotowania do rocznej wyprawy na zachód kraju. Wdychając zapach spalin swojego odpalonego samochodu myślała o tym jak rzeczywiste stały się jej marzenia, a zarazem największe lęki. Robi to. Jedzie do miejsca, gdzie kilkanaście lat temu zaginęli jej rodzice. Dosłownie zapadli się pod ziemię. Miała nadzieję, że dziwne indiańskie przedmioty, które spakowała do plecaka pomogą jej w rozwiązaniu jej życiowej zagadki. Było to jedyne, co Lucy i Heath zostawili po sobie. Ostrożnie położyła torbę na tylnym siedzeniu swojego jeepa cherokee i ostatni raz otworzyła bagażnik, w myślach licząc ile bagaży powinno się tam mieścić.
- Jestem pewna, że spakowałaś wszystko. - z zamyślenia wyrwał ją starszy kobiecy głos.
- Tak myślisz, babciu? - westchnęła przeczesując do tyłu długie blond włosy. - Znaczy.. Ja też tak myślę, ale mogłam czegoś zapomnieć.. Wolę się upewnić.
- Nie musisz upewniać się dwadzieścia razy Lou. Chociaż.. Wiem czego ci trzeba. - w oczach starszej pani pojawiły się iskierki. - Na pewno nie chcesz zabrać Lancelota ze sobą?
- Babciu... - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci, że jeśli dojadę na miejsce i rzeczywiście będzie tam stajnia dla konia, to natychmiast do ciebie zadzwonię. Jimmy na pewno mi go przywiezie, tylko muszę się upewnić, czy nie będę musiała trzymać go w salonie. Na wycieczki po lesie koń na pewno się przyda. - Lou spojrzała Pani James głęboko w oczy, które wypełniły się łzami. - Nie płacz, babciu. Nie wyjeżdżam na zawsze, tylko na rok. Szybko zleci. Jak dobrze pójdzie, przyjadę w maju na tor Kentucky.
- Twoi rodzice mówili to samo trzymając ciebie na rękach. Wyjeżdżali w to samo miejsce. Potem już nigdy nie wrócili. Pozwól mi chociaż wszczepić ci jakiegoś GPSa. - na jej twarzy pojawił się ten sam grymas, który towarzyszył wszystkim dziwnym pomysłom Lou. Tym razem Pani James zdobyła się na sztuczny uśmiech po czym przytuliła wnuczkę po raz ostatni. - Dzwoń jak najczęściej. Jeśli nie będziesz mogła, chociaż pisz.
- Dobrze. Muszę przecież wiedzieć jakiego źrebaka urodzi Palominka i co robisz na śniadanie. - dziewczyna przewróciła oczyma po czym wsiadła do auta. Poprawiła lusterka, zapięła pasy i ruszyła w drogę. Gdy wyjeżdżała z posesji, na padoku obok niej równolegle z autem biegł przepiękny gniady wałach. Zawsze to robił i zawsze o jedną długość szybciej był przy barierkach. Lancelot pożegnał się ze swoją właścicielką. Dotychczas nie rozstawali się na tak długo. Gdy Lou wyjeżdżała do Nowego Jorku na studia, przyjeżdżała do domu co najmniej raz w miesiącu. Teraz mieli nie widzieć się rok.
Droga dłużyła się w nieskończoność. Ładna pogoda szybko ustąpiła miejsca silnym deszczom, a nawigacja co jakiś czas powtarzała "Pozostało dziewięć godzin jazdy", "Pozostało osiem godzin jazdy", "Przekroczyłeś dozwoloną prędkość".
O drugiej w nocy, gdy krajobraz zmienił się znacznie, a w radiu po raz enty zabrzmiało "Solo", z urządzenia nawigującego dobiegł głos "Twój cel znajduje się po prawej stronie". Carter westchnęła z ulgą przyglądając się drewnianemu domu, w którym tliło się słabe światło lampki. Była na miejscu. Zaparkowała samochód na podjeździe. Światła najpewniej obudziły młodego chłopaka, który zaspany wyszedł ze środka.
- Ty pewnie jesteś Louisa? - uśmiechnął się wysoki brunet podając ciemnookiej dłoń.
- A ty to William, dla przyjaciół Will. - Lou uścisnęła jego rękę. - Więc to ten mój dom?
- Tak. Pomogę ci z walizkami i dam klucze. Pokażę ci gdzie jest łóżko, a resztę jutro, bo pewnie jesteś zbyt zmęczona, żeby przyswoić informacje. - przytaknął otwierając bagażnik.
- W innych okolicznościach uznałabym cię za jasnowidza, ale chyba nawet totalny oszołom wpadłby na to, że mogę być zmęczona. Przepraszam, że musiałeś tyle na mnie czekać. - blondynka zabrała po ciemku resztę bagaży oraz najważniejszy dla niej plecak z tylnego siedzenia, po czym zakluczyła auto i poszła za chłopakiem do domu.
Wnętrze było kwintesencją tego, czego można było spodziewać się po drewnianym domku w górach. Nie był mały, ale nie był też zbyt duży. W korytarzu zdjęła mokrą kurtkę i buty po czym weszła do salonu, w którym stał piękny kominek z tlącym się w środku ogniem. Carter podsumowała wnętrze jednym słowem - idealne.
- Tu masz łazienkę. Żeby była ciepła woda, kręcisz w lewo, nie jak tradycyjnie w prawo. Obok jest na prawdę śliczna sypialnia. Zawsze możesz zasnąć przed kominkiem na sofie jak, gdy na ciebie czekałem. Tam jest kuchnia, którą musisz wyposażyć, bo jedzenia gratis nie posiadam. Jest tam tylko ususzona mięta. W sam raz na herbaty do twojego użytku. Po schodach biuro, druga większa łazienka i dwa pokoje. Wiem, że dom trochę duży jak na jedną osobę, ale mniejszego w zanadrzu nie posiadam. Podwórze jest spore, ale dobrze ogrodzone, więc możesz być pewna, że nikt się nie włamie. Jest też mały garaż i stajnia, ale są nieużywane. Czego chcieć więcej. Jutro mogę oprowadzić cię po mieście i opowiedzieć więcej, a tymczasem będę się już zmywał. Mieszkam obok, ale siedziałem tutaj i pilnowałem kominka.. - uniósł śmiesznie jedną brew i uśmiechnął się delikatnie. - Zapomniałbym. Tu masz klucze. - podał dziewczynie pęk kluczy i wskazał na jeden z nich. - Ten srebrny jest od domu. Reszta jutro. Dobranoc.
- Dzięki wielkie Will. Dobranoc. - brązowooka zakluczyła drzwi wejściowe, jeszcze raz rozejrzała się po domu i zamknęła okiennice w salonie. Zabrała z sypialni koc i położyła się na podłodze na białym futrze obok kominka. Przez chwilę jej wzrok skupił się na językach ognia, po czym odpłynęła w błogi sen.
O czwartej nad ranem przebudziło ją przeraźliwe wycie z głębi lasu. Dziewczyna podniosła się i przez chwilę go nasłuchiwała, jednak gdy dźwięk zamilkł, zasnęła znowu. Musiała się wyspać. Nie wiedziała, o której nazajutrz odwiedzi ją William. Czuła, że jeszcze nigdy nie była tak blisko rodziców, a jej przygoda właśnie się zaczyna.

Cordian?

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Cordian'a - Początek

Wraz z początkiem jesieni do Alpine zawitała pochmurna pogoda i częste deszcze. Sprawiały one, że mieszkańcy spędzali większość czasu w domu, a wszystkim udzielał się ponury nastrój. Sprawa miała się nie inaczej w przypadku mężczyzny mieszkającego w drewnianym domu na skraju lasu. Choć budynek znajdował się zaledwie kilkanaście minut jazdy od centrum miasta, można było odnieść wrażenie, że został wybudowany na całkowitym odludziu. Nikt znaczyło to, że taki stan rzeczy przeszkadzał właścicielowi.
Cordian wyciągnął z szafki świecę i ustawił ją na specjalnym stojaku. Chociaż było dopiero ledwo po trzynastej, z powodu gęstych chmur i mgły dzień był bardzo ciemny i ponury. Nie chcąc zostawiać świateł zapalonych przez cały dzień, mężczyzna ograniczył się do kilku świec, które ustawił na stoliku koło kanapy. Lubił patrzeć jak płomyki na końcach knotów tańczą z każdym podmuchem powietrza oraz czuć zapach topionego wosku. Mimo tego, był przeciwnikiem świec zapachowych, które drażniły jego wyostrzony wilczy węch. Następnie odnalazł swoje duże, miękkie i wyciszające słuchawki, które dostał w prezencie od swojej znajomej. Chociaż czuł się niezręcznie otrzymując drogie prezenty, cieszył się, że dostał coś co zdecydowanie mu się przyda.
Ułożył się na kanapie i podłączył urządzenie, wybierając jedną z ulubionych ścieżek dźwiękowych. Zawierała ponad dwugodzinne nagranie wielorybich pieśni, co było równoznaczne z dwoma godzinami odpoczynku. Cordian spojrzał w stronę okna. Krople deszczu uderzały o szyby, zostawiając na nich długie smugi łez. Taki rodzaj pogody zdecydowanie nie sprzyjał robieniu zdjęć w terenie, dlatego mężczyzna postanowił poświęcić go na leniwy odpoczynek. Czuł, że część niego rwie się aby się przemienić i ruszyć w szaleńczy bieg poprzez błotniste terytorium. Niestety w takim wypadku pewna wadera z jego watahy prawdopodobnie by go zabiła. Mógłby przysiąść, że nie było dnia kiedy nie powtórzyłaby mu żeby „się nie przemęczał”.
Cordian przeniósł wzrok na wiszący na ścianie zrywany kalendarz. Była to jednak z wielu staromodnych rzeczy, które trzymał w swoim domu. Chciał za wszelką cenę utrzymać wewnątrz ten nostalgiczny klimat, jako iż był on jedyną rzeczą która pozwalała mu się uspokoić. Westchnął przeciągle, kilkanaście razy czytając datę w myślach. Zbliżała się rocznica śmierci jego rodziców. Minęło już 23 lata od tamtej chwili, a on wciąż nie potrafił zapomnieć. Częściowo nie potrafił, częściowo nie chciał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że powracające wspomnienia tamtego incydentu są rzeczą, która napędza go do dalszego działania i przestrzega przed porażką. Nie mógł pozwolić, żeby ludzie odkryli istnienie wilków. Był pewny, że choćby jedna ze strony zareagowałaby negatywnie i rozpoczęła walkę. A druga by tej walki nie przetrwała. I był pewien, że dołoży wszelkich starań, aby dla zwykłych ludzi wilki zamieszkujące yellowstone pozostały jedynie wilkami.
- Ugh… znowu za dużo myślisz… - skarcił się i przyłożył dłoń do głowy, masując skroń. Zamknął oczy i wsłuchał się w otaczające go dźwięki, starając się zapanować nad swoim oddechem. Wdech… i wydech. Żadne myśli nie miały prawa zaprzątać jego głowy w tej chwili. Wdech… i wydech. Wdech… i…
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Z początku miarowe, jednak po chwili dało się w nim wyczuć charakterystyczny rytm. Rytm, który poza Cordianem znała tylko jedna osoba. Mężczyzna westchnął i powoli podniósł się z kanapy, ostrożnie odkładając słuchawki na ławę. Przeszedł przez salon, rozkoszując się dotykiem swojego puchatego dywanu z każdym kokiem, a następnie krzywiąc się czując chłodne drewniane panele pod swoimi stopami. Bez słowa otworzył drzwi i oparł się o framugę, spoglądając na stojącą na tarasie osobę.
Kobieta w wieku około 25 lat ubrana była w neonowo-pomarańczowy płaszcz przeciwdeszczowy. Nie wyglądało jednak na to, żeby jej się przydał, gdyż jej włosy i spodnie były kompletnie przemoczone. I choć dziewczyna trzęsła się z zimna, nie przeszkadzało jej to w szczerzeniu się szerokim uśmiechem.
- Coś ci się nie śpieszyło. - stwierdziła.
- Ale tobie tak. - zauważył mężczyzna, wskazując na stojący za nią rower. - W taką pogodę na rowerze?
- Jak dobrze wiesz nie mam prawa jazdy, a zabroniłeś mi w wilczej formie latać po mieście. - odparła pewnym siebie głosem.
- Nie mogłaś poczekać, aż przestanie padać?
- Pomyślałam, że przy tej pogodzie jedynie siedzisz i użalasz się nad sobą więc jestem! Trochę empatii! A teraz wpuścisz mnie do środka, czy mam się przeziębić na tym trasie? - zawołała, teatralnie gestykulując. Cordian jedynie westchnął, już po raz kolejny tego dnia i odsunął się na bok, robiąc przejście dla dziewczyny. Tak bez wahania weszła do środka i zamknęła drzwi. Mężczyzna poszedł do łazienki, aby przynieść kilka ręczników. Skrzywił się, widząc jak w jego dużym pokoju pod stopami dziewczyny pojawiła się wielka kałuża.
- Chyba ręczniki na wiele się nie przydadzą. - stwierdził, pomagając jej się oswobodzić z cieknącego sztormiaka. Zaraz z kaptura wysypała się chmura blond włosów i z głuchym plaśnięciem opadła na plecy dziewczyny. Cordian owinął je największym z ręczników. Sam miał długie włosy, jednak i tak dziwił się jak można zapuścić je aż do pasa. Przecież to robiło się już niewygodne. - Idź do łazienki i weź ciepły prysznic, a ja przyniosę ci ubrania na przebranie.
- Jak sobie życzysz, Alfo. - zażartowała i odmaszerowała w kierunku drzwi do łazienki. Mężczyna natomiast udał się schodami na górę, w celu znalezienia czegokolwiek bo pasowałoby do sylwetki jego przyjaciółki. Z tęsknotą pożegnał myśl o spokojnym popołudniu i zabrał się za przeszukiwanie szafy.
Kiedy w końcu znalazł dość uniwersalny zestaw, składający się z grubej bluzy, dresowych spodni i wełnianych skarpet, wrócił na dół. Okazało się, że poszukiwania musiały zając mu trochę czasu, gdyż dziewczyna już siedziała owinięta w ręcznik na kanapie. W myślach podziękował za to iż pamiętała również o owinięciu swoich włosów, dzięki czemu w salonie nie pojawiła się druga mokra plama. Wręczył jej ubrania i odwrócił się, czekając aż kobieta się przebierze. Właściwie to nie było powodu do wstydu, gdyż wiele razy widzieli swoje nagie ciała przed i po przemianie w wilka. Mimo tego ze względów moralnych nie zamierał wgapiać się w nią podczas przebierania. Zamiast tego obserwował znajdujący się za oknem krajobraz. Wokół panowała szarość, a gałęzie sosen uginały się pod naporem deszczu i wiatru. Nie zapowiadało się na to, żeby rozpogodziło się do wieczora. Oznaczało to, że kobieta prawdopodobnie będzie będzie chciała spędzić noc w jego domu. Co do Cordiana oznaczało spanie na kanapie.
- Już. - usłyszał za sobą i odwrócił się. Uśmiechnął się delikatnie, gdyż widok jego przyjaciółki w wielkiej obwisłej bluzie i jeszcze bardziej obwisłych spodniach był naprawdę komiczny. - Nawet się nie uśmiechaj! To nie moja wina, że jestem taka mała! Następnym razem przywiozę do ciebie kilka moich rzeczy.
- Nawet nie próbuj. I tak spędzasz tu tyle czasu, że zaczynam mieć wrażenie jakby z tobą mieszkał. - mruknął mężczyzna, po czym wszedł do kuchni, zostawiając drzwi otwarte. Pomieszczenie, podobnie jak salon było wewnątrz całkowicie wyłożone deskami, a klimatu dodawały bogato rzeźbione szafki z jasnego drewna. Jedynymi wyróżniającymi się elementami były piekarnik, kuchenka, mikrofalówka i czajnik. Cordian wlał wody do tego ostatniego i wstawił na gotowanie. W tym samym czasie dziewczyna zdążyła się już dobrać do szafki z kubkami oraz herbatami i rozstawiała wszystko na kuchennym stole.
- A nie chciałbyś? Wolisz zieloną z maliną, czy zieloną z pomarańczą? - zapytała, prezentując mu dwa opakowania.
- Nie, nie chciałbym. - odparł chłodno. - Dobrze wiesz, że jestem przeciwny jakimkolwiek kontaktom z członkami watahy w ludzkiej formie i robię dla ciebie wyjątek tylko dlatego, że jesteś moją przyjaciółką. Poproszę pomarańczową. - powiedział, po czym zajął miejsce przy stole, patrząc jak kobieta wlewa zagotowaną wodę do kubków i siada naprzeciwko niego. Od razu sięgnęła po cukierniczkę i wsypała kilka porcji cukru do swojego napoju. Cordian nie lubił słodzonej herbaty, dlatego z krzywym uśmiechem przyglądał się działaniom znajomej.
- No co? Nie lubię gorzkiej. - stwierdziła jakby nigdy nic, po czym dorzuciła jeszcze jedną łyżkę białych kryształków.
- Jasne, jasne. Nie sądzę jednak, że przyjechałaś tu tylko po to, żeby napić się herbaty. Znam cię i wiem, że równie dobrze siedziałabyś właśnie w domu i oglądała seriale. Przejdźmy do rzeczy. O co chodzi, Irvin? - mężczyzna oparł głowę na dłoni i popatrzył na samicę nieobecnym wzrokiem.
- Chodzi o Matta.
- W końcu postanowiłaś poszukać partnera? - zażartował, przerywając jej. Już chwilę później zrozumiał, że nie było to najlepsze rozwiązane, o czym uświadomił go karcący wzrok przyjaciółki.
- Cordian, tu chodzi o ciebie. O ciebie i twoją watahę. Rozumiesz? Nie widzisz co on robi? Przecież nawet omega zauważyłaby, że mu chodzi o twoją pozycję! - dziewczyna obrzuciła go stosem pytań, nie dając ani chwili na odpowiedź. Mężczyzna, znając swoją przyjaciółkę, czekał cierpliwie aż zakończy swój wywód, popijając herbatę małymi łykami.
- Zasady watahy są proste i jednoznaczne. Jeżeli wystąpi, chcąc rywalizować o stanowisko lidera będę musiał się z nim zmierzyć. - odpowiedział, bawiąc się zawieszką z woreczka od herbaty. Kiedy uniósł głowę zauważył grymas na twarzy przyjaciółki.
- Ty i te twoje zasady… Spędzam z tobą tyle czasu, że poznałam je już chyba na pamięć, więc nie musisz mi ich powtarzać. I naprawdę nie czepiałabym się, gdyby rzucił ci wyzwanie. Uwierz mi, są rzeczy, które inni zrobiliby lepiej niż ty ale…
- No dziękuję bardzo! - wtrącił Cordian, usiłując rozluźnić atmosferę jakimś żartem. Biorąc pod uwagę karcące spojrzenie kobiety, raczej nietrafnym.
- Ale on nie zamierza się z tobą mierzyć. Może ty tego nie widzisz, ale ja tak. On podburza innych przeciw tobie! Czeka tylko, aż się potkniesz żeby wykorzystać twój błąd i doszczętnie cię zniszczyć. - Irvin wyrzuciła z siebie długi słowotok, przy okazji zamaszyście gestykulując.
- I po to leciałaś tu w środku burzy, żeby mi to powiedzieć? Bo to stanie się zaraz i nie mogło poczekać ani chwili? - zapytał zniecierpliwiony i wstał żeby wyrzucić woreczki z herbatą. Choć dziewczyna podziękowała skinieniem głowy, nie była zadowolona z postawy Cordiana.
- Przyjechałam tu licząc, że obmyślimy jakiś plan. I dobrze wiesz, że jest to najlepsza chwila, ponieważ znając ciebie każdego słonecznego dnia spławiłbyś mnie tym swoim „muszę iść do pracy”.
- Obmyślimy? - mężczyzna usiadł przy stole, próbując się zaśmiać. Niestety, bezowocnie. - Ty chcesz mi pomóc zachować stanowisko, czy napaść na bank? Nie ma powodu do obaw. Przez tyle lat dobrze dbałem o moją rodzinę i nadal będę to robił. Nie popełnię błędu tak łatwo. - powiedział, po czym uniósł kubek do ust i wypił kilka łyków, nie zważając na temperaturę napoju. Parzące ciepło rozchodzące się w jego ustach ostatecznie wyrwało go z ospałego i melancholijnego stanu, w którym znajdował się jeszcze nie całą godzinę temu.
- Skoro nie zamierzasz poważnie podejść do problemu to mogę równie dobrze iść do domu, a potem z uśmiechem na ustach patrzeć jak to „o co przez tyle lat dobrze dbałeś” rozsypuje się. - stwierdziła, dobitnie pokazując, że jest gotowa w każdej chwili wstać od stołu.
- Przepraszam. - Mężczyzna spojrzał na okno po którym spływały strumyki wody. Siedzieli tak przez chwilę w ciszy, przerywanej jedynie uderzeniami piorunów i odgłosem uderzających o szybę kropli.
- Cordian, uwierz mi. Ja chcę dobrze. I to nie tylko dla ciebie, ale i dla nas wszystkich. Twój ojciec pracował bardzo ciężko, aby to wszystko osiągnąć, a potem ty pracowałeś jeszcze ciężej, dzięki czemu możemy się tutaj czuć bezpiecznie, będąc tym czym jesteśmy. - odezwała się Irvin, kładąc swoją dłoń na dłoni przyjaciela.
- Wiem. Wiem. Obiecuję, że będę na niego uważał.
- Nie lubisz, kiedy inni cię pouczają, co? - zaśmiała się dziewczyna. - Dobra, dam ci dzisiaj fory. Obejrzyjmy jakiś film, nim dokończymy tę rozmowę. - zawołała rezolutnie, podrywając się z miejsca i razem ze swoim kubkiem kierując się w stronę drzwi.
- Jeśli znowu wybierzesz jakieś romansidło, obiecuję ci, że końca tej rozmowy nie będzie.
- Oczywiście! - mruknęła kobieta, wychodząc na korytarz. Następnie przeczłapała do znajdujących się po jego drugiej stronie schodów, uważając aby nie zgubić zdecydowanie za dużych na nią kapci Cordiana. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, słysząc rytmiczny odgłos szurana. Choć wyobrażał sobie inny sposób spędzenie tego popołudnia, ten również nie wydawał się zły. Ruszył za dziewczyną, która już wspinała się na górę, swoim zwyczajem licząc na głos wszystkie stopnie.
Sala kinowa, jak zwykła zwać ją jego przyjaciółka była średnich rozmiarów pokojem i zarazem jednym z niewielu pomieszczeń w tym domu posiadających otynkowane ściany. Na jednej z nich wisiała rozciągająca się od sufitu do podłogi płachta od projektora, natomiast pod przeciwległą stała szeroka, choć wysłużona czarna kanapa. Spod sufitu zwisał nieduży projektor, który za pomocą kabla można było połączyć do komputera. Pomimo swojej nazwy, w sali rzadko odtwarzane były filmy, ponieważ jedynym gościem drewnianego domu Cordiana była jego znajoma. Prawdziwym zastosowaniem umieszczonego w pokoju sprzętu było oglądanie zdjęć na dużym formacie i tworzenie prezentacji. Dodatkowo brak jakichkolwiek innych mebli zapewniał dużą wolną przestrzeń wszelakiego użytku.
Podczas gdy Irvin zajęła miejsce na kanapie, co było równoznaczne z rozłożeniem się wzdłuż całej jej szerokości, mężczyzna zajął się podłączaniem laptopa do rzutnika.
- Tylko nie wylej. - rzucił dziewczynie ostrzegawcze spojrzenie, wskazując na trzymany przez nią kubek z herbatą. Chwilę później skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przez wciąż mokre włosy dziewczyny na jego podłodze pojawi się kałuża wody. Że też nikt nie wymyślił sposobu na ekspresowe suszenie…
- Dobra, wygląda na to, że wszystko działa. To co wybierasz? - zapytał, wykonując konfigurację projektora za pomocą małego pilota.
- Dzisiaj twoja wola. Jak jak coś wybiorę to znowu będziesz mi marudził.
- Jasne, jasne. - zaśmiał się Cordian, wychodząc na odpowiednią stronę internetową. - Może być Deadpool?
- Oj, wiedziałam, że ty coś palniesz. Dobra dawaj. W taką pogodę to wszystko obejrzę.
- Dziękuję za łaskę. - mruknął mężczyzna i po uprzednim zasłonięciu rolet, równie czarnych jak reszta pokoju, usiadł na kanapie, cudem znajdując miejsce koło stóp przyjaciółki. Odczekali zaledwie kilka chwil, aż obraz na płachcie rozświetlił całe pomieszczenie, a z przenośnych głośników dobiegł charakterystyczny dźwięk wstawki z Marvela…

<C.D. Lou>