Uwaga!

sobota, 27 sierpnia 2016

Od Cordian'a




- Już wychodzę. - powiedziałem, dopinając guziki koszuli i otwierając drzwi. W ręku trzymałem kilka sukien.
- Dziwny jesteś. - prychnęła dziewczyna, wpatrując się w trzymane przezemnie stroje.
- Sam zdaję sobie z tego sprawę. - westchnąłem. Opuściłem przebieralnię i udałem się, żeby odwiesić stroje. - Może zacząłbym i projektować ubrania. No wiesz, jak to jest gdy nic ci nie pasuje i dlatego wolisz samemu to zrobić.
- I ciekawe jakbyś ją nazwał? Pomyślmy… kolekcja sukni dla facetów pod hasłem ‘It’s okay to be gay’. Pasuje? - Louisa najwyraźniej nie była w humorze. Odwróciłem się w jej stronę, gestem nakazując jej spokój.
- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to dzisiejsze wariactwo dopiero się zaczyna. Ja już mam stan przed zawałowy… - mówiłem, gestykulując. - ...na myśl o tym w jakie kolejne miejsce pojedziemy, a spanikowany chłopak i wnerwiona dziewczyna wcale im nie pomogą. - dokończyłem, wskazując ruchem głowy szczęśliwą parę, czekającą na zewnątrz.- Dobra. - prychnęła. - Tylko… ja się uspokoję, więc ty też i no… nie będziesz robić nic głupiego?
- Przynajmniej spróbuję. - odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie. Udaliśmy się w stronę wyjścia.
- Lou! Co tyle czasu? - zaśmiała się Jenny.
- Jak widać miałam problem z tym tutaj, adoratorem sukien. - dokończyła, a ja jedynie rzuciłem jej spojrzenie typu ‘no co ty nie powiesz’.
- Dużo mamy jeszcze w planie? - zapytałem, z nadzieją, że odpowiedzią będzie nie. Niestety już kiedyś pomagałem w przygotowaniach do ślubu i zapowiadało się na sporo roboty. A nadzieja na to, że zrobili wszystko wcześniej była nikła.
- Em… właściwie to sala weselna bo kościół już tak no i… - zająknęła się blondynka.
- Już wszystko załatwiliście? - zapytałem, zaskoczony.
- Nie… po prostu nie wiemy co. Dlatego myślałam, że Louisa nam pomoże… - odwróciłem się, ale mina brunetki nie zdradzała, żeby wiedziała coś więcej na ten temat niż pozostałą dwójka.
- Garnitur, zaproszenia, podarunki, samochód, lista piosenek, karata dań, karta trunków, posiłki i napoje dla niepełnoletnich… - zacząłem wyliczać, czerpiąc przyjemność z ich zaskoczonych oraz przerażonych ilością pracy min. - ...zakup obrączek, emm… tort weselny, ewentualnie miejsca noclegowe dla gości przyjeżdżających z daleka, fotograf lub kamerzysta… i wiele innych. Prawdę mówiąc pół roku to mało czasu, ale jeśli się pośpieszycie… - dokończyłem, już nie wpatrując się w nich, lecz w niebo i podpierając brodę dłonią. Zająłem miejsce w samochodzie, zostawiając ich z samych z oczami wielkimi jak spodki.
- Pogubiłem się już po pierwszych 10… - powiedział Jasper, na co na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- On nas wkręca, prawda Lou? - spytała z nadzieją dziewczyna. Byłem prawie pewien, że brunetka pokręciła głową.
- Z tego co wiem, to może to być prawdą. Ale… bierzecie ślub! Nie przyszło wam do głowy by sprawdzić wszystko w internecie? - zawołała, lekko zdenerwowanym głosem.
- Nooo ale byliśmy tacy szczęśliwi, że chcieliśmy po prostu załatwić i no… myśleliśmy, że pół roku wystarczy. - westchnęła i wsiadła do samochodu.
- Nie martw się. Będzie to trudne, aby się wyrobić, ale nie niemożliwe. - powiedziałem, pocieszając ją. - Musisz zrobić listę wszystkiego i zacząć od tego, co nie może czekać.
- Czyli? - wypaliła od razu w moją stronę dziewczyna, zupełnie jakby sama nie mogła czegoś wymyślić.
- Objechać sale weselne i wybrać jedną bo z tego co wiem, to często brakuje miejsc, kupić zaproszenia i wykonać listę gości. - powiedziałem, zapinając pasy i opierając głowę o szybę.
- Zdążyliśmy już wybrać kilka sal, więc może od tego zaczniemy. - mruknął Jasper, siadając za kierownicą. Nagle coś mnie tknęło.
- Hej, Louisa. Gdzie twój samochód? - zapytałem. Niestety odpowiedzią na to pytanie był jedynie krzyk dziewczyny.
- Mniejsza o samochód, gdzie Pointa?! - zawołała, wyskakując z już jadącego pojazdu. Mężczyzna zahamował ostro, a cała pozostała w środku załoga poleciała do przodu.
- Uważajcie, ranny tu jedzie. - warknąłem, podnosząc się.
- Sorki, sorki. - mruknął Jasper, wysiadając. Chwilę potem zrobiła to też Jenny. Ja zdecydowałem się poczekać w środku.
- Lou! Nie powinnaś tak wyskakiwać! - blondynka podbiegła do stojącej na parkingu i nawołującej swojego pupila przyjaciółki.
- Pointa! Pointa! Kurczę. Rozdzieliłyśmy się w momencie, kiedy wybiegliśmy ze sklepu. Jaka ja byłam głupia, że tego nie zauważyłam. - lamentowała, stukając się dłonią w czoło. - Co jeśli ten strażnik ją złapał?!
- Przecież miała obrożę. - powiedziałem, w końcu opuszczając samochód i podchodząc do nich. - Pewnie ktoś ją znajdzie i odprowadzi do domu. - zbliżyłem się i położyłem dłoń na ramieniu dziewczyny. Ta jednak natychmiast ją strąciła, odwracając się w moją stronę.
- Aaaa… co jeśli… ktoś ją przejechał… lub… - mówiła, a ja wiedziałem, że w jej głowie pojawiają się straszne scenariusze.
- Dobra. Załoga do mnie. - powiedziałem, gestem pokazując, żeby Jasper do nas podszedł. - Będziemy przeszukiwać miasto. Louisa w pobliżu marketu, Jenny przy sklepie z sukniami, a Jasper całą okolicę. Jesteś facetem, więc możesz się nalatać. - dodałem i odwróciłem się, kierując w stronę samochodu.
- A pan gdzie się wybiera? - zapytał mężczyzna.
- Em… do samochodu. Na wszelki wypadek jakby wróciła… czy coś. - Jasper już chciał coś powiedzieć, jednak brunetka go powstrzymała.
- Idziesz ze mną. Nie mogę zostawić cię samego. Pamiętasz co powiedział lekarz? - podeszła do mnie.
- Przeklęta służba zdrowia. - warknąłem i zamknąłem drzwi, z przyzwyczajenia wiedząc, że tak dziewczyna łatwo nie ustąpi. Rozdzieliliśmy się, zaczynając poszukiwania.
              Dwie godziny później staliśmy z powrotem koło samochodu, patrząc się na wesoło merdający, złoty stożek futra. I Louise, targającą go za uszami. Jak się okazało nasza psia koleżanka bardzo zaprzyjaźniła się ze strażnikiem stojącym przed marketem i spędziła kilka godzin, radośnie aportując jego plakietkę.
- Myślałem, że mnie zabije. - wzdrygnąłem się na myśl o morderczym spojrzeniu, którym cały czas darzył mnie ochroniarz, podczas gdy dziewczyna dziękowała mu za opiekę nad jej pupilem.
- Oh.. Pointusiu… tęskniłaś, co? - Louisa najwyraźniej starała się wynagrodzić pieszczotami psu te wszystkie samotne godziny. Ciekawe jak bardzo musiałaby mnie pieścić, żeby wynagrodzić te nerwy i stres, który przeżyłem w ciągu tych kilku godziny. I to nie był jeszcze koniec.
- Jest 16. Teoretycznie możemy coś jeszcze załatwić. Bo po 19 to nie ma szans. - mruknąłem, spoglądając na czarny, elegancki zegarek, który nosiłem na ręce.
- W takim razie musimy się pośpieszyć. Chodź Lou, wytarmosisz psa po drodze. - powiedział Jasper, wsiadając do samochodu. Niedługo potem wszyscy zrobili to samo i w końcu ruszyliśmy.
                18:47 i już ciemno. Westchnąłem, gdy usiedliśmy przy stoliku, stojącym koło balustrady. Co prawda okazało się, że jedynym co dzisiaj załatwiliśmy była suknia, jednak mała nagroda dla wszystkich się należała. Poszliśmy więc do lodziarni znajdującej się na 20 piętrze najwyższego wieżowca w mieście. Usiedliśmy na tarasie i zamówiliśmy nasze desery, mimo że był to dopiero koniec maja.
- Ale jestem wycieńczona. - westchnęła Jenny i opadłą na krzesło, opierając się głową o swojego partnera. Razem wyglądali wręcz uroczo.
- Nooo ale przynajmniej już wiecie co i jak. - powiedziałem, sprawdzając, czy nie dostałem nowych wiadomości z pracy. Niby, kiedy powiedziałem, że uległem wypadkowi to powiedzieli, że postarają się wybrać jakąś robotę odpowiednią do czasu, aż będę w pełni sił, ale nadal nic nie dostałem. Schowałem urządzenie z powrotem.
- I mówi to pan, który zemdlał w momencie, gdy weszliśmy na tą zatłoczoną ulicę. - mruknęła gniewnie Louisa. - Nie strasz mnie tak człowieku, okej?
- To jest silniejsze odemnie.
- Odludek. - zaśmiała się Jenny.
- Kosmita, dziwoląg, szaleniec… - zaczęła wyliczać po raz drugi dzisiaj dziewczyna. Uniosłem dłoń i zasłoniłem jej usta.
- Taaak… tak… normalny nie jestem. - skróciłem jej wypowiedź. Prawdę mówiąc, do ból głowy znowu mi doskwierał i nie miałem ochoty wysłuchiwać tej całej gadaniny.
- O, zobaczcie, już są. - powiedział Jasper, kiedy kelnerka postawiła przed nami cztery pokaźne pucharki z nami. Następnie pochyliła się i ustawiła miskę z wodą koło Pointy.
- Jak miło, że przynoszą wodę dla psów. - uśmiechnęła się Jenny, patrząc jak czworonóg gasi pragnienie.
- Przecież nie weszłabym do restauracji, w której nie dawaliby. - prychnęła brunetka.
- Sama prawda… - westchnąłem, przyciągając do siebie pucharek z czekoladowymi i cytrynowymi lodami.
- Swoją drogą, osobliwe połączenie. - zaśmiał się Jasper, wskazując łyżeczką na moje lody.
- Ale dobre. Zupełnie ja szpinakowo-jabłkowy. - mruknąłem, zlizując słodycz z łyżeczki.
- Wierzę ci, ale wolę nie próbować. - skomentowała siedząca koło mnie dziewczyna.
- Yhym. A tak powracając do przygotowań, to musicie przybrać trochę szybsze tępo niż teraz, jeśli ma się udać. - wszyscy nagle spoważnieli.
- No właśnie. Może da się jeszcze przełożyć? - zapytała Louisa.
- Nie da się. - para odpowiedziała jednocześnie.
- Z tego co wiem, to wystarczy jedynie przesunąć datę w kościele, bo reszta jest nie ustalona. Myślę, że rok więcej wystarczy.
- Ale… my nie możemy czekać. - powiedziała niepewnym głosem Jenny.
- Tak wiem, że zawsze wszyscy się palą do tego ślubu i tak dalej, ale mówię wam, że podejście do tego na spokojnie i bez pośpiechu będzie lepszym wyjściem…
- Ale to nie o to chodzi. - zawołała blondynka, przerywając mi. I chyba jedynym co zarejestrowałem w następnej chwili były powiększające się oczy Louisy. - Nie możemy czekać, bo jestem w ciąży!