Nagle poczułem jak do mojego ciała zaczynały wracać wszystkie zmysły. Było to trochę jak budzenie się ze snu. Ale nie takiego przyjemnego, kiedy wstajesz w środku zimy, a w kominku przyjemnie płonie ogień. Nie. To była jak sen po imprezie, kiedy budzisz się z potwornym kacem. Dodatkowo nawet po otwarciu oczu masz przywidzenia. Wydaje ci się, że nad tobą pochyla się brązowowłosa dziewczyna. Huh? Wydaje?
- Moja głowa… - jęknąłem, przykładając dłoń do czoła. Pod palcami poczułem coś chropowatego… jakby tkaninę.
- Nie ruszaj się tak gwałtownie, nie wiemy czy nie dostałeś wstrząsu. - powiedziała dziewczyna. Cały czas oglądała się z siebie nerwowo, patrząc na Rivago. Przeczesałem dłonią włosy, z niesmakiem stwierdzając, że są całe w zasychającej już krwi.
- Muszę wrócić do domu… - powiedziałem, starając się powoli podnieść. Nim to jednak zrobiłem, poczułem uścisk czyjejś ręki na moim nadgarstku.
- Nigdzie nie idziesz. Muszę zabrać cię do szpitala. - odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Przecież każdy wie, że jazda bez siodła grozi upadkiem. - dodała, niby pod nosem.
- Ja nie spadłem. Oberwałem kiedy cię odepchnąłem.- powiedziałem, rozcierając skroń.
- To nie zmienia faktu, że powinieneś być bardziej ostrożny. A teraz chodź, muszę cię zabrać do szpitala, bo będziesz mi chodził na sumieniu. - powiedziała, podnosząc się.
- Ohoho… dopiero się znamy a już masz mnie w głowie? - powiedziałem delikatnym głosem, opadając jej na plecy i delikatnie się uśmiechając. - Ratujesz mnie ponieważ liczysz na jakieś punkty? - kontynuowałem i byłem pewien, że chyba rzeczywiście coś mi się w mózgu przestawiło.
- Nigdy nie zainteresowałbym się takim dzieciakiem. - prychnęła.
- Kto tu niby jest dzieckiem… - zaśmiałem się cicho, opierając się na niej i pozwalając by prowadziła mnie drogą.
- Mam 20 lat. Szlag. Żałuję, że zostawiła telefon w domu. - powiedziała, przeszukując plecak.
- A ja 21. I kto tu jest młodszy? - chciałem się zaśmiać, jednak na powrót zaczęło kręcić mi się w głowie. Poczułem jak robi mi się niedobrze. Wyrwałem się z jej uścisku i opadłem na drogę, pozbywając się dzisiejszego obiadu.
- Wszystko w porządku? - zawołała. Jakby nie wiedziała, że nie. Klęczałem tak przez kilkanaście sekund, aż w końcu, pozbawiony sił upadłem na ziemię, tracąc przytomność. Jedyną rzeczą, która słyszałem były urywki krzyków dziewczyny.
Obudziły mnie dziwne, regularne odgłosy. Otworzyłem oczy, widząc biały sufit i długą, podłużną lampę. Taką samą jest te w szkołach lub… szpitalach. Spróbowałem się podnieść, jednak powstrzymała mnie czyjaś ręka.
- Leż. - usłyszałem głos dziewczyny z wcześniej. Jakie to dziwne, że już zacząłem go rozpoznawać. Odwróciłem głowę, aby ujrzeć jej twarz. Jej włosy były spięte i schowane w szpitalnym czepku, przez co wyglądała nieco… dziwnie.
- Gdzie jestem? - zapytałem. I ważniejsze: co ona tu robi?
- W szpitalu. Dostałeś wstrząsu mózgu, ciołku. - ucięła krótko.
- A przypomnisz, czyja to wina? - zapytałem, lekko się uśmiechając i przypominając sobie moment, kiedy musiałem ją wypychać spod kopyt konia.
- Twój. Trzeba było spokojniej jeździć. - ucięła krótko. Patrzyłem na nią przez chwilę. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Zacząłem się lekko śmiać.
- Au au auuu… - jęknąłem i wyciągnąłem rękę, aby dotknąć cały czas bolącej głowy. Pod palcami poczułem coś dziwnego. - Co ja mam na głowie?
- Szwy. Miałeś rozciętą połowę czaszki. - powiedziała, na co ja jedynie pokiwałem głową. - Doktor powiedział, że miałeś w cholerę szczęścia i jedynymi pozostałościami po tym wypadku będzie ból głowy i nudności przez następne dwa tygodnie, nawet blizna nie powinna zostać.
- Kurde. Riv to potrafi przywalić. - zaśmiałem się cicho. Spojrzałem na dziewczynę, siedząca na stołku, obok mojego łóżka. Gdyby nie ona, prawdopodobnie już bym się tam wykrwawił na śmierć. Gdy tylko odwróciła się w moją stronę, zobaczyłem na jej ustach szeroki uśmiech.
- Louisa. Lousia Clark. - powiedziała.
- Resteez Vinci. - na moich ustach pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyłem jej wielkie oczy.
- Ten Resteez? - zapytała z niedowierzaniem.
- Heh. Tak. Nie sądziłem, że ktoś tutaj mnie zna. Prawdę mówiąc nie chciałbym żeby tak było.
- Ja nie znam. Nie interesuję się tymi wszystkimi gazetami. Moja przyjaciółka jednak ma obsesję na twoim punkcie. Jak jej powiem, komu uratowałam życie to mi chyba nie uwierzy.
- Pewnie tak. Tylko… nie chciałbym żebyś rozpowiadała na lewo i prawo kim jestem, okej? - zapytałem, dość poważnym tonem. Dziewczyna jedynie w milczeniu pokiwała głową. W tej samej chwili do sali wszedł doktor.
- Jak się czujesz? - zapytał stając przy łóżku.
- Boli mnie lekko głowa. - powiedziałem zgodnie z prawdą. Lekarz zanotował coś w swoim notatniku i sprawdził stojącą obok maszynerię.
- Dobrze. Wygląda na to, że możemy cię wypisać. - powiedział ze spokojem. Słysząc jego słowa, dziewczyna natychmiast poderwała się z krzesła.
- Chcecie go wypuścić z taką raną?! - zawołała, a mężczyzna jedynie nakazał jej gestem ciszę.
- Proszę się uspokoić. Jest młodym człowiekiem, ta rana bez problemu się zagoi, a my mamy wielu pacjentów któzy potrzebują natychmiastowej opieki, lecz nie ma już miejsc.
- Ale…
- Chciałbym się tylko najpierw spytać. Kim pani jest? Jego siostrą, żoną, czy dziewczyną?
- Sąsiadką. - powiedziała szybko, a ja zacząłem się zastanawiać, skąd wie, gdzie mieszkam.
- A wie może pani, czy mieszka on z rodziną?
- Sam. - odpowiedziałem za nią.
- A kontakt do kogoś z rodziny?
- Nie żyją. - skłamałem, nie chcąc mu relacjonować całej historii mojego życia. O rodzicach i tak nic nie wiedziałem, a wzywanie pijanej ciotki, która może naprawdę już nie żyła było bezsensowne.
- Tak więc… - doktor zwrócił się na powrót do Louisy. - Skoro mieszka sam, to będzie potrzebował pani opieki i kontroli. I nie chodzi tu o sprawdzenie dwa raz w ciągu dnia jak się czuje i podanie jedzenia. Proponuję, aby na najbliższe dwa tygodnie zamieszkał u pani w domu. Po tym czasie należy wrócić z tym skierowaniem… - przerwał, aby podać jej kartkę wydartą z notatnika, w którym coś pisał. - … na zdjęcie szwów. A teraz muszę już iść, przygotować się do operacji. Pielęgniarka pomoże panu z odłączeniem całej aparatury. - powiedział, wchodząc z pomieszczenia i zostawiając nas samych, patrzących się na siebie oczami wielkimi jak spodki. Nie słuchaliśmy dalszych słów doktora, gdyż w naszych głowach kołatało ,, na najbliższe dwa tygodnie zamieszkał u pani w domu’’….