Louisa próbowała natychmiast wstać, a zamiast tego nieudolnie upadła na chłopaka. Jej ojciec stanął w drzwiach i ze zmrużonymi oczyma spojrzał na córkę wzrokiem, który rozkazywał natychmiast wytłumaczyć co u niej w łóżku robi chłopak Z DŁUGIMI WŁOSAMI i torsem na wierzchu i co ona robi leżąc na NIM.
- Yyyy. - tylko taki dźwięk była w stanie z siebie wydobyć. - Yyy..uuuummmm..
Wziął głęboki oddech, żeby coś jej powiedzieć ale Clark natychmiast go powstrzymała.
- Tato, to nie tak jak myślisz. To jest..
- Resteez Vinci. - przerwał jej chłopak wysyłając lekki uśmiech w stronę jej ojca. Chciał się podnieść, ale Lou natychmiast go powstrzymała, kładąc mu rękę na piersi i przyciskając do łóżka.
- Nie wstawaj. - rozkazała.
- Adam. - przedstawił się jej tata. Nadal nie zmienił mimiki.
- Tato,..Resteez... - dziwnie jej było to wymówić. Przecież inaczej się przedstawiał. Nie chciał niepotrzebnego rozgłosu? - Rezteez to Nasz sąsiad. Wczoraj gdy byłam na spacerze, on cwałował na koniu, a Pointa do niego podbiegła i zaczęła szczekać. Koń się spłoszył i on ratując mnie nabawił się wstrząsu mózgu. Wczoraj zawiozłam go do szpitala i musi być pod dwutygodniową opieką. Chyba rozumiesz.. Nie mogłam go pozostawić losowi...
W głowie weterynarza roiło się od pytań. Między innymi dlaczego akurat jego córka musi się nim zajmować? Nie ma rodziny? Ale nic nie powiedział. Był zbyt kulturalny.
- Pokój na tyłach jest wolny. Myślę, że będzie dla Ciebie dobry. - uśmiechnął się. Louisa zawsze podziwiała jego wyrozumiałość.
- Dziękuję Panu. - podziękował Vinci.
- To niewielka cena, jaką mogę dać za uratowanie mojej córki przed.. tym czymś, co stoi na podwórku i obżera jabłoń. Lou, mogłabyś sprawdzić, czy w tamtym pokoju wszystko jest? Oprócz akwarium, nie wchodziłem tam od dłuższego czasu po nic.
- Jasne. - westchnęła wstając z łózka. Wiedziała, że zlecenie sprawdzenia pomieszczenia było zbędne i posłane w jej kierunku tylko po to, żeby nie siedziała sam na sam z sąsiadem.
W pokoju gościnnym włączyła radio, odsłoniła okiennice pozwalając by do środka wpadło światło i zapaliła świeczkę. Uwielbiała świeczki. W radiu znów leciały jakieś rapy.. Przełączyła program a do jej uszu dobiegła melodia starego, ale wciąż jej bliskiego utworu. Bryan Adams - Everything I do, I do it for you. Czyszcząc komodę z kurzu, zobaczyła przez okno, jak Adam zakłada krowie kantar i prowadzi do stajni. Nieświadomie na jej twarzy pojawił się uśmiech. Oddałaby wszystko, żeby znów było tak jak dawniej.
Gdy już wszystko 'wysprzątała' , zeszła do salonu. Zanim zauważyła swojego tatę, siedzącego do niej tyłem, usłyszała jego rozmowę przez telefon.
- Tak. Jedna bela słomy, jedna siana i 100 kilogramów owsa. Dzisiaj będę po słomę. Resztę proszę mi dowieść. Dziękuję. Do widzenia. - usłyszała, po czym aż wstrzymała oddech ze szczęścia. Jej ojciec zupełnie omijający budynek stajni właśnie zamówił miesięczną wyprawkę dla konia.
- Dziękuję. - podeszłam do niego i przytuliłam. - Jesteś najlepszym ojcem na świecie.
- Nie podniecaj się. Musimy zadbać o jego konia. Nie może zdechnąć z głodu. Zwłaszcza, że i tak jakbym tego nie zrobił, przeskoczyłby ogrodzenie i urzędował w Naszym sadzie.
- I tak Cię kocham.
- Ja myślę. Ufam Ci, Lou.
- Co? Hahah. Nie bój się. - zaśmiała się w głos. Gdyby chociaż lubiła to chłopczęcie. Zajmuje się nim tylko dla dobra sprawy.
Mimo to z entuzjazmem pobiegła przedstawić chłopakowi dobrą nowinę.