Wraz
z początkiem jesieni do Alpine zawitała pochmurna pogoda i częste
deszcze. Sprawiały one, że mieszkańcy spędzali większość czasu
w domu, a wszystkim udzielał się ponury nastrój. Sprawa miała się
nie inaczej w przypadku mężczyzny mieszkającego w drewnianym domu
na skraju lasu. Choć budynek znajdował się zaledwie kilkanaście
minut jazdy od centrum miasta, można było odnieść wrażenie, że
został wybudowany na całkowitym odludziu. Nikt znaczyło to, że
taki stan rzeczy przeszkadzał właścicielowi.
Cordian
wyciągnął z szafki świecę i ustawił ją na specjalnym stojaku.
Chociaż było dopiero ledwo po trzynastej, z powodu gęstych chmur i
mgły dzień był bardzo ciemny i ponury. Nie chcąc zostawiać
świateł zapalonych przez cały dzień, mężczyzna ograniczył się
do kilku świec, które ustawił na stoliku koło kanapy. Lubił
patrzeć jak płomyki na końcach knotów tańczą z każdym
podmuchem powietrza oraz czuć zapach topionego wosku. Mimo tego, był
przeciwnikiem świec zapachowych, które drażniły jego wyostrzony
wilczy węch. Następnie odnalazł swoje duże, miękkie i
wyciszające słuchawki, które dostał w prezencie od swojej
znajomej. Chociaż czuł się niezręcznie otrzymując drogie
prezenty, cieszył się, że dostał coś co zdecydowanie mu się
przyda.
Ułożył
się na kanapie i podłączył urządzenie, wybierając jedną z
ulubionych ścieżek dźwiękowych. Zawierała ponad dwugodzinne
nagranie wielorybich pieśni, co było równoznaczne z dwoma
godzinami odpoczynku. Cordian spojrzał w stronę okna. Krople
deszczu uderzały o szyby, zostawiając na nich długie smugi łez.
Taki rodzaj pogody zdecydowanie nie sprzyjał robieniu zdjęć w
terenie, dlatego mężczyzna postanowił poświęcić go na leniwy
odpoczynek. Czuł, że część niego rwie się aby się przemienić
i ruszyć w szaleńczy bieg poprzez błotniste terytorium. Niestety w
takim wypadku pewna wadera z jego watahy prawdopodobnie by go zabiła.
Mógłby przysiąść, że nie było dnia kiedy nie powtórzyłaby mu
żeby „się nie przemęczał”.
Cordian
przeniósł wzrok na wiszący na ścianie zrywany kalendarz. Była to
jednak z wielu staromodnych rzeczy, które trzymał w swoim domu.
Chciał za wszelką cenę utrzymać wewnątrz ten nostalgiczny
klimat, jako iż był on jedyną rzeczą która pozwalała mu się
uspokoić. Westchnął przeciągle, kilkanaście razy czytając datę
w myślach. Zbliżała się rocznica śmierci jego rodziców. Minęło
już 23 lata od tamtej chwili, a on wciąż nie potrafił zapomnieć.
Częściowo nie potrafił, częściowo nie chciał. Doskonale zdawał
sobie sprawę, że powracające wspomnienia tamtego incydentu są
rzeczą, która napędza go do dalszego działania i przestrzega
przed porażką. Nie mógł pozwolić, żeby ludzie odkryli istnienie
wilków. Był pewny, że choćby jedna ze strony zareagowałaby
negatywnie i rozpoczęła walkę. A druga by tej walki nie
przetrwała. I był pewien, że dołoży wszelkich starań, aby dla
zwykłych ludzi wilki zamieszkujące yellowstone pozostały jedynie
wilkami.
-
Ugh… znowu za dużo myślisz… - skarcił się i przyłożył dłoń
do głowy, masując skroń. Zamknął oczy i wsłuchał się w
otaczające go dźwięki, starając się zapanować nad swoim
oddechem. Wdech… i wydech. Żadne myśli nie miały prawa
zaprzątać jego głowy w tej chwili. Wdech… i wydech. Wdech… i…
Nagle
rozległo się pukanie do drzwi. Z początku miarowe, jednak po
chwili dało się w nim wyczuć charakterystyczny rytm. Rytm, który
poza Cordianem znała tylko jedna osoba. Mężczyzna westchnął i
powoli podniósł się z kanapy, ostrożnie odkładając słuchawki
na ławę. Przeszedł przez salon, rozkoszując się dotykiem swojego
puchatego dywanu z każdym kokiem, a następnie krzywiąc się czując
chłodne drewniane panele pod swoimi stopami. Bez słowa otworzył
drzwi i oparł się o framugę, spoglądając na stojącą na tarasie
osobę.
Kobieta
w wieku około 25 lat ubrana była w neonowo-pomarańczowy płaszcz
przeciwdeszczowy. Nie wyglądało jednak na to, żeby jej się
przydał, gdyż jej włosy i spodnie były kompletnie przemoczone. I
choć dziewczyna trzęsła się z zimna, nie przeszkadzało jej to w
szczerzeniu się szerokim uśmiechem.
-
Coś ci się nie śpieszyło. - stwierdziła.
-
Ale tobie tak. - zauważył mężczyzna, wskazując na stojący za
nią rower. - W taką pogodę na rowerze?
-
Jak dobrze wiesz nie mam prawa jazdy, a zabroniłeś mi w wilczej
formie latać po mieście. - odparła pewnym siebie głosem.
-
Nie mogłaś poczekać, aż przestanie padać?
-
Pomyślałam, że przy tej pogodzie jedynie siedzisz i użalasz się
nad sobą więc jestem! Trochę empatii! A teraz wpuścisz mnie do
środka, czy mam się przeziębić na tym trasie? - zawołała,
teatralnie gestykulując. Cordian jedynie westchnął, już po raz
kolejny tego dnia i odsunął się na bok, robiąc przejście dla
dziewczyny. Tak bez wahania weszła do środka i zamknęła drzwi.
Mężczyzna poszedł do łazienki, aby przynieść kilka ręczników.
Skrzywił się, widząc jak w jego dużym pokoju pod stopami
dziewczyny pojawiła się wielka kałuża.
-
Chyba ręczniki na wiele się nie przydadzą. - stwierdził,
pomagając jej się oswobodzić z cieknącego sztormiaka. Zaraz z
kaptura wysypała się chmura blond włosów i z głuchym plaśnięciem
opadła na plecy dziewczyny. Cordian owinął je największym z
ręczników. Sam miał długie włosy, jednak i tak dziwił się jak
można zapuścić je aż do pasa. Przecież to robiło się już
niewygodne. - Idź do łazienki i weź ciepły prysznic, a ja
przyniosę ci ubrania na przebranie.
-
Jak sobie życzysz, Alfo. - zażartowała i odmaszerowała w kierunku
drzwi do łazienki. Mężczyna natomiast udał się schodami na górę,
w celu znalezienia czegokolwiek bo pasowałoby do sylwetki jego
przyjaciółki. Z tęsknotą pożegnał myśl o spokojnym popołudniu
i zabrał się za przeszukiwanie szafy.
Kiedy
w końcu znalazł dość uniwersalny zestaw, składający się z
grubej bluzy, dresowych spodni i wełnianych skarpet, wrócił na
dół. Okazało się, że poszukiwania musiały zając mu trochę
czasu, gdyż dziewczyna już siedziała owinięta w ręcznik na
kanapie. W myślach podziękował za to iż pamiętała również o
owinięciu swoich włosów, dzięki czemu w salonie nie pojawiła się
druga mokra plama. Wręczył jej ubrania i odwrócił się, czekając
aż kobieta się przebierze. Właściwie to nie było powodu do
wstydu, gdyż wiele razy widzieli swoje nagie ciała przed i po
przemianie w wilka. Mimo tego ze względów moralnych nie zamierał
wgapiać się w nią podczas przebierania. Zamiast tego obserwował
znajdujący się za oknem krajobraz. Wokół panowała szarość, a
gałęzie sosen uginały się pod naporem deszczu i wiatru. Nie
zapowiadało się na to, żeby rozpogodziło się do wieczora.
Oznaczało to, że kobieta prawdopodobnie będzie będzie chciała
spędzić noc w jego domu. Co do Cordiana oznaczało spanie na
kanapie.
-
Już. - usłyszał za sobą i odwrócił się. Uśmiechnął się
delikatnie, gdyż widok jego przyjaciółki w wielkiej obwisłej
bluzie i jeszcze bardziej obwisłych spodniach był naprawdę
komiczny. - Nawet się nie uśmiechaj! To nie moja wina, że jestem
taka mała! Następnym razem przywiozę do ciebie kilka moich rzeczy.
-
Nawet nie próbuj. I tak spędzasz tu tyle czasu, że zaczynam mieć
wrażenie jakby z tobą mieszkał. - mruknął mężczyzna, po czym
wszedł do kuchni, zostawiając drzwi otwarte. Pomieszczenie,
podobnie jak salon było wewnątrz całkowicie wyłożone deskami, a
klimatu dodawały bogato rzeźbione szafki z jasnego drewna. Jedynymi
wyróżniającymi się elementami były piekarnik, kuchenka,
mikrofalówka i czajnik. Cordian wlał wody do tego ostatniego i
wstawił na gotowanie. W tym samym czasie dziewczyna zdążyła się
już dobrać do szafki z kubkami oraz herbatami i rozstawiała
wszystko na kuchennym stole.
-
A nie chciałbyś? Wolisz zieloną z maliną, czy zieloną z
pomarańczą? - zapytała, prezentując mu dwa opakowania.
-
Nie, nie chciałbym. - odparł chłodno. - Dobrze wiesz, że jestem
przeciwny jakimkolwiek kontaktom z członkami watahy w ludzkiej
formie i robię dla ciebie wyjątek tylko dlatego, że jesteś moją
przyjaciółką. Poproszę pomarańczową. - powiedział, po czym
zajął miejsce przy stole, patrząc jak kobieta wlewa zagotowaną
wodę do kubków i siada naprzeciwko niego. Od razu sięgnęła po
cukierniczkę i wsypała kilka porcji cukru do swojego napoju.
Cordian nie lubił słodzonej herbaty, dlatego z krzywym uśmiechem
przyglądał się działaniom znajomej.
-
No co? Nie lubię gorzkiej. - stwierdziła jakby nigdy nic, po czym
dorzuciła jeszcze jedną łyżkę białych kryształków.
-
Jasne, jasne. Nie sądzę jednak, że przyjechałaś tu tylko po to,
żeby napić się herbaty. Znam cię i wiem, że równie dobrze
siedziałabyś właśnie w domu i oglądała seriale. Przejdźmy do
rzeczy. O co chodzi, Irvin? - mężczyzna oparł głowę na dłoni i
popatrzył na samicę nieobecnym wzrokiem.
-
Chodzi o Matta.
-
W końcu postanowiłaś poszukać partnera? - zażartował,
przerywając jej. Już chwilę później zrozumiał, że nie było to
najlepsze rozwiązane, o czym uświadomił go karcący wzrok
przyjaciółki.
-
Cordian, tu chodzi o ciebie. O ciebie i twoją watahę. Rozumiesz?
Nie widzisz co on robi? Przecież nawet omega zauważyłaby, że mu
chodzi o twoją pozycję! - dziewczyna obrzuciła go stosem pytań,
nie dając ani chwili na odpowiedź. Mężczyzna, znając swoją
przyjaciółkę, czekał cierpliwie aż zakończy swój wywód,
popijając herbatę małymi łykami.
-
Zasady watahy są proste i jednoznaczne. Jeżeli wystąpi, chcąc
rywalizować o stanowisko lidera będę musiał się z nim zmierzyć.
- odpowiedział, bawiąc się zawieszką z woreczka od herbaty. Kiedy
uniósł głowę zauważył grymas na twarzy przyjaciółki.
-
Ty i te twoje zasady… Spędzam z tobą tyle czasu, że poznałam je
już chyba na pamięć, więc nie musisz mi ich powtarzać. I
naprawdę nie czepiałabym się, gdyby rzucił ci wyzwanie. Uwierz
mi, są rzeczy, które inni zrobiliby lepiej niż ty ale…
-
No dziękuję bardzo! - wtrącił Cordian, usiłując rozluźnić
atmosferę jakimś żartem. Biorąc pod uwagę karcące spojrzenie
kobiety, raczej nietrafnym.
-
Ale on nie zamierza się z tobą mierzyć. Może ty tego nie widzisz,
ale ja tak. On podburza innych przeciw tobie! Czeka tylko, aż się
potkniesz żeby wykorzystać twój błąd i doszczętnie cię
zniszczyć. - Irvin wyrzuciła z siebie długi słowotok, przy okazji
zamaszyście gestykulując.
-
I po to leciałaś tu w środku burzy, żeby mi to powiedzieć? Bo to
stanie się zaraz i nie mogło poczekać ani chwili? - zapytał
zniecierpliwiony i wstał żeby wyrzucić woreczki z herbatą. Choć
dziewczyna podziękowała skinieniem głowy, nie była zadowolona z
postawy Cordiana.
-
Przyjechałam tu licząc, że obmyślimy jakiś plan. I dobrze wiesz,
że jest to najlepsza chwila, ponieważ znając ciebie każdego
słonecznego dnia spławiłbyś mnie tym swoim „muszę iść do
pracy”.
-
Obmyślimy? - mężczyzna usiadł przy stole, próbując się
zaśmiać. Niestety, bezowocnie. - Ty chcesz mi pomóc zachować
stanowisko, czy napaść na bank? Nie ma powodu do obaw. Przez tyle
lat dobrze dbałem o moją rodzinę i nadal będę to robił. Nie
popełnię błędu tak łatwo. - powiedział, po czym uniósł kubek
do ust i wypił kilka łyków, nie zważając na temperaturę napoju.
Parzące ciepło rozchodzące się w jego ustach ostatecznie wyrwało
go z ospałego i melancholijnego stanu, w którym znajdował się
jeszcze nie całą godzinę temu.
-
Skoro nie zamierzasz poważnie podejść do problemu to mogę równie
dobrze iść do domu, a potem z uśmiechem na ustach patrzeć jak to
„o co przez tyle lat dobrze dbałeś” rozsypuje się. -
stwierdziła, dobitnie pokazując, że jest gotowa w każdej chwili
wstać od stołu.
-
Przepraszam. - Mężczyzna spojrzał na okno po którym spływały
strumyki wody. Siedzieli tak przez chwilę w ciszy, przerywanej
jedynie uderzeniami piorunów i odgłosem uderzających o szybę
kropli.
-
Cordian, uwierz mi. Ja chcę dobrze. I to nie tylko dla ciebie, ale i
dla nas wszystkich. Twój ojciec pracował bardzo ciężko, aby to
wszystko osiągnąć, a potem ty pracowałeś jeszcze ciężej,
dzięki czemu możemy się tutaj czuć bezpiecznie, będąc tym czym
jesteśmy. - odezwała się Irvin, kładąc swoją dłoń na dłoni
przyjaciela.
-
Wiem. Wiem. Obiecuję, że będę na niego uważał.
-
Nie lubisz, kiedy inni cię pouczają, co? - zaśmiała się
dziewczyna. - Dobra, dam ci dzisiaj fory. Obejrzyjmy jakiś film, nim
dokończymy tę rozmowę. - zawołała rezolutnie, podrywając się z
miejsca i razem ze swoim kubkiem kierując się w stronę drzwi.
-
Jeśli znowu wybierzesz jakieś romansidło, obiecuję ci, że końca
tej rozmowy nie będzie.
-
Oczywiście! - mruknęła kobieta, wychodząc na korytarz. Następnie
przeczłapała do znajdujących się po jego drugiej stronie schodów,
uważając aby nie zgubić zdecydowanie za dużych na nią kapci
Cordiana. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, słysząc
rytmiczny odgłos szurana. Choć wyobrażał sobie inny sposób
spędzenie tego popołudnia, ten również nie wydawał się zły.
Ruszył za dziewczyną, która już wspinała się na górę, swoim
zwyczajem licząc na głos wszystkie stopnie.
Sala
kinowa, jak zwykła zwać ją jego przyjaciółka była średnich
rozmiarów pokojem i zarazem jednym z niewielu pomieszczeń w tym
domu posiadających otynkowane ściany. Na jednej z nich wisiała
rozciągająca się od sufitu do podłogi płachta od projektora,
natomiast pod przeciwległą stała szeroka, choć wysłużona czarna
kanapa. Spod sufitu zwisał nieduży projektor, który za pomocą
kabla można było połączyć do komputera. Pomimo swojej nazwy, w
sali rzadko odtwarzane były filmy, ponieważ jedynym gościem
drewnianego domu Cordiana była jego znajoma. Prawdziwym
zastosowaniem umieszczonego w pokoju sprzętu było oglądanie zdjęć
na dużym formacie i tworzenie prezentacji. Dodatkowo brak
jakichkolwiek innych mebli zapewniał dużą wolną przestrzeń
wszelakiego użytku.
Podczas
gdy Irvin zajęła miejsce na kanapie, co było równoznaczne z
rozłożeniem się wzdłuż całej jej szerokości, mężczyzna zajął
się podłączaniem laptopa do rzutnika.
-
Tylko nie wylej. - rzucił dziewczynie ostrzegawcze spojrzenie,
wskazując na trzymany przez nią kubek z herbatą. Chwilę później
skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przez wciąż mokre włosy
dziewczyny na jego podłodze pojawi się kałuża wody. Że też nikt
nie wymyślił sposobu na ekspresowe suszenie…
-
Dobra, wygląda na to, że wszystko działa. To co wybierasz? -
zapytał, wykonując konfigurację projektora za pomocą małego
pilota.
-
Dzisiaj twoja wola. Jak jak coś wybiorę to znowu będziesz mi
marudził.
-
Jasne, jasne. - zaśmiał się Cordian, wychodząc na odpowiednią
stronę internetową. - Może być Deadpool?
-
Oj, wiedziałam, że ty coś palniesz. Dobra dawaj. W taką pogodę
to wszystko obejrzę.
-
Dziękuję za łaskę. - mruknął mężczyzna i po uprzednim
zasłonięciu rolet, równie czarnych jak reszta pokoju, usiadł na
kanapie, cudem znajdując miejsce koło stóp przyjaciółki.
Odczekali zaledwie kilka chwil, aż obraz na płachcie rozświetlił
całe pomieszczenie, a z przenośnych głośników dobiegł
charakterystyczny dźwięk wstawki z Marvela…
<C.D.
Lou>