Uwaga!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Cordian'a

Z wściekłością zatrzasnąłem laptopa. Ostatkiem spokoju powstrzymałem się przed rzuceniem nim w podłogę. Nie miałem najmniejszego zamiaru jechać na tę durną konferencję do stolicy, tylko dlatego, że ci idioci spartolili kolejną robotę. Odłożyłem bez zbędnej delikatności urządzenie i opuściłem budynek, trzaskając wszystkimi możliwymi drzwiami.
Z impetem otworzyłem stajnię, rzucając przelotne ‘hej’ do Rivago. Pogłaskałem go chwilę po pysku, co lekko złagodziło moje nerwy. Czułem jak mięśnie konia napinają się i jest ona tak samo chętny na wyładowanie swojej energii, jak ja. Nie troszcząc się o zakładanie uprzęży, wyprowadziłem go z boksu. Przebiegliśmy przez ogród, a gdy zaczęliśmy zbliżać się do wysokiej, czarnej bramy, skoczyłem w kierunku konia. Złapałem go lekko za grzywę, podciągając się do góry. Co prawda wsiadanie w momencie gdy koń galopuje jest niebezpieczne, w tamtej chwili myślałem tylko o jednym. Ponagliłem ogiera, lekko uderzając piętami w jego boki. Przed nami wyłonił się ogromny, metalowy płot. Pochyliłem się do przodu, praktycznie przylegając do jego grzbietu. W odpowiednim momencie pociągnąłem za grzywę Rivago. Po tym znaku ogier automatycznie wybił się w górę, wręcz przelatując nad ostrymi sztachetami. Uczucie towarzyszące skokom na takim koniu było niesamowite. Siedzisz na tym półtonowym zwierzęciu, czując się jakbyś siedział na niedźwiedziu grizzly, długa grzywa smaga cię po twarzy, a obrośnięte długimi włosami pęciny unoszą się kilka metrów nad ziemią. Choć najlepsze są lądowania. Venner horse, to nie kościsty arab, gdzie przy lądowaniu boisz się o pewną część swojego ciała, tylko porządny i miękki koń. Uczucie jest wtedy podobne do tego gdy skaczesz na wyjątkowo miękkie łóżko.
Gdy tylko przeskoczyliśmy chyba najtrudniejszą przeszkodzę, ponagliłem konia do jeszcze szybszego biegu. Nie chciałem się na nim wyżywać, jednak byłem pewien, że chłodny, wiosenny wiatr wystarczająco mnie ostudzi. Gnaliśmy jedną z leśnych dróg, które ktoś kiedyś wyłożył asfaltem. Samochody jednak były w tym miejscu rzadkością, gdyż zdarzały się z częstotliwością jeden, może dwa na tydzień. Droga była jednak bardzo przydatna, gdyż można było na niej rozwijać duże prędkości, bez obawy o uderzenie w drzewo, albo jeździć na rolkach i desce.
W momencie, kiedy zacząłem się uspokajać, nagle prosto przed mojego konia wyskoczył pies o żółto-złotej sierści. Momentalnie mój koń stanął dęba, wymachując swoimi ogromnymi kopytami, zdolnymi zmiażdżyć czaszkę człowieka. Po chwili, jakby na potwierdzenie moich słów, na drodze pojawiła się dziewczyna o brązowych włosach, która praktycznie władowała się pod ciągle stojącego dęba konia.
- Zwariowałaś?! - krzyknąłem, zeskakując i spychając ją na bok. Sam zdążyłem uchylić się w ostatniej chwili, jednak poczułem delikatne uderzenie. Zbliżyłem się do ogiera i pogładziłem go po pysku, uporczywie wpatrując się w jego wielkie i wystraszone oczy. Mój ogier nie był strachliwym koniem, jednak gdy coś by wyskoczyło wprost przed ciebie, gdy biegniesz z prędkością 80 km/h to zadowolony byś raczej nie był. - Shhhh… Już dobrze… Jestem tu… I nie tylko ja. - ostatnią część wręcz wysyczałam.
- Przepr- - dziewczyna przestała pochylać się nad psem i odwróciła w moją stronę.
- Jesteś idiotką?! Nie masz pojęcia że to... – krzyczałem, pełen furii, wskazując na jedno z czterech ogromnych kopyt. - ...mogło cię zabić?! A ja nie mam zamiaru siedzieć w więzieniu za zabicie jakiejś nieodpowiedzialnej nastolatki!
- Ale…
- I wytresuj tego cholernego psa, żeby nie ganiał za przypadkowymi zwierzętami! - wciąż krzyczałem.
- To ty powinieneś jeździć wolniej?! Co to, droga leśna, czy tor wyścigowy?! - najwidoczniej dziewczyna nie chciała bezczynnie wysłuchiwać moich nerwów.
- I tak nic tu nie jeździ!
- Ale ja tu byłam! I nie mam zamiaru słuchać jakiegoś głupiego dzieciaka, który potrzebuje adrenaliny. Jedź do miasta i tam się baw. Chodź Pointa. - powiedziała już spokojniejszym głosem, delikatnie głaszcząc psa i udając się dalej drogą. Ja natomiast, jeszcze bardziej wnerwiony niż poprzednio, postanowiłem nie wracać do domu. Tam bym jedynie coś rozwalił lub zdemolował. Dodatkowo strasznie bolała mnie głowa. Wsiadłem na konia i delikatnie zachęciłem go, aby wjechał w las. Postanowiłem udać się na moją ulubioną polanę. Była to nieduża łąka, położona na szczycie klifu. Przez łąkę płynął górski potoczek, wręcz idealny do letnich kąpieli, który zamieniał się w wysoki na kilkanaście metrów wodospad.
Kiedy tylko dotarliśmy na łąkę, zeskoczyłem z grzbietu konia. Zdjąłem buty i ruszyłem w stronę krawędzi klifu, czując przyjemną, wiosenną trawę pod stopami. Usiadłem na końcu stały, spuszczając nogi w dół. Gdy przyszedłem tu pierwszy raz bałem się zbliżyć do krawędzi, lecz teraz spoglądanie w dół i obserwowanie tej przepaści było czymś naturalnymi. Wyciągnąłem z kieszeni w kurtce kawałek pożółkłego papieru, który uwielbiałem używać i ołówek. Spojrzałem w stronę zachodzącego na pomarańczowo słońca i otaczających go chmur, oceniając proporcje. Przeszkadzał mi jednak w tym ból głowy.
Szkicowałem przez jeszcze kilka minut, aż nagle na moją kartkę spadła kropla czegoś czerwonego. Wkurzony, widząc zepsuty rysunek, wyrzuciłem kartkę przed siebie, patrząc jak spada na dół. Wtedy coś mnie tknęło. Uniosłem dłoń i przyłożyłem do swojego czoła.
- Cholera. - zakląłem, gdy zobaczyłem czerwone ślady na swojej dłoni. Podniosłem się z zamiarem powrotu do domu i opatrzenia rany. Jednak kiedy stanąłem na nogach zaczęło mi się kręcić w głowie. Opadłem na ziemię. Spojrzałem w niebo. Zaczynało się robić ciemno, a wiosenne noce były zimne. Próbowałem podnieść się jeszcze kilka razy, jednak z podobnym efektem. Zrezygnowany wyciągnąłem do góry rękę. Jakby na zawołanie Rivago podszedł do mnie. - Riv… idź… po pomoc… - powiedziałem i czując ogromne zmęczenie, zamknąłem oczy. Ostatnim co widziałem był czarno-biały koń, wbiegający do lasu.